Z pamiętnika hipochondryka

Generalnie zdrowieję. Długie i szybkie spacerki nie są dla mnie problemem.
Ból w nodzę czuję, ledwo-ledwo, jedynie gdy sobie o nim przypomnę. Ale zdarzają
się też wpadki. W sobotę źle się zabrałem za podnoszenie laptopa i mój krzyż
zaprotestował, trudno się było chociażby wyprostować (przy wszelkim ruchu ból
mówił stop, ale i tak mniejszy ból niż bywał). Chwilkę poleżałem i o tym
incydencie mogłem zapomnieć. Niestety coś podobnego zdarzyło się i w niedziele
– nie mogłem wstać od świątecznego stołu (pewnie dlatego, że był za
niski i się pewnie nad nim garbiłem). Poza tymi incydentami choróbsko raczej
nie dawało mi w kość. A pozwalałem sobie nawet na delikatne granie na
StepManii (podobno dalej wymiatam, mimo inwalidztwa)…

Na dzisiaj przypadł termin kolejnej wizyty kontrolnej w przyszpitalnej
poradni neurochirurgicznej. Zerwałem się więc skoro świt z łóżka (7:15, a
ostatnio pozwalałem sobie na dłuższe wylegiwanie się) i pojechałem do Bytomia.
Tam okazało się, że mojego lekarza prowadzącego nie ma (fizycznie był, bo go
widziałem, ale podobno po nocnym dyżurze nie mógł już zostać w poradnie
– te nowe przepisy) i przyjmował inny.

Ten doktor wydał się trochę bardziej zainteresowany moim stanem zdrowia.
Nie tylko przepytał, ale i obejrzał, kazał się schylić i dotknąć palcami
podłogi (dowcipniś). Stwierdził, że powinienem iść na rehabilitację, zdziwił
się, że jeszcze żadnego skierowania nie dostałem. W ogóle powiedział, że
krzywy jestem i trzeba mnie naprostować. Zalecił też kąpiele w soli (niech
pan wsypie 3kg soli do wanny…
tu mu przerwałem, bo wanny nie mam). Sam
jednak żadnego skierowania nie wypisał. Do poradni to podobno lekarz
pierwszego kontaktu powinien wypisać, a do sanatorium itp. ten, który mnie
operował (czyli ordynator, ale on przecież wyznaczył mi innego lekarza
prowadzącego). Dostałem tylko receptę na lek rozluźniający (a mam takich
trochę w szafce, zapomniałem się spytać, czy to to samo, ale pewnie tak).

Dostałem też kolejne L4, do 23 kwietnia (bo powinien pan na te zabiegi
chodzić, a nie do pracy
), mimo, że mówiłem, że nie chcę. No cóż, uznam, że
się zgubiło i do ZUSu nie dostarczę. A’propos chorobowego i ZUSu…
dziś listonosz mi przyniósł kolejną ratę: 147zł ;-)

Wychodząc ze szpitala pomyślałem, że czas sobie załatwiać tę
rehabilitację, a skoro już i tak jeżdżę samochodem, to mogę sprawdzić tę
poradnię na drugim końcu Gliwic, co mi neurolog polecała jako
najlepszą. Do tej neurolog dużo zaufania nie mam, ale tam gdzie
dotychczas chodziłem niekoniecznie było najlepiej. Wykombinowałem sobie też,
że może wystarczy jakieś stare skierowanie, które wciąż gdzieś mam. Co prawda
skierowanie było jeszcze sprzed operacji, a więc do czegoś innego, ale
uznałem, że jak i tak lekarz ma mnie badać i zalecać zabiegi, to może każdy
papierek będzie równie dobry… Niestety, w recepcji poradni wyprowadzili mnie
z błędu – potrzebuję nowego skierowania. Mimo to pani zapisała mnie na
wizytę 9 kwietnia, wtedy mam przyjść ze skierowaniem.

Jak już tak dobrze szło, to postanowiłem spróbować od razu załatwić
skierowanie. Zadzwoniłem do swojej przychodni, spytać się, czy przyjmie mnie
jakiś lekarz, ale było zajęte, to pojechałem w ślepo. Moja pani doktor
była, ale przyjmowała już tylko ostatnich, wcześniej zarejestrowanych,
pacjentów (potem pewnie jechała na wizyty domowe). Wyjaśniłem jednak pani w recepcji
co potrzebuję. Pani wydrukowała kupon i napisała na nim co jej podyktowałem,
zaniosła pani doktór do gabinetu do podpisania i mam skierowanie. Całkiem dużo
udało mi się załatwić jednego dnia, a kręgosłup nawet za tę jazdę samochodem
za bardzo się nie mścił.:-)

Zasłyszane na placu zabaw

Dwóch chłopców siedzi na huśtawkach i dyskutuje:

– Wiesz ile ja miałem dziewczyn?

