Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Mój jest ten kawałek Internetu…

…złe emocje i brudne buty proszę więc zostawić przed drzwiami.

Po koncercie...

Dzisiaj wybrałem się z żonką na koncert, na Łzy, w Wiatraku. Wyszalałem się nieźle. Mimo, że popularny zespół, to zagrali kawał niezłego rocka. Było super, ale rzeczywiście, troszkę za głośno.

A teraz trochę pomarudzę...

Niestety, żonka się tak dobrze nie bawiła. Właściwie, w ogóle się nie bawiła, mimo, że tak na to liczyłem... No cóż... wygląda na to, że jestem skazany na jeżdżenie na koncerty samemu. :-( W sumie prawie zawsze tak było. Ma to też swoje zalety, ale trochę smutno zawsze jest, szczególnie gdy się widzi bawiące się razem pary, czy chociaż grupki przyjaciół... Jednak na dobrym koncercie zwykle przychodzi taki moment, gdy mijają smutki, zostaję tylko ja i muzyka. I wbrew wszystkiemu znakomicie się bawię... tyle, że koncert zwykle szybko się kończy... Podobnie było tym razem.

Ale żonka jest kochana. Nawet dzielnie zniosła dzisiaj moje marudzenie. Dziękuję!

Po powrocie do domu humor prawie mi się poprawił... a tu jeszcze kolejna nowina... wrrr... nie dość że łapie mnie jesienna depresja i żadnych, powodów do zmartwień nie potrzebuję, to jeszcze kaczki dorwały się do władzy...

Swoją drogą, jeśli ta jesienna depresja mi nie odpuści, to nienajlepiej się Jesień Linuksowa zapowiada...

14 komentarzy do wpisu „ Po koncercie...”


Mail do admina

From: artur <xxx@xxx.xxx.xxx>
Subject: Re: Poczta zablokowana z powodu wirusa lub spamu

niewiem ja nic nie wsylalem jedynie co to do was i tak nie odpowiadacie
zaniedlugo tam przyjade i sobie z wami porozmawiam a poczte prosze mi
odblokowac bo ja z poczty kozysatam a co do jakis meili to ja nic onich nie
wiem ale mam program antywirusowy program do trojanow do spamowania i jakos
nic nie wysylalem chyba ze faktycznie wczoraj to bylo wieczorem albo przed
wchdzoaj to pamietam ze cos mi sie stalo z kompem jakas dziwna tapeta sie
ustawila i wogule bledy wyskakiwaly ruch w sieci ciagle byl a ja nic nie
robilem niewiem wiem ze potem sformatowlaem dysk i wszystko gralo dowidzenia
----- Original Message -----
[...]

Ortografia, interpunkcja i formatowanie oryginalne.

12 komentarzy do wpisu „ Mail do admina”


Pythonowe frameworki...

(wpis z wczoraj)

Pierwszy Pythonowy framework dla aplikacji webowych jaki poznałem to był Zope 2. Potrzebne mi było coś takiego do stworzenia interfejsu użytkownika dla naszego systemu zarządzania siecią. W PHP babrać się nie miałem zamiaru, a robienie całości jako CGI to byłaby mordęga. Padło na Zope'a, nic innego nie było, a przynajmniej nic na tyle popularnego, żeby obiło mi się o uszy. Zope, z jednej strony potężna maszyna, z drugiej wkurzające monstrum. W szczególności, że źle się za niego zabrałem. Wszystkie szablony robiłem w DTML (bo wyczytałem w ZopeBook, że równie dobrze jak ZPT, a dla programistów nawet lepsze), a cały kod rozwijałem through the web, a więc to było bardziej skryptowanie a'la PHP, niż poważne tworzenie aplikacji. W końcu przekonałem się do ZPT (bardzo porządny język szablonów, pozwalający w miarę dobrze oddzielać logikę od prezentacji i utrudniający tworzenie niepoprawnego XHTML), ale kod dalej rozwijany jest TTW, bo zmiana tego, to byłoby pisanie aplikacji (sporej już) od zera.

