Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Mój jest ten kawałek Internetu…

…złe emocje i brudne buty proszę więc zostawić przed drzwiami.

Muzykalne dziecko i ptasia wojna

Dzisiaj w południe wybraliśmy się z dzidzią na miasto - Iwonka miała tam coś do załatwienia, a dzidzi należał się spacerek - można to było połączyć. Żona poszła odebrać zdjęcia, a ja z Krysią zostaliśmy na Rynku. Na ulicy Zwycięstwa, niedaleko, dwoje grało dwoje ludzi - kobieta na skrzypcach i facet na gitarze. Krysia od razu mnie tam zaciągnęła. Słuchała z wyraźnym zainteresowaniem, więc jej dałem pieniążka, żeby wrzuciła muzykom do futerału. Wrzuciła i słuchała dalej. Iwona przyszło, zobaczyła co się dzieje, i poszła jeszcze do sklepu. Wróciła za 10 minut, a w tym czasie dziecko się nie ruszyło z miejsca. Dało się ją ruszyć dopiero gdy muzycy zrobili sobie przerwę.

Pokręciliśmy się jeszcze po mieście, a gdy wracaliśmy koło Rynku, Krysia znowu nas do grajków zaciągnęła. Znowu słuchała z zachwytem i znowu mogliśmy iść dopiero gdy tamci przestali grać. A grali naprawdę bardzo ładnie. Klasykę (konkretnych utworów nie rozróżniam), ale także kawałek Beatlesów. Krysia wie co dobre. Jak tak dalej pójdzie, to zanim skończy 3 lata będzie nas do filharmonii wyciągać ;-).

Wieczorkiem poszliśmy z Krysią do parku (jej deszcz nie przeszkadza w wyciąganiu rodziców z ciepłego domku). Tam zauważyliśmy ciekawe zjawisko - srokę chowającą się pod deskami na placu zabaw. Później się to wyjasniło, gdy zauważyliśmy zamieszanie w tamtej okolicy. Okazało się że to grupa kwiczołów atakuje srokę, która przed nimi schowała się właśnie pod tymi deskami. Co ciekawsze tej grupie kwiczołów towarzyszyła sierpówka. Gdy jakiś czas później sroka wyleciała spod desek kwiczoły znowu zaatakowały, z nimi przyleciała ta sierpówka oraz kos. Sroka schowała się pod krzaczkiem, ale i tam ja sierpówka trochę podziobała. Kos tylko patrzył. Biedna sroka była już chyba tak poturbowana, że uciekać nie mogła. No ale cóż - takie ryzyko zawodowe stworzenia które wyjada jaja i pisklęta innym.

O agresji kwiczołów wobec drapieżników nawet czytałem, ale zaskoczyła mnie solidarność innych ptaków. Taka niby łagodna sierpówka... a też dała sroce popalić :-).

Dodaj komentarz do wpisu „Muzykalne dziecko i ptasia wojna”


Testowanie, poprawianie...

W zeszłym tygodniu postawiliśmy w firmie serwer gier. To znaczy, nie całkiem tak... działał już od dłuższego czasu, ale mało kto o nim wiedział, był tam tylko Quake 3 (na życzenie kilku naszych klientów, którzy długo za mną chodzili, żeby to postawić) i netpanzer. To drugie prymitywne, mało znane i niedorobione (nawet jak nikt nie gra to zżera 100% procka, a po jednej grze potrafi się zawiesić). Od zeszłego tygodnia zaczęliśmy robić z tym porządek - wywaliliśmy tego nieszczęsnego netpanzera, zmieniliśmy maszynkę z Pentium II 300MHz, na Durona 1Ghz (koledzy serwisanci odstąpili swój komputer - wiedzą co dla firmy ważne ;-)), dorobiliśmy statystyki (takie).

Odkąd postawiliśmy tam RtCW Enemy Territory, to cała firma ostro testuje ten serwer. Nie ma to jak darmowa, jednak bardzo przyjemna, gierka FPS chodząca na nienajnowszych maszynkach (moje ATI Rage 128 Pro prawie wystarcza) i pod Linuxem. Na początku wszystkim nam szło równie kiepsko (inni gracze pisali co za idioci, ROTFL, z takimi lamerami jeszcze nie grałem), więc byłem nienajgorszy. Teraz kolegom idzie dużo lepiej, a ja prawie nie robię postępów :-(. W domu mogę to przynajmniej tłumaczyć tym co wyprawia mój ISP (pingi bywają ładne - 30-80ms, ale gdy mam czas i ochotę na granie, to potrafią przekroczyć 600ms), ale w pracy (całe szczęście, że mamy tak tolerancyjnego szefa) przy pingach 1ms, też dostaję w d...

