Co ja knułem przez ostatnie dwa tygodnie

Od dwóch tygodni byłem wyraźnie czymś zajęty. Tak, że aż żona zaczęła się niepokoić… A o co chodziło okaże się już za chwilę.

Wszystko zaczęło się od szwankującego odtwarzacza DVD. Dokładnie tego, o którym już tutaj pisałem. Tak jak się można było spodziewać, to było„ wszystkomające”, ale jednak tanie badziewie. Właściwie od początku coś szwankowało (np. OGGów w końcu nigdy na tym nie słuchałem, bo się nie dało), a od jakiegoś czasu kłopotliwe było normalne używanie, czyli puszczanie dziecku bajki: urządzenie długo się włączało, potem nie chciało wysunąć tacki (trzeba ręcznie wyciągnąć). Po filmie podobne problemy z wyciągnięciem płytki. I tak dużo z tym badziewiem wytrzymaliśmy (właśnie stuknęły by tej Mancie cztery lata), więc uznałem, że można by kupić coś nowego, markowego…

Jak już kupować, to czemu tylko odtwarzacz? Lepiej od razu nagrywarkę. Jak nagrywarkę, to tylko z twardym dyskiem. No i nie byle co, tylko, żeby wszystko działało jak należy. Przejrzałem w sieci co jest dostępne, poczytałem opinie i nieźle się napaliłem na nową zabawkę… Niestety, taka zabawka, jaka mi się podobała, to kosztowałaby około tysiąca złotych. Uznaliśmy z żonką, że to jednak byłoby zbytnie szaleństwo. A ja dalej byłem napalony na nagrywarkę… i zacząłem knuć…

Tydzień temu kupiliśmy dużo tańszy odtwarzacz DVD. Ma nawet wejście USB i potrafi odtwarzać muzykę i filmy z pamięci masowych USB (to taki bonus, bo chcieliśmy tylko odtwarzacza DVD i VCD). Ale ja już od tygodnia kombinowałem coś innego…

Gdy przekonałem się, że o nagrywarce z prawdziwego zdarzenia nie ma co marzyć, z ciekawości zacząłem się rozglądać za innymi opcjami. Rozejrzałem się na Allegro za tunerami do komputera. Poczytałem na ten temat. Zastanowiłem się, czy mógłbym coś z tym zrobić… i wyszło mi, że może dałoby się coś wykombinować.

Akurat na Allegro dość tanio dostępny był tuner na USB ze sprzętową kompresją MPEG-2: Hauppauge WinTV-PVR-USB2, najwyraźniej dość dobrze obsługiwany przez Linuksa i MythTV. Do tego miałem nadzieję wskrzesić laptopa, który umarł podczas mojego pobytu w Reptach. Nawet udało się osiągnąć pewne efekty: przestał się przegrzewać, pracuje już z pełną prędkością i wentylatory nie wyją mu cały czas. Zamówiłem więc tuner i zacząłem się szkolić i szykować inne elementy systemu.

Niestety, laptop działać działał, ale odmówił wyświetlania grafiki. Na wbudowanej matrycy często obrazu brakowało już przy starcie, a na zewnętrznym monitorze, niestety było niewiele lepiej: karta graficzna odmawiała współpracy już przy próbie zmiany trybu na graficzny. Co gorsza, to prawdopodobnie uszkodzenie płyty głównej (nie działa też jeden slot pamięci). Laptop się więc na nagrywarkę nie nada. Szkoda.

Na szczęście miałem w biurze jeszcze jedną maszynkę. Mały komputerek z procesorem VIA Eden 1GHz. Dostałem go, żeby przystosować do tej platformy sprzętowej nasze oprogramowanie, a od wielu miesięcy tylko się nudził Mogę go więc z czystym sumieniem pożyczyć na domowe multimedia. Pudełko ma wyjście TV i audio, wiec jest w sam raz.