– A ty wiesz ile ja miałem dziewczyn?

– Gdy byłem w maluchach, to wiesz ile miałem dziewczyn.
Jedenaście!

– A ja czterdzieści!

– Niemożliwe! Nawet w jednej klasie nie ma tylu osób.

[…]

– A wiesz, że kolega z klasy mojego brata to się w całej szkole
kocha? Ale tylko w dziewczynach. W chłopcach nie.

Homofilia?

Prezydent straszy homoseksualistami, widać naród powinien się tego bać…
A ja co? A ja nic. Nie mogę zrozumieć co w tym takiego strasznego. Co więcej
przejawiam jakieś ciągoty… nie, nie do facetów… do kobiet
o niepoprawnych orientacjach seksualnych…

Jedna czwarta kobiet w moim rosterze lubi dziewczynki (co najmniej,
ankiety nie przeprowadzałem). Swego czasu z pasją oglądałem The L Word (ostatni sezon
jednak marny i ta pasja przeszła), ostatnio bardzo ucieszyło mnie odkrycie
nowego bloga: Grace the spot
(lesbijskiego oczywiście), a po moim ostatnim zakupie na Amazon.com (o tym innym razem), księgarnia
ta proponuje mi głównie lesbijską literaturę…

Czy mnie trzeba leczyć? Czy może od razu odstrzelić, dla dobra
społeczeństwa i wartości chrześcijańskich? ;-)

Ta gierka

Od jakiegoś czasu co nasze dziecko (przypominam: pięcioletnie) przychodzi
do domu, to od razu się pyta Tato, mogę pograć w tą gierkę?. Ostatnio
grzecznie się przy tym bawi (bez płaczu i wzywaniu rodziców, że coś poszło nie
tak), a i jest przy tym chwila spokoju dla rodziców, więc pozwalamy jej grać.
Szczególnie, że gierka jest raczej ambitna…

No właśnie… kiedyś, co Krysia zobaczyła jak tata w coś gra, to zaraz
chciała grać w to samo… a potem był płacz, bo nie umie. Ostatnio
przypomniałem sobie Simutrans, dziecku
się spodobały domki i samochodziki i obawiałem się, że znowu będzie ryk. Więc
przez jakiś czas nie pozwalałem jej grać, najwyżej pozwalałem patrzeć mi przez
ramie jak gram (i przegrywam)… W końcu jednak dałem się jej przekonać.
Pokazałem jej jak się buduje drogi, przystanki, ustala rozkład jazdy.
Pozwoliłem klikać z obawą oczekując momentu, gdy zbankrutuje. O dziwo porażkę
przyjęła dobrze i po prostu następnym razem zaczynała od nowa.

Co jakiś czas jej pomagałem. Często dziwiłem się co tam wyprawia, ale
ostatnio zaczynają mnie zaskakiwać efekty. Raz stwierdziła puściłam 40
ciężarówek
. Najpierw myślę po cholerę tyle… a niech się cieszy, że
jeżdżą, i tak zaraz zbankrutuje
. Potem a czy ona umie do 40
policzyć?
. Chyba umiała, bo ciężarówek była cała ulica i kolejne
wyjeżdżały. Prawdę mówiąc nie sądziłem, że w ogóle opanuje kopiowanie
pojazdów (raz jej to pokazałem)… Jednak kompletny opad szczęki zaliczyłem,
gdy zobaczyłem ile pieniędzy na tym zarabia. Wcisnąłem na chwilę fast
forward
i już miała prawię milion na koncie… Dzisiaj po piętnastu
minutach gry stwierdziła miałam już pieniądze na czerwono, to wcisnęłam
przyspieszenie
… i miała 200.000 na czarno. Znaczy się, zupełnie
bez mojej pomocy zrobiła w grze dochodowy interes. A przecież ile razy mnie
się to nie udało. A ja umiem liczyć, umiem czytać, znam angielski… Gra jest
pełna różnych szczegółów, w których trzeba się przynajmniej minimalnie
orientować (np. skąd dojeżdżają pracownicy do fabryk i kto jest dostawcą
surowców), a niespełna sześcioletnia Krysia sobie w tym radzi. Zrozumiała i
opanowała też zapisywanie (pod nazwą „krysia1”, „krysia2”) i odczytywanie
stanu gry… No, wciąż nie mieści mi się to w głowie! :-)

Mam nadzieję, że córka nie dorwie się do hasła roota…
;-)

Hey

Ile można siedzieć w domu, chodzić na spacerki i słuchać muzyki z radia
w komórce? Wczoraj więc wybrałem się na koncert Hey w zabrzańskim Wiatraku.
Poprzedni ich koncert bardzo mi się podobał, a i forma już mi pozwala na takie
wypady. Żonka mi nawet pozwoliła wziąć samochód. :-)

Tym razem nie chciałem spędzić godziny w prawie pustym klubie, więc
postanowiłem przyjechać tam trochę po oficjalnej godzinie rozpoczęcia.
Niestety miało to swoje minusy – pod Wiatrakiem nie było już gdzie
zaparkować, więc musiałem kilkaset metrów się przejść. Nie mogłem więc
zostawić kurtki w samochodzie, przez co musiałem jeszcze odstać swoje
w kolejce do szatni przed i po koncercie.

