Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Mój jest ten kawałek Internetu…

…złe emocje i brudne buty proszę więc zostawić przed drzwiami.

Upijam się Mirindą, na smutno...

Dzisiaj wyjechaliśmy na imprezę integracyjną z okazji 10-lecia firmy. Dwanaście par i dwóch samotnych adminów (moja żona została w domu z dzieckiem)... a ja myślałem że mogę się źle czuć na Pingwinariach, gdzie na stu facetów było tylko jakieś dziesięć dziewczyn (ale za to wszystkie moje ;-)). No to ostatnie to oczywiście żart.

A więc na dzisiejszej imprezie siedziałem sobie sam (kolega się szybko zmył) i popijałem Mirindę patrząc jak się inni bawią (muzyka u góry jeszcze gra). Wskakiwałem na parkiet tylko przy jakichś szybszych kawałkach, które jednocześnie dały się słuchać (niestety DJ raczył nas też utworami które tego warunku nie spełniały). Nigdy więcej na takie imprezy bez własnej kobiety!

Z drugiej strony, jednak wbrew wszystkiemu humor mi nadal dopisuje i chyba na razie jestem zadowolony... Zobaczymy jakie atrakcje będą jutro i w niedzielę...

Przekonałem się też, że moja alergia nie ustąpiła. Nie wziąłem normalnie wieczorem leków, to o pierwszej w nocy już kichałem i smarkałem. Psiknąłem sobie i łyknąłem co trzeba było psiknąć i łyknąć i jest lepiej. :-)

3 komentarze do wpisu „ Upijam się Mirindą, na smutno...”


XP w PLD c.d.

Już miałem wysłać bug-report w sprawie tego problemu z zegarem XP pod QEMU, zapisałem się na odpowiednią listę dyskusyjną, ale jeszcze zerknąłem do archiwum. Okazało się, że wczoraj ktoś zrobił na to patcha. Założyłem łatkę i rzeczywiście, zegar działa dużo lepie. Odrobinę się spóźnia, ale to już nie jest taki duży problem. No i ntpd się na tym nie wykrzacza, chociaż zniwelować odchyłki czasu mu się nie udaje.

Po naprawieniu zegara przyszło zainstalować jakąś konkretną aplikację, znaczy się, tego nieszczęsnego Płatnika. Na początku instalator Płatnika mnie okrzyczał, że rozdzielczość mu się nie podoba i musi być co najmniej 800x600. Czas więc było pożegnać się z opcją -std-vga i zasymulować Cirrus Logic. Windows XP po tej zmianie nawet nie jęknął, tylko od pierwszego uruchomienia zaczął używać 256 (zamiast wcześniejszych 16) kolorów. Hmmm... mógłby w sumie napisać, że karta się zmieniła. Przełączenie na 800x600 i 16-bitowy kolor też nie było problemem, tyle że tło się trochę kaszaniło. Ale to już chyba wina emulatora i po jego restarcie było OK. Płatnik dał się zainstalować (BTW. jego wymagania co do hasła administratora są IMHO lekko przesadzone) i wygląda na to, że działa. Tyle że wolno. Ale to już żonka musi stwierdzić, czy da się w tym pracować, czy nie.

Teraz instaluje się SP2, wcześniej pociągnąłem przez Windows Update jakieś mniejsze poprawki. Sieć w tym chodzi bardzo wydajnie, a i łącze w domu mamy niezłe, więc to akurat bardzo szybko idzie. Może jutro żona spróbuje tego używać i okaże się, czy to w ogóle miało sens, czy jest to sztuka dla sztuki.

Update: Zapomniałem jeszcze napisać jak Windows widzi tę emulowaną maszynę: Unknown Processor Intel P6, 4.1Ghz (laptop ma 1.13GHz)

11 komentarzy do wpisu „ XP w PLD c.d.”


Windows XP pod Linuksem...

Żonka już się chwaliła swoim służbowym laptopem. Podstawowy system tam to oczywiście Linuks, PLD. Niestety... żona w pracy zajmuje się, między innymi, ZUSem, a więc Windowsa też mieć musi. Pół biedy mieć Windowsa na laptopie, gorsza jest konieczność wyłączania Linuksa, żeby z niego skorzystać. Postanowiłem więc zainstalować Windowsa XP pod Linuksem.

Już kiedyś bawiłem się VMWare, ale to komercyjne i pierońsko drogie oprogramowanie, a już ostatnio gdy tego próbowaliśmy z darmowymi licencjami nie było tak fajnie jak kiedyś, gdy można było co miesiąc sobie je po prostu odnawiać. Darmowych wirtualnych pecetów jest kilka, jednak zwykle wiele im brakuje. Najbardziej zachęcający wydał mi się QEMU szczególnie, że pojawił się do niego akcelerator pozwalający na uruchamianie kodu na rzeczywistym, a nie wirtualnym, procesorze. Dzięki temu wirtualny komputer może być znacznie szybszy.