Widząc słabości Zope zacząłem się rozglądać za alternatywami. Żeby alternatywę poznać to trzeba spróbować, postanowiłem więc pobawić się czymś innym. Po wstępnym rozpoznaniu tego co jest na rynku, postanowiłem spróbować od CherryPy. Próba polegała na przeportowania mojego generatora i przeglądarki statystyk dla Joggera (ta czerwona kropa poniżej) na ten framework. Wcześniej to było zrealizowane w postaci skryptów CGI z prymitywnymi printami. Zrezygnowałem z języka szablonów wbudowanego w CherryPy, bo znając ZPT nie chciałem się babrać w czymś nie opartym o XML (nie pilnującym składni generowanego kodu), użyłem więc SimpleTAL. Sportowałem tak dużą część tego generatora statystyk, z błędami i dałem sobie spokój (zająłem się innymi rzeczami). CherryPy na początku zrobiło niezłe wrażenie jak prosto się w tym aplikację WWW buduje, a potem okazało się raczej prymitywne. Architektura CherryPy wręcz wymuszała bałagan, zamiast porządkować kod (to IMHO jedna z funkcji frameworków) — na dłuższą metę reprezentacja hierarchii URL poprzez atrybuty obiektów to niezbyt dobry pomysł. Do tego stan aplikacji (aktualne żądanie, odpowiedź, etc.) trzymany w zmiennej globalnej (i dostępny przez tę zmienną)... wiem że to działa, ale wydaje się niezbyt eleganckie. Krótko mówiąc CherryPy mnie nie zachwycił.

Kolejny był Nevow, oparty o Twisteda. Od początku wydawał się bardziej skomplikowany niż CherryPy. Ale po doświadczeniach z prostotą (prymitywizmem) CherryPy to mnie nie zrażało. Nevow intensywnie korzysta z interfejsów i adapterów (jak się później okazało, zapożyczonych od Zope3), ma własny, ciekawy język szablonów — oparty o XML i jeszcze bardziej niż ZPT oddzielający prezentację od logiki (w szablonach nie ma nawet pętli). Portowanie prostego CGI do Nevowa to była droga przez mękę, bo trzeba było się nauczyć nowego, skomplikowanego narzędzia. Niektóre rzeczy w tym frameworku okazywały się ostatecznie proste i logiczne, przy innych trzeba było się nakombinować. Doprowadziłem conieco (prezentację listy wejść) do działania, ale nie rozwiązałem wszystkich problemów i walka z Nevow mi się znudziła. Ostateczne wrażenie raczej pozytywne, chociaż miejscami było pod górkę. Doceniłem też wsparcie na IRCu.

Jakiś czas temu na grupie pl.comp.lang.python przeczytałem sporo dobrego o Zope3. Wtedy to było jeszcze eksperymentalne Zope-X3. Framework przepisany od zera, docelowo mający zapewniać częściową kompatybilność wstecz (czy raczej wsparcie dla portowania starych aplikacji) z Zope2. Co do tego że Zope należało przepisać od zera, nie miałem wątpliwości. W to, że w Zope krył się potencjał też. Więc, gdy pojawiły się release candidate Zope 3.1, postanowiłem spróbować. Poczytałem dokumentację, zacząłem łapać o co w tych interfejsach i adapterach (dużo intensywniej używanych niż w Nevow) chodzi i zabrałem się za portowanie statystyk. Znowu początki były ciężkie, ale prawie na każdy problem Zope oferował jakieś fajne rozwiązanie. Wszystko w postaci przejrzystego obiektowego podejścia. W przeciwieństwie do takiego CherryPy Zope3 zachęca do porządku i przemyślenia co jest obiektem, co jego prezentacją. Daje potężne mechanizmy kontroli dostępu, bezpieczeństwa kodu, i18n, skórkowania, tworzenia i walidacji formularzy i wielu innych rzeczy które w aplikacji są potrzebne. Jest to architektura i zestaw narzędzi, czyli to czym framework powinien być. I się sprawdza. Dzisiaj skończyłem portowanie statystyk i efekt jest lepszy niż oryginał, a ewentualny dalszy rozwój będzie banalnie prosty (prostszy niż w przypadku CGI).

Już po rozpoczęciu swojej zabawy z Zope3 stwierdziłem, że warto to zastosować w firmie zamiast Zope2. Większość systemu (interfejs administratora, serwisu, BOKu) zostanie na starym Zope'ie, bo przepisanie tego to znowu byłoby wiele miesięcy, ale już interfejs użytkownika końcowego robię na Zope3. Tego jest niewiele i i tak muszę to przepisać od zera. Obie części komunikują się przez bazę danych i chodzą na różnych maszynach, więc zastosowanie dwóch Zope'ów nie jest problemem. Mam nadzieję, że tej decyzji nie będę za jakiś czas żałował, jak tego, że wpakowałem się z Zope2 i aplikację rozwijaną TTW. No i to, że w ogóle wpakowałem się w kodowanie zamiast adminowania...

Jest jeszcze wiele innych frameworków i, do tego, ciągle powstają nowe. Części w ogóle nie znam, o części poczytałem w sieci i zrezygnowałem, bo ich założenia mi nie pasowały. Niektóry zdawały się zbytnio iść w kierunku PHP, którego przecież celowo unikam, inne miały jakąś dziwną architekturę, np. Webware składające się z iluś komponentów, w których nie udało mi się ujrzeć spójnej całości. Ciekawe co wygra — na świecie i wśród moich narzędzi.

21 komentarzy do wpisu „Pythonowe frameworki...”


