Spam

Dostałem spam. Z zagarnicy, chcą mi wcisnąć jakiś raport o stanie rynku IP
w Polsce, za kilkaset euro. Przyszło na adres wyciągnięnty z whois, czy
jakiejś podobnej bazy (adres w dziwacznej formie – automat parsujący
chyba jest daleki od ideału). I nie pomogła restrykcyjna konfiguracja
Postfixa. I nie pomógł SpamAssasin zainstalowany na moim koncie… Bo to
przyszło na papierze, zwykłą (czy może już niezwykłą) pocztą. Sekretarka
przyniosła, że to do mnie, nic z tego nie rozumie (bełkot jak zwykle
w spamach, do tego po angielsku) i nie wie, czy ma wprowadzać w EDokumenty,
czy nie…

Chwilę później i jednocześnie chwilę przed naszym wyjściem, kolega odbiera
telefon… „Czy można Panu zająć chwileczkę…” Niedługo naprawdę będzie
strach otworzyć lodówkę.

Po nocce

Wczoraj znowu rozpierdziel w firmie. Tym razem przemeblowanie serwerowni.
Firma znalazła kupca na szafę rackową, a że w niej akurat stał nasz sprzęt, to
trzeba było wszystko poprzestawiać do stojaków (które, swoją drogą, mają w tej
serwerowni większy sens niż szafy). Do roboty przyszedłem na 15:00, żeby od
16-tej zacząć. Kolega miał do tego czasu opisać mi wszystkie połączenia (4
switche 24-portowe, z dziesięć serwerów, ponad dwie setki gniazd na
patch-panelach i cała masa połączeń). Nie zdążył, więc robiliśmy to razem
jeszcze z dwie godzinki. Potem było rozbieranie starych szaf, składanie
i wstawianie nowych stojaków, przekładanie patch-paneli z rozszytymi setkami
par itp. atrakcje. W końcu wstawianie sprzętu na nowe miejsce i podłączanie
wszystkiego tak aby zadziałało (oczywiście od razu działać nie chciało).
Wyszliśmy (brudni i śmierdzący, bo w budynku wodę na noc wyłaczają) z firmy
o 3:25. A niektórzy byli w pracy od 8:00.

Dzisiaj rano, normalnie od 8:00, też jakiś admin w firmie się przydał.
Jeden ma chorobowe, zostało nas dwóch. To uzgodniłem z kuplem, co wczoraj od
rana siedział, że ja przyjdę na tę ósmą, a w południe się zamienimy. Więc
przespałem się 3 godzinki, łyknąłem kofeinę z puszki (Booster — taka
podróba Red Bulla z Plusa, za grosze) i, niewiele czyściejszy niż przed
wyjściem z serwerowni, podobnie śmierdządzy i ledwo przytomny, pojechałem do
roboty.

W pracy oczywiście okazało się że parę rzeczy nie działa, ileś innych
działa, ale są podłączone tam, gdzie nie powinny itp. Latałem więc między
serwerowaniami (budynki oddalone o jakieś 500m), z serwerowni do swojego
pokoju, rozszyłem jeszcze parę kabelków na patch-panelu… i o 11-tej jakoś
się uspokoiło. Obiecałem jeszcze coś komuś sprawdzić, więc posiedziałem
jeszcze do wpół do pierwszej, ale do domu wróciłem sporo wcześniej niż
normalnie. Ufff…

W domu wreszcie mogłem się doprowadzić do porządku. Pospać to teraz bym
sobie i tak nie pospał (w dzień mi nie wychodzi), więc, mając tę chwilkę
wolnego, męczę Baculę. Jak już
sobie kupiłem tę nagrywarkę DVD do robienia backupów, to trzeba było w końcu
zacząć je robić. Niestety, pakiet z Baculą w PLD wciąż w rozsypce (ale się
buduje i nawet jakoś działa), a wsparcie dla DVD w Baculi wciąż nie domaga…
Ale jakoś udało mi się to zmusić do działania. Znaczy się, dysk mi rzęzi,
nagrywarka mruga diodą… czy z tej płytki się potem będzie dało coś odzyskać,
to się dopiero okaże.

