24 kwietnia 2004
21:12:26
|
kategorie:
muzyka,
natura,
rodzinka,
Dzisiaj w południe wybraliśmy się z dzidzią na miasto - Iwonka miała tam coś
do załatwienia, a dzidzi należał się spacerek - można to było połączyć. Żona
poszła odebrać zdjęcia, a ja z Krysią zostaliśmy na Rynku. Na ulicy Zwycięstwa,
niedaleko, dwoje grało dwoje ludzi - kobieta na skrzypcach i facet na gitarze.
Krysia od razu mnie tam zaciągnęła. Słuchała z wyraźnym zainteresowaniem, więc
jej dałem pieniążka, żeby wrzuciła muzykom do futerału. Wrzuciła i słuchała
dalej. Iwona przyszło, zobaczyła co się dzieje, i poszła jeszcze do sklepu.
Wróciła za 10 minut, a w tym czasie dziecko się nie ruszyło z miejsca. Dało się
ją ruszyć dopiero gdy muzycy zrobili sobie przerwę.
Pokręciliśmy się jeszcze po mieście, a gdy wracaliśmy koło Rynku, Krysia
znowu nas do grajków zaciągnęła. Znowu słuchała z zachwytem i znowu mogliśmy iść
dopiero gdy tamci przestali grać. A grali naprawdę bardzo ładnie. Klasykę
(konkretnych utworów nie rozróżniam), ale także kawałek Beatlesów. Krysia wie co
dobre. Jak tak dalej pójdzie, to zanim skończy 3 lata będzie nas do filharmonii
wyciągać ;-).
Wieczorkiem poszliśmy z Krysią do parku (jej deszcz nie przeszkadza w
wyciąganiu rodziców z ciepłego domku). Tam zauważyliśmy ciekawe zjawisko - srokę
chowającą się pod deskami na placu zabaw. Później się to wyjasniło, gdy
zauważyliśmy zamieszanie w tamtej okolicy. Okazało się że to grupa kwiczołów
atakuje srokę, która przed nimi schowała się właśnie pod tymi deskami. Co
ciekawsze tej grupie kwiczołów towarzyszyła sierpówka. Gdy jakiś czas później
sroka wyleciała spod desek kwiczoły znowu zaatakowały, z nimi przyleciała ta
sierpówka oraz kos. Sroka schowała się pod krzaczkiem, ale i tam ja sierpówka
trochę podziobała. Kos tylko patrzył. Biedna sroka była już chyba tak
poturbowana, że uciekać nie mogła. No ale cóż - takie ryzyko zawodowe
stworzenia które wyjada jaja i pisklęta innym.
O agresji kwiczołów wobec drapieżników nawet czytałem, ale zaskoczyła mnie
solidarność innych ptaków. Taka niby łagodna sierpówka... a też dała sroce
popalić :-).
24 kwietnia 2004
20:45:17
|
kategorie:
gry,
praca,
W zeszłym tygodniu postawiliśmy w firmie serwer gier. To znaczy, nie całkiem
tak... działał już od dłuższego czasu, ale mało kto o nim wiedział, był tam
tylko Quake 3 (na życzenie kilku naszych klientów, którzy długo za mną chodzili,
żeby to postawić) i netpanzer. To drugie prymitywne, mało znane i niedorobione
(nawet jak nikt nie gra to zżera 100% procka, a po jednej grze potrafi się
zawiesić). Od zeszłego tygodnia zaczęliśmy robić z tym porządek - wywaliliśmy tego
nieszczęsnego netpanzera, zmieniliśmy maszynkę z Pentium II 300MHz, na Durona
1Ghz (koledzy serwisanci odstąpili swój komputer - wiedzą co dla firmy ważne
;-)), dorobiliśmy statystyki (takie).
Odkąd postawiliśmy tam RtCW Enemy Territory, to cała firma ostro
testuje
ten serwer. Nie ma to jak darmowa, jednak bardzo przyjemna,
gierka FPS chodząca na nienajnowszych maszynkach (moje ATI Rage 128 Pro prawie
wystarcza) i pod Linuxem. Na początku wszystkim nam szło równie kiepsko (inni
gracze pisali co za idioci
, ROTFL
, z takimi lamerami jeszcze
nie grałem
), więc byłem nienajgorszy. Teraz kolegom idzie dużo lepiej, a ja
prawie nie robię postępów :-(. W domu mogę to przynajmniej
tłumaczyć tym co wyprawia mój ISP (pingi bywają ładne - 30-80ms, ale gdy mam
czas i ochotę na granie, to potrafią przekroczyć 600ms), ale w pracy (całe
szczęście, że mamy tak tolerancyjnego szefa) przy pingach 1ms, też dostaję w
d...
