Z pamiętnika hipochondryka

No to dzisiaj poszedłem do znachora (skoro żona już mnie umówiła…). Do
kręgarza, znaczy się. Trochę mnie powyginał, popodrzucał. Na końcu
pogruchotał moimi kręgami szyjnymi i pyta się czy lepiej… Ja próbuję się
schylić i twierdzę, że bez zmian (przemilczałem to, że odrobinę mnie głowa zaczęła boleć po tym
gruchotaniu). To on się chwilę zastanowił… to może
akupunktura?
Ja na to, że nie, dziękuję. No to się pan zasmucił, że
w niego nie wierzę (jeśli wiara miałaby mi pomóc, to niech to będzie wiara
w lekarzy).

Na koniec powiedział, żebym trzymał bolące plecy w cieple, to może
przejdzie… No i zbiedniałem o 40zł.

Ropuszka

Jak co wieczór poszliśmy z Krysią na spacerek. No, tym razem pojechaliśmy
na rowerach, ale to nie istotne. W każdym razie odwiedziliśmy ten sam plac
zabaw co zwykle. Szybko zauważyliśmy zamieszanie przy piaskownicy. Z tego co
udało nam się usłyszeć, to dzieci miały tam jakieś zwierzątko. Podobno żabę.

Od razu się domyśliłem, że chodzi o jakąś ropuchę. Co by żaba robiła
w środku lata w pobliżu piaskownicy. Dzieci mówią, że ją wykopały. No cóż,
pewnie ropuszka szukała schronienia przed słońcem i zagrzebała się we wnęce
pod piaskownicą. Dzieci może nie okazywały bezpośredniej wrogości stworzeniu,
ale to co robiły z piachem, łopatkami i kamieniami wyglądało groźnie. Poza tym
pamiętałem, jak moja miłość do zwierząt potrafiła się kiedyś objawiać i co
z takimi stworzeniami potrafili robić mniej je kochający koledzy
z piaskownicy. Postanowiłem więc przyjrzeć się sytuacji z bliska i ewentualnie
interweniować.

W dziurze pod piaskownicą rzeczywiście była ropucha. Śliczna ropucha zielona
(zdjęcia w sieci nie ukazują jej uroku). Zastanawiałem się, czy lepiej ją
ewakuować, czy lepiej nie ruszać, żeby nie stresować bardziej. Uznałem jednak,
że w piaskownicy może nie dożyć wieczora… Wziąłem więc płaza do ręki
i wyniosłem za osiedle, pomiędzy krzaki. Dzieciom odmówiłem odpowiedzi na ich
pytania gdzie (ale rozumiem jak były tym rozczarowane – w ich wieku
pewnie poleciałbym jej szukać). Mam nadzieję, że zestresowaną ropuszkę czeka
spokojniejsze i jeszcze długie życie. :-)

Dlaczego nie chcę religii (i etyki) w szkole

Ostatnio dużo szumu jest wokół religii w szkołach i ateizmu. Nie chcę
więcej spamować w komentarzach na cudzych Joggerach, więc co nieco postanowiłem
napisać tutaj. I nie przejmuję się tym, że niektórzy przyczepią mi etykietkę
wojującego ateisty, uważam, że o swoje przekonania każdy może walczyć.

Jestem ateistą. Sam nie chodziłem na religię od trzeciej klasy podstawówki
– poszedłem na kompromis i zgodziłem się dotrwać do komunii,
przekupiony obiecanymi prezentami. Rodzice byli niewierzący, posyłali
mnie na religię głównie ze względu na dziadków i żebym nie był
wyalienowany
.

W tamtych czasach zajęcia z religii były prowadzone w salkach
katechetycznych przy kościele. Gdy kończyłem podstawówkę (byłem w ósmej, czy
siódmej klasie) zaczęło się nauczanie religii w szkole. U nas było to o tyle
ciekawie, że w szkole brakło sal, więc żeby uczyć wyższe klasy religii w
szkole, to klasy 1-3 (a może tylko pierwsze) chodziły na wszystkie
zajęcia do salek kościelnych – czy już to nie było odrobinę chore?

