30 kwietnia 2005
02:22:10
|
kategorie:
praca,
wypoczynek,
zdrowie,
Dzisiaj wyjechaliśmy na imprezę integracyjną z okazji 10-lecia firmy.
Dwanaście par i dwóch samotnych adminów (moja żona została w domu z
dzieckiem)... a ja myślałem że mogę się źle czuć na Pingwinariach, gdzie na
stu facetów było tylko jakieś dziesięć dziewczyn (ale za to wszystkie moje
;-)). No to ostatnie to oczywiście żart.
A więc na dzisiejszej imprezie siedziałem sobie sam (kolega się szybko
zmył) i popijałem Mirindę patrząc jak się inni bawią (muzyka u góry jeszcze
gra). Wskakiwałem na parkiet tylko przy jakichś szybszych kawałkach, które
jednocześnie dały się słuchać (niestety DJ raczył nas też utworami które tego
warunku nie spełniały). Nigdy więcej na takie imprezy bez własnej kobiety!
Z drugiej strony, jednak wbrew wszystkiemu humor mi nadal dopisuje i chyba
na razie jestem zadowolony... Zobaczymy jakie atrakcje będą jutro i w
niedzielę...
Przekonałem się też, że moja alergia nie ustąpiła. Nie wziąłem normalnie
wieczorem leków, to o pierwszej w nocy już kichałem i smarkałem. Psiknąłem
sobie i łyknąłem co trzeba było psiknąć i łyknąć i jest lepiej.
:-)
26 kwietnia 2005
22:56:06
|
kategorie:
oprogramowanie,
Już miałem wysłać bug-report w sprawie tego problemu z zegarem XP pod
QEMU, zapisałem się na odpowiednią listę dyskusyjną, ale jeszcze zerknąłem do
archiwum. Okazało się, że wczoraj ktoś zrobił na to patcha. Założyłem łatkę
i rzeczywiście, zegar działa dużo lepie. Odrobinę się spóźnia, ale to już nie
jest taki duży problem. No i ntpd się na tym nie wykrzacza,
chociaż zniwelować odchyłki czasu mu się nie udaje.
Po naprawieniu zegara przyszło zainstalować jakąś konkretną aplikację,
znaczy się, tego nieszczęsnego Płatnika. Na początku instalator Płatnika mnie
okrzyczał, że rozdzielczość mu się nie podoba i musi być co najmniej 800x600.
Czas więc było pożegnać się z opcją -std-vga i zasymulować Cirrus
Logic. Windows XP po tej zmianie nawet nie jęknął, tylko od pierwszego
uruchomienia zaczął używać 256 (zamiast wcześniejszych 16) kolorów. Hmmm...
mógłby w sumie napisać, że karta się zmieniła. Przełączenie na 800x600
i 16-bitowy kolor też nie było problemem, tyle że tło się trochę kaszaniło.
Ale to już chyba wina emulatora i po jego restarcie było OK. Płatnik dał się
zainstalować (BTW. jego wymagania co do hasła administratora są IMHO lekko
przesadzone) i wygląda na to, że działa. Tyle że wolno. Ale to już żonka musi
stwierdzić, czy da się w tym pracować, czy nie.
Teraz instaluje się SP2, wcześniej pociągnąłem przez Windows Update jakieś
mniejsze poprawki. Sieć w tym chodzi bardzo wydajnie, a i łącze w domu mamy
niezłe, więc to akurat bardzo szybko idzie. Może jutro żona spróbuje tego
używać i okaże się, czy to w ogóle miało sens, czy jest to sztuka dla sztuki.
Update: Zapomniałem jeszcze napisać jak Windows widzi tę emulowaną maszynę: Unknown Processor Intel P6, 4.1Ghz
(laptop ma 1.13GHz)
25 kwietnia 2005
23:19:26
|
kategorie:
oprogramowanie,
Żonka już się chwaliła swoim służbowym
laptopem. Podstawowy system tam to oczywiście Linuks, PLD. Niestety...
żona w pracy zajmuje się, między innymi, ZUSem, a więc Windowsa też mieć musi.
Pół biedy mieć Windowsa na laptopie, gorsza jest konieczność wyłączania
Linuksa, żeby z niego skorzystać. Postanowiłem więc zainstalować Windowsa XP pod
Linuksem.
Już kiedyś bawiłem się VMWare, ale to komercyjne i pierońsko drogie
oprogramowanie, a już ostatnio gdy tego próbowaliśmy z darmowymi licencjami
nie było tak fajnie jak kiedyś, gdy można było co miesiąc sobie je po prostu
odnawiać. Darmowych wirtualnych pecetów jest kilka, jednak zwykle wiele im
brakuje. Najbardziej zachęcający wydał mi się QEMU szczególnie, że pojawił się
do niego akcelerator
pozwalający na uruchamianie kodu na rzeczywistym,
a nie wirtualnym, procesorze. Dzięki temu wirtualny komputer może być znacznie
szybszy.
