Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Coming out, czyli: wyście prawdziwej cioty nie widzieli

O!

[censored]

P.S. Ja czasem (po kąpieli) rzeczywiście tak po domu chodzę... %-)

Update: Ooops... linku zapomniałem...

74 komentarze do wpisu „Coming out, czyli: wyście prawdziwej cioty nie widzieli”


Z pamiętnika hipochondryka

No to byłem dzisiaj z wynikami rezonansu u neurologa. Pani doktor powiedziała, że tak jak sądziła, to wypadnięty dysk (wcześniej nie byłem pewien, czy przepuklina jądra miażdżystego to rzeczywiście to). Powiedziała, że neurochirurdzy i ortopedzi czasem takie coś operują (ortopedzi podobno lepiej), ale ona nie zaleca. Mnie też się na stół operacyjny nie spieszy. Więc dalej to samo leczenie: leki przeciwzapalne, rozluźniające, rehabilitacja. Mam chodzić na basen i się oszczędzać. Z nowości dostałem tylko zlecenie na sznurówkę lędźwiową (taki gorset).

Z przychodni do apteki po leki i do NFZ po podbicie zlecenia. W NFZ oczywiście okazało się, że brakuje pieczątki (już po drodze się tego obawiałam) i niech pan tam podskoczy do rejestracji, to niedaleczko. Niedaleczko k... Niedaleczko to było, jak mnie nic nie bolało. Ale w sumie daleko też nie było, więc w miarę szybko to załatwiłem. Z NFZ prosto do sklepu medycznego, gdzie sobie rzeczony gorsecik kupiłem. Na miejscu przymierzyłem dwa: M i L, ostatecznie przyjąłem, że na te święta mi brzuch nie urośnie. ;-). Większą część ceny (90zł) zapłaciło NFZ, na szczęście, bo to nie takie tanie zabawki. Pani mi nawet taki gorset za 500zł wychwalała, ale to chyba było więcej niż mi potrzeba.

No cóż... teraz już pozostaje tylko grzecznie stosować się do zaleceń i czekać aż przejdzie...

18 komentarzy do wpisu „ Z pamiętnika hipochondryka”


Alt-A

Dzieci stały się zbędne, odkąd wynaleziono pilota do telewizora, mówią. Ale to tylko częściowa prawda.

Po pierwsze, pilot nie zawsze jest pod ręką, czasem musi go ktoś podać. Po drugie, nie do wszystkiego jest pilot. Gdy tatuś-inwalida leży na łóżku i ktoś (zwykle joggerowy bot) mu coś na Jabberze napisze, to trzeba przełączyć na odpowiednie okienko. Nie wskazane jest, żeby dyskopata za każdym razem się zrywał z łóżka, więc dziecko zostało nauczone wciskać Alt-A (dzisiaj zaczęliśmy naukę Alt-Ctrl-F1).

Dziecię poczuło jakie poważne zadanie na nią spadło, więc postanowiło to uwiecznić:

[rysunek]

Tak, to jest Krysia wciskająca Alt-A. Nie od razu zrozumieliśmy przekaz tego dzieła, dlatego zasugerowałem, że to śliczny obrazek na Halloween. Artystka nie zaprotestowała, wręcz spodobał się ten pomysł, stąd dorysowana dynia. Potem jednak nam zdradziła główny przekaz.

Z drugiej strony nawet był opis do obrazka: ARTA. L i R to dla niej żadna różnica – w końcu brzmi dokładnie tak samo. ;-)

10 komentarzy do wpisu „ Alt-A”


Jak ekshibicjonizm, to na całego

Dzisiaj obnażę kawałek swojego wnętrza:

[obraz z rezonansu magnetycznego]

To oczywiście obraz z wczorajszego badania rezonansem magnetycznym. Starałem się wybrać w miarę reprezentatywny kawałek (na płytce dostałem 69 obrazów w formacie DICOM). Nie znam się na tym, więc przy wyborze sugerowałem się ilustracją z odpowiedniego artykułu na Wikipedii.

