Taki drobny „WTF?”

Dotychczas takie rzeczy spotykałem właściwie tylko na The Daily WTF,
jako fajne ciekawostki. Sam raczej unikałem grzebania w cudzym kodzie, najwyżej
zastanawiałem się jakie WTF przeżywają ci co przejmują lub kiedyś przejmą mój kod. ;-)

W obecnej robocie robię pewien system, w którym jako interfejs użytkownika
służy aplikacja webowa w Javie zbudowana na Strutsie. Do niedawna nawet mnie specjalnie
nie interesowało w jakiej to technologii i co to ten Struts. Ważne, że byłem
w stanie to uruchomić w swoim systemie i robiło to co trzeba – tworzyło różne pliki
i uruchamiało różne skrypty. Jednak ostatnio wyszło parę drobiazgów, które
należałby jak najszybciej naprawić.

Niestety Javowiec zajmujący się tą częścią kodu jest niedysponowany
(zdaje się, że się żeni) i nie dał rady tego zrobić, ani w najbliższym czasie
nie zrobi. Sprawa zrobiła się pilna, więc sam się za to zabrałem –
w sumie dobrze wiedzieć co w systemie siedzi. Najpierw poczytałem co to ten
Struts i gdzie mam szukać odpowiedniego kodu, potem zabrałem się za
poprawki…

Pierwsza rzecz banalna: zrobić stronę z komunikatem. Właściwie statyczną.
Znalazłem szablon wyświetlający coś podobnego. Skopiowałem. W środku znalazłem
miejsce na nagłówek i treść. Wypełniłem. Uruchomiłem aplikację… i treść jest,
bardzo brzydko ułożona (brak marginesów), ale jest. Nagłówka brak. Zaglądam do
źródła strony… kod paskudny, ale nagłówek jest. Zaglądam do CSS, a tam coś
takiego:

#titleBox p {
    background #FFFFFF;
    ....
    color: white;
}

No i miałem problem… co się stanie, jak zmienię kolor nagłówków na czarny…

Nie było źle… okazało się, że w całym interfejsie było dużo więcej opisów
niż wcześniej było widać, wyjaśniła się kwestia wolnej przestrzeni we
wszystkich formularzach. Ale oczywiście layout się popsuł, trudno to nawet było
wyjaśnić tą drobną zmianą koloru, ale poprawić było trzeba. No to podłubałem
jeszcze trochę w tym CSS i jest ok… ufff..

Potem chciałem dodać jeszcze parę komunikatów, w szczególność w przypadku
niepowodzenia pewnego skryptu… Zajrzałem do kodu a tam nie jest sprawdzany
kod wyjścia żadnego polecenia. A ja za cholerę nie wiem jak to ładnie w tym
Strutsie obsłużyć. Na razie poszedłem na łatwiznę i wszystkie niepowodzenia
przekierowuję na statyczną stronę z Operation failed. Przy okazji wyszła
kupa innych problemów… tym razem to już chyba tylko Javę można za to skląć,
ech…

Update: Zacząłem czytać dzisiejszy The Daily WTF i poprawiłem tytuł wpisu :-)

Konikowo

Dzisiaj, jak co tydzień, pojechaliśmy do Szałszy na konie. Tym razem bez
dziecka, a więc mogłem i ja się załapać na jazdę. Dostała mi się Bestia,
koń w sam raz dla początkującego. Co najlepsze, to tym razem trafił mi się
prawdziwy trening pod okiem instruktora (chociaż wciąż z naciskiem na
rekreację), zamiast masz konia i jedź.

Niestety instruktor nadal ma lepsze zdanie na temat moich umiejętności niż
ja i nalegał, żebym zagalopował. Zignorowałem tę prośbę, ale poza tym
słuchałem wszystkich poleceń (wykonanie ich zależało już nie tylko ode mnie –
koń miał czasem swoje zdanie ;-)). Posłuchałem też jak powiedział
teraz chwilkę ćwiczebnym. Gdy krzyknął i Bestia galopem naprzód
marsz
to już koń posłuchał, a mnie pozostało zatrzymać go
;-). Z drugiej strony, nie wykluczone, że w galopie bym sobie
spokojnie poradził. Po prostu dzisiaj nie miałem ochoty tego sprawdzać.

Po prawie godzinnej jeździe, większość czasu kłusem, zszedłem przyjemnie
zmęczony, ale nawet nie obolały (bardziej obolały byłem wcześniej, po czyszczeniu
Bestii). Ale boleć mnie jeszcze będzie… pojutrze.

Po koncercie

No to byliśmy wczoraj na koncercie tych czterech Pepiczków z Pragi, jak
sami siebie nazwali. Było świetnie.

Ich ubiory z czasów prawdziwych Beatlesów
wprowadzały właściwą atmosferę jak tylko pojawili się na scenie. Historyczny sprzęt
(gitary, wzmacniacze lampowe) dawał to właściwe, charakterystyczne brzmienie.
Wykonane przez nich piosenki nie odbiegały bardzo od oryginałów. Do tego
niesamowite poczucie humoru lidera zespołu (całkiem dobrze mówiącego po
polsku). To wszystko gwarantowało wspaniałą zabawę.

Żonka stwierdziła, że czuła się jakby
była na koncercie prawdziwych Beatlesów. Polecam!

Jak wszyscy, to wszyscy

Taki teścik (która religia jest dla Ciebie)

You scored as atheism.