Zamontowałem tam dysk z laptopa, zainstalowałem system i MythTV, wstępnie skonfigurowałem. Denerwowały mnie wentylatorki. Według tego co znalazłem w sieci, ten procesor i chipset powinny sobie radzić i z pasywnym chłodzeniem, ale niestety w tej „hermetycznej” obudowie i z tymi marnymi radiatorkami to się trochę grzeje i nie odważyłem się wiatraczków całkiem wyłączyć. Za to skonfigurowałem fancontrole z pakietu lm_sensors, żeby je wyłączał lub spowalniał, gdy pełna prędkość nie jest potrzebna. Przydała się też lutownica, bo płyta główna nie chciała sterować wiatraczkiem z obudowy, podłączyłem go więc do zasilania chłodzenia procesora. Teraz oba są sterowane razem. A kiedyś może zamontuje tam po prostu większe radiatory i zostawię tylko jeden wentylator na wszelki wypadek (normalnie wyłączony, mam nadzieję).

W końcu przyszedł tuner. Mogłem dokończyć konfigurację MythTV, niestety bez sygnału antenowego nie bardzo mogłem przetestować, a robiłem to wszystko przecież w biurze, w wolnych chwilach w pracy, bo nie chciałem wielkiego eksperymentu w domu zrobić. Do domu miałem zamiar przynieść gotowe rozwiązanie.

Gotowy zestaw przyniosłem do domu w czwartek i podłączyłem, gdy Ika była w szkole muzycznej. Niestety, nie działało jak należy. Obraz strasznie rwał, dźwięk przerywał i raczej oglądać TV się przez to nie dało, ale włączyłem nagrywanie House’a. Okazało się, że nagrało się prawidłowo, tylko z wyświetlaniem były problemy.

Dzisiaj parę godzin z tym walczyłem… i udało się. Najwyraźniej wbudowany programowy dekoder MPEG się nie wyrabiał (dziwne, bo mplayer nie ma żadnych problemów, nawet z „-vo x11” radził sobie nieco lepiej niż MythTV). Na szczęście ta płyta główna ma wbudowany dekoder MPEG2, który nawet zadziałał. Ze sprzętowym dekodowaniem działa. Są jeszcze pewne problemy z jakością obrazu, ale to głównie z powodu zamieszania z kabelkami, które tu teraz mamy, to powinno się dać jakoś poprawić.

No więc miałem przez dwa tygodnie rozrywkę i chyba nawet udało mi się nagrywarkę TV zbudować. Czy jest nam potrzebna? Czy będziemy jej używać? Prawdę mówiąc nie wiem, ale chyba po prostu czasem muszę coś „zmajsterkować” :-)

Nowa zabawka: Samsung SCX-4300

W poprzednim biurze miałem drukarkę i skaner. Tyle, że drukarka tylko stała i kurzyła się w kącie właściwie odkąd się tam wprowadziłem – tusz był zaschnięty, a kupowanie nowego sensu większego nie miało: kosztowałby tyle co nowa drukarka i zasechłby parę tygodni po pierwszym wydruku – rzadko potrzebuję coś wydrukować. Poza tym to był właściwie antyk, miała ponad dziesięć lat i problemy chociażby z pobieraniem kartek.

Ze skanerem sprawa wyglądała nieco lepiej. Też antyk (w podobnym wieku), na SCSI z nietypowym złączem (przy pomocy lutownicy, starej taśmy SCSI, odpowiedniej wtyczki i lutownicy udało mi się to podłączyć do współczesnego kontrolera), ale działa. No może nie za pierwszym razem po uruchomieniu, ale jak się go wyłączyło i włączyło to nawet dało się coś poprawnie zeskanować.

Nie chciało mi się tego złomu zabierać ze sobą przy przeprowadzce. Zadzwoniłem więc do firmy utylizacyjnej, żeby oni to zabrali. Dorzuciłem przy okazji z trzy stare karty muzyczne, dwie graficzne, parę płyt głównych, z trzy karty TokenRing i co tam jeszcze mi się w biurze czy domu walało.