Legalny Windows XP OEM przyszedł razem z laptopem. Najpierw próbowałem tego zainstalowanego już Windowsa odpalić z kopii partycji Windowsowej. Coś tam niby się ładowało, ale zatrzymywało się na czarnym ekranie. Uznałem więc, że trzeba w wirtualnej maszynie zainstalować system od nowa. Sądziłem, że któraś z płytek dołączonych do komputerka zawiera wersję instalacyjną Windows. Jednak nie, tam były tylko obrazy dysków i program do odtwarzania tego, odmawiający współpracy na czymkolwiek innym niż taki sam laptop do jakiego płytki były dołączone. Maszyna wirtualna QEMU nie spełniała tego warunku. Już myślałem, że z instalacji nici, ale się okazało, że gotowa instalka leży normalnie na dysku, na partycji Windowsowej, obok zainstalowanego systemu.

Zrobiłem obraz dysku z partycją FAT32, przegrałem tam instalkę, dorzuciłem ten obraz jako drugi dysk, obok virtualnego dysku docelowego. Instalację udało się uruchomić startując z jakiejś dyskietki startowej Windows 95. Szło to dość powoli, ale praktycznie bezbłędnie do momentu pierwszego planowego restartu. Instalacja po restarcie, dalej w trybie tekstowym, zaczęła się sypać. Jakichś plików instalator nie mógł znaleźć, a potem wywalał się z Bus error. Wyczytałem gdzieś, że na Bus error pomaga odpowiednie ustawienie wielkości pamięci maszyny wirtualnej (powinno być tego trochę mniej niż wynosiła wielkość /dev/shm), ale żeby od razu wykluczyć wszelkie problemy i nie zaczynać wiele razy od nowa, wyłączyłem dla pewności też kqemu (akcelerator). To drugie było raczej niepotrzebne. W każdym razie instalacja się udała, tyle że trwała ponad 24h. Z włączonym akceleratorem pewnie byłoby parę razy szybciej.

Teraz system się uruchamia i działa ładnie, tyle że strasznie wolno. Ale największym problemem jest zegar — w Windows na wirtualnej maszynie chodzi nawet grubo ponad 10 razy szybciej niż powinien. To pewnie powoduje dodatkowe obciążenie (pewnie w Windows też coś w rodzaju crona chodzi), a niektóre rzeczy przez to po prostu nie działają (timeout dla operacji, która nawet nie zdążyła się rozpocząć). Na listach QEMU sugerowali NTP. Najpierw spróbowałem klienta wbudowanego w Windows. Ale to porażka. Po ręcznym ustawieniu czasu mniej-więcej udało się zsynchronizować zegar przez NTP, ale ta synchronizacja polegała na jednorazowym ustawieniu czasu z komunikatem, że kolejna będzie za tydzień. To zupełnie mnie nie satysfakcjonowało. Zainstalowałem więc Windowsowy port normalnego ntpd. Przynajmniej było widać, że ten stara się czas na bieżąco ustawiać, ale przy tak rozjechanym zegarze najwyraźniej też zgłupiał i przestawił mi zegar jeszcze o parę godzin. Chyba będzie trzeba poczekać aż w samym QEMU jakoś ten problem rozwiążą...

Teraz spróbuję jeszcze zmienić wirtualną kartę graficzną ze zwykłego VGA na SVGA Cirrus Logic — ciekawe jak to się odbije na wydajności. No i czy tego się będzie dało w ogóle praktycznie używać.

4 komentarze do wpisu „ Windows XP pod Linuksem...”


Kropelki

Krople no oczu Starazolin czynią cuda — pierwszy raz od kilku dni mogłem normalnie spojrzeć w niebo. :-D

5 komentarzy do wpisu „ Kropelki”


Historia padu pewnego dysku...

W piątek rano jeden z naszych serwerów nagle przestał odpowiadać, nawet na konsoli szeregowej. Kumpel przeszedł się na serwerownie zobaczyć co jest. Komputer nie reagował, a po resecie nie widział jednego dysku (tego z którego miał się startować system). Uznałem, że dysk mógł się zawiesić na twardo i zaproponowałem odłączenie komputera całkowicie z zasilania na chwilę. Po tej operacji system wystartował normalnie z właściwego dysku.

Jak już system działał postanowiłem dyskom bliżej się przyjrzeć. smartctl -a stwierdził OK. scsinfo -a nie wykazało żadnych bad sektorów. Zapuściłem jeszcze SMART Extended Self Test i uznałem, że problem został zażegnany. Niestety po chwili serwer zaczął się zachowywać dziwnie. Dawał błąd read-only filesystem przy dowolnej próbie zapisu na głównej partycji. W logach było jedynie nic nie mówiące Journal aborted. Gdy chciałem sprawę bliżej zbadać, okazało się, że bash nie widzi podstawowych binarek. Jakież było moje zdumienie, gdy się okazało, że ls -l / nie pokazuje nic. Ale już np. ls -l /bin/ls pokazywało poprawne informacje o pliku. Nie było co się więcej zastanawiać, tylko downować serwer i lecieć na serwerownię.

