Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Mój jest ten kawałek Internetu…

…złe emocje i brudne buty proszę więc zostawić przed drzwiami.

Oszukany przez bankomat

Zaczęło nam się robić pusto w portfelach, więc poszedłem do bankomatu po gotówkę. Normalnie wkładam kartę, wklepuję PIN, wybieram wypłatę 500zł, pokwitowanie sobie darowałem... Wyciągnąłem kartę, wziąłem pieniądze, szybko sprawdziłem, czy się zgadza: z wierzchu dwie pięćdziesiątki, dalej setki. W sumie 6 banknotów. OK.

Przyszedł czas oddać pieniądze żonie (tradycyjnie sobie chciałem te 50zł zostawić). I żona protestuje, że mało. Jak to mało? A tak to... ostatnie dwa banknoty w pliku to nie były setki, ale pięćdziesiątki. Bankomat dał mi o 100zł za mało. :-(

Poleciałem do bankomatu zobaczyć, czy jest tam podany jakiś numer do zgłaszania reklamacji. Nie było. Ale to bankomat naszego banku (PEKAO), więc zaraz po powrocie do domu zadzwoniłem na infolinię. Szybko zostałem spławiony: wszelkie reklamacje finansowe należy osobiście składać w oddziale banku. Dla mnie wydawało się oczywiste, że jak tylko bankomat zaczyna źle działać, to bank będzie chciał o tym wiedzieć. Ale widać się myliłem... widać liczą na to, że ludziom nie będzie się chciało reklamować i może nawet na tym zarobią...

No cóż, jutro wybiorę się do banku i tam pomarudzę. Dzisiaj jeszcze tylko opisałem zdarzenie i moje uczucia do banku w formularzu reklamacji w interfejsie internetowym – zapewne to nic nie da, ale mi trochę ulżyło. ;-)

64 komentarze do wpisu „ Oszukany przez bankomat”


Z pamiętnika hipochondryka

No to dzisiaj poszedłem do znachora (skoro żona już mnie umówiła...). Do kręgarza, znaczy się. Trochę mnie powyginał, popodrzucał. Na końcu pogruchotał moimi kręgami szyjnymi i pyta się czy lepiej... Ja próbuję się schylić i twierdzę, że bez zmian (przemilczałem to, że odrobinę mnie głowa zaczęła boleć po tym gruchotaniu). To on się chwilę zastanowił... to może akupunktura? Ja na to, że nie, dziękuję. No to się pan zasmucił, że w niego nie wierzę (jeśli wiara miałaby mi pomóc, to niech to będzie wiara w lekarzy).

Na koniec powiedział, żebym trzymał bolące plecy w cieple, to może przejdzie... No i zbiedniałem o 40zł.

10 komentarzy do wpisu „ Z pamiętnika hipochondryka”


Ropuszka

Jak co wieczór poszliśmy z Krysią na spacerek. No, tym razem pojechaliśmy na rowerach, ale to nie istotne. W każdym razie odwiedziliśmy ten sam plac zabaw co zwykle. Szybko zauważyliśmy zamieszanie przy piaskownicy. Z tego co udało nam się usłyszeć, to dzieci miały tam jakieś zwierzątko. Podobno żabę.

Od razu się domyśliłem, że chodzi o jakąś ropuchę. Co by żaba robiła w środku lata w pobliżu piaskownicy. Dzieci mówią, że ją wykopały. No cóż, pewnie ropuszka szukała schronienia przed słońcem i zagrzebała się we wnęce pod piaskownicą. Dzieci może nie okazywały bezpośredniej wrogości stworzeniu, ale to co robiły z piachem, łopatkami i kamieniami wyglądało groźnie. Poza tym pamiętałem, jak moja miłość do zwierząt potrafiła się kiedyś objawiać i co z takimi stworzeniami potrafili robić mniej je kochający koledzy z piaskownicy. Postanowiłem więc przyjrzeć się sytuacji z bliska i ewentualnie interweniować.

W dziurze pod piaskownicą rzeczywiście była ropucha. Śliczna ropucha zielona (zdjęcia w sieci nie ukazują jej uroku). Zastanawiałem się, czy lepiej ją ewakuować, czy lepiej nie ruszać, żeby nie stresować bardziej. Uznałem jednak, że w piaskownicy może nie dożyć wieczora... Wziąłem więc płaza do ręki i wyniosłem za osiedle, pomiędzy krzaki. Dzieciom odmówiłem odpowiedzi na ich pytania gdzie (ale rozumiem jak były tym rozczarowane – w ich wieku pewnie poleciałbym jej szukać). Mam nadzieję, że zestresowaną ropuszkę czeka spokojniejsze i jeszcze długie życie. :-)

18 komentarzy do wpisu „ Ropuszka”


Dlaczego nie chcę religii (i etyki) w szkole

Ostatnio dużo szumu jest wokół religii w szkołach i ateizmu. Nie chcę więcej spamować w komentarzach na cudzych Joggerach, więc co nieco postanowiłem napisać tutaj. I nie przejmuję się tym, że niektórzy przyczepią mi etykietkę wojującego ateisty, uważam, że o swoje przekonania każdy może walczyć.