Jak już wspominałem nie potrzebuję dużo drukować. Skanować też nie. Ale dość już miałem proszenia się za każdym razem gdy jednak trzeba było coś wydrukować, albo biegania z dokumentami do punktu Xero (a raczej do pani Reni z biura inżynierskiego na tym samym piętrze), gdy mi jakaś kopia była potrzebna. Postanowiłem więc sobie kupić urządzenie wielofunkcyjne.

Urządzenia wielofunkcyjne można teraz kupić za mniej niż 300zł. Ale to atramentówki. Teoretycznie opłacalne przy małym przerobie. Ale nie tak małym, jak u mnie. Nie chciałem ryzykować, że mi tusz zaschnie, więc wolałem urządzenie z drukarką laserową. Na kolorze mi tak nie zależy.

Planowałem pójść do centrum handlowego, do sklepu Vobis i tam coś kupić. Taki sprzęt wolę kupić w normalnym pobliskim sklepie. Na stronach Vobis.pl wypatrzyłem najtańsze tam laserowe urządzenie wielofunkcyjne: Samsung SCX-4300. Może nie jest to marka znana z drukarek, ale recenzje w sieci nie zniechęcały, a do tego producent przyznawał się do wsparcia dla Linuksa. W przypadku innych tanich drukarek nie tak łatwo o taki luksus, a bezpośredniej obsłudze PostScript, PCL, czy PDF w tanim urządzeniu można raczej zapomnieć. Postanowiłem, że to właśnie sobie kupię.

Jakoś jednak do sklepu Vobisa było mi nie po drodze. Poza tym, musiałbym to sobie przywieźć do biura… może by więc kupić przez Internet? Vobis.pl okazał się bardzo przyjemnym sklepem internetowym, a ceny nie były tam gorsze niż na Allegro. Zamówiłem więc we wtorek wieczorem drukarkę, papier i kabelek wprost do biura.

Jeszcze w środę, zanim paczka przyszła, zainstalowałem sobie Unified Linux Driver ze strony producenta – niecierpliwy jestem. Instalacja przeszła gładko, urządzenia oczywiście oprogramowanie nie wykryło, ale pozwoliło skonfigurować ręcznie. Nie sądziłem, że to może być takie proste, spodziewałem się problemów później.

Wczoraj kurier przyniósł pudło. Urządzenie okazało się zaskakująco duże, ale całkiem ładne. Pozwoliłem drukarce spokojnie się ogrzać do temperatury pokojowej i dopiero wtedy podłączyłem. Najpierw próba kopiowania – bez użycia komputera. I bez żadnych problemów. Ha, mam wreszcie własną kserokopiarkę! :-)

Potem z komputera. Włączam ten Configurator od Samsunga, wybieram drukarkę, klikam drukuj stronę testową… i drukuje. Bez żadnej dodatkowej konfiguracji. Standardowa strona testowa CUPS. Sprawdziłem jeszcze w OpenOffice – widzi drukarkę, drukuje. Zero problemów.

Pozostał skaner. Wybieram zakładkę skanery w Configuratorze. Nic tam nie ma. Aaa… bo jeszcze się coś drukuję. Po chwili robię to samo i jest skaner. Klikam Properties… i pojawia się GUI do skanowania. Działa, jedyny drobny problem, to że na podglądzie skanu czarno-białej kartki widać jakieś kolory (trochę mnie to zaskoczyło, aż sprawdziłem, czy strona testowa, którą próbowałem zeskanować, nie wydrukowała się w kolorze), ale to tylko podgląd. Skan wyszedł poprawni. Sprawdziłem też skanowanie z poziomu GIMPa z XSane – też żadnych problemów.

