Co za zbieg okoliczności…

Jestem w trakcie czytania Ostatniego kontynentu Pratchetta,
a przed chwilką z żonką obejrzałem Dom nad jeziorem. Samo tak wyszło.
Kto czytał i oglądał zrozumie o co mi chodzi. W sumie ciekawe jak to Pratchett
rozwiąże…

…i niech nikt nie waży mi się odpowiedzieć na to pytanie
retoryczne w komentarzach!

Przed telewizorem

Oglądam sobie z żonką film… w pewnej chwili (gdzieś po pół godziny
oglądania) ona stwierdza:

– ten facet jest zrobiony na Hugh Granta.

– bo to jest Hugh Grant. :-D

– cholera… niepodobny.

Spotkanie po latach

Wczoraj w programie telewizyjnym (BTW: zna ktoś coś lepszego?) wypatrzyłem
na TV 4 film z czerwonym kółeczkiem o 23:00: Żony cudzych mężów (nawet
Google nie wiele mi na temat tego filmu powiedziało). Fajnie się złożyło, bo
akurat dwudziesta trzecia dochodziła, a ja miałem ochotę na coś
nieprzyzwoitego. Wkrótce się jednak okazało, że program kłamie. Zamiast
zapowiadanego filmu był inny: Spotkanie po latach. Ale też z czerwonym
kółeczkiem. :-)

Pierwsze co się rzuciło w oczy/uszy to gra aktorska – nie powalała,
wzbudzając pierwsze skojarzenia z typowym porno, ale też szybko przestała
przeszkadzać. Za to była jakaś konkretna fabuła, może nic ambitnego, ale była
i trzymała się kupy. Na sceny erotyczne nie trzeba było czekać – w filmie
ich nie brakowało. Seks był udawany, ale bardzo przyjemnie pokazany. Dziewczyny
ładne, całkiem naturalne, tylko jedna ze sztucznym biustem. Czasem brakowało
jakiś ostrzejszych szczegółów, ale za to były pokazane inne, których bardzo
brakuje w zwykłym pornolu: pocałunki, rozbieranie, w ogóle jakieś przejścia
między fabułą a akcją. Właściwie jeszcze nie było filmu erotycznego
(wliczając takie jakich telewizja nie pokazuje) który spełniłby wszystkie nasze
oczekiwania w tych kwestiach, ale ten był blisko. Żonce też się bardzo
podobało.

Fajnie, że teraz na coś takiego trafiliśmy, bo ostatnim pornolem
z wypożyczalni byliśmy trochę zniesmaczeni. W sumie lepszy sztuczny, ale ładny
seks w TV, niż sztuczne panienki w najbardziej wyszukanych (w tym
filmie posuniemy się jeszcze dalej niż w poprzednich…
) scenach według
zupełnie niewyszukanego scenariusza (każdy oglądacz pornoli zwykle wie jaka
będzie kolejna scena, a pierwsza i ostatnia w jednej sesji są właściwie
pewne).

9 Songs i Marzyciele

O 9 Songs czytałem jeszcze w wakacje. Już wtedy wiedziałem, że chcę
to obejrzeć. Jednak na polską premierę trzeba było jeszcze poczekać. Miała być
gdzieś we wrześniu, ale oczywiście w żadnym pobliskim kinie tego nie puszczali.
Recenzje jakie się wtedy pojawiły, nie były zbyt pochlebne. Że ludzie
wychodzili po kilkunastu minutach z kina, że to szmira, zwykła pornografia.
Mnie to nie zrażało. Bardziej mnie przekonywały wcześniejsze opisy
z zagranicznych seks-blogów.

Wczoraj wybrałem się po jakiś film do wypożyczalni i udało mi się to 9
Songs
wypożyczyć. I nawet nie leżało w dziale tylko dla dorosłych.
Obejrzeliśmy sobie wieczorem. Fabuły rzeczywiście tam praktycznie nie było.
Jeśli chodzi o sceny erotyczne, to pokazali prawie wszystko co mogliby pokazać.
Nawet dialogi na początku filmu były jak żywcem wzięte z jakiegoś pornosa
;-). Jednak pornos to nie był. Różnica na plus, to brak tej,
typowej dla pornografii, sztuczności. Oglądaliśmy kochającą się parę, a nie
tylko dwoje ludzi którym kazano się seksić przed kamerą. Z różnic na minus, to
przede wszystkim zbytnie skrócenie najciekawszych scen – jak w pornolach
są zwykle za długie i nużące, to tu bywały zbyt krótkie, żeby się nimi
nacieszyć. No i uroda aktorki pozostawiała trochę do życzenia. Owszem,
naturalniejsza (w pozytywnym sensie), niż plastikowe, wydepilowane do zera,
laseczki z pornosów, ale biust trochę za mały, a i twarz mogła by być lepsza.
Poniżej biustu już bez zarzutu. No, może odrobinę za chuda.

