Z pamiętnika hipochondryka

No to byłem dzisiaj z wynikami rezonansu u neurologa. Pani doktor
powiedziała, że tak jak sądziła, to wypadnięty dysk (wcześniej nie byłem
pewien, czy przepuklina jądra miażdżystego to rzeczywiście to).
Powiedziała, że neurochirurdzy i ortopedzi czasem takie coś operują (ortopedzi
podobno lepiej), ale ona nie zaleca. Mnie też się na stół operacyjny nie
spieszy. Więc dalej to samo leczenie: leki przeciwzapalne, rozluźniające,
rehabilitacja. Mam chodzić na basen i się oszczędzać. Z nowości dostałem tylko
zlecenie na sznurówkę lędźwiową (taki gorset).

Z przychodni do apteki po leki i do NFZ po podbicie zlecenia. W NFZ
oczywiście okazało się, że brakuje pieczątki (już po drodze się tego
obawiałam) i niech pan tam podskoczy do rejestracji, to niedaleczko.
Niedaleczko k… Niedaleczko to było, jak mnie nic nie bolało. Ale w sumie
daleko też nie było, więc w miarę szybko to załatwiłem. Z NFZ prosto do sklepu
medycznego, gdzie sobie rzeczony gorsecik kupiłem. Na miejscu przymierzyłem
dwa: M i L, ostatecznie przyjąłem, że na te święta mi brzuch nie
urośnie. ;-). Większą część ceny (90zł) zapłaciło NFZ, na
szczęście, bo to nie takie tanie zabawki. Pani mi nawet taki gorset za 500zł
wychwalała, ale to chyba było więcej niż mi potrzeba.

No cóż… teraz już pozostaje tylko grzecznie stosować się do zaleceń i
czekać aż przejdzie…

Alt-A

Dzieci stały się zbędne, odkąd wynaleziono pilota do telewizora,
mówią. Ale to tylko częściowa prawda.

Po pierwsze, pilot nie zawsze jest pod ręką, czasem musi go ktoś podać. Po
drugie, nie do wszystkiego jest pilot. Gdy tatuś-inwalida leży na łóżku
i ktoś (zwykle joggerowy bot) mu coś na Jabberze napisze, to trzeba przełączyć
na odpowiednie okienko. Nie wskazane jest, żeby dyskopata za każdym razem się
zrywał z łóżka, więc dziecko zostało nauczone wciskać Alt-A (dzisiaj
zaczęliśmy naukę Alt-Ctrl-F1).

Dziecię poczuło jakie poważne zadanie na nią spadło, więc postanowiło to
uwiecznić:


[rysunek]

Tak, to jest Krysia wciskająca Alt-A. Nie od razu zrozumieliśmy przekaz
tego dzieła, dlatego zasugerowałem, że to śliczny obrazek na Halloween.
Artystka nie zaprotestowała, wręcz spodobał się ten pomysł, stąd dorysowana
dynia. Potem jednak nam zdradziła główny przekaz.

Z drugiej strony nawet był opis do obrazka: ARTA. L
i R to dla niej żadna różnica – w końcu brzmi dokładnie tak samo.
;-)

Z pamiętnika hipochondryka

Dawno tu się nie uzewnętrzniałem na temat mojego kręgosłupa. A przecież się
dużo działo… przede wyszystkim… wciąż bolało. To właściwie bez zmian. No może
z pewną tendencją: mniej gwałtownych bólów przy wstawaniu, czy zmianie
pozycji, a więcej ciągłego upierdliwego bólu, tylko czasowo tłumionego przez
tabletki. W każdym razie ostatnio nie chodzę, ale raczej kuśtykam… Ale
bywało, że bolało bardziej.

Osiemnastego października zacząłem rehabilitację. Przez dziesięć kolejnych
dni (pomijając weekend): gimnastyka, Sollux (wygrzewanie pod lampą, prawie jak
plaża), laser (pani dziabała mnie po plecach czymś robiącym pik pik) i
prądy. Panie rehabilitantki bardzo miłe, a na sali gimnastycznej,
o dziwo, spotkałem też jakieś dziewczyny w wieku zbliżonym do mojego
(spodziewałem się raczej samych dziadków). Nie zauważyłem jakiejś
wyraźnej poprawy po tych zabiegach, ale nie pogorszyło mi się, więc zamówiłem
kolejną serię (jeszcze w ramach tego samego skierowania, a w zapasie mam
drugie) – zaczynam od 3 grudnia.