Jedyne z czym, moim zdaniem, trochę przedobrzyli, to zamiana standardowego CUPSowego /usr/bin/lpr na symlink do ich interaktywnego odpowiednika. Rozumiem, że to miało poprawić user experience w przypadku programów nie używających cups, tylko wołających lpr, ale sprawiało, że standardowe nieinteraktywne polecenie wymagało uwagi użytkownika i, co więcej, działającej sesji X11. Proste rm /usr/bin/lpr; mv /usr/bin/lpr{.orig,} rozwiązało sprawę.

Zajrzałem na płytkę dostarczoną przez producenta: była tam instrukcja w wielu językach i ten UnifiedLinuxDriver. Windowsy i Maki najwyraźniej biorą sterowniki z innego źródła, pewnie z samej drukarki. Obsługa drukarki pod Linuksem jest także opisana w instrukcji.

Ostatni test zleciła mi żona: dała mi linka do kolorowanek z Garfieldem dla naszej córki. Ponad 100 plików GIF. Oczywiście uparłem, się, że załatwię to jakimś skryptem z ImageMagick, na co straciłem sporo czasu. Ale wydrukowałem, na 27 stronach, cztery obrazki na stronę.

Podsumowując: na razie jestem bardzo zadowolony z zakupu, a wsparcie dla Linuksa mnie miło zaskoczyło. Z żadną inną drukarką, czy skanerem jakie miałem okazje konfigurować w Linuksie, nie było mi tak łatwo. Oczywiście, mogłem mieć trochę szczęścia z tym, co aktualnie miałem zainstalowane, ale producent najwyraźniej też się postarał.

Przeprowadzka

W budynku, w którym dotychczas miałem biuro, kiepsko grzali (podobno z dwóch został jeden sprawny kocioł). Czasem, gdy przychodziłem do pracy, termometr na biurku wskazywał około 15°C. Za mało, żeby dało się pracować przy komputerze. Na tę okazję miałem już przygotowany grzejnik. Ale nie tylko ja. Do tego instalacja elektryczna w tym budynku jest chyba w gorszym stanie niż grzewcza… Tak więc, w taki chłodny dzień, około południa wysiadał prąd. UPSa oczywiście też już zdążyłem sobie sprawić, ale niewiele to dawało — UPS starczał na jakieś 40 minut, a zasilanie często wracało dopiero następnego dnia…

Pod koniec grudnia, przy chyba siódmej podobnej awarii, uznałem że dosyć tego i na początku stycznia zacząłem się rozglądać za nowym biurem. Wolne lokale, nieco większe od starego biura, znalazły się w budynku laboratoryjnym pobliskiego Instytutu. Gdy upewniłem się, że mnie na to stać (w końcu więcej tych metrów kwadratowych, a cena za metr minimalnie mniejsza) i że będę tam miał Internet, zdecydowałem się obejrzeć co mają do zaoferowania. Pierwszy pokazany mi pokój był jeszcze bardziej obskurny niż stare biuro. Co najmniej malowanie by się tam przydało. Jednak kolejne pomieszczenia wyglądały coraz lepiej. Aż trafiłem do pokoju 515. Na ścianach ładna tapeta, na podłodze całkiem dobra wykładzina. Jedna ściana zabudowana szafkami. I jeszcze pokój przedzielony ścianką, dzięki czemu mam tam jeszcze taki przedsionek (tato się śmiał potem, że to poczekalnia dla tych tłumów klientów). No po prostu full-wypas i wciąż finansowo w moim zasięgu.

Mógłbym się od razu wprowadzać, ale Instytut to firma państwowa i musi być przetarg. Chętnych więcej nie ma, więc wystarczyło zaoferować cenę wywoławczą, żeby być pewnym wygranej, jednak na rozstrzygnięcie trzeba było poczekać do dwudziestego. Zdecydowałem się i złożyłem kopertę z ofertą.

