31 sierpnia 2007
19:47:06
|
kategorie:
bezpieczeństwo,
inne,
Zaczęło nam się robić pusto w portfelach, więc poszedłem do bankomatu po
gotówkę. Normalnie wkładam kartę, wklepuję PIN, wybieram wypłatę 500zł,
pokwitowanie sobie darowałem... Wyciągnąłem kartę, wziąłem pieniądze,
szybko sprawdziłem, czy się zgadza: z wierzchu dwie pięćdziesiątki, dalej setki.
W sumie 6 banknotów. OK.
Przyszedł czas oddać pieniądze żonie (tradycyjnie sobie chciałem te 50zł
zostawić). I żona protestuje, że mało. Jak to mało? A tak to... ostatnie dwa
banknoty w pliku to nie były setki, ale pięćdziesiątki. Bankomat dał mi
o 100zł za mało. :-(
Poleciałem do bankomatu zobaczyć, czy jest tam podany jakiś numer do
zgłaszania reklamacji. Nie było. Ale to bankomat naszego banku (PEKAO), więc
zaraz po powrocie do domu zadzwoniłem na infolinię. Szybko zostałem spławiony:
wszelkie reklamacje finansowe należy osobiście składać w oddziale
banku
. Dla mnie wydawało się oczywiste, że jak tylko bankomat zaczyna źle
działać, to bank będzie chciał o tym wiedzieć. Ale widać się myliłem... widać
liczą na to, że ludziom nie będzie się chciało reklamować i może nawet na tym
zarobią...
No cóż, jutro wybiorę się do banku i tam pomarudzę. Dzisiaj jeszcze tylko
opisałem zdarzenie i moje uczucia do banku w formularzu reklamacji
w interfejsie internetowym – zapewne to nic nie da, ale mi trochę
ulżyło. ;-)
30 sierpnia 2007
17:02:55
|
kategorie:
zdrowie,
No to dzisiaj poszedłem do znachora (skoro żona już mnie umówiła...). Do
kręgarza, znaczy się. Trochę mnie powyginał, popodrzucał
. Na końcu
pogruchotał moimi kręgami szyjnymi i pyta się czy lepiej... Ja próbuję się
schylić i twierdzę, że bez zmian (przemilczałem to, że odrobinę mnie głowa zaczęła boleć po tym
gruchotaniu). To on się chwilę zastanowił... to może
akupunktura?
Ja na to, że nie, dziękuję. No to się pan zasmucił, że
w niego nie wierzę (jeśli wiara miałaby mi pomóc, to niech to będzie wiara
w lekarzy).
Na koniec powiedział, żebym trzymał bolące plecy w cieple, to może
przejdzie... No i zbiedniałem o 40zł.
26 sierpnia 2007
20:49:19
|
kategorie:
natura,
rodzinka,
Jak co wieczór poszliśmy z Krysią na spacerek. No, tym razem pojechaliśmy
na rowerach, ale to nie istotne. W każdym razie odwiedziliśmy ten sam plac
zabaw co zwykle. Szybko zauważyliśmy zamieszanie przy piaskownicy. Z tego co
udało nam się usłyszeć, to dzieci miały tam jakieś zwierzątko. Podobno żabę.
Od razu się domyśliłem, że chodzi o jakąś ropuchę. Co by żaba robiła
w środku lata w pobliżu piaskownicy. Dzieci mówią, że ją wykopały. No cóż,
pewnie ropuszka szukała schronienia przed słońcem i zagrzebała się we wnęce
pod piaskownicą. Dzieci może nie okazywały bezpośredniej wrogości stworzeniu,
ale to co robiły z piachem, łopatkami i kamieniami wyglądało groźnie. Poza tym
pamiętałem, jak moja miłość do zwierząt potrafiła się kiedyś objawiać i co
z takimi stworzeniami potrafili robić mniej je kochający koledzy
z piaskownicy. Postanowiłem więc przyjrzeć się sytuacji z bliska i ewentualnie
interweniować.
W dziurze pod piaskownicą rzeczywiście była ropucha. Śliczna ropucha zielona
(zdjęcia w sieci nie ukazują jej uroku). Zastanawiałem się, czy lepiej ją
ewakuować, czy lepiej nie ruszać, żeby nie stresować bardziej. Uznałem jednak,
że w piaskownicy może nie dożyć wieczora... Wziąłem więc płaza do ręki
i wyniosłem za osiedle, pomiędzy krzaki. Dzieciom odmówiłem odpowiedzi na ich
pytania gdzie (ale rozumiem jak były tym rozczarowane – w ich wieku
pewnie poleciałbym jej szukać). Mam nadzieję, że zestresowaną ropuszkę czeka
spokojniejsze i jeszcze długie życie. :-)
25 sierpnia 2007
23:08:02
|
kategorie:
polityka,
rodzinka,
Ostatnio dużo szumu jest wokół religii w szkołach i ateizmu. Nie chcę
więcej spamować w komentarzach na cudzych Joggerach, więc co nieco postanowiłem
napisać tutaj. I nie przejmuję się tym, że niektórzy przyczepią mi etykietkę
wojującego ateisty
, uważam, że o swoje przekonania każdy może walczyć.