Legalny Windows XP OEM przyszedł razem z laptopem. Najpierw próbowałem
tego zainstalowanego już Windowsa odpalić z kopii partycji Windowsowej. Coś
tam niby się ładowało, ale zatrzymywało się na czarnym ekranie. Uznałem więc,
że trzeba w wirtualnej maszynie zainstalować system od nowa. Sądziłem, że
któraś z płytek dołączonych do komputerka zawiera wersję instalacyjną Windows.
Jednak nie, tam były tylko obrazy dysków i program do odtwarzania tego,
odmawiający współpracy na czymkolwiek innym niż taki sam laptop do jakiego
płytki były dołączone. Maszyna wirtualna QEMU nie spełniała tego warunku. Już
myślałem, że z instalacji nici, ale się okazało, że gotowa instalka leży
normalnie na dysku, na partycji Windowsowej, obok zainstalowanego systemu.
Zrobiłem obraz dysku z partycją FAT32, przegrałem tam instalkę, dorzuciłem
ten obraz jako drugi dysk, obok virtualnego dysku docelowego. Instalację udało
się uruchomić startując z jakiejś dyskietki startowej Windows 95. Szło to dość
powoli, ale praktycznie bezbłędnie do momentu pierwszego planowego restartu.
Instalacja po restarcie, dalej w trybie tekstowym, zaczęła się sypać. Jakichś
plików instalator nie mógł znaleźć, a potem wywalał się z Bus error
.
Wyczytałem gdzieś, że na Bus error
pomaga odpowiednie ustawienie
wielkości pamięci maszyny wirtualnej (powinno być tego trochę mniej niż
wynosiła wielkość /dev/shm), ale żeby od razu wykluczyć wszelkie problemy
i nie zaczynać wiele razy od nowa, wyłączyłem dla pewności też
kqemu (akcelerator
). To drugie było raczej
niepotrzebne. W każdym razie instalacja się udała, tyle że trwała ponad 24h. Z
włączonym akceleratorem pewnie byłoby parę razy szybciej.
Teraz system się uruchamia i działa ładnie, tyle że strasznie wolno. Ale
największym problemem jest zegar — w Windows na wirtualnej maszynie
chodzi nawet grubo ponad 10 razy szybciej niż powinien. To pewnie powoduje
dodatkowe obciążenie (pewnie w Windows też coś w rodzaju crona chodzi),
a niektóre rzeczy przez to po prostu nie działają (timeout dla operacji, która
nawet nie zdążyła się rozpocząć). Na listach QEMU sugerowali NTP. Najpierw
spróbowałem klienta wbudowanego w Windows. Ale to porażka. Po ręcznym
ustawieniu czasu mniej-więcej udało się zsynchronizować
zegar przez
NTP, ale ta synchronizacja
polegała na jednorazowym ustawieniu czasu
z komunikatem, że kolejna będzie za tydzień. To zupełnie mnie nie
satysfakcjonowało. Zainstalowałem więc Windowsowy port normalnego
ntpd. Przynajmniej było widać, że ten stara się czas na bieżąco
ustawiać, ale przy tak rozjechanym zegarze najwyraźniej też zgłupiał
i przestawił mi zegar jeszcze o parę godzin. Chyba będzie trzeba poczekać aż
w samym QEMU jakoś ten problem rozwiążą...
Teraz spróbuję jeszcze zmienić wirtualną kartę graficzną ze zwykłego VGA
na SVGA Cirrus Logic — ciekawe jak to się odbije na wydajności. No
i czy tego się będzie dało w ogóle praktycznie używać.
19 kwietnia 2005
19:01:33
|
kategorie:
zdrowie,
Krople no oczu Starazolin czynią cuda — pierwszy raz od kilku dni
mogłem normalnie spojrzeć w niebo. :-D
18 kwietnia 2005
22:03:55
|
kategorie:
oprogramowanie,
praca,
sprzęt,
W piątek rano jeden z naszych serwerów nagle przestał odpowiadać, nawet na
konsoli szeregowej. Kumpel przeszedł się na serwerownie zobaczyć co jest.
Komputer nie reagował, a po resecie nie widział jednego dysku (tego z którego
miał się startować system). Uznałem, że dysk mógł się zawiesić na
twardo
i zaproponowałem odłączenie komputera całkowicie z zasilania na
chwilę. Po tej operacji system wystartował normalnie z właściwego dysku.
Jak już system działał postanowiłem dyskom bliżej się przyjrzeć.
smartctl -a stwierdził OK
. scsinfo -a nie
wykazało żadnych bad sektorów
. Zapuściłem jeszcze
SMART Extended Self Test
i uznałem, że problem został
zażegnany. Niestety po chwili serwer zaczął się zachowywać dziwnie. Dawał
błąd read-only filesystem
przy dowolnej próbie zapisu na głównej
partycji. W logach było jedynie nic nie mówiące Journal aborted
. Gdy
chciałem sprawę bliżej zbadać, okazało się, że bash nie widzi podstawowych
binarek. Jakież było moje zdumienie, gdy się okazało, że ls -l /
nie pokazuje nic. Ale już np. ls -l /bin/ls
pokazywało poprawne informacje o pliku. Nie było co się więcej zastanawiać,
tylko downować
serwer i lecieć na serwerownię.
