Sałatka pikantna

Po powrocie z urlopu wybraliśmy się na jakieś zakupy, w końcu coś jeść
w domu trzeba. Żonka wypatrzyła sałatkę pikantną z ogórków. Oczywiście sałatka
zaraz wpadła do koszyka, bo zwykle tylko łagodne były. Żonka, co prawda, zbyt
pikantnych nie lubi, ale widać była gotowa się dla męża poświęcić…

To było przedwczoraj. Od tamtego czasu zdążyliśmy sałatką otworzyć
i stwierdzić, że wcale nie jest taka pikantna. Dzisiaj przy śniadaniu znowu
trochę pomarudziliśmy na ten temat, a ja z ciekawości zerknąłem na etykietę…
Sałatka piknikowa o smaku łagodnym. A oboje się wkurzamy
na userów, że nie czytają co się do nich pisze… ;-)

Last.fm Client

Wróciłem po urlopie do roboty, chciałem sobie puścić muzyczkę, no to
zajrzałem na Last.FM, co tam nowego.
Okazało się, że wreszcie jest Last.FM Client pod Linuksa. Ściągnąłem,
odpaliłem i wygląda całkiem miło – już na pierwszy rzut oka wydaje się
dużo bogatszy i wygodniejszy od starego Last.FM Playera. Muzyczka gra.
:-) …trzeba zająć się robotą. :-(

Wakacyjnie

No to się wakacjujemy, od półtora tygodnia. Najpierw pojechałem do
da.killi na zlot
linux@chat.chrome.pl, gdzie siedziałem, od piątkowego popołudnia do
niedzielnego przedpołudnia, głównie grając w golfa. Oczywiście musiało być
też trochę giczo (jakby tacy linuksiarze wytrzymali tylko łażąc z kijami po
trawie), więc zabrałem dwa laptopy, które potem udostępniały sieć (z
GPRS, przez irdę do drugiego laptopa, a dalej przez 802.11b) innym
użytkownikom sieci.

W niedzielę dołączyłem do rodzinki w
Pogorzelicy. Tu sobie wypoczywamy, trochę plażując (pogoda o dziwo nadal
dopisuje, chociaż mogłoby być troszkę słoneczniej), trochę spacerując i na inne
sposoby marnując czas. Oczywiście laptop jest podłączony (jeden, drugi leży
grzecznie w samochodzie), ale udaje nam się korzystać z niego minimalnie
– na tyle skutecznie, że dopiero teraz coś na Joggera nastukałem.

Wczoraj był wyjątkowy wieczór – postanowiłem zabrać żonkę na tańce.
Oczywiście głównym problemem było dziecko, które trzeba było położyć spać
jednocześnie samemu się nie kładąc (a przynajmniej nie zasypiając) –
wcześniej zasypiała dopiero gdy rodzice spali, a przynajmniej dobrze udawali.
Tym razem nie próbowaliśmy sztuczek, lecz powiedzieliśmy Krysi, że idziemy
zaszaleć i uprzedziliśmy dziadków za ścianą o naszych planach. Gdy
szykowaliśmy się do wyjścia dziecko nas zaskoczyło ponagleniami: Idźcie już
na to miasto
. To poszliśmy.

Zabrałem żonkę do ciekawie zapowiadającej się knajpy na świeżym powietrzu
– do Sahary. Od 22:00 miał tam grać jakiś zespół (The Black, o ile
dobrze pamiętam) i miały być tańce. Wiedziałem, że na początku będzie drętwo,
ale bałem się, że później żonki nigdzie nie wyciągnę. Zaraz przy wejściu
zaproszono nas do wolnego stolika, pani zapaliła nam świeczkę, żonka zamówiła
drinka, ja soczek… W końcu pojawił się zespół i zagrał… ale nie koniecznie
to, co moja żonka lubi. To plus drętwa atmosfera na początku chyba całkowicie
odebrały jej ochotę do zabawy, niepotrzebnie próbowałem ją na siłę zachęcać…
Impreza się rozkręciła, ale myśmy wyszli nie potańczywszy. Bałem się, że
okazja w postaci wolnego wieczoru się zmarnowała, jednak humorek żonce szybko
wrócił, przespacerowaliśmy się plażą przy księżycu (żona mi tu podpowiada, że
zajebistym) i trafiliśmy do knajpki na plaży, gdzie dzieciarnia (teraz mi się
wydaje, że to głównie byli tutejsi pracownicy sezonowi, zdaje się, że
widziałem tam kelnerkę z naszego ośrodka) bawiła się przy karaoke (wykonanie
zbliżone do tego na Pingwinariach, sprzęt prawie identyczny, o ile nie
gorszy). Tutaj żonka całkiem odżyła i ostatecznie dobrze się zabawiliśmy.
:-)

