Czy to normalne, że rodzice reagują śmiechem na rozpaczliwy krzyk dziecka:
Ratunku!
?
Zaznaczam, że chodzi o sytuację, gdy dziecko nie może wybrać poziomu
trudności i piosenki w StepManii, bo coś się w macie zacięło…
Czy to normalne, że rodzice reagują śmiechem na rozpaczliwy krzyk dziecka:
Ratunku!
?
Zaznaczam, że chodzi o sytuację, gdy dziecko nie może wybrać poziomu
trudności i piosenki w StepManii, bo coś się w macie zacięło…
Z pewnymi wątpliwościami, ale jednak wezmę udział w tym łańcuszku, skoro
taka sympatyczna
dziewczyna mi to zaproponowała… ;-) Ale tylko raz!
Zasady są proste: trzeba napisać pięć mało znanych rzeczy o sobie
i wytypować pięciu kolejnych blogerów do zabawy.
wędkarz,
;-) Jeszcze chyba tylkozerówcedokładniej) byłem jednego dnia
;-)), to bym się chyba upiekł.kto wyżejrzucając jajkami w ścianę kurnika.
Do kolejnej rundy przechodzą:
Jak ktoś nie ma ochoty na tę zabawę, rozumiem… ale ciekawy jestem tych
dwudziestu pięciu rzeczy… ;-)
Od jakiegoś czasu miałem ochotę wybrać się na jakiś koncert. Niestety
ciężko było coś ciekawego w okolicy znaleźć. Zobaczyłem, że w wiatraku 23-go
lutego ma grać Artrosis. Nazwa kompletnie mi nic nie mówiła, ale że Last.fm twierdziło, że to coś podobnego do
Closterkellera, to uznałem, że można spróbować. Tydzień temu jeszcze
ściągnąłem dwie ich piosenki, żeby upewnić się, że to nie jakaś kaszana.
Stwierdziłem że ujdzie, a to wystarczyło, żeby na koncert sie dalej wybierać.
Tak bardzo się wybierałem, że na miejscu byłem trochę
za wcześnie.
Dzień wcześniej. Coś mi się pomieszało i ubzdurałem sobie, że koncert jest
w czwartek. ;-)
Po tej wpadce zacząłem mieć wątpliwości, czy chcę na ten koncert. Ale
uznałem, że jak nie pójdę, to będę żałował, że nie wykorzystałem okazji, żeby
się zabawić. Więc wczoraj znowu pojechałem i tym razem trafiłem na koncert.
Przed Artrosis grały dwa inne zespoły. I już pierwszy, Landscape Of Souls
zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Taki mroczny metal. Tekstów w ogóle nie
dało się zrozumieć, ale za to klimacik był fajny. Drugim zespołem był
Lilith, grali znacznie
łagodniej, wokalistka trochę przypominała mi trochę Korę z wczesnego Manaamu,
ale klimat rzeczywiście nieco bardziej gotycki
. Podobało mi się, mogli
by pograć trochę dłużej… ale w końcu jeszcze miała zagrać gwiazda
wieczoru.
W końcu przyszedł czas i na Artrosis. Rzeczywiście grali podobnie do
Closterkellera. Wokalistka niezwykle sympatyczna, zespół miał świetny kontakt
z publicznością. A muzyka, gdy już się wczułem w klimat, super. Grali dłużej
niż poprzednicy, ale mnie i tak było mało…
Oprócz muzyki na koncercie było coś jeszcze. Pewna śliczna blondyna chyba
mnie podrywała… albo to mi się tylko ubzdurało… w każdym razie było bardzo miło.
:-) Poczułem się jakieś jedenaście lat młodszy… to wtedy prawie
z każdego koncertu wychodziłem z jakąś fajną dziewczyną…
W Ameryce kolejny skandal. Szkolni bibliotekarze z różnych części USA nie
chcą w swoich bibliotekach książki dla dzieci
The Higher Power of Lucky
Susan Patron, nagrodzonej prestiżową nagrodą. Protestują też rodzice. A
wszystko dlatego, że w książce tej pojawia się słowo moszna
(jako
miejsce w które wąż ugryzł psa)…
Widać, do pewnego wieku, pewne części ciała po prostu nie istnieją, a
przynajmniej nie mają nazw… ;-)
Żonka potrzebowała dzisiaj do czegoś jednego ze zdjęć, jakie trzyma na
laptopie. Okazało się, że zdjęcia nie ma… ani tego, ani setki innych…
w katalogu w którym kiedyś były zdjęcia teraz były tylko numerowane katalogi
i puste pliki, wszystkie z walentykową datą… Niedobrze.