Jestem ateistą. Sam nie chodziłem na religię od trzeciej klasy podstawówki
– poszedłem na kompromis i zgodziłem się dotrwać do komunii,
przekupiony
obiecanymi prezentami. Rodzice byli niewierzący, posyłali
mnie na religię głównie ze względu na dziadków i żebym nie był
wyalienowany
.
W tamtych czasach zajęcia z religii były prowadzone w salkach
katechetycznych przy kościele. Gdy kończyłem podstawówkę (byłem w ósmej, czy
siódmej klasie) zaczęło się nauczanie religii w szkole. U nas było to o tyle
ciekawie, że w szkole brakło sal, więc żeby uczyć wyższe klasy religii w
szkole, to klasy 1-3 (a może tylko pierwsze) chodziły na wszystkie
zajęcia do salek kościelnych – czy już to nie było odrobinę chore?
W każdym razie pod koniec podstawówki i przez całe technikum ja miałem
wolne, gdy koledzy chodzili na lekcje religii. Zdaje się, że w podstawówce ja
jeden, a w technikum z kolegą Świadkiem Jehowy. Nie czułem się z tego powodu
wyalienowany. Nie czułem żadnej presji kolegów. Czasem z nimi rozmawiałem na
ten temat: jedni mi zazdrościli, inni się dziwili, ale nikt nie okazywał
wrogości. Wcześniej (gdy religii nie wprowadzono jeszcze do szkoły) też nie
miałem żadnych z tym problemów.
Minęło trochę czasu i niedługo (za dwa lata) do szkoły pójdzie moja córka.
Z pewnych względów ochrzczona, ale nie praktykująca
(nie wychowywana po
katolicku, nie brana co niedziele do kościoła). Wie, że są ludzie, którzy
chodzą do kościoła. Czasem babcia lub ciocia jej coś o bozi
czy Jezusie
opowiedzą, ale na razie nic co trzeba by prostować. Wychowujemy ją według
naszych przekonań.
Właściwie dotychczas za bardzo nie przejmowaliśmy się kwestią religii w
szkole. Uznaliśmy, że jak jest nieobowiązkowa i moje doświadczenia pokazały, że
można po prostu nie chodzić, to problemu nie ma. Jednak teraz się okazuje, że
religia to równie poważna rzecz, jak matematyka, czy język polski i do średniej
się wlicza. Co więcej alternatywą dla religii ma być etyka. Na razie w
większości szkół to fikcja, ale podobno to musi się zmienić...
To, że wolałbym, żeby dziecko nie chodziło na religię, wydaje mi się
oczywiste. Biblia to bardzo ciekawy kawałek literatury i kultury, ale nie
uważam, że już małe dziecko musi ją poznawać i uczyć się o niej przez jakieś
dziesięć lat. Po drugie, nie chcę, żeby moje dziecko było uczone dobra jako
czegoś opisanego w jakiejś świętej księdze (której i tak nie można traktować
dosłownie) i nie czynienia zła pod groźbą jakiejś strasznej kary po śmierci.
Chciałbym też, żeby moja córka nauczyła się korzystać w życiu z własnego
rozumu, a nie tylko z wiary w wytyczne wątpliwego pochodzenia.
Zajęcia z etyki nie wydają mi się dobrą alternatywą. Po pierwsze uważam, że
nie stać nas na zatrudnianie nauczycieli i rezerwowanie sal, że jakąś dwójkę
dzieci na szkołę przez jakieś dziesięć lat uczyć etyki. Skąd wziąć tyle
materiału do nauczenia? Czemu tego miałoby być więcej niż matematyki, fizyki,
czy wu-efu?
Po drugie, jaką mam gwarancję, że na tej etyce nie będzie nauczyciel (może
nawet ksiądz, czy katecheta) wciskał dziecku tych samych zasad co na religii? I
to intensywnej, bo to byłyby zajęcia praktycznie indywidualne i to
ukierunkowane na osoby, które mają problemy z wiarą
.
No i jeszcze jedna sprawa. Etyka byłaby dla dziecka wyjątkowo nieatrakcyjna
w porównaniu do religii. Zajęcia indywidualne (czy w małych grupach) są z
zasady cięższe
od grupowych, bo nauczyciel więcej czasu i energii
poświęca jednemu uczniowi. Zakładając, że dziecko generalnie nie lubi się
uczyć, to chętniej wysiedzi tam, gdzie nauczyciel będzie poświęcał mu mniej
uwagi. Poza tym, ksiądz na religii będzie chciał mieć jak najwięcej uczniów,
będzie się starał, żeby nikt nie wybrał konkurencyjnej etyki (to byłaby
przecież porażka) – jeśli nie będzie w stanie atrakcyjnie i przekonująco
prowadzić lekcji, to może po prostu gwarantować lepsze oceny... Z drugiej
strony, nikomu nie będzie zależało na tym, żeby ktoś chciał chodzić na etykę...