Jestem ateistą. Sam nie chodziłem na religię od trzeciej klasy podstawówki – poszedłem na kompromis i zgodziłem się dotrwać do komunii, przekupiony obiecanymi prezentami. Rodzice byli niewierzący, posyłali mnie na religię głównie ze względu na dziadków i żebym nie był wyalienowany.

W tamtych czasach zajęcia z religii były prowadzone w salkach katechetycznych przy kościele. Gdy kończyłem podstawówkę (byłem w ósmej, czy siódmej klasie) zaczęło się nauczanie religii w szkole. U nas było to o tyle ciekawie, że w szkole brakło sal, więc żeby uczyć wyższe klasy religii w szkole, to klasy 1-3 (a może tylko pierwsze) chodziły na wszystkie zajęcia do salek kościelnych – czy już to nie było odrobinę chore?

W każdym razie pod koniec podstawówki i przez całe technikum ja miałem wolne, gdy koledzy chodzili na lekcje religii. Zdaje się, że w podstawówce ja jeden, a w technikum z kolegą Świadkiem Jehowy. Nie czułem się z tego powodu wyalienowany. Nie czułem żadnej presji kolegów. Czasem z nimi rozmawiałem na ten temat: jedni mi zazdrościli, inni się dziwili, ale nikt nie okazywał wrogości. Wcześniej (gdy religii nie wprowadzono jeszcze do szkoły) też nie miałem żadnych z tym problemów.

Minęło trochę czasu i niedługo (za dwa lata) do szkoły pójdzie moja córka. Z pewnych względów ochrzczona, ale nie praktykująca (nie wychowywana po katolicku, nie brana co niedziele do kościoła). Wie, że są ludzie, którzy chodzą do kościoła. Czasem babcia lub ciocia jej coś o bozi czy Jezusie opowiedzą, ale na razie nic co trzeba by prostować. Wychowujemy ją według naszych przekonań.

Właściwie dotychczas za bardzo nie przejmowaliśmy się kwestią religii w szkole. Uznaliśmy, że jak jest nieobowiązkowa i moje doświadczenia pokazały, że można po prostu nie chodzić, to problemu nie ma. Jednak teraz się okazuje, że religia to równie poważna rzecz, jak matematyka, czy język polski i do średniej się wlicza. Co więcej alternatywą dla religii ma być etyka. Na razie w większości szkół to fikcja, ale podobno to musi się zmienić...

To, że wolałbym, żeby dziecko nie chodziło na religię, wydaje mi się oczywiste. Biblia to bardzo ciekawy kawałek literatury i kultury, ale nie uważam, że już małe dziecko musi ją poznawać i uczyć się o niej przez jakieś dziesięć lat. Po drugie, nie chcę, żeby moje dziecko było uczone dobra jako czegoś opisanego w jakiejś świętej księdze (której i tak nie można traktować dosłownie) i nie czynienia zła pod groźbą jakiejś strasznej kary po śmierci. Chciałbym też, żeby moja córka nauczyła się korzystać w życiu z własnego rozumu, a nie tylko z wiary w wytyczne wątpliwego pochodzenia.

Zajęcia z etyki nie wydają mi się dobrą alternatywą. Po pierwsze uważam, że nie stać nas na zatrudnianie nauczycieli i rezerwowanie sal, że jakąś dwójkę dzieci na szkołę przez jakieś dziesięć lat uczyć etyki. Skąd wziąć tyle materiału do nauczenia? Czemu tego miałoby być więcej niż matematyki, fizyki, czy wu-efu?

Po drugie, jaką mam gwarancję, że na tej etyce nie będzie nauczyciel (może nawet ksiądz, czy katecheta) wciskał dziecku tych samych zasad co na religii? I to intensywnej, bo to byłyby zajęcia praktycznie indywidualne i to ukierunkowane na osoby, które mają problemy z wiarą.

No i jeszcze jedna sprawa. Etyka byłaby dla dziecka wyjątkowo nieatrakcyjna w porównaniu do religii. Zajęcia indywidualne (czy w małych grupach) są z zasady cięższe od grupowych, bo nauczyciel więcej czasu i energii poświęca jednemu uczniowi. Zakładając, że dziecko generalnie nie lubi się uczyć, to chętniej wysiedzi tam, gdzie nauczyciel będzie poświęcał mu mniej uwagi. Poza tym, ksiądz na religii będzie chciał mieć jak najwięcej uczniów, będzie się starał, żeby nikt nie wybrał konkurencyjnej etyki (to byłaby przecież porażka) – jeśli nie będzie w stanie atrakcyjnie i przekonująco prowadzić lekcji, to może po prostu gwarantować lepsze oceny... Z drugiej strony, nikomu nie będzie zależało na tym, żeby ktoś chciał chodzić na etykę...