Oczywiście zostałem wezwany do wyjaśnienia sprawy i naprawienia szkód. Wyglądało
to dość zagadkowo. Najpierw odmontowałem /home i zapuściłem fsck. Nic
podejrzanego nie znalazł. Dalej jedyną wskazówką była dla mnie data i godzina
utworzenia tych dziwnych plików… Zajrzałem do /var/log/syslog… nic
szczególnego w tym czasie tam nie było widać.
Zacząłem sobie przypominać, co tam ostatnio na laptopie mieszałem.
Instalowałem Beagle‚a. Chciałem żonce
zrobić dobrze i dać jej narzędzie, które pozwoli połapać się w tych jej
wszystkich plikach, z których większość (w szczególności zdjęcia) lądowały w
magicznym katalogu 1
w jej $HOME. Teraz w tym katalogu były tylko dziwne
cyferki…
Podkatalogi i pliki w ~/.beagle miały czasy modyfikacji 14 lutego lub
późniejsze, czyli ciepło. Ale trudno mi było sobie wyobrazić jak narzędzie do
indeksowania i przeszukiwania plików mogło kasować pliki… Postanowiłem obadać,
czy przypadkiem ktoś tam czegoś głupiego nie robił w tym czasie na konsoli.
vim ~/.history, tam /beagle i ukazały mi się moje
rozpaczliwe próby doprowadzenia Beagle’a do działania: nie chciał mi indeksować
plików, więc próbowałem go do tego zmusić różnymi poleceniami
beagle-* (a chodziło, zdaje się, o brak biblioteki sqlite3, czy
czegoś takiego). Od razu wydało mi się podejrzane jedno z poleceń:
beagle-exercise-file-system – zawartość katalogu 1
wyglądała na wynik jakiegoś ćwiczenia…
Google potwierdziło, co podejrzewałem:
beagle-exercise-file-system tworzy katalog 1
z numerkami
w środku, który można bezpiecznie usunąć
. No tak, po fakcie już można…
Sprawdziłem jeszcze, czy ja byłem aż taki głupi, czy to narzędzie nie ostrzega
o destrukcyjnym działaniu. Rzeczywiście nie ostrzega. Jeśli przed jego uruchomieniem
katalog 1
istniał, to go po prostu usuwa. Poza tym tylko bzyka chwilę dyskiem
i wypluwa niewiny komunikat Created X files across Y directories
…
Twórca tego genialnego
narzędzia powinien chyba zginąć w ciężkich męczarniach…
Na szczęście mamy backup, z 30 stycznia, który nawet zadziałał, a więc
bezpowrotnie utracone zostały tylko pliki z dwóch tygodni, zdaje się, że w tym
czasie dużo nie było tam wrzucane. A twórcom Beagle
‚a zgłosiłem już
bug reporta.
Mam nadzieję, że potraktują to poważnie, a nie zjadą mnie, że odpalam coś,
czego nie powinienem…
Okazało się, że wystarczyło: ifdown eth1; ifup eth1. Widać
znowu zgłupiała moja super sieciówka na USB… albo switch do którego jest
podłączona.
A niedziałanie DNSu, a co za tym idzie i mojego joggera, wynikało z mojej
własnej głupoty. W rekordzie SOA miałem bzdurne czasy wpisane i zgodnie z tymi
wytycznymi zapasowe serwery DNS zapominały o jajcu.net
najpóźniej w
godzinę po padzie mojego serwerka. Widać kiedyś chciałem wymusić szybsze
odświeżanie strefy, a nie chciało mi się do dokumentacji zaglądać który
numerek co oznacza. Zmniejszyłem tymczasowo
prawie wszystkie… i tak
już zostało. Teraz ustawiłem expire
na trzy tygodnie i wreszcie
zapasowe serwery nazw powinny spełniać swoją rolę jak należy.
Wysiadł serwer albo łącze w domu i w pracy od rana nie mam Jabberka i nic nie mogę z tym zrobić. To jest straszne. :-(
Chyba zamiast po drugie śniadanie pójdę zobaczyć co się z tropkiem dzieje…
Oj, chyba źle ze mną…
Kobiecie też można zrobić loda. Nawet trzy. :-D
W Alabamie wprowadzają zakaz sprzedaży zabawek erotycznych. Taki zakaz w
Teksasie funkcjonuje (funkcjonował?) od lat, tam była też głośna sprawa kobiety
skazanej za sprzedaż wibratora. W różnych stanach istnieje cała masa równie lub
bardziej idiotycznych przepisów. Kiedyś wydawało mi się, że to relikty
przeszłości, ale przykład Alabamy pokazuje, że nie.
Oczywiście obywatele USA niekoniecznie się z takimi pomysłami
zgadzają. Dzisiaj rozbawił mnie jeden komentarz do tej sprawy:
They want to ban sex toys, but sell guns on every street
corner. When was the last time anyone was murdered with a vibrating
banana?
Cała Ameryka
… kraj wolności i praworządności…
Wpis
u Felinity przypomniał mi pewien, chyba w pewien sposób przełomowy, a może niewiele znaczący, epizod z mojego życia.