Na serwerowni powtórzyliśmy operację, która poprzednio przywróciła maszynę do życia. Bez skutku — system już nie startował z tego dysku. Co prawda, BIOS kontrolera widział dysk, ale z Media format error i go od razu wyłączał. Wyciągnęliśmy więc serwer z szafy i zanieśliśmy do biura.

Dysk podłączony do innej maszyny też nie działał, więc zabraliśmy się za ratowanie systemu, wykorzystując to co zostało. Na szczęście okazało się, że większość najistotniejszych plików (/var i /home) leży na drugim, ocalałym dysku. Znalazło się też tam miejsce na odtworzenie / + /usr z backupu.

Backupy wszystkich naszych serwerów zapisujemy na tasiemkach przy pomocy oprogramowania Bacula (It comes by night and sucks the vital essence from your computers.). Ten wspaniały zestaw narzędzi pozwala nam zdalne backupowanie wszystkich systemów na jednym streamerze, zachowując informacje o tym co, gdzie i kiedy zostało zarchiwizowane. Niestety okazało się, że przy odtwarzaniu z tych kopii zapasowych to już nie działa tak ładnie...

Pierwszy problem to to, że gdy Bacula skończył odtwarzanie z jednej tasiemki, to nie poprosił o włożenie kolejnej, tylko wszedł w jakiś dziwny stan w którym nic nie mógł przeczytać, ani nie dało się kasetki wyciągnąć. Dało się to obejść rozpoczynając kolejny proces odtwarzania, tylko danych z tej drugiej (chronologicznie pierwszej) tasiemki.

Gorszy był drugi problem. Odtwarzanie przerwało się gdzieś w środku (na jakimś /dev/rd/cośtam. Puściłem jeszcze raz, omijając dane już odtworzone, oraz katalog na którym się wywalił. Niby wszystko odzyskaliśmy, ale okazało się, że prawa dostępu do wielu katalogów, utworzonych w tym przerwanym procesie, są co najmniej dziwne. Np. 744 na /usr albo 777 na /usr/local/bin. Udało się to jednak RPMem do porządku doprowadzić. Ostatecznie udało się, jeszcze w piątek, uruchomić na serwerze podstawowe usługi, w tym Jabbera i pocztę, bez żadnych strat w danych.

Od razu, gdy stwierdziliśmy, że dysk padł, zamówiliśmy nowy. Była pewna szansa, że przyjdzie w sobotę i plan, żeby w tę sobotę odzyskać resztę systemu (w tym builder AMD64 dla PLD). Jak nie w sobotę, to w poniedziałek od rana. Dysk przyszedł w poniedziałek (dzisiaj), ale dopiero w południe. Spartycjonowałem go, założyłem wolumeny LVM i przegrałem większość danych z tego ocalałego dysku. Zacząłem też odtwarzanie pozostałych danych z backupu. Wszystko w trybie single, aby działające usługi (w tym Jabber i poczta) nie nabruździły mi w tym. Niestety odtwarzanie z backupu nie zdążyło się skończyć przed moim wyjściem z pracy. Koledzy zostali w pracy, aby po zakończeniu operacji przywrócić serwer do życia. Niestety Bacula znów się wywalił. Serwer działa (tyle co w piątek udało się odpalić), ale część danych wciąż nie jest odzyskana. Jutro będę miał jeszcze z tym sporo roboty...

7 komentarzy do wpisu „ Historia padu pewnego dysku...”


Uzależnienie od bloga?

Kilka osób przyznało się do uzależnienia od bloga mojej żony. Hmmm... coś w tym jest — takie rzeczy się zdarzają. Sam jestem chyba uzależniony od jednego bloga: Hi, My Name Is Steve, and I Am a Sex Addict.

I nie chodzi o świństwa. Mimo, że jestem stary świntuch, to nieprzyzwoite opowiadanka mnie z czasem nudzą. A tam zaglądam, od wielu tygodni, codziennie, cierpiąc w weekendy z powodu braku nowych wpisów. Frajdę sprawia mi śledzenie losów tej pary, przeżywam w pewien sposób ich radości i niepowodzenia, a także pozwala mi to lepiej zastanowić się nad własnym życiem i związkiem. To chyba coś jak oglądanie reality show, czy oper mydlanych (za jednymi i drugimi raczej nie przepadam), ale czasem można sobie pozwolić na takie niskie rozrywki. ;-)

Jest też sporo innych blogów na które zaglądam, ale poza Joggami, które dzięki technicznym ułatwieniom śledzę na bieżąco, odwiedzam je raczej sporadycznie — jak mi się przypomni. O, właśnie — dawno nie zaglądałem na blog Bruce'a Eckela... i słusznie, nic tam nowego nie ma :-(.

5 komentarzy do wpisu „ Uzależnienie od bloga?”