Zaraz się podniosą głosy, że zamiast religii, czy etyki powinno być jakieś religioznawstwo. A nawet, że lekcje religii powinny tak wyglądać, czy gdzieś tak wyglądają. Ale przecież to nierealne! Kto by miał tego nauczać? Najpewniej księża, albo katecheci. Nawet jeśli nie, to i tak w większości przypadków (jeśli statystyki nie kłamią), ludzie wierzący. Jak głęboko wierzący człowiek może obiektywnie przedstawić różne religie? Skoro wierzy, że jego religia jest prawdą (to chyba dogmat większości wiar), a reszta to tylko wiary innych ludzi, które trzeba szanować, to w jaki sposób miałby pozostać obiektywnym? Uważam, że to byłoby nie w porządku wymagać od głęboko wierzącego człowieka (np. księdza), żeby przedstawiał inne religii na równi swojej.

Jeszcze jedna kwestia: zmuszanie dziecka do chodzenia na religię vs zmuszanie do nie chodzenia. Nie chcę do niczego zmuszać, będzie to trzeba przedyskutować w rodzinnym gronie, biorąc pod uwagę zdanie córki. Jeśli miałaby cierpieć nie chodząc na religię, albo chodząc na etykę, to trudno. Jednak uważam, że to nie w porządku, że w ogóle pojawia się taki dylemat.

Najgorsze, że problem pojawi się prawdopodobnie wcześniej niż kiedyś sądziliśmy. Teraz zajęcia z religii bywają w przedszkolach, Krysia do przedszkola idzie za tydzień. Wyboru przedszkola praktycznie nie ma – miejsc jest tak mało, że nie można wybrzydzać. No cóż, najwyżej w przedszkolu będą jej mówić, że ma być dobra, bo inaczej trafi do piekła, albo się bozia zdenerwuje (czym to się różni od nie rozrabiaj, bo cię porwie Baba Jaga?), a potem my będziemy jej tłumaczyć, że ma być dobra, żeby innym nie sprawiać przykrości. Miejmy nadzieję, że z takiego zamieszania będzie w stanie wyciągnąć właściwe wnioski.

P.S. nie chcę syfu w komentarzach, ani nie liczę na wysokie miejsce w rankingu najbardziej komentowanych, więc ostrzegam z góry, że jak uznam to za stosowne, to komentarze będę usuwał, albo je całkiem zablokuję.

111 komentarzy do wpisu „ Dlaczego nie chcę religii (i etyki) w szkole”


Sejm nie próżnuje

Koalicja się rozsypała, ma się rozstrzygnąć kwestia rozwiązania sejmu, pielęgniarki i lekarze strajkują, jakaś reforma finansów miała być wprowadzana, afera goni aferę, podobno kupa ważnych ustaw czeka na uchwalenie przed rozwiązaniem sejmu... więc sejm nie próżnuje i zajmuje się tym, co przecież najważniejsze: wprowadzono zakaz handlu w święta.

Już pomijając kwestie sensowności takiego zakazu. Czy naprawdę sejm nie ma teraz nic ważniejszego do roboty? Czy zakaz ten ułatwi uchwalenie budżetu na czas? Usprawni przygotowania do Euro 2012? Rozwiąże jakiś palący problem społeczny? Czy coś by się zmieniło, jakby z tą ustawą poczekano parę miesięcy? Nie ma to jak tematy zastępcze...

No i przy okazji się dowiedziałem, że od tego roku jakieś Zielone Świątki są dniem ustawowo wolnym od pracy...

22 komentarze do wpisu „ Sejm nie próżnuje”


Orgia smaku

Po wczorajszym filmie po prostu musieliśmy się wybrać do czekoladziarni. Na szczęście mamy taką jedną w pobliżu: Mount Blanc w C. H. Forum.

Najpierw żonka zamówiła gorącą czekoladę z marcepanem. Ja chciałem się przekonać, czy też coś takiego chcę. Jednak nie, wciąż wolę czekoladę jeść niż pić. Wziąłem więc herbatkę i do tego truflę z chili. Mniam. Najpierw czuje się delikatny krem czekoladowy, a potem miłe pieczenie w gardle... mmm...

Ika zamówiła jeszcze dwie pralinki: cynamonową (pycha!) i gruszkową. Na tym dzisiaj tę rozpustę zakończyliśmy, chociaż oboje chętnie władowalibyśmy się za ladę i zeżarli co tylko by się dało. ;-)

12 komentarzy do wpisu „ Orgia smaku”