Dzisiaj przed południem znowu udało nam się pozbyć dziecka –
dziadkowie zabrali ją na wycieczkę do Niechorza, więc zaliczyliśmy romantyczny
spacer po plaży. Chcieliśmy przy okazji znaleźć plażę dla golasów (stroje
kąpielowe są strasznie niepraktyczne), ale nic takiego nie stwierdziliśmy
(możliwe, że z powodu pogody). A po południu znowu na koniki (więcej na temat
koników u Iki), tym razem ja się dałem
wsadzić na grzbiet Blondela. Nawet fajnie było, jeszcze się umiem na koniu
utrzymać. :-)

Urlop! :-D

Dzisiaj o 16:00 wyszedłem z pracy i do szesnastego sierpnia nie mam
zamiaru tam wracać. Wreszcie urlop, normalny, ponaddwutygodniowy,
wakacyjny urlop. Ostatnio taki urlop miałem dwa lata temu, ale mam
nadzieję, że tym razem będzie znacznie bardziej udany
(tamten niestety okazał się klapą).

Jutro wstaję jak codzień, o 7:00, ale zamiast iść do pracy jadę do da.killi na zlot linux@chat.chrome.pl.
Stamtąd w niedzielę do Pogorzelicy, gdzie już będzie na mnie czekać rodzinka
(i teściowie…). Mam nadzieję sobie tam dobrze powypoczywać, ale laptopa
oczywiście biorę. ;-)

Znowu cięty…

Jakieś półtora tygodnia temu zauważyłem, że na ramieniu robi mi się mały
bąbelek. Uznałem, że mnie coś ugryzło, akurat w jedno z wielu moich znamion.
Jednak bąbelek nie znikał i zaczynał swędzieć. A wokół straszą czerniakiem,
niedawno czytałem jakiś artykuł na ten temat, w którym radzili z wszelkimi
takimi zmianami udać się do lekarza. No to tydzień temu wybrałem się do
dermatologa. Wbrew temu co się o publicznej służbie zdrowia słyszy, nie trzeba
było czekać na jakieś odległe terminy, wystarczyło pójść do przychodni
i odczekać w kolejce niecałą godzinkę. Pani doktor spojrzała na bąbelek i
od razu zabrała się za wypisywanie recepty na maść z antybiotykiem
i skierowania do chirurga – Skoro znamię jest w stanie zapalnym, to
lepiej będzie je kiedyś usunąć
.

Ja nie lubię z takimi rzeczami czekać, więc już w poniedziałek zadzwoniłem
do poradni chirurgicznej, czy się załapię na zabieg przed wyjazdem (pod koniec
przyszłego tygodnia). Pani wydała się zaskoczona sugestią, że miałbym tam na
coś czekać, więc tylko dokończyłem co aktualnie robiłem i pojechałem do
poradni. Tam znowu musiałem trochę poczekać, w końcu chirurg mnie przyjął. Gdy
mu pokazałem z czym przychodzę, to najpierw stwierdził to nie znamię!,
potem, że nie warto tego usuwać. No to miałem dwie sprzeczne opinie lekarzy…
Nie dałem za wygraną i doktor zaprosił mnie na zabieg w czwartek (dzisiaj).

Miałem przyjść gdzieś w okolicach 11:00-12:00, to przyszedłem. Pani
w recepcji była trochę zaskoczona. Gdy powiedziałem, że jestem umówiony,
dowiedziałem się, że powinienem jeszcze się zarejestrować, bo tak to nie
dobrze… ale poprosiła mnie, żebym poczekał przed gabinetem. Chwilę później
wchodziłem do środka, pani poprosiła, żebym się położył i zaczęła szykować
wszystko do zabiegu. Chwilę potem pojawił się lekarz. Znieczulił, wyciął co
trzeba, zaszył, potem założyli mi opatrunek. Wielki opatrunek (spodziewałem
się raczej małego plasterka). Za tydzień mam się zgłosić do kontroli.