No i nie można w przypadku tego filmu nie wspomnieć o muzyce, w końcu
piosenki są nawet w tytule. Liczyłem na trochę dobrego rocka… i rzeczywiście
sporo rocka było. Tyle, że nic powalającego na kolana. Trochę szkoda. Seks
naprzemian z dobrą muzyką, to byłoby coś. A… i jeszcze
oczywiście były sceny z Antarktydą… w Sieci widziałem jakieś interpretacje
tego tematu… sam raczej żadnego głębokiego znaczenia się w tym nie
dopatrzyłem. W każdym razie nie przeszkadzało za bardzo.

Trochę inny film oglądaliśmy jakiś tydzień temu, może więcej. Żonka kupiła
dwie płytki z jakiegoś pisemka dla pań – Dobre Rady
i Marzyciele. Ten drugi film od razu zachęcił nas ilustracjami na
okładce. Kino europejskie, więc można było się spodziewać czegoś
nietuzinkowego, niekoniecznie dającego się oglądać (przez nas).

Oglądać się nawet więcej niż dało. Film pokazywał nietypowy związek trójki
młodych ludzi – dwoje Francuzów i Amerykanina, gdzieś w latach
sześćdziesiątych. Było o kinie, o polityce, o miłości i seksie. Czuło się, że
seks wisi w powietrzu, jeszcze zanim go pokazali. A i to co pokazali, mimo że
znacznie mniej odważne niż w 9 Songs oglądało się całkiem miło.
Szczególnie, że główna bohaterka miała się czym pochwalić.

Bez wątpienia było to ambitniejsze kino. Miłe dla oka, ale i interesujące.
Opisany związek może odrobinę perwersyjny, ale można było uczucia bohaterów
zrozumieć. Seks pokazany taki, jakim jest – piękny, przyjemny, ale
i trochę tajemniczy. A sam seks był tylko częścią całości, wyjątkowo dobrze
pasującą do reszty (co się często w kinie nie udaje).

Ciekawe, że więcej udało mi się napisać o tym filmie, który sam w sobie
zawierał dużo mniej treści…

To co w obu filmach mi się podobało, to to, że można pokazać seks jako coś
pięknego i przyjemnego. Można go pokazać bez przemocy (niestety w kinie często
jedno idzie razem z drugim), bez oceniania, i potępiania
niestandardowych zachowań (w typowym amerykańskim kinie byle trójkącik
musiałby się skończyć nieprzyjemnymi konsekwencjami).

Obejrzeliśmy w końcu film…

Wczoraj pojawiłem się w wypożyczalni z reklamacją. Reklamacja może być
przyjęta, owszem, ale jak przedstawię paragon. W portfelu miałem jak zwykle
około 100 paragonów (z części już treść odparowała), ale akurat tego nie.
W kieszeniach też go nie było. Trudno. W końcu kilka razy mnie uprzedzali, że
paragon jest potrzebny do ewentualnej reklamacji. Tylko czemu nigdy tego nie
traktowałem poważenie?

Wybrałem sobie inną płytkę, ale przed wypożyczenie zażyczyłem sobie
zobaczyć jej powierzchnię. Nie spodobała mi się. Pytam się, czy wszystkie tak
mają, dowiedziałem się, że te starsze tak. Podobno żeby znaleźć nowszy to mam
szukać tych z numerkami około 15000. Znalazłem coś ponad 15900. Wyglądało
nieco lepiej, więc wziąłem.

Tym razem napęd nie odmówił współpracy. Raz się zaciął, ale ma już swoje
lata i nie jest modelem z górnej półki, a płytka fabrycznie nowa nie była.
Filmik więc obejrzeliśmy bez zakłóceń. Rzecz była o problemach małżeńskich
(właściwie pomałżeńskich) i sąsiedzkiej pomocy, ze szczęśliwym zakończeniem.
Dużo przyjemniejsze niż to co zaserwowała nam Gala, chociaż zapewne dużo mniej
ambitne. Ale cóż… my hołota. ;-)

Filmy…

Jakiś czas temu żona kupiła Galę z filmem tylko dla dorosłych.
W sobotę wieczorem go sobie obejrzeliśmy… i pożałowaliśmy. Nie
spodziewaliśmy się jakiś śmiałych scen, czy porywającej fabuły, ale liczyliśmy
na to, że będzie na czym oko zawiesić i film nas dotakowo rozgrzeje do
zabawy… tfu… do obowiązków małżeńskich znaczy się. ;-)

Już na początku niektóre sceny były zadziwiająco śmiałe, a fabuła wydała
nam się rzeczywiście głupia. Ostatecznie jednak film okazał się okropnym
paskudztwem, którego lepiej byłoby nie kupować. Zastanawialiśmy się jakim
cudem coś takiego ktoś dodał to takiego pisma jak Gala. Żona aż pogoolała…
i znalazła recenzję tego
filmu
. Ooops… wygląda na to, że my się nie znamy na sztuce, a to było
poważne kino….

Uznaliśmy jednak, że czy poważne, czy niepoważne, to my takich świństw
oglądać nie będziemy… dzisiaj po drodze do pracy wstąpiłem do wypożyczalni
i wziąłem coś normalnego (;-)), po czym ochota na seks
raczej nie przejdzie… zobaczymy.