Postawiłem tam sobie też serwer Crossfire, ale w to nikt nie chce
grać. Może jak zrobię do tego stronkę ze statystykami i może jakieś specjalne
questy od Dungeon Mastera, to serwerek zyska popularność. Zresztą część
oskryptowania do statystyk (łącznie z prostym botem) mam już gotową.
To Enemy Territory jest tak przyjemnie odmóżdżające, że
wygrywało ze wszelkimi poważniejszymi zajęciami (oczywiście poza bieżącymi
obowiązkami w pracy). Jednak dzisiaj się przemogłem i zrobiłem przegląd
bugreportów na JabberStudio. W CJC nawet parę błędów poprawiłem oraz zmieniłem
nazewnictwo plików konfiguracyjnych na bardziej przejrzyste. Jutro zabiorę się za
JJIGW, lub dalej będę poprawiał CJC.
10 kwietnia 2004
20:52:00
|
kategorie:
rodzinka,
zdjęcia,
... mi żona jajka wyskrobała:
(to z lewej zostało tak wyskrobane jeszcze w zeszłym roku).
Sorry za jakość, ale moja "Dimera 3500" to badziewie, a do robienia zdjęć z
tak małej odległości z lampą to już zupełnie się nie nadaje. I tak się
nakombinowałem, żeby było coś widać. Normalne zdjęcia będą po wywołaniu filmu z
Minolty (bliżej nieokreślona przyszłość).
No i dobrze, że Jogger znowu działa. Bez niego było naprawdę ciężko.
05 kwietnia 2004
20:22:42
|
kategorie:
imprezy,
linux,
wypoczynek,
Wyjechałem w Czwartek rano. Na pociąg umówiłem się wcześniej z Lamagrą, on
nawet załatwił mi bilet. Pociąg odjechał punktualnie o 6:45. Za Katowicami
zaburczało mi w brzuchu i przypominałem sobie o wielkiej smakowitej bułce z
kurczakiem którą mi żona przygotowała... i którą zostawiłem w lodówce.
:-(. Przez chwilę nawet pomyślałem, czy się po tę bułkę nie wrócić,
jednak zrezygnowałem z tego pomysłu. W Krakowie byliśmy o 8:55 i okazało się że
PKS-y do Krynicy mamy o 9:40 i 10:50 (wcześniej myśleliśmy że o 10:40).
Postanowiliśmy pojechać tym wcześniejszym (mimo że tubylec
Antymon
twierdził, że ten autobus nie istnieje). Wcześniej szukaliśmy miejsca gdzie
można by coś na szybko zjeść i się nie zatruć. Skończyło się na jakichś
drożdżówkach. Autobusem z nami jechała już całkiem sympatyczna gromadka
pingwinów.
W Krynicy koledzy postanowili że pójdziemy na piechotę i że ja, skoro już tam
byłem, będę prowadził. Do tego na skróty, a nie ulicą. Sam przyznałem, że
gdzieś tam jest czerwony szlak prowadzący pod sam hotel
, ale nie
powiedziałem że wiem gdzie ten szlak jest. Gdy szlak znaleźliśmy (po wspięciu
się z plecakami na bardzo stromą górkę) okazało się że idzie on albo w dół
(z powrotem), albo w górę, ale w przeciwnym kierunku. Ja nie chciałem iść w dół,
a oni w górę, więc poszliśmy na przełaj. Oni wciąż myśleli że znam drogę, ja
taki pewny nie byłem. Jednak jakoś trafiliśmy. Potem się okazało że jeszcze
co najmniej jedna grupka dotarła do hotelu w podobny sposób.
Na miejscu organizatorzy już czekali. Kazali się zalogować
i iść na
obiad. Obiad był niespodzianką - tym razem można się było nim najeść i nawet był
bar sałatkowy. Po obiedzie miał być wykład lcamtufa, który się nie stawił.
Organizatorzy byli wściekli (jego tłumaczenie: zaspałem
), a portret
Michała trafił na tarczę do rzutów, która później została odpowiednio użyta.
Zamiast lcamtufa był wykład TeX dla blondynek
sprzed dwóch lat. Potem
pan Barbaszewski opowiadał o swoich wdrożeniach Linuksa za parę milionów.