Pozostał jeszcze jeden problem: umowa najmu na stare biuro przewidywała trzymiesięczny okres wypowiedzenia. Miałem zamiar wynieść się od razu, a płacić za trzy miesiące gdy mnie tam nie będzie nie chciałem. Żeby nie było zbyt prosto, to budynkiem zarządza syndyk, z którym podobno ciężko się skontaktować, a czasu do końca miesiąca niewiele. Skonsultowałem się z pewnym prawnikiem, a ten poradził, żeby wysłać do syndyka pismo z prośbą o rozwiązanie umowy za porozumieniem stron i jeszcze dodać, że brak odpowiedzi w ustalonym terminie (10 dni) uznam za odpowiedź pozytywną. Tak też zrobiłem. W piśmie napisałem też co mi nie pasowało, więc właściwie to było jak reklamacja. Żadna pisemna odpowiedź nie przyszła do dzisiaj.

W końcu nadszedł dwudziesty stycznia. Dwudziestego pierwszego zadzwoniłem do Instytutu z pytaniem jak tam mój przetarg… nijak – przewodnicząca komisji chora, rozstrzygnięcie będzie dnia następnego, sekretarka się ze mną skontaktuje, „ale innych ofert nie było, więc ma Pan to biuro”.

Następnego dnia, w czwartek, nikt się nie skontaktował. Zadzwoniłem w piątek i dowiedziałem się, że komisja dalej chora, ale jak chcę, to mogę się wprowadzać. Poszedłem tam, pogadałem z komendantem straży, odebrałem klucz i obejrzałem sobie biuro raz jeszcze. Następnie poszedłem do starego biura i zacząłem się pakować. Na poniedziałek po południu zamówiłem sobie transport. Trochę popakowałem w weekend, a resztę w poniedziałek.

Żeby było śmieszniej, to tydzień wcześniej się pochorowałem, w poprzedni poniedziałek miałem 39°C stopni gorączki, a plany przeprowadzki niespecjalnie się podobały mojemu lekarzowi. Ten tydzień przeleżałem w łóżku, ale do końca wyleczyć się nie zdążyłem. Mimo to miałem zamiar do końca miesiąca przeprowadzkę dokończyć.

Gdzieś w tym czasie (nie pamiętam, czy piątek, czy poniedziałek), ku mojemu zaskoczeniu, zadzwonił syndyk. Powiedział, że pismo dotarło, ale nie byli w stanie odpowiedzieć o czasie, bo dotarło po dwunastu daniach (polecony priorytet). Powiedział, że na taki tryb rozwiązania umowy się zgadzają, wyślą pisemną odpowiedź (wciąż jeszcze nie dotarła), a ja po prostu mam zdać pokój przed końcem miesiąca.

W poniedziałek gdy już wszystko spakowałem pozostało mi poczekać na transport. Kierowca i tato (dzięki!) pomogli mi przenieść najcięższe rzeczy (przede wszystkim biurka i UPS), ja ponosiłem te mniejsze. W starym biurze zostawiłem wciąż podłączone komputery (żebym mógł pracować z domu dopóki nie będę miał netu w nowej lokalizacji) i parę pudeł.

Przez kolejne dni do południa zajmowałem się dzieckiem (nie dość, ze ja chory i Krysia chora, do dziadkowie też i musiała zostać w domu), a potem sprzątaniem i rozpakowywaniem w nowym biurze. W czwartek Krysia poszła już do przedszkola, to mogłem już od rana się urządzać w nowym biurze. Przez ten tydzień więc umyłem okno (okazało się strasznie brudne) i szafki (masakra: pół centymetrowa warstwa kurzu i gruzu), rozpakowałem rzeczy, przyniosłem resztę ze starego biura, porobiłem zakupy (nowe pieczątki, jakieś kabelki, zaciskarkę) itp. Bardzo męczący był to tydzień.