W każdym razie pod koniec podstawówki i przez całe technikum ja miałem
wolne, gdy koledzy chodzili na lekcje religii. Zdaje się, że w podstawówce ja
jeden, a w technikum z kolegą Świadkiem Jehowy. Nie czułem się z tego powodu
wyalienowany. Nie czułem żadnej presji kolegów. Czasem z nimi rozmawiałem na
ten temat: jedni mi zazdrościli, inni się dziwili, ale nikt nie okazywał
wrogości. Wcześniej (gdy religii nie wprowadzono jeszcze do szkoły) też nie
miałem żadnych z tym problemów.

Minęło trochę czasu i niedługo (za dwa lata) do szkoły pójdzie moja córka.
Z pewnych względów ochrzczona, ale nie praktykująca (nie wychowywana po
katolicku, nie brana co niedziele do kościoła). Wie, że są ludzie, którzy
chodzą do kościoła. Czasem babcia lub ciocia jej coś o bozi czy Jezusie
opowiedzą, ale na razie nic co trzeba by prostować. Wychowujemy ją według
naszych przekonań.

Właściwie dotychczas za bardzo nie przejmowaliśmy się kwestią religii w
szkole. Uznaliśmy, że jak jest nieobowiązkowa i moje doświadczenia pokazały, że
można po prostu nie chodzić, to problemu nie ma. Jednak teraz się okazuje, że
religia to równie poważna rzecz, jak matematyka, czy język polski i do średniej
się wlicza. Co więcej alternatywą dla religii ma być etyka. Na razie w
większości szkół to fikcja, ale podobno to musi się zmienić…

To, że wolałbym, żeby dziecko nie chodziło na religię, wydaje mi się
oczywiste. Biblia to bardzo ciekawy kawałek literatury i kultury, ale nie
uważam, że już małe dziecko musi ją poznawać i uczyć się o niej przez jakieś
dziesięć lat. Po drugie, nie chcę, żeby moje dziecko było uczone dobra jako
czegoś opisanego w jakiejś świętej księdze (której i tak nie można traktować
dosłownie) i nie czynienia zła pod groźbą jakiejś strasznej kary po śmierci.
Chciałbym też, żeby moja córka nauczyła się korzystać w życiu z własnego
rozumu, a nie tylko z wiary w wytyczne wątpliwego pochodzenia.

Zajęcia z etyki nie wydają mi się dobrą alternatywą. Po pierwsze uważam, że
nie stać nas na zatrudnianie nauczycieli i rezerwowanie sal, że jakąś dwójkę
dzieci na szkołę przez jakieś dziesięć lat uczyć etyki. Skąd wziąć tyle
materiału do nauczenia? Czemu tego miałoby być więcej niż matematyki, fizyki,
czy wu-efu?

Po drugie, jaką mam gwarancję, że na tej etyce nie będzie nauczyciel (może
nawet ksiądz, czy katecheta) wciskał dziecku tych samych zasad co na religii? I
to intensywnej, bo to byłyby zajęcia praktycznie indywidualne i to
ukierunkowane na osoby, które mają problemy z wiarą.

No i jeszcze jedna sprawa. Etyka byłaby dla dziecka wyjątkowo nieatrakcyjna
w porównaniu do religii. Zajęcia indywidualne (czy w małych grupach) są z
zasady cięższe od grupowych, bo nauczyciel więcej czasu i energii
poświęca jednemu uczniowi. Zakładając, że dziecko generalnie nie lubi się
uczyć, to chętniej wysiedzi tam, gdzie nauczyciel będzie poświęcał mu mniej
uwagi. Poza tym, ksiądz na religii będzie chciał mieć jak najwięcej uczniów,
będzie się starał, żeby nikt nie wybrał konkurencyjnej etyki (to byłaby
przecież porażka) – jeśli nie będzie w stanie atrakcyjnie i przekonująco
prowadzić lekcji, to może po prostu gwarantować lepsze oceny… Z drugiej
strony, nikomu nie będzie zależało na tym, żeby ktoś chciał chodzić na etykę…

Zaraz się podniosą głosy, że zamiast religii, czy etyki powinno być jakieś
religioznawstwo. A nawet, że lekcje religii powinny tak wyglądać, czy gdzieś
tak wyglądają. Ale przecież to nierealne! Kto by miał tego nauczać? Najpewniej
księża, albo katecheci. Nawet jeśli nie, to i tak w większości przypadków
(jeśli statystyki nie kłamią), ludzie wierzący. Jak głęboko wierzący człowiek
może obiektywnie przedstawić różne religie? Skoro wierzy, że jego religia jest
prawdą (to chyba dogmat większości wiar), a reszta to tylko wiary innych ludzi,
które trzeba szanować, to w jaki sposób miałby pozostać obiektywnym? Uważam, że
to byłoby nie w porządku wymagać od głęboko wierzącego człowieka (np. księdza),
żeby przedstawiał inne religii na równi swojej.