W piątek jakoś udało się wstać na śniadanie i zaliczyć pierwsze dwa wykłady
Laboratorium studenckie pod VMWare
i LVM, EVMS i inne metody
zarządzania dyskami
. Greylistings
, obiad i część zamieszania po
obiedzie (coś się w programie pozmieniało) sobie darowałem. Zamiast tego
poszedłem pod Jaworzynę pojeździć na nartach. Śniegu resztki, kawałek trzeba
było narty znieść bo na samej górze śniegu nie było wcale, ale na trasie dało
się jeździć. Miejscami ładny, chociaż sztuczny, śnieżek, miejscami więcej błota
niż czegokolwiek innego, a w cieniu lód. Mimo wszystko jeździło mi się wyjątkowo
dobrze. Po nartach zdążyłem jeszcze na koniec wykładu o strategii robienia
backupów i spotkanie z redakcją Linux Magazine. Potem kolacja i wykład Tristana
o projekcie Alrauna (pomysł użycia Linuksa w szkołach na Windowsowych
pracowniach od Ministerstwa). A na koniec oczywiście Karaoke. Kto nie był niech
żałuje - takich pingwinich ryków nigdzie indziej nie uświadczy. Mnie jakoś się
udało nie stracić po tym głosu (sobotnim prelegentom na szczęście też nie).
W sobotę po śniadaniu pierwszy wykład był o odpowiedzialności za szkodę
spowodowaną przez błędne działanie programu komputerowego
- o obowiązującym
prawie, prowadzony przez prawnika, ale bardzo interesujący (w końcu wszystkich
programistów to w jakiś sposób dotyczy). Wykładu o wxWindows nie było, zamiast
tego ktoś wyszedł prowadzić jakieś luźne rozmowy (teraz zadawajcie mi jakieś
pytania
). Nawet zaczął ciekawie opowiadać o bezpiecznej dystrybucji w
dystrybucji
, ale najwyraźniej nie dość ciekawie, bo poszedłem się gdzieś
szwendać. Spotkałem Tristana i Arghila, którzy wyciągnęli mnie na spacer na
Jaworzynę (adresowanie geograficzne w sieci
nie wydało nam się warte
rezygnacji z kontaktu z naturą). Przynajmniej raz miałem okazję tam wejść a
kolejką gondolową zjechać (dotychczas jedynie wjeżdżałem kolejką). Po drodze
obejrzeliśmy sobie innych narciarzy i wodę chlustającą spod ich nart. Widać że
trochę ich tam na weekend przyjechało i nawet uruchomiono wyciąg talerzykowy,
który w piątek nie działał. Na górze wypiliśmy kolę/piwa i zjechaliśmy na dół
na obiad. Już ludzie spotkani po drodze twierdzili że obiad jest marny. No i
rzeczywiście - po zupie ogórkowej (dobra była, ale to tylko zupa) podano pierogi
z jabłkami. Ani ja ani paru kolegów nie uznaliśmy że to poważny obiad, więc po
obiedzie pojechaliśmy coś zjeść na miasto. Wróciliśmy pod koniec prezentacji
IBM-a, która wyglądała na to, że nic ciekawego nie straciliśmy. Potem był wykład
o projekcie rozproszonego środowiska zarządzania obiektami trwałymi Santa
Maria
oraz prezentacja Novella. Prezentacja zaczęła się filmem Lord
of the Net - Two Servers
- cała sala pękała ze śmiechu. Potem facet pokazywał jak
działa pakiet Red Carpet - taki poldek połączony z cronem i paroma skryptami i
opakowany w okienkowy interfejs. Oczywiście komercyjny. Na koniec był jeszcze
jeden film: Kernel
.
Po kolacji były dyskusje
o tym jak powinna wyglądać rządowa Strategia
dotycząca informatyzacji i
Wolnego Oprogramowania, a potem jeszcze było spotkanie RWO. W tym samym czasie
zaczynało się ognisko. Po spotkaniu RWO poszliśmy na ognisko, a po ognisku
jeszcze trochę dyskutowaliśmy (w nieco innym gronie) w czyimś pokoju. Jak zwykle
do swojego pokoju wróciłem jako ostatni z lokatorów (i tak dużo wcześniej niż
wielu innych kończyło zabawę).
W niedziele były jeszcze trzy wykłady - o sieciach bezprzewodowych
(interesujący mnie o tyle, że zastanawiam sie nad kupnem czegoś takiego), wykład
Antymona o Jabberze (spodziewałem się politycznego
nudzenia, ale było
naprawdę ciekawie) oraz Jak skutecznie otworzyć swoje źródła
(moje
projekty były najlepiej opisane w punktach czego nie robić
:-)).
Do domu zabrałem się z Tristanem. Jechał z nami też Bartek (do Krakowa) i
Gaber (do Katowic). Obyło się bez żadnych komplikacji czy innych ciekawostek,
więc ten akapit zostaje wyjątkowo krótki. :-)
Teraz z żoną oglądamy zdjęcia z
pingwinariów... i mnie na żadnym nie ma. Żona zaczyna mieć jakieś głupie
podejrzenia. Więc może ktoś tutaj potwierdzi mój pobyt na Pingwinariach?
;-)