Na serwerowni powtórzyliśmy operację, która poprzednio przywróciła maszynę
do życia. Bez skutku — system już nie startował z tego dysku. Co prawda, BIOS
kontrolera widział dysk, ale z Media format error
i go od razu
wyłączał. Wyciągnęliśmy więc serwer z szafy i zanieśliśmy do biura.
Dysk podłączony do innej maszyny też nie działał, więc zabraliśmy się za
ratowanie systemu, wykorzystując to co zostało. Na szczęście okazało się, że
większość najistotniejszych plików (/var i /home)
leży na drugim, ocalałym dysku. Znalazło się też tam miejsce na odtworzenie
/ + /usr z backupu.
Backupy wszystkich naszych serwerów zapisujemy na tasiemkach przy pomocy
oprogramowania Bacula (It comes by
night and sucks the vital essence from your computers.
). Ten wspaniały
zestaw narzędzi pozwala nam zdalne backupowanie wszystkich systemów na jednym
streamerze, zachowując informacje o tym co, gdzie i kiedy zostało
zarchiwizowane. Niestety okazało się, że przy odtwarzaniu z tych kopii
zapasowych to już nie działa tak ładnie...
Pierwszy problem to to, że gdy Bacula skończył odtwarzanie z jednej
tasiemki, to nie poprosił o włożenie kolejnej, tylko wszedł w jakiś dziwny
stan w którym nic nie mógł przeczytać, ani nie dało się kasetki wyciągnąć.
Dało się to obejść rozpoczynając kolejny proces odtwarzania, tylko danych z
tej drugiej (chronologicznie pierwszej) tasiemki.
Gorszy był drugi problem. Odtwarzanie przerwało się gdzieś w środku (na
jakimś /dev/rd/cośtam. Puściłem jeszcze raz, omijając dane już
odtworzone, oraz katalog na którym się wywalił. Niby wszystko odzyskaliśmy,
ale okazało się, że prawa dostępu do wielu katalogów, utworzonych w tym
przerwanym procesie, są co najmniej dziwne. Np. 744 na /usr albo
777 na /usr/local/bin. Udało się to jednak RPMem do porządku
doprowadzić. Ostatecznie udało się, jeszcze w piątek, uruchomić na serwerze
podstawowe usługi, w tym Jabbera i pocztę, bez żadnych strat w danych.
Od razu, gdy stwierdziliśmy, że dysk padł, zamówiliśmy nowy. Była pewna
szansa, że przyjdzie w sobotę i plan, żeby w tę sobotę odzyskać resztę systemu
(w tym builder AMD64 dla PLD). Jak nie w sobotę, to w poniedziałek od rana.
Dysk przyszedł w poniedziałek (dzisiaj), ale dopiero w południe.
Spartycjonowałem go, założyłem wolumeny LVM i przegrałem większość danych z
tego ocalałego dysku. Zacząłem też odtwarzanie pozostałych danych z backupu.
Wszystko w trybie single
, aby działające usługi (w tym Jabber i poczta)
nie nabruździły mi w tym. Niestety odtwarzanie z backupu nie zdążyło się
skończyć przed moim wyjściem z pracy. Koledzy zostali w pracy, aby po
zakończeniu operacji przywrócić serwer do życia. Niestety Bacula znów się
wywalił. Serwer działa (tyle co w piątek udało się odpalić), ale część danych
wciąż nie jest odzyskana. Jutro będę miał jeszcze z tym sporo roboty...
18 kwietnia 2005
21:29:34
|
kategorie:
pierdoły,
seks,
w sieci,
życie,
Kilka osób przyznało
się do uzależnienia od bloga mojej żony. Hmmm... coś w tym jest —
takie rzeczy się zdarzają. Sam jestem chyba uzależniony od jednego bloga:
Hi, My Name Is Steve, and I
Am a Sex Addict.
I nie chodzi o świństwa. Mimo, że jestem stary świntuch, to nieprzyzwoite
opowiadanka mnie z czasem nudzą. A tam zaglądam, od wielu tygodni, codziennie,
cierpiąc w weekendy z powodu braku nowych wpisów. Frajdę sprawia mi śledzenie
losów tej pary, przeżywam w pewien sposób ich radości i niepowodzenia, a także
pozwala mi to lepiej zastanowić się nad własnym życiem i związkiem. To chyba
coś jak oglądanie reality show, czy oper mydlanych (za jednymi i drugimi
raczej nie przepadam), ale czasem można sobie pozwolić na takie
niskie
rozrywki. ;-)
Jest też sporo innych blogów na które zaglądam, ale poza Joggami, które
dzięki technicznym ułatwieniom śledzę na bieżąco, odwiedzam je raczej
sporadycznie — jak mi się przypomni. O, właśnie — dawno nie
zaglądałem na blog Bruce'a
Eckela... i słusznie, nic tam nowego nie ma :-(.