Oj, dawno się tak dobrze nie bawiłem

Wczoraj wieczorem zajrzałem na stronę Urzędu Miejskiego w Gliwicach, żeby zobaczyć czy na weekend się coś ciekawego nie szykuje. Wczoraj nic, ale na dzisiaj w planie był koncert Pożegnanie lata z Voo Voo. Ostatnio stanowczo za dużo siedzę w domu, więc warto by się było gdzieś wyrwać, a na jakiś fajny koncert, to już byłoby super. Voo Voo nie mogło zawieść. Bałem się tylko, że może już nie być biletów.

Dzisiaj z samego rana (czyt.: ok. 10:00) zadzwoniłem do kasy Teatru Miejskiego, gdzie miał się odbyć koncert, zapytać czy są jeszcze bilety. Dowiedziałem się, że oczywiście są i że za jakiś czas też nie powinno być problemu. Nie mogłem się tam udać od razu, bo najpierw wypadało przyłożyć się trochę do sobotnich porządków, a poza tym samochód był niesprawny i musiałem czekać aż żonka włoży akumulator. W końcu, w południe, gdy dziecko było wyprowadzone na spacer, samochód został uruchomiony i pojechałem po bilety. Rzeczywiście były. I kosztowały jedyne 25zł. Zapłaciłbym i sporo więcej. Do dzisiaj nie mogę sobie wybaczyć, że kiedyś nie poszedłem na koncert Republiki, tylko dlatego, że cena biletu (o ile pamiętam, to 70zł) mnie zniechęciła. Teraz już nie ma Republiki, a ja ich nigdy nie słyszałem na żywo.

Wracając jednak do dzisiejszego koncertu... Voo Voo było główną gwiazdą wieczoru, a przedtem miało zagrać Tworzywo Sztuczne (w którym grają synowie Wojtka Waglewskiego) i Wagla z synami. Tworzywa Sztucznego wcześniej nie znałem, więc nie wiedziałem czego się spodziewać...

Najpierw wpadł jakiś gościu, włączył automat i zaczął się kiwać nad elektroniką. Co to k..wa jest – pomyślałem – jakiś hip-hop, czy techno? Ale gdy się włączyła perkusja (żywa) zaczęło brzmieć nieźle. Potem wokalista zaczął ryczeć przez megafon do mikrofonu (punk?) i włączyła się reszta zespołu. Grali nieźle, instrumentalnie nawet mi się to bardzo podobało, rapujący wokalista mniej (no cóż nie lubię hip-hopu). Całość brzmiała jak hip-hop (w sensie tego co mnie się kojarzy z tym pojęciem – tego co serwują nam rodzime media w IMHO stanowczo nadmiernej ilości), połączony z jazzem (kiwający się klawiszowiec kilka razy podniósł się znad elektroniki i zagrał solo na trąbce, solo gitarzysty też było niezłe) i jakimś alternatywnym rockiem.

Później Tworzywo Sztucznie zmieniło się w Wagle – najpierw dołączył Wojtek Waglewscy, a potem reszta zespołu zeszła ze sceny, zostawiając go z synami. To już bardziej odpowiadoło moim upodobaniom. Zagrali tak z dwa kawałki, potem jeszcze raz zagrało Tworzywo Sztuczne i była 17 minutowa (w rzeczywistości chyba sporo dłuższa) przerwa. Po przerwie Voo Voo.

Do tego momentu było fajnie, ale najlepsze się dopiero zaczynało. Nie będę się wdawał w szczegóły, bo żeby zrozumieć, to Voo Voo każdy powinien sobie posłuchać na żywo. Gdy zaczęli grać Nim stanie się tak, to stwierdziłem, że mam w nosie swoją operację i bolące gardło – przy tym musze się wyszaleć. I się wyszalałem. I z tej jednej piosenki Voo Voo zrobiło kawał koncertu, ze wspaniałym pojedynkiem perkusistów w środku. A niezłych utworów było więcej – w sumie jakieś dwie godziny przy samym Voo Voo.

Zespół wyglądał trochę inaczej niż w czasach gdy ostatni byłem na ich koncercie. Mateo już nie ma ulizanych do tyłu włosów i wygląda bardziej jak Sting niż jak go pamiętam. No i nie grał już Jan Pospieszalski. Widać wybrał karierę w telewizji, co może mniej zaszkodziło Voo Voo (dalej są świetni), a bardziej telewizji ;-).

P.S. przejrzałem co napisałem i stwierdzam że to bez sensu. W końcu, pisać o muzyce to jak tańczyć o architekturze, szczególnie jak się nie jest w temacie. Ale jakoś nie mogłem zostawić tego bez notki – od lat się tak dobrze nie bawiłem.

5 komentarzy do wpisu „ Oj, dawno się tak dobrze nie bawiłem”