You are… an atheist, though you probably already knew this. Also, you
probably have several people praying daily for your soul. Instead of simply
being „nonreligious,” atheists strongly believe in the lack of existence of a
higher being, or God.

atheism
79%
Satanism
58
Buddhism
58
Paganism
54
agnosticism
54
Christianity
29
Judaism
17
Islam
17
Hinduism
0

Sałatka pikantna

Po powrocie z urlopu wybraliśmy się na jakieś zakupy, w końcu coś jeść
w domu trzeba. Żonka wypatrzyła sałatkę pikantną z ogórków. Oczywiście sałatka
zaraz wpadła do koszyka, bo zwykle tylko łagodne były. Żonka, co prawda, zbyt
pikantnych nie lubi, ale widać była gotowa się dla męża poświęcić…

To było przedwczoraj. Od tamtego czasu zdążyliśmy sałatką otworzyć
i stwierdzić, że wcale nie jest taka pikantna. Dzisiaj przy śniadaniu znowu
trochę pomarudziliśmy na ten temat, a ja z ciekawości zerknąłem na etykietę…
Sałatka piknikowa o smaku łagodnym. A oboje się wkurzamy
na userów, że nie czytają co się do nich pisze… ;-)

Last.fm Client

Wróciłem po urlopie do roboty, chciałem sobie puścić muzyczkę, no to
zajrzałem na Last.FM, co tam nowego.
Okazało się, że wreszcie jest Last.FM Client pod Linuksa. Ściągnąłem,
odpaliłem i wygląda całkiem miło – już na pierwszy rzut oka wydaje się
dużo bogatszy i wygodniejszy od starego Last.FM Playera. Muzyczka gra.
:-) …trzeba zająć się robotą. :-(

Wakacyjnie

No to się wakacjujemy, od półtora tygodnia. Najpierw pojechałem do
da.killi na zlot
linux@chat.chrome.pl, gdzie siedziałem, od piątkowego popołudnia do
niedzielnego przedpołudnia, głównie grając w golfa. Oczywiście musiało być
też trochę giczo (jakby tacy linuksiarze wytrzymali tylko łażąc z kijami po
trawie), więc zabrałem dwa laptopy, które potem udostępniały sieć (z
GPRS, przez irdę do drugiego laptopa, a dalej przez 802.11b) innym
użytkownikom sieci.

W niedzielę dołączyłem do rodzinki w
Pogorzelicy. Tu sobie wypoczywamy, trochę plażując (pogoda o dziwo nadal
dopisuje, chociaż mogłoby być troszkę słoneczniej), trochę spacerując i na inne
sposoby marnując czas. Oczywiście laptop jest podłączony (jeden, drugi leży
grzecznie w samochodzie), ale udaje nam się korzystać z niego minimalnie
– na tyle skutecznie, że dopiero teraz coś na Joggera nastukałem.

Wczoraj był wyjątkowy wieczór – postanowiłem zabrać żonkę na tańce.
Oczywiście głównym problemem było dziecko, które trzeba było położyć spać
jednocześnie samemu się nie kładąc (a przynajmniej nie zasypiając) –
wcześniej zasypiała dopiero gdy rodzice spali, a przynajmniej dobrze udawali.
Tym razem nie próbowaliśmy sztuczek, lecz powiedzieliśmy Krysi, że idziemy
zaszaleć i uprzedziliśmy dziadków za ścianą o naszych planach. Gdy
szykowaliśmy się do wyjścia dziecko nas zaskoczyło ponagleniami: Idźcie już
na to miasto
. To poszliśmy.

Zabrałem żonkę do ciekawie zapowiadającej się knajpy na świeżym powietrzu
– do Sahary. Od 22:00 miał tam grać jakiś zespół (The Black, o ile
dobrze pamiętam) i miały być tańce. Wiedziałem, że na początku będzie drętwo,
ale bałem się, że później żonki nigdzie nie wyciągnę. Zaraz przy wejściu
zaproszono nas do wolnego stolika, pani zapaliła nam świeczkę, żonka zamówiła
drinka, ja soczek… W końcu pojawił się zespół i zagrał… ale nie koniecznie
to, co moja żonka lubi. To plus drętwa atmosfera na początku chyba całkowicie
odebrały jej ochotę do zabawy, niepotrzebnie próbowałem ją na siłę zachęcać…
Impreza się rozkręciła, ale myśmy wyszli nie potańczywszy. Bałem się, że
okazja w postaci wolnego wieczoru się zmarnowała, jednak humorek żonce szybko
wrócił, przespacerowaliśmy się plażą przy księżycu (żona mi tu podpowiada, że
zajebistym) i trafiliśmy do knajpki na plaży, gdzie dzieciarnia (teraz mi się
wydaje, że to głównie byli tutejsi pracownicy sezonowi, zdaje się, że
widziałem tam kelnerkę z naszego ośrodka) bawiła się przy karaoke (wykonanie
zbliżone do tego na Pingwinariach, sprzęt prawie identyczny, o ile nie
gorszy). Tutaj żonka całkiem odżyła i ostatecznie dobrze się zabawiliśmy.
:-)

Dzisiaj przed południem znowu udało nam się pozbyć dziecka –
dziadkowie zabrali ją na wycieczkę do Niechorza, więc zaliczyliśmy romantyczny
spacer po plaży. Chcieliśmy przy okazji znaleźć plażę dla golasów (stroje
kąpielowe są strasznie niepraktyczne), ale nic takiego nie stwierdziliśmy
(możliwe, że z powodu pogody). A po południu znowu na koniki (więcej na temat
koników u Iki), tym razem ja się dałem
wsadzić na grzbiet Blondela. Nawet fajnie było, jeszcze się umiem na koniu
utrzymać. :-)