Zaraz się podniosą głosy, że zamiast religii, czy etyki powinno być jakieś
religioznawstwo. A nawet, że lekcje religii powinny tak wyglądać, czy gdzieś
tak wyglądają. Ale przecież to nierealne! Kto by miał tego nauczać? Najpewniej
księża, albo katecheci. Nawet jeśli nie, to i tak w większości przypadków
(jeśli statystyki nie kłamią), ludzie wierzący. Jak głęboko wierzący człowiek
może obiektywnie przedstawić różne religie? Skoro wierzy, że jego religia jest
prawdą (to chyba dogmat większości wiar), a reszta to tylko wiary innych ludzi,
które trzeba szanować, to w jaki sposób miałby pozostać obiektywnym? Uważam, że
to byłoby nie w porządku wymagać od głęboko wierzącego człowieka (np. księdza),
żeby przedstawiał inne religii na równi swojej.
Jeszcze jedna kwestia: zmuszanie dziecka do chodzenia na religię vs
zmuszanie do nie chodzenia. Nie chcę do niczego zmuszać, będzie to trzeba
przedyskutować w rodzinnym gronie, biorąc pod uwagę zdanie córki. Jeśli miałaby
cierpieć nie chodząc na religię, albo chodząc na etykę, to trudno. Jednak
uważam, że to nie w porządku, że w ogóle pojawia się taki dylemat.
Najgorsze, że problem pojawi się prawdopodobnie wcześniej niż kiedyś
sądziliśmy. Teraz zajęcia z religii bywają w przedszkolach, Krysia do
przedszkola idzie za tydzień. Wyboru przedszkola praktycznie nie ma –
miejsc jest tak mało, że nie można wybrzydzać. No cóż, najwyżej w przedszkolu
będą jej mówić, że ma być dobra, bo inaczej trafi do piekła, albo się
bozia
zdenerwuje (czym to się różni od nie rozrabiaj, bo cię porwie
Baba Jaga
?), a potem my będziemy jej tłumaczyć, że ma być dobra, żeby innym
nie sprawiać przykrości. Miejmy nadzieję, że z takiego zamieszania będzie w
stanie wyciągnąć właściwe wnioski.
P.S. nie chcę syfu w komentarzach, ani nie liczę na wysokie miejsce w
rankingu najbardziej komentowanych, więc ostrzegam z góry, że jak uznam to za
stosowne, to komentarze będę usuwał, albo je całkiem zablokuję.
24 sierpnia 2007
14:24:45
|
kategorie:
polityka,
Koalicja się rozsypała, ma się rozstrzygnąć kwestia rozwiązania sejmu,
pielęgniarki i lekarze strajkują, jakaś reforma finansów miała być wprowadzana,
afera goni aferę, podobno kupa ważnych ustaw czeka na uchwalenie przed
rozwiązaniem sejmu... więc sejm nie próżnuje i zajmuje się tym, co przecież
najważniejsze: wprowadzono
zakaz handlu w święta.
Już pomijając kwestie sensowności takiego zakazu. Czy naprawdę sejm nie ma
teraz nic ważniejszego do roboty? Czy zakaz ten ułatwi uchwalenie budżetu na
czas? Usprawni przygotowania do Euro 2012? Rozwiąże jakiś palący problem
społeczny? Czy coś by się zmieniło, jakby z tą ustawą poczekano parę
miesięcy? Nie ma to jak tematy zastępcze...
No i przy okazji się dowiedziałem, że od tego roku jakieś Zielone Świątki
są dniem ustawowo wolnym od pracy...
14 sierpnia 2007
21:52:29
|
kategorie:
film,
jedzenie,
Po wczorajszym filmie po prostu musieliśmy się wybrać do czekoladziarni.
Na szczęście mamy taką jedną w pobliżu: Mount Blanc w C. H. Forum.
Najpierw żonka zamówiła gorącą czekoladę z marcepanem. Ja chciałem się
przekonać, czy też coś takiego chcę. Jednak nie, wciąż wolę czekoladę jeść niż
pić. Wziąłem więc herbatkę i do tego truflę z chili. Mniam. Najpierw czuje się
delikatny krem czekoladowy, a potem miłe pieczenie w gardle... mmm...
Ika zamówiła jeszcze dwie pralinki:
cynamonową (pycha!) i gruszkową. Na tym dzisiaj tę rozpustę zakończyliśmy,
chociaż oboje chętnie władowalibyśmy się za ladę i zeżarli co tylko by się
dało. ;-)