Na koniku…

Dzisiaj, jak co niedzielę, pojechałem z dziewczynami do Szałszy na konie.
Pogoda była zupełnie niezachęcająca (mgła i lejący deszcz), ale instruktor
zapewnił, że jest gdzie jeździć, bo hala (kryta ujeżdżalnia) przygotowana.

Na miejscu pogoda wyglądała jeszcze paskudniej niż przez okno, ale na hali
konie już jeździły, tylko dwa stały w stajni. Gdy najspokojniejszy, Bohun, się zwolnił,
to posadziliśmy na niego Małą i zrobiliśmy kilka kółeczek. Później żonka
wsiadła na poważniejszego (większego i chętniejszego do biegania) konia
– Neskę i zaczęła swoją jazdę.

Ja w tym czasie pilnowałem Krysi, która zresztą całkiem dobrze się sama
bawiła w słomie, a poza tym pomogłem założyć czapsy na pewne zgrabne nóżki
i kilka razy trzymałem dziewczynom konia (gdy się przesiadały, albo miały
dość). Bałem się, że z Krysią zmarzniemy, gdy Ika będzie jeździć, ale na hali było
ciepło i całkiem przyjemnie. Gdy tak stałem z Bohunem, gdy żona kończyła, to
stwierdziłem, że może bym w końcu i ja na konia wsiadł. Przez ostatnie parę
miesięcy się wstrzymywałem, bo miałem przepuklinę, a po operacji lekarz przez
trzy miesiące (czyli gdzieś tak do Mikołaja) zabronił mi uprawiania sportu.
Zdecydowany byłem tym bardziej, że dziewczynom, które jechały z Iką, szło
raczej nienajlepiej i na ich tle duża kompromitacja mi dziś nie groziła.

Oczywiście okazało się, że, mimo oglądania jeździectwa od pół roku, nie
bardzo wiedziałem co z tym koniem zrobić – jak wsiąść, jak usiąść, jak
trzymać wodze. Ale nawet jakoś udało mi się Bohuna (znanego z perfekcyjnych
umiejętności stania w miejscu) wystartować i stępem okrążać halę, nie
pozwalając koniowi na skróty. Ale stępem to nic ciekawego, trzeba było kłusem
spróbować. Do tego już konik nie był taki chętny, więc żonka musiała dać mu
przykład i biegała koło nas wokół hali. ;-) Z bacikiem w ręce, bo
sam przykład to mogłoby być za mało.

Na początku kłusa obiłem sobie tyłek, ale w końcu zaczęło mi nawet to
anglezowanie wychodzić. A i żona nie musiała biegać, bo Bohun zaczął mnie
słuchać. Może dlatego, że już miałem bacik w ręce (ale raczej go nie
używałem). Tak sobie jeździłem, to kłusem, to, dla odpoczynku, stępem. Koń,
który podobno jest wyjątkowo leniwy i raczej początkujących jeźdźców nie
słucha, był całkiem posłuszny. Poza paroma wyjątkami: zatrzymywał się, gdy inny
koń go doganiał i gdy pojawiał się instruktor (to drugie tym dziwniejsze, że
zwykle bywało na odwrót). No i pod koniec jazdy zaczął mieć humory. Ale i ja
już się przy tym kłusie nie upierałem.

W sumie pojeździłem jakieś 45 minut (norma dla początkujących to pół
godziny). Ku mojemu zaskoczeniu zszedłem o własnych siłach, niespecjalnie obolały
i całkiem sprawny. Czyżby moja fatalna forma nie była taka fatalna? Po jeździe miałem
konia odprowadzić do stajni i rozsiodłać. I znowu się okazało, iż mimo, że
naoglądałem się tego sporo, to nie bardzo wiedziałem co z tym koniem tam zrobić
;-). Koleżanka odrobinę pomogła i nie było źle.