Najbardziej czekałem aż będę miał tam Internet. W końcu w piątek, po szesnastej dotarli do mnie tamtejsi informatycy i udało się to uruchomić. Łącze bardzo fajne, ale niestety wylądowałem za korporacyjnym firewallem Instytutu. Co prawda, administrator otworzył wszystkie porty o które prosiłem, ale zamiast oczekiwanych trzech publicznych adresów IP dostałem tylko jeden, a sam firewall pewnie sprawi jeszcze jakieś problemy.

Właściwie mogę już pracować w nowym biurze. Zostało mi jeszcze połazić po urzędach, uaktualnić moje dane w banku i u operatora telefonii komórkowej no i dostać wreszcie tę umowę najmu, szczególnie, że bez tego w Urzędzie Skarbowym nowego adresu nie przyjmą. A potem może wreszcie wrócę do poprzedniego tempa, trochę odpocznę i wykuruję się do końca.

A oto fotki nowego lokum:

Biurowiec, widok od ul. Sobieskiego
W nowym biurze

Jak się bawiłem w foto-optyka-amatora

Zachęcony wątkiem na forum Nikona wskazanym przez mmm w poprzednim wpisie o moim zepsutym obiektywie postanowiłem dzisiaj samodzielnie obiektyw rozebrać i spróbować coś z tym zrobić…

Obiektyw rozebrałem według instrukcji, ale utknąłem na podjechać zoomem tak, aby soczewka była w maksymalnym górnym położeniu, bo zoom był zacięty. Właściwie od tego zaczęło się to szkło psuć. Rozkręciłem więc jeszcze trochę, według własnego wyczucia, i udało się element z soczewką wyciągnąć. Potem postarałem się części na nowo do siebie dopasować i całość poskładać. Nawet się udało i żadna część nie została.

Już po złożeniu stwierdziłem, że coś jest nie tak (poza brudnymi zewnętrznymi soczewkami, którymi na razie nie miałem zamiaru się martwić) – dźwignia do otwierania przesłony (na potrzeby ostrzenia) jakby nie całkiem działała – przesłona nie otwierała się do końca. Do tego zoom ciężko chodził i tylko w jedną stronę (wcześniej się przekonałem, że jak dojedzie do najdłuższej ogniskowej, to się całkiem zacina i trzeba rozkręcać od nowa). Poza tym wszystko wygląda w miarę ok. Postanowiłem podłączyć obiektyw do aparatu…

Aparat obiektyw zaakceptował. Obraz w wizjerze był (sukces!), ale ciemny (tego się spodziewałem). Autofocus sobie nie radzi (albo mu za ciemno, albo coś jeszcze jest zepsute), ale potwierdzenie ostrości w trybie manualnym działa. I nawet zdjęcia da się zrobić. Nawet nie wyglądają najgorzej jak na te warunki oświetleniowe co teraz tu mam.

Oczywiście do normalnego użytku to się nie nadaje, ale przynajmniej zobaczyłem sobie co jest w środku. :-) A nowy obiekty już kupiony na Allegro i lada dzień powinien przyjść.

uinput_beeper, czyli jak zrobiłem sobie biperka w nowym laptopie

Podczas mojego pobytu w Reptach mój stary laptop umarł. Do zacinającej się klawiatury dołączyła wysiadająca grafika i w końcu zupełnie nie dało się z niego korzystać. No cóż, przeżył swoje. Tak więc w zeszłym tygodniu kupiłem sobie na allegro nowego, ślicznego i fajniusiego Della D620, a od poniedziałku już się nim bawię.