W samym Wiatraku nieco zmieniło się od ostatniego razu. Scena została
przeniesiona na lewą ścianę – jest teraz większa i nie ma kolumny po
środku. Może straciła trochę z klimatu, ale za to jest praktyczniejsza.
Szatnie wylądowały tam, gdzie kiedyś były garderoby. Dla publiczności chyba
też jest teraz odrobinę więcej miejsca.

Sam koncert oczywiście świetny. Na początku przeboje ze starych płyt.
Trochę mnie zaskoczyło jak dobrze je znam, przecież słuchałem tego naście lat
temu. Ale prawie cała publiczność śpiewała z Kasią, mimo, że większość z tych
ludzi chodziła do przedszkola, gdy te utwory powstawały. Teksty (te dobrze
znane, jak i nowe), jak i pełen emocji głos Kasi sprawił, że chwilami łezka
się w oku zakręciła. Reszta zespołu też zapewniła spory kawałek dobrego rocka.

To co po raz kolejny zrobiło na mnie wrażenie, to jak zespół wychodził na
scenę: widać, zagrać porządny koncert, a nie pajacować. Młode zespoły zwykle
ubierają się, malują i zachowują tak, żeby się w ten sposób wyróżnić, a ci
weszli ubrani normalnie (no może z wyjątkiem klawiszowca, pod krawatem
:-)) i po prostu zrobili swoje. I obyli się bez piwa i bez
papierosów na scenie (to akurat grzechy niektórych doświadczonych wykonawców).
To się nazywa profesjonalizm.

Tym razem nie miałem większych problemów ze zrozumieniem tekstów –
albo poprawiła się akustyka lokalu, albo akustyk zrobił lepszą robotę, albo…
przygotowałem swoje uszy muzyką ze słuchawek. Z Wiatrakowych uprzykrzeń
zostało jedno: idioci, a głównie młodociane idiotki, z papierosami… Jak
papierosa przy piwku przy stoliku jeszcze mogę zrozumieć (chociaż też mi się
to nie podoba), to w środku rozbawionego tłumu, gdzie jeden na drugiego wpada,
a i oddychać i tak nie ma czym, palenie jest dla mnie zupełnym idiotyzmem. Do
domu wróciłem śmierdzący.

A teraz mam problem… po takim koncercie chciałoby się płytę kupić
i znowu nie wiem którą…;-)

Wreszcie, moje kalectwo zrekompensowane! ;-)

Odwiedził mnie dziś listonosz. Przyniósł świstek papieru i pieniądze. Moje
chorobowe za półtora miesiąca. Całe 210zł!

I po cholerę ja te zwolnienie brałem? Wcześniej unikałem, ale przed
operacją poradziłem się doradcy z biura rachunkowego. I stwierdził, że warto
brać. W szczegóły nie wnikałem i wziąłem. Tydzień temu na wizycie kontrolnej
też. A to co dostałem ma się nijak nawet do tego czego nie zarobiłem leżąc w
szpitalu, nie mówiąc o całym okresie niezdolności do pracy. Teraz
żałuję, że kolejny kwitek poszedł do ZUSu, bo przecież na zwolnieniu nie mogę
robić nic (poza robieniem przelewów do ZUS itp., bo z tym nie
mogę się spóźnić nawet jakbym umierał)…

Ale czego ja się spodziewałem?…

Z pamiętnika życia miłośnika ;-)

Pojawiły
się głosy, że ostatnio na blogu tylko marudzę
… To może tym razem będzie
o tym co robię, gdy nie marudzę…

Dziś, gdy już zebrałem się z łóżka, zjadłem śniadanie itd. wybrałem się,
jak to mam w zwyczaju od wyjścia ze szpitala, na spacerek. Tym razem zacząłem
od wizyty u żonki w firmie, zobaczyć nastroje pointegracyjne. Potem udałem się
w kierunku miasta (centrum znaczy się, na wsi nie mieszkam
;)).