Będę musiał zacząć regularnie jeździć. To może być całkiem zabawne, a jakiś
sport, dla odmiany od kilkunastogodzinnego siedzenia przy komputerze, na pewno
mi się przyda.

No to jeździ ika, jeździ smoku,
zacząłem jeździć ja… Kto następny? ;-)

Kolejny grobowy wpis

W środę zaczęliśmy w firmie akcję rozpierdziel — gruntowną
modernizację sieci z wymianą części sprzętu (głównego routera) i większości
softu wraz z konfiguracją. Nowy system ani przetestowany, ani skończony. Ale
stary sprzęt się już sypał, a niedoskonałości starej konfiguracji już mocno
dawały się we znaki.

Więc już od poniedziałku, a nawet od poprzedniego tygodnia, w pracy było
znacznie więcej roboty niż wcześniej. W środę zaczął się zapiernicz na maksa.
Wtedy siedziałem od 8:00 do 19:15 (normalnie kończę o 16:00) tyle, żeby
uruchomić przynajmniej dostęp do Internetu większości userów. W czwartek
oczywiście okazało się, że to wcale nie działa jak należy, powychodziło masę
innych problemów no i czas było userom pocztę odpalić. Siedziałem do 22:15.
W piątek przyszedłem do roboty na 12:00 (bo o 8:00 to bym się i tak do niczego
nie nadawał), wyszedłem o 16:30, ale potem jeszcze w domu do późna przy tym
siedziałem. W sobotę nie lepiej. Praktycznie cały dzień przy kompie, z przerwą
na obiad u mamy. W niedziele obudził nas telefon od niezadowolonego klienta.
Tego było za dużo. Niedziele to czas na żonkowe koniki, więc po prostu
wyłączyłem tę komórkę dyżurnego admina. Miałem na jej dzwonki reagować
nawet w nocy, ale że pracodawca już i tak naciągnął reguły, to sumienie mnie
bardzo nie pogryzło.

Wiem, że to wcale nie tak dużo roboty. W tej branży to norma, wielu
kolegów po fachu miewa dłuższe sesje na serwerowni i zdarza im się to znacznie
częściej i nie marudzą (chłopaki, podziwiam was!). Jednak okazało się, że to
starczyło, żebym zrobił się nieznośny, warczał na bliskich, nie robił tego
o co mnie proszono itd. itp. Okazałem się zwykłym gnojem. Co gorsza to
wszytko mimo tego, że starałem się pilnować. Pamiętałem jaki byłem, gdy przy
pracy się zapominałem, więc starałem się nad sobą panować. Najwyraźniej
nieskutecznie, a do tego, słysząc brutalną prawdę się rozklejam się, i staję
się żałosnym gnojem…

Bycie dobrym mężem i ojcem ostatnio chyba nawet mi jakoś wychodziło. Ale to
wtedy, gdy w pracy roboty raczej unikałem, równo o 16:00 wychodziłem i w domu starałem
się nawet nie zaglądać na firmowe serwery i do firmowej poczty. No i Holender
nawet za bardzo roboty dla mnie nie miał. Czyste obijactwo, nawet swoje
otwarte projekty odpuściłem, żeby miło spędzać czas z rodzinką. Fajnie
było, tylko wiecznie tak być nie może.

No i jaką ja mam przyszłość w tej branży? Jeśli chcę znaleźć jakąś lepszą
robotę muszę się wykazać. Raczej nie ma na to sposobu, który nie byłby ani
pracochłonny, ani stresujący. Czasem mam ochotę ciepnąć tym wszystkim poza
obowiązkowymi 8-ma godzinami w firmie, ale do czego mnie to doprowadzi?