Też kiedyś byłem chorobliwie nieśmiały. Właściwie to trochę wciąż jestem,
gdzieś tam w środku. Jednak kiedyś dość skutecznie uprzykrzało mi to życie, szczególnie
wszelkie kontakty męsko-damskie… Na szczęście z czasem się to zmieniło i myślę, że
duży na to wpływ też miały pewne wakacje, sprzed jakiś dwunastu lat i też nad
jeziorem…
Byłem wtedy z ojcem na wczasach w Swornegaciach, jak co roku. Na ośrodku
nawet poznałem jakiś ludzi, ale i tak się często samotnie szwendałem po
okolicy. Na jednym takim spacerze trafiłem na dziwnie zachowujących się
ludzi… że sam akurat byłem w jednym ze swoich dołków
(nikt mnie nie
), to się ci ludzie zainteresowali tym smętnym
kocha, nikt mnie nie lubii…
samotnym człowieczkiem. Okazało się, że to jakiś obóz młodzieży z Bytomia
i akurat mają jakieś warsztaty teatralne… Opiekunowie grupy byli nieco ode
mnie starsi, pozostali uczestnicy raczej młodsi. Wszyscy zupełnie dla mnie
obcy… ale zaprosili do wspólnej zabawy, a ja się zgodziłem.
I chodziłem codziennie na te dziwne zajęcia. Początek warsztatów to były
właśnie ćwiczenia na śmiałość (przeciwko tremie i na wyluzowanie się) –
np. krzyczenie na całe gardło, czy odgrywanie jakiś głupich scenek. Tego mi
było trzeba. Wśród obcych ludzi nawet łatwiej było mi się przełamać i robić
rzeczy na których normalnie nigdy bym nie zrobił (miałem przecież problemy
z prostszymi sprawami). I cieszyć się tym. Jakieś głupie blokady w sobie
przełamałem na dobre, albo nauczyłem łamać kiedy trzeba. A cała ta sytuacja
była taka jakaś magiczna… z jednej strony wczasy, w ośrodku, jak co roku,
gadanie „o dupie Maryny” z jakimiś gostkami… a potem spacerek nad inne
jeziorko i te zajęcia na które się załapałem na krzywy ryj
i gdzie
skutecznie przełamywałem swoje słabości, jakoś tak zupełnie bez trudu.
Kumple z ośrodka, gdy im powiedziałem, że na jakieś warsztaty teatralne chodzę,
uznali, że sobie coś uroiłem. Niby się zainteresowali tematem, ale nie za
bardzo, ja ich tam nie ciągnąłem, w końcu to było moje odkrycie
.
Wracając do warsztatów. Sprawa była tym dziwniejsza, że były to warsztaty
teatralne, a mnie do teatru raczej zawsze było daleko. Mam umysł
, a w szkole język polski należał do najbardziej
ściśnięty
znienawidzonych… No i okazało się, że w tym kierunku aż tak bardzo się nie
zmieniło… na któryś zajęciach skończyły się ćwiczenia rozluźniające
,
a prowadzący polecili nam nauczyć się wybranego wiersza… nawet pożyczyli mi
w tym celu jakąś książkę (przypominam: byłem dla nich obcym człowiekiem, który
wyszedł z lasu)… następnego dnia książkę oddałem i darowałem sobie dalej te
warsztaty. Swój cel osiągnąłem, nawet tego nie planując.
Jak już o poezji mowa… to wypada wspomnieć o jednym z tych kumpli
. Tak się złożyło, że był nim młody (w moim wieku) Gliwicki poeta
z ośrodka
Krzysztof Siwczyk,
parę lat później odtwórca tytułowej roli w filmie Wojaczek
. Tak,
z jednej strony grupa młodzieży pijącej piwo, z którą gadałem o pierdołach,
a z drugiej warsztaty teatralne. I to w tej pierwszej grupie był autentyczny
poeta, a później i aktor… Nie była to żadna bliska znajomość, on mnie zapewne
nie pamięta. Ale dla mnie warta zapamiętania (poza tym, że fajnie spotkać kogoś,
o kim jest artykuł na Wikipedii ;-)), chociażby dlatego, że to on
zainteresował mnie Świetlikami. Miał lekkiego fioła na punkcie Świetlickiego
i wciąż podśpiewywał
(recytował) jego piosenki. Po tych wakacjach
kupiłem sobie pierwszą kasetę Świetlików.
Po tych wakacjach moje życie zaczęło się gwałtownie zmieniać… może to był
właśnie jakiś przełom, a może to po prostu taki wiek. W każdym razie nawet
jakieś dziewczyny zaczęły się pojawiać w moim życiu. ;-)
P.S. Pisząc ten wpis zorientowałem się jak mało pamiętam z tamtych czasów… a może to dużo?…