Jeszcze jedna kwestia: zmuszanie dziecka do chodzenia na religię vs
zmuszanie do nie chodzenia. Nie chcę do niczego zmuszać, będzie to trzeba
przedyskutować w rodzinnym gronie, biorąc pod uwagę zdanie córki. Jeśli miałaby
cierpieć nie chodząc na religię, albo chodząc na etykę, to trudno. Jednak
uważam, że to nie w porządku, że w ogóle pojawia się taki dylemat.

Najgorsze, że problem pojawi się prawdopodobnie wcześniej niż kiedyś
sądziliśmy. Teraz zajęcia z religii bywają w przedszkolach, Krysia do
przedszkola idzie za tydzień. Wyboru przedszkola praktycznie nie ma –
miejsc jest tak mało, że nie można wybrzydzać. No cóż, najwyżej w przedszkolu
będą jej mówić, że ma być dobra, bo inaczej trafi do piekła, albo się
bozia zdenerwuje (czym to się różni od nie rozrabiaj, bo cię porwie
Baba Jaga
?), a potem my będziemy jej tłumaczyć, że ma być dobra, żeby innym
nie sprawiać przykrości. Miejmy nadzieję, że z takiego zamieszania będzie w
stanie wyciągnąć właściwe wnioski.

P.S. nie chcę syfu w komentarzach, ani nie liczę na wysokie miejsce w
rankingu najbardziej komentowanych, więc ostrzegam z góry, że jak uznam to za
stosowne, to komentarze będę usuwał, albo je całkiem zablokuję.

Sejm nie próżnuje

Koalicja się rozsypała, ma się rozstrzygnąć kwestia rozwiązania sejmu,
pielęgniarki i lekarze strajkują, jakaś reforma finansów miała być wprowadzana,
afera goni aferę, podobno kupa ważnych ustaw czeka na uchwalenie przed
rozwiązaniem sejmu… więc sejm nie próżnuje i zajmuje się tym, co przecież
najważniejsze: wprowadzono
zakaz handlu w święta
.

Już pomijając kwestie sensowności takiego zakazu. Czy naprawdę sejm nie ma
teraz nic ważniejszego do roboty? Czy zakaz ten ułatwi uchwalenie budżetu na
czas? Usprawni przygotowania do Euro 2012? Rozwiąże jakiś palący problem
społeczny? Czy coś by się zmieniło, jakby z tą ustawą poczekano parę
miesięcy? Nie ma to jak tematy zastępcze…

No i przy okazji się dowiedziałem, że od tego roku jakieś Zielone Świątki
są dniem ustawowo wolnym od pracy…

Orgia smaku

Po wczorajszym filmie po prostu musieliśmy się wybrać do czekoladziarni.
Na szczęście mamy taką jedną w pobliżu: Mount Blanc w C. H. Forum.

Najpierw żonka zamówiła gorącą czekoladę z marcepanem. Ja chciałem się
przekonać, czy też coś takiego chcę. Jednak nie, wciąż wolę czekoladę jeść niż
pić. Wziąłem więc herbatkę i do tego truflę z chili. Mniam. Najpierw czuje się
delikatny krem czekoladowy, a potem miłe pieczenie w gardle… mmm…

Ika zamówiła jeszcze dwie pralinki:
cynamonową (pycha!) i gruszkową. Na tym dzisiaj tę rozpustę zakończyliśmy,
chociaż oboje chętnie władowalibyśmy się za ladę i zeżarli co tylko by się
dało. ;-)

Czekolada

Dziś obejrzeliśmy sobie Czekoladę po raz drugi, po tym, jak nam
wczoraj TVP1 o niej przypomniała. Nie każdy film jestem w stanie obejrzeć po
raz drugi. A jak jestem w stanie, to rzadko mi to oglądanie sprawia tyle
przyjemności. Ten film najwyraźniej należy do tych wyjątkowych.

Film ten bardzo miło się ogląda, jest optymistyczny, a jednak nie banalny.
Ma konkretne przesłanie, ale nie jest patetycznie moralizatorski w
amerykańskim stylu
. Odrobinę magiczny, a jednocześnie tak przyziemny.
Dobrze napisany, dobrze nakręcony, dobrze zagrany, a do tego wszystkiego
śliczne aktorki i, oczywiście, smakowita czekolada. :-D

Chyba będzie trzeba sobie też Amelię przypomnieć. Zdaje się, że też
się nam podobało.