31 komentarzy do wpisu „ Jak ekshibicjonizm, to na całego”


Z pamiętnika hipochondryka

Dawno tu się nie uzewnętrzniałem na temat mojego kręgosłupa. A przecież się dużo działo... przede wyszystkim... wciąż bolało. To właściwie bez zmian. No może z pewną tendencją: mniej gwałtownych bólów przy wstawaniu, czy zmianie pozycji, a więcej ciągłego upierdliwego bólu, tylko czasowo tłumionego przez tabletki. W każdym razie ostatnio nie chodzę, ale raczej kuśtykam... Ale bywało, że bolało bardziej.

Osiemnastego października zacząłem rehabilitację. Przez dziesięć kolejnych dni (pomijając weekend): gimnastyka, Sollux (wygrzewanie pod lampą, prawie jak plaża), laser (pani dziabała mnie po plecach czymś robiącym pik pik) i prądy. Panie rehabilitantki bardzo miłe, a na sali gimnastycznej, o dziwo, spotkałem też jakieś dziewczyny w wieku zbliżonym do mojego (spodziewałem się raczej samych dziadków). Nie zauważyłem jakiejś wyraźnej poprawy po tych zabiegach, ale nie pogorszyło mi się, więc zamówiłem kolejną serię (jeszcze w ramach tego samego skierowania, a w zapasie mam drugie) – zaczynam od 3 grudnia.

Jutro, 22 listopada, o godzinie 17:00 miałem mieć badanie rezonansem magnetycznym, ale w zeszłym tygodniu pani z Koźla zadzwoniła mówiąc, że tego dnia o tej porze nie będą robić badań... i mam się zgłosić dzień wcześniej o 9:00.

Pierwotny plan był taki, że żonka mnie tam zawiezie, ale w międzyczasie zdążyłem jej podpaść na tyle, że stosownym wydawało się znalezienie innego transportu. Wrobiłem w to ojca. ;-) (dzięki tato!)

Dzisiaj rano więc pojechaliśmy. Z Gliwic wyjechaliśmy o nieprzyzwoicie wczesnej porze, t.j. o wpół do ósmej. W tym czasie wieczorna tabletka już przestawała działać, a na łykanie kolejnej było trochę wcześnie. Jednak przez większość trasy dało się żyć. Dopiero gdzieś tak od Kędzierzyna ciężko było mi wysiedzieć. Na miejsce dojechaliśmy na pół godziny przed czasem. Przede mną była tam jakaś pani.

Gdyby nie to, że poszedłem do kibelka, to bym się chyba załapał przed tą panią i przed planowaną godziną zabiegu. Tak to musiałem godzinkę poczekać. Wypełniłem ankietę na temat ewentualnych metalowych części w moim organizmie, o przebytych chorobach i zabiegach, i o tym, czy na pewno jest pewien, że tego chcę. Oddałem zdjęcie RTG, zapłaciłem za kliszę z wynikami (bez dopłaty dają tylko opis i wyniki na CD) i poczekałem na swoją kolej.

W końcu zostałem wywołany. Za drzwiami, po lewej stronie siedziała pani doktor przed trzema dużymi ekranami LCD (już podglądałem wcześniej przez szybkę, jak mózg poprzedniej pacjentki oglądała), z drugiej strony pielęgniarka (czy inna asystentka) przed normalniejszym monitorem i szybą, za którą było pomieszczenie z aparaturą. Na drzwiach do tego pomieszczenia ostrzeżenie o silnym polu magnetycznym i żeby nie wchodzić z metalowymi przedmiotami, bo mogą spowodować poważne obrażenia ciała i uszkodzenia aparatury (przypomniała mi się końcówka drugiej serii Lostów). Mnie poproszono do kabinki, małego pomieszczenia obok (z napisem kabinka na drzwiach), gdzie miałem się rozebrać do koszuli i majtek.

Gdy byłem gotowy, przeszedłem do pomieszczenia z aparaturą i położyłem się na łóżku. Pod nogi wsunięto mi jakieś podkładki, do ręki dostałem zielony przycisk (Jak coś będzie nie tak, to pan to wciśnie, a ja przerwę badanie wyjaśniała pielęgniarka). Potem zamknięto mnie jakąś klatką i wjechałem do maszyny, której kształt ciężko mi tu opisać. Po chwili maszyna zaczęła stukać, potem bzyczeć i buczeć. Nieprzyjemnie dźwięki. Nie dziwię się, że poprzednia pacjentka wychodziła trzymając się za głowę. Potem przerwa, łóżko przesunęło się trochę w głąb maszyny i znowu te odgłosy. Potem znowu przerwa, przesunięcie w drugą stronę i znowu hałasy, nieco inne. Znowu przerwa...