W laptopie właściwie wszystko działało od razu bez zarzutu. No, mały hack był potrzebny, żeby framebuffer działał w natywnej rozdzielczości. Niestety jeden feler wydał mi się poważniejszy: głośności pc-speakera nie da się kontrolować. Gdy nie załadowałem modułu pcspkr nie brzęczał w ogóle, gdy załadowałem – odzywał się na cały głos, co było nie do przyjęcia. Musiał zostać niezaładowany, ale bez biperka jest ciężko. Dla mnie konsola tekstowa to wciąż podstawowe narzędzie i mam tam np. odpalonego klienta Jabbera. I gdy przychodzi wiadomość, to klient pika… a mnie nie pikał. I było mi smutno. ;-)

Z wcześniejszego goolania wynikło, że to ograniczenie sterowników ALSA do tej wypasionej karty muzycznej HD, którą mam w laptopie i że właściwie powinienem się cieszyć, że mnie gra za głośno, albo wcale, bo innym tylko wcale.

Dzisiaj postanowiłem poszukać jakiejś alternatywy dla standardowego dźwięku, którego nie da się zciszyć. Uznałem, że powinno się dać podpiąć jakąś własną akcję w miejsce tego co robi moduł pcspkr. Okazało się, że mam rację. Jednak, o dziwo, wygodnego gotowca nie znalazłem. Znalazłem tylko dodatkowy moduł do kernela beeper, który współpracował z odpowiednimi demonami w userspace, ale z kompilacją dodatkowych modułów zawsze jest problem. A przecież dowiedziałem się też, że standardowy kernel ma już funkcjonalność potrzebną do obsługi bipania w userspace, bez potrzeby dodawania niestandardowych modułów. Można to zrobić przez interfejs uinput. Nawet znalazłem jakiś przykładowy kod.

Przykładowy kod okazał się być chyba pisanym z pamięci – brakowało includów itp. i się nawet nie kompilował. Do tego używał API esd, a to przecież bez sensu. Na szczęście przykładowy kod zawierał co najważniejsze i po przejrzeniu go i zerknięciu do źródeł kernela byłem w stanie napisać coś użytecznego.

Tak więc powstał uinput_beeper – prosty programik mojego autorstwa, który uruchamia zewnętrzny program za każdym razem, gdy terminal ma zabibczeć. Domyślnie jest to aplay beep.wav. I działa to świetnie, a przy okazji, z przygotowanym przeze mnie na szybko plikiem beep.wav, jest nawet zabawne (ale pewnie nie długo). :-) Kod oczywiście dostępny na GPL, może jeszcze komuś się przyda.

Pranie

Plecak, z którym chodzę do pracy, na wycieczki i właściwie wszędzie, gdzie
kieszenie mogą mi nie starczyć do noszenia całego bajzlu, był już trochę
brudny
. Jakiś czas temu wraz z żoną uznałem, że trzeba by go albo wyprać,
albo kupić nowy. Postanowiliśmy zacząć od pierwszej, tańszej opcji. No więc parę dni temu
żonka mi plecak wyprała…

Do prania trzeba było oczywiście plecak opróżnić, o czym żonka najwyraźniej
pamiętała, bo w rogu pokoju pojawiła się kupka z dawną zawartością plecaka:
teczka z papierami, jakieś śmieci… i jedna podpaska (wciąż nie rozumiem skąd
ona się wzięła w moim plecaku). Niby czegoś brakowało, ale poza
wyrzuceniem ewidentnych śmieci nie zajmowałem się bardziej tą stertą… aż do
dziś.

Koniec weekendu, więc trzeba było się spakować do pracy. Teczka z papierami
– zawsze w torbie była. Ale było tam coś jeszcze, jakaś elektronika
przecież. Zaglądam więc do odpowiedniej kieszonki plecaka… i jest. Zwinięta kulka
ze słuchawek do telefonu i dwóch pendrive’ów na smyczy PLD Linux.
Wszystko czyściutkie, oczywiście. %-)

Rano, po przyjściu do pracy, zaryzykowałem i podłączyłem pendrajwy do
komputera. I działają! Oba. Nawet dane są na miejscu. :-)

A więc, jeśli komuś kiedyś się jakiś usb-stick przypadkiem uświni, to
polecam pralkę automatyczną. O parametry prania i markę proszku do prania
proszę pytać żonę. ;-)