Postawiłem tam sobie też serwer Crossfire, ale w to nikt nie chce grać. Może jak zrobię do tego stronkę ze statystykami i może jakieś specjalne questy od Dungeon Mastera, to serwerek zyska popularność. Zresztą część oskryptowania do statystyk (łącznie z prostym botem) mam już gotową.

To Enemy Territory jest tak przyjemnie odmóżdżające, że wygrywało ze wszelkimi poważniejszymi zajęciami (oczywiście poza bieżącymi obowiązkami w pracy). Jednak dzisiaj się przemogłem i zrobiłem przegląd bugreportów na JabberStudio. W CJC nawet parę błędów poprawiłem oraz zmieniłem nazewnictwo plików konfiguracyjnych na bardziej przejrzyste. Jutro zabiorę się za JJIGW, lub dalej będę poprawiał CJC.

4 komentarze do wpisu „Testowanie, poprawianie...”


Oto jak...

... mi żona jajka wyskrobała:
jaja
(to z lewej zostało tak wyskrobane jeszcze w zeszłym roku).

Sorry za jakość, ale moja "Dimera 3500" to badziewie, a do robienia zdjęć z tak małej odległości z lampą to już zupełnie się nie nadaje. I tak się nakombinowałem, żeby było coś widać. Normalne zdjęcia będą po wywołaniu filmu z Minolty (bliżej nieokreślona przyszłość).

No i dobrze, że Jogger znowu działa. Bez niego było naprawdę ciężko.

5 komentarzy do wpisu „Oto jak...”


Pingwinaria - czyli tam i z powrotem

Wyjechałem w Czwartek rano. Na pociąg umówiłem się wcześniej z Lamagrą, on nawet załatwił mi bilet. Pociąg odjechał punktualnie o 6:45. Za Katowicami zaburczało mi w brzuchu i przypominałem sobie o wielkiej smakowitej bułce z kurczakiem którą mi żona przygotowała... i którą zostawiłem w lodówce. :-(. Przez chwilę nawet pomyślałem, czy się po tę bułkę nie wrócić, jednak zrezygnowałem z tego pomysłu. W Krakowie byliśmy o 8:55 i okazało się że PKS-y do Krynicy mamy o 9:40 i 10:50 (wcześniej myśleliśmy że o 10:40). Postanowiliśmy pojechać tym wcześniejszym (mimo że tubylec Antymon twierdził, że ten autobus nie istnieje). Wcześniej szukaliśmy miejsca gdzie można by coś na szybko zjeść i się nie zatruć. Skończyło się na jakichś drożdżówkach. Autobusem z nami jechała już całkiem sympatyczna gromadka pingwinów.

W Krynicy koledzy postanowili że pójdziemy na piechotę i że ja, skoro już tam byłem, będę prowadził. Do tego na skróty, a nie ulicą. Sam przyznałem, że gdzieś tam jest czerwony szlak prowadzący pod sam hotel, ale nie powiedziałem że wiem gdzie ten szlak jest. Gdy szlak znaleźliśmy (po wspięciu się z plecakami na bardzo stromą górkę) okazało się że idzie on albo w dół (z powrotem), albo w górę, ale w przeciwnym kierunku. Ja nie chciałem iść w dół, a oni w górę, więc poszliśmy na przełaj. Oni wciąż myśleli że znam drogę, ja taki pewny nie byłem. Jednak jakoś trafiliśmy. Potem się okazało że jeszcze co najmniej jedna grupka dotarła do hotelu w podobny sposób.

Na miejscu organizatorzy już czekali. Kazali się zalogować i iść na obiad. Obiad był niespodzianką - tym razem można się było nim najeść i nawet był bar sałatkowy. Po obiedzie miał być wykład lcamtufa, który się nie stawił. Organizatorzy byli wściekli (jego tłumaczenie: zaspałem), a portret Michała trafił na tarczę do rzutów, która później została odpowiednio użyta. Zamiast lcamtufa był wykład TeX dla blondynek sprzed dwóch lat. Potem pan Barbaszewski opowiadał o swoich wdrożeniach Linuksa za parę milionów.