A może powinienem uznać, że nie mam się przejmować tym co żona sądzi, bo
żona marudzi, a ja skoro pracuję, to mam prawo być trochę nieprzyjemny? Po
prostu robić swoje i w ten sposób zapewnić sobie przyszłość, a rodzinie lepszy
byt? Wolę nawet nie próbować, bo mogę stracić to co najcenniejsze. Ledwo udało
mi się częściowo naprawić, co kiedyś w podobnych okolicznościach popsułem…
A do tego nie mam jaj, więc i tak by nic z tego nie wyszło (ani lepszy
byt, ani nie przejmowanie się żoną).

Na koniec ciekawostka: teraz, gdy w firmie mało co działa, nikt nie
sugeruje, że admini się opierdalają, czy źle robią swoją robotę… a wcześniej,
przed akcją rozpierdziel, gdy czasem niedziałało tylko parę rzeczy, nie
bardzo od nas zależnych,
traktowano nas jako wzór nierobów. Ale to pewnie szybko wróci…

I sorry za brak normalnych wpisów. Gdy dzieje się coś ciekawego, to jestem
tak zajęty, że nie mam czasu pisać, a dorywam się do Joggera, dopiero gdy mi
się wszelkiej sensownej roboty odechciewa…

Dostało mi się…

Dostało mi się. Nawet nie wiem za co (w pewnym momencie wyszło coś, że niby
też za picie dziurawca). Za próbę wyjaśnienia, czy wyrażenia swojego zdania,
dostało mi się jeszcze bardziej… W takich chwilach, szczególnie po (czy
raczej w trakcie) bardzo ciężkim okresie w pracy (harówa kilkanaście godzin
dziennie, łącznie z sobotą), odechciewa się wszystkiego… :-( .

Kupuję nową nagrywarkę

Podobno pieniążki z zachodu już do mnie idą, więc postanowiłem wreszcie
sobie kupić nagrywarkę DVD. Wypatrzyłem sobie NEC ND-4550A. Jeśli ktoś zna
powód dlaczego to jest zły wybór, niech powie teraz lub zamilknie na wieki.
Samsunga i LG już miałem, Sony odpada z powodów ideologicznych
(;-)).

Głupi Psuja

Rano dojeżdżając do pracy stwierdziłem, że świeci mi się kontrolka zbyt
wysokiej temperatury silnika. Najwyraźniej zaświeciła się już na miejscu.
A wentylator się nie włączył. Znaczy się coś jest popsute. Zacząłem kombinować,
trzy raz wracałem się do samochodu. Włączyłem ogrzewanie kabiny i dmuchawę,
żeby go trochę ochłodzić, ale leciało zimne powietrze. Potem uznałem, że
trzeba by sprawdzić poziom płynu chłodniczego. Przez ścianki zbiorniczka nic nie widziałem,
więc wpadłem na genialny pomysł, żeby odkręcić kurek i zajrzeć do środka. Odkręciłem
tylko trochę i z sykiem prysnęło na boki. Szybko dokręciłem, ale trochę płynu
uciekło. Na gorący silnik, więc i dymu trochę naprodukowałem…

W firmie wspomniałem kolegom o problemie z samochodem. Przy okazji
dowiedziałem się, że to nie jedyny problem, bo jedno tylne światło mi nie
działa. Potem zająłem się pracą. O dziwo, dzisiaj nawet nie było źle. Gdy
wyszedłem po drugie śniadanie, standardowo po owocka, to rzuciły się na
mnie ciemne winogrona. Jabłek i bananów miałem chwilowo dość. Wziąłem małą
kiść i mało mnie nie powaliło, gdy usłyszałem cenę, z piekła rodem: 6.66zł
(zwykle kupowałem owoców za 2-3zł). No cóż, raz zaszaleć można. O samochodzie
i o tym, że miałem wziąć pieniądze z bankomatu, zapomniałem.