Źle się dzieje w naszym kraju

Nie, nie mam zamiaru pisać o poczynaniach naszego rządu. Na nich prawie
wszyscy narzekają, zwykle tak, jakby ten rząd był zupełnie oderwany od
społeczeństwa. Ja teraz właśnie o tym drugim…

Jest sobie na Gazet.pl artykuł o
aresztowaniu faceta przyłapanego na fotografowaniu małych dzieci na plaży
.
Artykuł, jak artykuł, nie ma co się czepiać. Pomijam kwestię tego, czy policja
miała podstawy do do zatrzymania i rewizji. To co mnie przeraża, to komentarze
do artykułu…

Parę cytatów:

  • trzeba być bez wyobraźni,żeby puścic dziecko nago na plażę.Niektórzy
    rodzice naprawdę mają pusto w głowach…
  • Raz że to jest niehigieniczne, a dwa że trzeba mieć dekiel przestawiony
    zeby w dobie rozbestwienia pedofilstwa rozbierać dzieci i robić z tego pokaz
    publiczny a później ryje rozdzielać.
  • Multum ludzi, jeden
    kolo drugiego, nie wiadomo jakie swiry wsrod nich, a ci puszczaja
    swoje kilkuletnie dzieciaki bez majtek.

Odkąd pamietam na plażach małe dzieci bawiły się nago. Teraz nagle to ma
być niemoralne, niebezpieczne, czy co tam jeszcze?

Do tego dochodzi ściganie opalających się topless (niestety informacje
podawane jako sensacja w sezonie ogórkowym, więc niewiele znam szczegółów, np.
czy chodzi o wyznaczone plaże, czy całość wybrzeża), Obrońcy moralności reagujący
na każdy przejaw czułości w nieodpowiednim miejscu… itd. itp. Po
przeczytaniu kartki w męskiej szatni na basenie Proszę przebierać się w
przebieralni
(takie trzy wydzielone kabiny) zacząłem się zastanawiać, czy
pod prysznic mam iść w ubraniu…

Aż się ma ochotę, w ramach protestu, do jakiejś organizacji naturystycznej
zapisać… ;-)

No i doigrałem się

Piszę to klęcząc przed komputerem. Gdybym usiadł, to bym miał potem problem
ze wstaniem z krzesła: straszny ból w okolicach krzyża i lewego pośladka….

Bóle krzyża miałem już wcześniej. Na początku sporadycznie. Kilka miesięcy
temu zaczęło mnie to męczyć trochę bardziej regularnie. Po jakiś trzech
miesiącach powracającego, mniejszego i większego bólu, poszedłem do lekarza.
Dowiedziałem się, że teraz wszyscy tak mają, że pewnie mnie przewiało,
że trzy miesiące bólu krzyża to jeszcze nic takiego i dostałem tabletki
przeciwbólowe (Ketoporofen w jakiejś wersji do długotrwałego stosowania).
Łykałem grzecznie przez miesiąc. Trochę pomogło, z czasem bóle właściwie
ustały. Było całkiem nieźle nawet po odstawieniu tabletek. Ale czasem jeszcze
trochę kręgosłup przypominał o sobie.

Pojechaliśmy na wakacje. Pakowanie, siedem godzin jazdy samochodem,
wypakowywanie. Tam znowu mnie pobolewało. Ale co tam… żyć się dało. Jazdy
konnej też sobie nie odmawiałem. Potem powrót. Parę dni w domu i wyjazd do
Warszawy. Tym razem pociągiem, ale za to z wielkim plecakiem. Tam już ból dawał
mi się mocno we znaki. Nawet się zastanawiałem, czy wsiadać na konia… ale
czemu nie, skoro po to do tych znajomych przyjechaliśmy. Droga powrotna. Jako
jedyny facet w przedziale podawałem kobietom bagaże… Następnego dnia w pracy
wstanie z krzesła to był horror…

Już w Warszawie zdecydowałem, że trzeba by się z tym bólem znowu do lekarza
udać. Tym razem do innego niż pan teraz wszyscy tak mają (podobnie
oceniał inne dolegliwości). Do przychodni dotarłem w czwartek. Pani doktor mnie
wysłuchała, obmacała, poruszała gnatami i była bezlitosna: to początek
zmian zwyrodnieniowych i już tak pan będzie miał do końca życia
. Co
gorsza, nie mam powodów jej nie wierzyć… wcześniej googlałem dużo na ten
temat i właściwie wszystko sprowadzało się do tego samego: jak się kręgosłup
zacznie psuć, to pozostaje minimalizowanie i unikanie bólu.