W centrum stwierdziłem, że mogę iść dalej, poszedłem więc w kierunku parku
Chrobrego. Tam wciąż było mi mało, więc ruszyłem śladem dawnej wąskotorówki
(po torach już niewiele zostało) w kierunku Trynku. Przeszedłem obok dużych
ceglanych budynków na Pszczyńskiej (zawsze mnie fascynowały) i postanowiłem
zobaczyć jak teraz wygląda to, co kiedyś było Kopalnią Gliwice. Nawet było co
oglądać: dwa zabytkowe budynki ślicznie odnowione, jakiś trzeci,
nowocześniejszy (czyt. brzydszy) dobudowany i wszystko wygląda jakby było
dopiero co skończone i czekało do oddania. Za budynkami trwały jeszcze jakieś
prace. Kawałek dalej widać jeszcze jakieś resztki ruin zakładu przetwórstwa
węgla (zdaje się, że ileś razy podchodzili do burzenia tego… i chyba wciąż
do końca im nie wyszło). Tablice obwieszczają, że teren ten to Nowe
Gliwice
i będzie tu Centrum Edukacyjne. No, słyszałem o takim
projekcie, lata temu. I chyba lata temu miało to już funkcjonować…

Ja oczywiście porównywałem okolicę ze swoimi wspomnieniami – wciąż
był tam plac, z którego wyjeżdżało się na górnicze kolonie, czy inne wczasy
lub wycieczki, a po kopalnianym przystanku wąskotorówki pozostał ledwo ślad.

Spod byłej kopalni udałem sie pod blok w którym kiedyś mieszkałem (mając
1-7 lat). Blok stoi, gdzie stał, ale za nim, zamiast nieużytków, czy, później,
kawałka placu budowy, gęsto zabudowane osiedle. Aż trochę traciłem orientację
idąc dalej tamtędy, gdzie kiedyś bawiłem się w zaroślach.

Po drodze do domu zajrzałem jeszcze do biura, po korespondencję. W sumie
znowu przespacerowałem chyba z dwie godzinki i ładnych parę kilometrów.

Praktycznie przez cały spacer miałem na uszach słuchawki, a w nich
Antyradio (chyba jedyne radio, którego playlista praktycznie w 100% mieści się
w moich upodobaniach, a jednocześnie obejmuje sporą ich część). W momencie gdy
wracałem The White
Stripes
kończyło grać Conquest, jedna z piosenek dla jakich
Antyradio tak lubię (i jakie potem jeszcze przez jakiś kołaczą się po
głowie)… Dlatego jak tylko dobrałem się do laptopa, to dodałem ją sobie do
ulubionych w Last.Fm. Przy okazji znalazłem teledysk (mina byka: bezcenna):


To samo, w nieco lepszej jakości można znaleźć na paskudnej flashowej stronie zespołu.

No i ostatnio codziennie wybieram sobie jakiś kierunek i idę, gdzie mnie
nogi poniosą. Podziwiam sobie nasze śliczne Gliwice, albo pojawiającą się
w okolicy wiosnę. Słucham sobie przy tym radyjka i fajnie jest… Ale co to
będzie, jak mi się L4 skończy i będzie trzeba uczciwie pracować zamiast
szlajać się po okolicy?… ;-)

Z pamiętnika hipochondryka

Przez ostatnie parę nocy kiepsko spałem. Trudno powiedzieć czemu. Przez
kilka ostatnich dni trochę bolały mnie mięśnie (zwalałem to na ambitne
spacerowanie) i czułem się dość zmęczony (skoro nie sypiałem dobrze…).

Wczoraj po powrocie z poradni czułem się dość źle, ale uznałem, że to po
prostu efekt podróży i stresu. Dzisiaj znowu byłem na godzinnym spacerku, potem
dwa razy odwiedziłem pocztę, żeby wysłać L4 i brakujące papiery do szpitala. Po
powrocie do domu stwierdziłem, że raczej nic więcej nie zdziałam. Padłem na
łóżko i nie miałem ochoty się ruszać. Z ciekawości zmierzyłem sobie
temperaturę, spodziewając się jakiś 35 stopni…

A tu niespodzianka: 37.8 (jak na mnie, to sporo)… Co jest?! Dawno chory
nie byłem? Ale wyjaśniło się czemu jestem taki padnięty i czemu wszystko mnie
boli (ale co to za ból? w porównaniu z grudniowym – żaden). Chyba
jakieś grypsko złapałem… :-( Fajnie, dawno u lekarza nie
byłem…

Co ciekawe, kataru prawie nie mam (mniej niż zwykle, bo coś
przeciwalergicznego ostatnio zacząłem brać), gardło ledwo zaczyna, ale to
jakoś dziwnie, bo od zewnątrz. Tylko te mięśnie, czasem głowa no i
zmęczenie… Przynajmniej mam pretekst, żeby odwiedzić lekarza pierwszego
kontaktu i opowiedzieć jej o operacji, bo już się, podobno, o mnie
dopytywała.