W końcu nadeszła wyczekiwana 16:00. Zdążyłem sobie przypomnieć
o bankomacie, więc zadzwoniłem do żonki, spytać się ile pieniędzy wziąć. Żonka
przypomniała mi o samochodzie. Wziąłem pieniądze, wróciłem do auta i zajrzałem
pod maskę… Płynu chłodniczego nie było właściwie nic. Wymieniłem jeszcze żarówkę
w tylnej lampie (ciekawe, czy przy tym też coś zepsułem) i zacząłem dzwonić do żony,
do ojca, do znajomych, do mechanika, co z tym chłodzeniem zrobić. Wersje były różne:
nalać wody, spuścić wszytko potem nalać płynu lub wody, dolać płynu.
Najbardziej przekonywała mnie wersja mechanika, który polecił dolać jakiegoś Petrygo
(podobno kompatybilne z tym co mi wlał) i tak, ostrożnie dojechać do niego. Poszedłem więc
na stację po płyn…

Stacja to był Shell, a więc swojskiego Petrygo tam nie było. Ceny tego co
było nie zachęcały, szczególnie, że mogło to po drodze wypłynąć. Do mechanika
się nie dodzwoniłem, więc samodzielnie postanowiłem kupić najtańszą opcję
– wodę destylowaną. Po odejściu paru kroków od stacji, wróciłem się
jeszcze po żaróweczki, żeby mieć zapas po dzisiejszej wymianie.

Wróciłem do samochodu. Ciężko było coś nalać i stwierdzić ile się nalało, bo ciemno.
Więc wpadłem na kolejny genialny pomysł. Że chwilkę, to mogę sobie
reflektorami poświecić (a wiedziałem, że akumulator mi trochę szwankuje). Dolałem wody,
wsiadam, odpalam… odpalam… nic. Akumulator ma dość. Właściwie mogło mu już
zaszkodzić świecenie przy sprawdzaniu żarówki, albo oświetlenie wnętrza, gdy
grzebałem pod maską. Nie ważne, w każdym razie byłem znowu uziemiony.

Na taki wypadek już się kiedyś przygotowałem i kupiłem kable do
pożyczania prądu. Tyle, że nie było od kogo pożyczać. W końcu
zadzwoniłem do kumpla, co mieszka w Zabrzu, ale spory kawałek od firmy. Po 15
minutach przyjechał i udało się uruchomić samochód. Dojechałem do Gliwic.
Zostawiłem samochód u mechanika, którego zresztą już nie było, ale syn
(oponiarz) obiecał zaopiekować się gratem. Jutro będzie trzeba pogadać
z mechanikiem co i jak i dowiedzieć się czy/kiedy/co może być z tym zrobione.

W końcu dotarłem do domku. Przygotowana była patelnia z boczkiem na jajka
sadzone, ziemniaczki oraz zupka. Uznałem, że najbezpieczniejsza będzie zupka,
gdybym miał coś smażyć, to znowu bym coś spieprzył… Gdy zupka się grzała,
zabrałem się za zmywanie naczyń. Już i tak żonce podpadłem, wypadałoby zrobić coś miłego.
Żonka przyszła, gdy jadłem zupę. Zaraz obejrzała umyte naczynia… Rozwaliłem
Krysi talerzyk… Co za dzień. :-(

Beznadzieja…

Miałem zamiar tu sobie pomarudzić. Długi wpis jakie moje życie (w
aktualnym moim mniemaniu) jest beznadziejne… Ale przeczytałem wpis
kogoś innego, kto przeżywa prawdzwą
tragedię i wiem, że przecież jestem szczęśliwym człowiekiem. Mam chyba
wszystko czego mógłbym chcieć, a nawet więcej…

… tylko skąd te łzy w oczach …i to zniechęcenie do wszystkiego …i
warczenie na bliskich …spławianie rozmówców na Jabberze …czekanie na
niewiadomoco…