Jutro, 22 listopada, o godzinie 17:00 miałem mieć badanie rezonansem
magnetycznym, ale w zeszłym tygodniu pani z Koźla zadzwoniła mówiąc, że tego
dnia o tej porze nie będą robić badań… i mam się zgłosić dzień wcześniej
o 9:00.

Pierwotny plan był taki, że żonka mnie
tam zawiezie, ale w międzyczasie zdążyłem jej podpaść na tyle, że stosownym
wydawało się znalezienie innego transportu. Wrobiłem w to ojca.
;-) (dzięki tato!)

Dzisiaj rano więc pojechaliśmy. Z Gliwic wyjechaliśmy o nieprzyzwoicie
wczesnej porze, t.j. o wpół do ósmej. W tym czasie wieczorna tabletka już
przestawała działać, a na łykanie kolejnej było trochę wcześnie. Jednak przez
większość trasy dało się żyć. Dopiero gdzieś tak od Kędzierzyna ciężko było mi
wysiedzieć. Na miejsce dojechaliśmy na pół godziny przed czasem. Przede mną
była tam jakaś pani.

Gdyby nie to, że poszedłem do kibelka, to bym się chyba załapał przed tą
panią i przed planowaną godziną zabiegu. Tak to musiałem godzinkę poczekać.
Wypełniłem ankietę na temat ewentualnych metalowych części w moim organizmie,
o przebytych chorobach i zabiegach, i o tym, czy na pewno jest pewien, że tego
chcę. Oddałem zdjęcie RTG, zapłaciłem za kliszę z wynikami (bez dopłaty dają
tylko opis i wyniki na CD) i poczekałem na swoją kolej.

W końcu zostałem wywołany. Za drzwiami, po lewej stronie siedziała pani
doktor przed trzema dużymi ekranami LCD (już podglądałem wcześniej przez
szybkę, jak mózg poprzedniej pacjentki oglądała), z drugiej strony
pielęgniarka (czy inna asystentka) przed normalniejszym monitorem
i szybą, za którą było pomieszczenie z aparaturą. Na drzwiach do tego
pomieszczenia ostrzeżenie o silnym polu magnetycznym i żeby nie wchodzić
z metalowymi przedmiotami, bo mogą spowodować poważne obrażenia ciała
i uszkodzenia aparatury (przypomniała mi się końcówka drugiej serii Lostów).
Mnie poproszono do kabinki, małego pomieszczenia obok (z napisem
kabinka na drzwiach), gdzie miałem się rozebrać do koszuli
i majtek.

Gdy byłem gotowy, przeszedłem do pomieszczenia z aparaturą i położyłem się
na łóżku. Pod nogi wsunięto mi jakieś podkładki, do ręki dostałem
zielony przycisk (Jak coś będzie nie tak, to pan to wciśnie, a ja przerwę
badanie
wyjaśniała pielęgniarka). Potem zamknięto mnie jakąś klatką
i wjechałem do maszyny, której kształt ciężko mi tu opisać. Po chwili maszyna
zaczęła stukać, potem bzyczeć i buczeć. Nieprzyjemnie dźwięki. Nie dziwię się,
że poprzednia pacjentka wychodziła trzymając się za głowę. Potem przerwa,
łóżko przesunęło się trochę w głąb maszyny i znowu te odgłosy. Potem
znowu przerwa, przesunięcie w drugą stronę i znowu hałasy, nieco inne. Znowu
przerwa…

Przyszła pielęgniarka, kazała się nie ruszać i wyjechałem z maszyny.
Spytała się, czy zgodziłem się na podanie kontrastu (zgodziłem się,
w ankiecie) i zaczęła szukać żyły na moim ramieniu. Odwróciłem się w drugą
stronę, co by się niepotrzebnie nie stresować widokiem (mogła być to przecież
jakaś olbrzymia strzykawka z przerażającą igła). Prawie nic nie poczułem
i po chwili stwierdziłem tylko, że mam założony wenflon. Wjechałem z powrotem
do maszyny. Jeszcze trochę hałasów i badanie się skończyło. W sumie siedziałem
tam jakieś pół godziny. Jak tylko się ubrałem pielęgniarka zdjęła mi
wenflon.

Wyniki miały być gotowe za 2-3h. Mogliśmy czekać, przyjechać kiedy indziej,
albo zapłacić za kuriera, który dostarczyłby je do Gliwic w piątek. Uznałem,
że skoro już tyle czekałem i tyle jechałem, to chcę mieć wyniki jak
najszybciej. Tato nie miał nic przeciwko. Poszliśmy na miasto. Chcieliśmy
wstąpić do jakiejś kawiarni (za zimno na spacery, szczególnie, że byliśmy
ubrani na podróż samochodem), znaleźliśmy jakąś restaurację. Zamówiliśmy
ciasto i herbatę/kawę. Tam przesiedzieliśmy trochę czasu, do szpitala
wróciliśmy po 1.5h. I po chwili były wyniki.

