I znowu dałem plamę

I znowu nie stanąłem na wysokości zadania. Znowu zachowałem się nie tak
jak trzeba, znowu potem chciałem uciec i znowu usłyszałem chociaż raz
byłbyś mężczyzną!
. Jak widać to mi nie wychodzi. Wielomiesięczne próby
dojścia (bo nie powrotu) do normalności nie wiele dają…

A może ktoś zna jakiś dobry kurs jak zostać prawdziwym mężczyzną?
Cześć dotyczącą seksu mam raczej opanowaną, w stopniu conajmniej dostatecznym,
ale najwyraźniej mam duże problemy z całą resztą (co pewnie i ten wpis
potwierdza)…

Idę poczytać książkę, o bajkach i czarownicach — to pewnie też
babskie/dziecinne zajęcie…

No i spieprzyłem…

Przenosiny na LVM ukończone. Straty: prawdopodobnie kilkadziesiąt MB
plików z /opt i /home (oczywiście poza katalogiem mojej żony, który jako
strategiczny został zbackupowany). Na razie nawet nie wiem co to za pliki. Ale
sama informacja zdołała żonę wkurzyć… :-(

Do zapamiętania na przyszłość:

  • Przed jakimkolwiek zapisywaniem danych, po zmianach w filesystemie, czy
    tablicy partycji, robić fsck! I dobrze przemyśleć informacje
    jakie ono wypluje.
  • To, że resize2fs wywalił się z błędem glibc detected
    double free or cośtam
    nie znaczy że właśnie rozwalił mi filesystem (sam
    sobie później rozwaliłem wychodząc z takiego założenia).
  • Nawet gdy się zrobiło duży zapas miejsca na partycji pod zmniejszony
    filesystem, lepiej sprawdzić czy on się tam rzeczywiście mieści.
  • pvresize jest not implemented yet, więc nie
    ma sensu kasować starych partycji, żeby powiększyć istniejące PV — po
    prostu trzeba z tych partycji zrobić osobne PV i dodać do odpowiedniego
    VG.
  • Backupować zawsze więcej niż wydaje się istotne — żona może być zła
    także za nieistotne pliki.

A może by tak LVM?

Ostatnio często się zdarzało, że nie mogłem w domu jakiegoś pakietu
doinstalować, bo na /usr brakowało miejsca, gdy na
/home i /var jeszcze było. Nie chciałem linkować,
ani bindować (mount --bind) katalogów, więc było kombinowanie co
by tu skasować, żeby co innego zainstalować. Nie wiele już do tego kasowania
zostało.

Od jakiegoś czas w firmie na serwerach stosuję LVM — dzięki temu na
początku przydzielam systemom plików tyle miejsca ile w danej chwili jest
potrzebne, plus niewielki zapas, a więcej mogę dodać wtedy, gdy będzie taka
potrzeba. Pomyślałem, że w domu też mógłbym to zastosować. Jednak
przeniesienie istniejących filesystemów na LVM to nie taka prosta sprawa,
wiąże się z przerzucaniem danych między partycjami, usuwaniem i dodawaniem
partycji, a także zmianą rozmiaru jednej z nich. W takim przypadku zawsze jest
ryzyko utraty danych…

Wczoraj zrobiliśmy nasze regularne (twardzi jesteśmy: raz na rok) bakupy
najistotniejszych danych, jednak mimo to żona by mnie zamordowała, gdyby
wyparował jej katalog domowy. Dlatego właśnie leci jego zawartość na
wolną partycję na serwerze u mnie w pracy. Oczywiście w locie kompresowana
i szyfrowana. Średnio około 400kB/s. Oby mi ISP kurka nie przykręcił za to
— to jest sieć osiedlowa, gdzie raczej nie są przewidziane takie
transfery dla pojedynczego użytkownika ;-).

Po obiedzie rozpoczynam operację (8-punktowy plan mam już przygotowany),
ciekawe co z tego wyniknie…

Jabber? Nie dla idiotów!

Okazuje się, że już twórcy pierwszych implementacji Jabbera zdawali sobie
sprawę z uciążliwości różnych idiotów w sieciach IM i starali się temu
odpowiednio zaradzić. Dzisiaj Jabber Council opublikowało specyfikację tego
protokołu: JEP-148: Instant
Messaging Intelligence Quotient (IM IQ)
. Szkoda, że się nie przyjął,
oszczędził by nam wielu niepotrzebnych rozmów i pozycji w rosterach…

Rzucam to wszystko…

Zastanowiłem się nad tym co napisał zgoda w komentarzach do
ostatniego wpisu
i chyba muszę się z tym zgodzić. Ci wielcy gracze
to nic dobrego, zaraz wszystko zepsują. Teraz Sun zaczyna — psując
wspaniałą ideę tekstowej komunikacji przez jakieś VoIP, videokonferencje itp.
wynalazki w swojej implementacji. Potem będzie Microsoft, skoro jest RFC, to
będą musieli zrobić swoją implementację. W każdym Windows będzie klient
Jabbera, którego nawet moja matka obsłuży. Zdaje się, że Apple już coś takiego
zrobiło (na szczęście u nas Maki nie są zbyt popularne). No i po co to nam? Nie
po to robię trudnego do zainstalowania, brzydkiego klienta CJC, żeby gadać
z ludźmi, co u siebie mają śliczne cukierkowe okienka i, co gorsza, cieszą się
z narzędzia, którego używają! Nie po to robiłem transport GG, żeby przestał
być potrzebny jak ludzie z GG uciekną.