Cały zabieg był całkiem relaksujący… zamiast siedzieć w pracy
i wysilać mózgownicę mogłem sobie po prostu poleżeć na stole i się opierdalać
przez chwilę ;-). Bo wszystko to było w godzinach pracy –
publiczna służba zdrowia nie jest pod tym względem zbyt elastyczna. Pierwsze
dwie wizyty u lekarza odrobiłem siedząc dłużej w robocie. Dzisiejszej już nie,
bo szef stwierdził, że nie trzeba – więc to był czysty relaks.
;-D

Skleroza…

Poszedłem dzisiaj do apteki po gumki, bo ostatnio już ciężko w domu
było… Kupiłem dwa opakowania, bo tylko małe były (po 3 sztuki). I tak sobie
myślę: Dwie paczki to mogą nam na tydzień nie starczyć. Hmmm… takie
zużycie to chyba niezły wynik 5 lat po ślubie… 6 lat po ślubie… kurde,
15-go minęło 6 lat!
. No właśnie, w sobotę mieliśmy rocznicę, a ja zupełnie
o niej zapomniałem, zapewnie sprawiając żonce przykrość. I nie wiem co żonkę
tak rozbawiło, jak się teraz do tego przyznałem… ;-)

Wreszcie działa?

Mam nadzieję, że tym razem nie zapeszę…

Po ostatnim wpisie tutaj na temat karty TV dałem sobie spokój z próbami
w moim komputerze. Za to zabrałem kartę do pracy. Tam zadziałała bez problemu.
Nie dość, że nie powodowała padu systemu, to jeszcze jakość nagrania była dużo
lepsza (brak zakłóceń w postaci białych pasków). Pomyślałem, że w ten sposób
będę mógł przynajmniej w pracy zgrać z kamery to co wcześniej sobie na taśmę
nagram… jednak na myśleniu się skończyło. Najpierw urwałem tacie jedną taśmę
(z tych które mi dał do przegrania), a potem odkryłem, że kamera w swoim
łakomstwie pożarła by każdą taśmę jaką do niej wsadzić. Więc eksperymenty
z przegrywaniem kaset zakończyłem na tej jednej urwanej i dwóch wymiętych
taśmach…

Poleżała więc kamera u mnie w pracy przez tydzień, aż postanowiłem znowu
spróbować w domu. Tym razem plan był taki: skoro problemem jest najwyraźniej
równoczesna transmisja DMA z karty TV i na dysk (lub z dysku), to może zmiana
kontrolera SCSI coś pomoże. Wygooglane materiały sugerowały, że to raczej
będzie problem płyty… jednak na temat problemów z DMA akurat tego modelu
płyty głównej w sieci nic nie było. Tak się składa, że miałem drugi kontroler
SCSI (wolniejszy, bo tylko Ultra-II zamiast Ultra-160, ale do jednego dysku
starczy) w tropku.

Dzisiaj znalazłem chwilkę, żeby przeprowadzić tę operację. Wyłączyłem
tropka (odcinając się od sieci – z tego powodu musiałem to zrobić, gdy
żonki nie ma w domu) i przełożyłem jego kontroler (Symbios 53c895) do
dużego. Włożyłem kartę TV, podłączyłem kamerę, uruchomiłem komputer,
zacząłem nagrywać. Po chwili sprawdziłem nagranie – brak
charakterystycznych zakłóceń jakie się pojawiały przy drugim kontrolerze
(Adaptec ASC 19160). Zostawiłem nagrywanie na dłużej i ciągle nic się nie
psuło. Tym razem to chyba rzeczywiście sukces! :-)

Po pierwszych testach karty pozostało tylko ponownie uruchomić tropka.
Oczywiście nie było to takie proste. Najpierw w ogóle się nie uruchamiał. Po
poprawieniu kabelków uruchomił się, ale nie zabootował. Po podpięciu do
monitora okazało się, że pamięć CMOS mu się skasowała (i głupi BIOS
stwierdził, że procesor się zmienił). A do tego wszystkiego, z nowym
kontrolerem mu się znowu klapka nie domyka… Na szczęście w końcu udało się
go odpalić i nie jestem odcięty od świata.

No to już wiem, że karta TV na chipsecie Bt878 i kontroler SCSI Ataptec
19160 wpięte razem do płyty Asus A8N-E to kiepski zestaw i po prostu nie
działa. Ten problem rozwiązany. Pozostaje wymyślić co zrobić, żeby kamera nie
pożerała taśmy… a właściwie, to czy ja w ogóle potrzebuję nagrywać na VHS?