Opis badania dość długi (a nie tylko dwa słowa, jak w opisie do RTG),
lekarka znalazła: wyrównaną lordozę lędźwiową (ale to chyba powinni lekarze
już wcześniej gołym okiem widzieć, albo chociażby na RTG), niewielkie zmiany
zwyrodnieniowo-wytwórcze na krawędziach trzonów kręgowych i w tych trzonach
(cokolwiek to jest), jakieś symptomy zmian degeneracyjnych no i przepuklinę
jądra miażdżystego (tego się spodziewałem po doszkoleniu się w Internecie),
która powoduje, między innymi, krytyczne zwężenie kanału korzeniowego
lewego
. No to chyba znaleziono źródło bólu. Tę przepuklinę nawet sam byłem
w stanie na kliszach zobaczyć, jeszcze zanim rozszyfrowałem gdzie dokładnie
jest L5-S1. Dobrze, że przynajmniej żaden nowotwór nie wyszedł, bo i czymś
takim mnie straszyła jedna lekarka.

Zaraz po odebraniu wyników ruszyliśmy do Gliwic. Mój kręgosłup od razu
zaprotestował, przypominając mi o tabletce. Droga powrotna była ciężka, ale
i tak kazałem się odstawić pod biuro. Miałem ambicje jeszcze dzisiaj trochę
popracować. Jednak ambicja szybko przeszła, jak usiadłem przy biurku. No cóż,
po takie podróży chyba lepiej było wrócić do domy i odpocząć na leżąco.

Za tydzień, we wtorek, wizyta u neurologa. Ciekawe co powie na wyniki
badania i jakie leczenie zaproponuje. Wybiorę się też do swojej pani doktór
pierwszego kontaktu, bo była zainteresowana moimi wynikami (byłem u niej po
dokładkę gdy skończyły mi się leki zapisane przez neurologa). Ciąg
dalszy pewnie nastąpi…

Jak ja nie lubię chamskich prowokacji…

No cóż… znowu dałem się sprowokować. Wystarczy, że jednemu
joggerowiczowi znowu coś ssało na maksa, a ja się z jego zdaniem nie zgodziłem.
Dość ostro, zgadza się. Ale tak już bywa – jeśli ja uważam, że X,
a ktoś pisze, że X to bzdura, a jeśli ktoś uważa inaczej, to dał się
zmanipulować
, nie podając przy tym żadnego argumentu na to, że X to
faktycznie bzdura, to trochę się denerwuję i żądam konkretów… Ale to
wszystko, w założeniu, w celu rozpoczęcia dyskusji – jak będą argumenty,
to będę mógł się do nich odnieść, a może nawet dam się przekonać (chociaż mam
wrażenie, że to raczej autora należałoby wyprowadzić z błędu)…

Oczywiście konkretów nie dostałem, bo autor tylko czekał, aż ktoś mu
napisze, że się myli, najlepiej w mało wyszukany sposób. W ten sposób autor
wpisu może ponownie pokazać, jak go wszyscy nienawidzą… a w szczególności
ten, kto śmiał spróbować podyskutować na temat wpisu (czy nie do tego są
komentarze pod wpisami?). Okazuje się, że krytyczny komentarz (co prawda
napisany pod wpływem złości) jest atakiem na autora wpisu, a jednocześnie wpis
(sugerujący, że między innymi ja zostałem zmanipulowany) nie jest atakiem na
nikogo…

Najgorsze, że nie można otwarcie (ten wpis jest na poziomie trzecim)
powiedzieć co się o tym myśli, bo to będzie kolejny argument w ręku
poszkodowanego… W końcu ja go nienawidzę… Zgadza się, nie
znoszę takiego podejścia do świata, tego EMO-egocentryzmu (nie
znoszę też paru cech swojego charakteru), ale do osoby nie żywię żadnych
gwałtownych uczuć. Może nawet odrobina sympatii by się znalazła (jednak
z każdym takim incydentem coraz mniej).

Czy tylko mnie to wkurza? Czy tylko ja jestem taki dziwny, że pod swoimi
wpisami oczekuję także krytyki, najlepiej konstruktywnej? Że przedstawiając
swoje zdanie na jakiś temat liczę się z tym, że zostanę zjechany przez
zwolenników przeciwnych poglądów? Że zakładam, że komentarze odnoszą się do
wpisu i konkretnego tematu, a nie do mnie osobiście? I że oczekuję tego samego
od innych?