Ostatecznie stwierdzam, że dam sobie z tym spokój. Dość ślęczenia nad
PyXMPP i CJC, wystarczająco czasu na to zmarnowałem. Transport GG też okazał się niewypałem,
zamiast pozwalać ludziom z GG gadać z Jabberowcami, jak już muszą, to
spowodował przejście iluś użytkowników GG na Jabbera — straszne. Tego bloga też zamykam,
przeniosę się gdzieś, gdzie nie ma takich niepotrzebnych bajerów jak dodawanie
notek z jakiegoś komunikatora, czy powiadomienia, co rozpraszają człowieka przy normalnej pracy.

Więcej o tym, czemu XMPP ssie i czemu nie chcę mieć z tym już nic wspólnego
opowiem na Pingwinariach, zamiast wykładu o tym głupim publish-subscribe
— myślę że ludzie będą mi za to wdzięczni.

Życie niejadka jest ciężkie…

W sobotę na świątecznym obiedzie byłem u mamy. W niedzielę u
teściów. Dzisiaj przyszła kolej na ojca. O ile u mamy i u teściowej mogę się
przy tej okazji nażreć, to do świątecznych obiadków u taty czuję, delikatnie
mówiąc, niechęć. Nie chodzi o to, że kobieta ojca nie umie gotować. Umie i
pewnie bardzo dobrze, jednak jej kuchnia jest zupełnie niekompatybilna z moimi
upodobaniami…

Odkąd byłem dzieckiem byłem znany z tego, że nie jadam białego i
czerwonego, a więc mleka i wszelkich płynnych i większości półpłynnych
produktów mleczny oraz wszystkiego co z pomidorów i buraczków. I wciąż kawałek
pomidora, czy ketchupu potrafi sprawić, że potrawa jest dla mnie niejadalna.
Zupę zabieloną odrobiną śmietany nawet zjem, chociaż wolę taką bez śmietany w
ogóle. Ale zupy u taty są pełne śmietany. Zwykle wlewałem w siebie, w wielkich
bólach, parę łyżek, żeby nie robić gospodarzom przykrości (potem zwykle źle
się czułem przez resztę dnia). Dzisiaj nie dałem rady, po dwóch makaronikach
dałem sobie spokój. Tato nawet zrozumiał, zażartował tylko, że następnym razem
będzie pomidorowa. Później uśmiech znikł mu z twarzy i spytał się, czy sos
pomidorowy zjem. Okazało się, że na drugie jest mięso w sosie pomidorowym…
Gospodyni udało się, na szczęście, w miarę uzdatnić mięsko (wyczyścić z
sosu) i jednak coś na ten obiad zjadłem. Sałatkę ociekającą śmietaną czy
majonezem, sobie darowałem.

I wcale nie lubię tego swojego wybrzydzania… Głupio tak gardzić
wszystkim co podadzą, ale zwymiotować zaraz po obiedzie (pewnie przesadzam…
ale sam nie jestem pewien), też niebyłoby miło. Nie chcę też sugerować zmiany
menu specjalnie dla mnie (co np. teściowie już od dawna praktykują), bo u taty
przynajmniej moja żonka ma okazję pojeść sobie takich rzeczy, jaki zwykle przy
mnie nie jada…

Po obiedzie, i zabawie samochodzikami, które Krysia dostała od zajączka,
znowu wdałem się w dyskusję polityczną z bratem… Zostałem nazwany
strasznym radykałem, he he. :-)

Gliwice — centrum transportu samochodowego

Już jakiś czas temu dociągnięto autostradę A4 z Wrocławia do Kozłowa, zaraz
pod zachodnią granicę Gliwic. W styczniu (a może to był już luty) otworzyli
odcinek z Katowic do Sośnicy (południowo-wschodnia dzielnica Gliwic). A więc
jest cały długi kawał autostrady od Wrocławia do Krakowa… z małą przerwą
— brakuje kilku-kilkunastu kilometrów koło Gliwic.

Gdy nie było odcinka Katowice-Sośnica, to do Katowic i A4 do Krakowa z
Gliwic (i z A4 z Wrocławia) były conajmniej trzy drogi, w tym tylko jedna
przez centrum miasta i tak często zakorkowana. Teraz każdy komu się kończy
autostrada chce jak najszybciej dojechać do kolejnego odcinka. A jedyna droga
(sensownej długości i dopuszczona do ruchu ciężarówek) z Kozłowa do Sośnicy
wiedzie przez centrum Gliwic… Korki możecie sobie wyobrazić. Ja do pracy na
szczęście jadę starą autostradą (z definicją autostrady ta droga ma
bardzo niewiele wspólnego), na której ruchu teraz jest niewiele, jednak
odcinek od mojego domu do tej drogi częściowo pokrywa się z tą łatą na
A4
. No cóż… gdy jadę do pracy nie jest jeszcze źle, chwilę postoję na
światłach, przejadę kawałek i jestem na przyjemnej stosunkowo pustej drodze do
Zabrza. Niestety gdy wracam, to już Gliwice są zakorkowane i 30% całego czasu
spędzanego w drodze do domu spędzam na tym nieszczęsnym fragmencie trasy (<5%
całości). Czasem kombinuję jak korek objechać, robiąc sporo więcej kilometrów,
ale czasu oszczędzając niewiele, szczególnie, że np. dzisiaj trafiłem na
kolejny korek, który znów objeżdżałem itd. Kiedyś pojechałem zupełnie na
około, małymi poza głównym ruchem. Dalej, wolniej, ale czas przejazdu podobny.

Wprost nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie wybudują ten brakujący kawałek
A4. Nie po to, żeby tamtędy jeździć (ta autostradowa obwodnica Gliwic
będzie odcinkiem płatnym), ale żeby normalnie do domu dojechać, a nie 15 minut
stać w głupim korku, dwa rzuty berety od własnego bloku.