Przyszła pielęgniarka, kazała się nie ruszać i wyjechałem z maszyny. Spytała się, czy zgodziłem się na podanie kontrastu (zgodziłem się, w ankiecie) i zaczęła szukać żyły na moim ramieniu. Odwróciłem się w drugą stronę, co by się niepotrzebnie nie stresować widokiem (mogła być to przecież jakaś olbrzymia strzykawka z przerażającą igła). Prawie nic nie poczułem i po chwili stwierdziłem tylko, że mam założony wenflon. Wjechałem z powrotem do maszyny. Jeszcze trochę hałasów i badanie się skończyło. W sumie siedziałem tam jakieś pół godziny. Jak tylko się ubrałem pielęgniarka zdjęła mi wenflon.

Wyniki miały być gotowe za 2-3h. Mogliśmy czekać, przyjechać kiedy indziej, albo zapłacić za kuriera, który dostarczyłby je do Gliwic w piątek. Uznałem, że skoro już tyle czekałem i tyle jechałem, to chcę mieć wyniki jak najszybciej. Tato nie miał nic przeciwko. Poszliśmy na miasto. Chcieliśmy wstąpić do jakiejś kawiarni (za zimno na spacery, szczególnie, że byliśmy ubrani na podróż samochodem), znaleźliśmy jakąś restaurację. Zamówiliśmy ciasto i herbatę/kawę. Tam przesiedzieliśmy trochę czasu, do szpitala wróciliśmy po 1.5h. I po chwili były wyniki.

Opis badania dość długi (a nie tylko dwa słowa, jak w opisie do RTG), lekarka znalazła: wyrównaną lordozę lędźwiową (ale to chyba powinni lekarze już wcześniej gołym okiem widzieć, albo chociażby na RTG), niewielkie zmiany zwyrodnieniowo-wytwórcze na krawędziach trzonów kręgowych i w tych trzonach (cokolwiek to jest), jakieś symptomy zmian degeneracyjnych no i przepuklinę jądra miażdżystego (tego się spodziewałem po doszkoleniu się w Internecie), która powoduje, między innymi, krytyczne zwężenie kanału korzeniowego lewego. No to chyba znaleziono źródło bólu. Tę przepuklinę nawet sam byłem w stanie na kliszach zobaczyć, jeszcze zanim rozszyfrowałem gdzie dokładnie jest L5-S1. Dobrze, że przynajmniej żaden nowotwór nie wyszedł, bo i czymś takim mnie straszyła jedna lekarka.

Zaraz po odebraniu wyników ruszyliśmy do Gliwic. Mój kręgosłup od razu zaprotestował, przypominając mi o tabletce. Droga powrotna była ciężka, ale i tak kazałem się odstawić pod biuro. Miałem ambicje jeszcze dzisiaj trochę popracować. Jednak ambicja szybko przeszła, jak usiadłem przy biurku. No cóż, po takie podróży chyba lepiej było wrócić do domy i odpocząć na leżąco.

Za tydzień, we wtorek, wizyta u neurologa. Ciekawe co powie na wyniki badania i jakie leczenie zaproponuje. Wybiorę się też do swojej pani doktór pierwszego kontaktu, bo była zainteresowana moimi wynikami (byłem u niej po dokładkę gdy skończyły mi się leki zapisane przez neurologa). Ciąg dalszy pewnie nastąpi...

9 komentarzy do wpisu „ Z pamiętnika hipochondryka”


Herbatka z przyprawą

Od jakiegoś czasu u nas w kuchni stoi sobie, w pojemniczku z młynkiem, Przyprawa do kawy i deserów Kamisa... Dzisiaj sobie ją wziąłem... i zmieliłem do świeżo zaparzonej herbatki... dobre to! Jakbym tą herbatką właśnie popijał pierniczki. :-)

12 komentarzy do wpisu „ Herbatka z przyprawą”



[szpieg] Jesteście obserwowani...