Pani doktór zapisała mi jakiś spray z ketoprofenem (wolę się smarować niż
łykać), poradziła jak ćwiczyć, jak siedzieć, jak leżeć. Dowiedziałem się tego,
czego się też obawiałem: jazdy konnej lepiej unikać. Za to powinienem pływać.
Dostałem też skierowanie na RTG, ale bez większej nadziei, że to coś zmieni.

Wczoraj więc wybrałem się obejrzeć gliwickie baseny. Rowerem, to podobno
też stosunkowo mało obciążające dla kręgosłupa. Zarówno basen na Warszawskiej
jak i ten na Sikorniku wyglądają przyzwoicie. Pierwszy sprawia wrażenie
odrobinę wyższego standardu, jest trochę większy i trochę droższy. Na drugim
jakby mniej ludzi. Będzie trzeba zacząć na któryś z nich chodzić… tylko
szkoda, że pływanie niespecjalnie mnie pociąga.

A wniosek z tej historii? Trzeba było być aktywnym za młodu! Kawał życia
przesiedziałem przed komputerem. Aktywny wypoczynek był mi obcy. Wiecznie się
garbiłem, ale poza zwróceniem mi uwagi, nikt (ani rodzice, ani ja sam) nie
próbował z tym nic zrobić. Jak już zacząłem się ruszać, to pewnie zbyt ostro
(jazda konna nie należy do najłagodniejszych sportów), ani wcale tak dużo
i regularnie. Dobrze, że chociaż nie mam problemów z nadwagą.

P.S. zanim to napisałem do końca, to jednak usiadłem na krześle.

Klient z plecakiem jest bardziej awanturujący się

Wczoraj z żonką zajrzeliśmy do Forum, nowego centrum handlowego w Gliwicach.
Byliśmy w pobliżu, a żonka chciała kupić tej pysznej smażonej cebulki z
Carrefour, którą zwykle kupowaliśmy w centrum Arena. No więc wchodzimy na
pewniaka do hipermarketu, a tu za mną strażnik krzyczy, że ja z tym plecakiem
nie mogę. To ja pukam się w czółko i mówię mu co o tym myślę. On, że takie są
zasady i, że nie on je wymyśla. Olałbym go i wszedł dalej, ale żonka stwierdziła,
że jej już się tu nie podoba i wychodzimy. Jeszcze spytałem kobiety w punkcie
obsługi klienta, gdzie tu można jakieś reklamacje zgłaszać, ale ona
stwierdziła, że musiałaby wezwać szefa ochrony… nie chciało mi się czekać,
ani nie widziałem sensu dyskusji z kolejnym ochroniarzem…

Nie pierwszy raz się z czymś takim spotkałem. Kiedyś unikaliśmy Reala w M1 w
Zabrzu z tego powodu. W Tesco i w starym gliwickim Carrefourze jakoś
nie robili z tego problemu.

No i za każdym razem zastanawiam się: dlaczego? Skoro ochrona nie wpuszcza
z plecakami, to pewnie, aby uniknąć kradzieży. No niby można coś w plecaku
wynieść… ale jak tam to coś niepostrzeżenie wrzucić? Znacznie łatwiej wsunąć coś do
kieszeni, do torebki, czy, zimą, pod kurtkę. Ale nie widziałem, żeby paniom
odbierano torebki, zimą szatnia nie obowiązuje, a i spodni z kieszeniami mi
nigdy nikt nie kazał zdejmować… Czyli raczej nie chodzi o to, że plecak
ułatwia kradzież. To może o coś innego? Może to klienci z plecakami są po
prostu bardziej podejrzani? Toż to taki sam element, jak znany z kreskówek
nieogolony oprych z wielkim workiem na plecach…

Oj, chyba nie prędko znowu zajrzymy do Carrefour w gliwickim Forum… ale
do samego Forum owszem – niesamowite czekoladki tam mają. Jak sobie
przypominam tę truflę z chilli… mmmmm… :-)