W piątek jakoś udało się wstać na śniadanie i zaliczyć pierwsze dwa wykłady Laboratorium studenckie pod VMWare i LVM, EVMS i inne metody zarządzania dyskami. Greylistings, obiad i część zamieszania po obiedzie (coś się w programie pozmieniało) sobie darowałem. Zamiast tego poszedłem pod Jaworzynę pojeździć na nartach. Śniegu resztki, kawałek trzeba było narty znieść bo na samej górze śniegu nie było wcale, ale na trasie dało się jeździć. Miejscami ładny, chociaż sztuczny, śnieżek, miejscami więcej błota niż czegokolwiek innego, a w cieniu lód. Mimo wszystko jeździło mi się wyjątkowo dobrze. Po nartach zdążyłem jeszcze na koniec wykładu o strategii robienia backupów i spotkanie z redakcją Linux Magazine. Potem kolacja i wykład Tristana o projekcie Alrauna (pomysł użycia Linuksa w szkołach na Windowsowych pracowniach od Ministerstwa). A na koniec oczywiście Karaoke. Kto nie był niech żałuje - takich pingwinich ryków nigdzie indziej nie uświadczy. Mnie jakoś się udało nie stracić po tym głosu (sobotnim prelegentom na szczęście też nie).

W sobotę po śniadaniu pierwszy wykład był o odpowiedzialności za szkodę spowodowaną przez błędne działanie programu komputerowego - o obowiązującym prawie, prowadzony przez prawnika, ale bardzo interesujący (w końcu wszystkich programistów to w jakiś sposób dotyczy). Wykładu o wxWindows nie było, zamiast tego ktoś wyszedł prowadzić jakieś luźne rozmowy (teraz zadawajcie mi jakieś pytania). Nawet zaczął ciekawie opowiadać o bezpiecznej dystrybucji w dystrybucji, ale najwyraźniej nie dość ciekawie, bo poszedłem się gdzieś szwendać. Spotkałem Tristana i Arghila, którzy wyciągnęli mnie na spacer na Jaworzynę (adresowanie geograficzne w sieci nie wydało nam się warte rezygnacji z kontaktu z naturą). Przynajmniej raz miałem okazję tam wejść a kolejką gondolową zjechać (dotychczas jedynie wjeżdżałem kolejką). Po drodze obejrzeliśmy sobie innych narciarzy i wodę chlustającą spod ich nart. Widać że trochę ich tam na weekend przyjechało i nawet uruchomiono wyciąg talerzykowy, który w piątek nie działał. Na górze wypiliśmy kolę/piwa i zjechaliśmy na dół na obiad. Już ludzie spotkani po drodze twierdzili że obiad jest marny. No i rzeczywiście - po zupie ogórkowej (dobra była, ale to tylko zupa) podano pierogi z jabłkami. Ani ja ani paru kolegów nie uznaliśmy że to poważny obiad, więc po obiedzie pojechaliśmy coś zjeść na miasto. Wróciliśmy pod koniec prezentacji IBM-a, która wyglądała na to, że nic ciekawego nie straciliśmy. Potem był wykład o projekcie rozproszonego środowiska zarządzania obiektami trwałymi Santa Maria oraz prezentacja Novella. Prezentacja zaczęła się filmem Lord of the Net - Two Servers - cała sala pękała ze śmiechu. Potem facet pokazywał jak działa pakiet Red Carpet - taki poldek połączony z cronem i paroma skryptami i opakowany w okienkowy interfejs. Oczywiście komercyjny. Na koniec był jeszcze jeden film: Kernel. Po kolacji były dyskusje o tym jak powinna wyglądać rządowa Strategia dotycząca informatyzacji i Wolnego Oprogramowania, a potem jeszcze było spotkanie RWO. W tym samym czasie zaczynało się ognisko. Po spotkaniu RWO poszliśmy na ognisko, a po ognisku jeszcze trochę dyskutowaliśmy (w nieco innym gronie) w czyimś pokoju. Jak zwykle do swojego pokoju wróciłem jako ostatni z lokatorów (i tak dużo wcześniej niż wielu innych kończyło zabawę).

W niedziele były jeszcze trzy wykłady - o sieciach bezprzewodowych (interesujący mnie o tyle, że zastanawiam sie nad kupnem czegoś takiego), wykład Antymona o Jabberze (spodziewałem się politycznego nudzenia, ale było naprawdę ciekawie) oraz Jak skutecznie otworzyć swoje źródła (moje projekty były najlepiej opisane w punktach czego nie robić :-)).

Do domu zabrałem się z Tristanem. Jechał z nami też Bartek (do Krakowa) i Gaber (do Katowic). Obyło się bez żadnych komplikacji czy innych ciekawostek, więc ten akapit zostaje wyjątkowo krótki. :-)

Teraz z żoną oglądamy zdjęcia z pingwinariów... i mnie na żadnym nie ma. Żona zaczyna mieć jakieś głupie podejrzenia. Więc może ktoś tutaj potwierdzi mój pobyt na Pingwinariach? ;-)

17 komentarzy do wpisu „Pingwinaria - czyli tam i z powrotem”