Awaria…

Z pracowym komputerem miałem problemy już od dawna. Jak tylko przyniosłem
go do biura, to przestał działać zasilacz (który dzień wcześniej, w domu
działał bez zarzutu). Wymieniłem na nowy.

Z nowym zasilaczem niby działał, ale jak się coś podłączyło (czy to kabel
sieciowy, czy pendrive) to potrafił się momentalnie zawiesić na twardo.
Do zawieszenia systemu wystarczyło czasami przełączyć się z Xów na konsolę
(czasem z tego powodu system wieszał mi się parę razy jednego dnia, a czasem
przez parę tygodni nie było problemów). Myślałem, że dalej coś z zasilaniem,
ale wymiana zasilacza na jeszcze inny nie powiodła się (w ogóle się nie
uruchamiał). Właściwie to już nawet nie wiem, który zasilacz mam
zamontowany…

Samo przełączanie na konsole sprawiało problemy tylko czasami… ale był
też inny problem. Gdy korzystałem z konsoli (framebuffer), to czasem aplikacja
rysująca coś w Xach potrafiła mi tą konsolę skaszanić, tak, że nie dało
się zrobić nic poza przejściem do Xów. Problemy takie sprawiały tylko niektóre
aplikacje, a właściwie ich elementy: migający kursor w xtermie kaszanił,
animacja Flash w Firefoksie nie, ale już animowany gif w tym samym firefoksie
też kaszanił. Freeciv nie kaszanił, OuterSpace kaszanił. Nauczyłem się więc
przełączać na firefoksa z bezpieczną zakładką (teraz to się chyba tab nazywa)
przed przejściem na konsolę…

Uznałem, że dość tego. Przynajmniej z tymi graficznymi problemami trzeba
skończyć. Postanowiłem zmienić kartę graficzną, z tego podejrzanego Matroxa
(ale to podobno dobre karty…) na Radeona, który gdzieś mi sie w domu
walał… Wyciągam starą kartę, wkładam nową, uruchamiam komputer… i
ciemność, widzę ciemność. Otrzymywałem albo czarny ekran, albo jakieś No
signal
wygenerowane przez monitor.

No cóż… ten Radeon mógł być zepsuty… spróbowałem ze kartą na płycie
głównej… Ciemność. No to wsadziłem znowu Matroksa… to samo. A przy tym
słychać i widać, że poza brakiem obrazu, komputer startuje normalnie. Myślę
sobie: zepsułem monitor 😦 Podłączyłem zapasowy (CRT, nie nadający się
za bardzo do codziennej pracy)… Dalej ciemność. Na wszystkich trzech
kartach. Już zacząłem się obawiać, że zepsułem drugi monitor…

Jednak oba monitory były sprawne – podłączone do routera pokazywały
co trzeba. A więc płyta główna, która już mi od dawna wydawała się
podejrzana… Poleciałem więc do sklepu i kupiłem nową płytę z procesorem (pod
stary procesor już nic odpowiedniego nie mieli, ale przynajmniej pamięci nie
musiałem wymieniać). Na razie działa. A do grafiki używam zintegrowanego
Intela 865G. Zabawy z Radeonem sobie odpuszczam (przynajmniej na razie).

AMD (dawinej ATI) upubliczniło specyfikację i… cisza?

Podczas porannej prasówki natrafiłem na link w 7thguard do informacji o udostępnieniu
przez AMD specyfikacji do chipsetów graficznych
. Developerzy Xorg dostali pierwszą część dokumentacji
dwunastego września, lada chwila ma wyjść (a może wyszedł?) nowy,
open-source’owy sterownik do R500/R600… a w sieci praktycznie cisza.

Dziwne trochę. Były petycje, nie petycje, wieczne narzekania na brak
dobrych sterowników i specyfikacji, szum przy każdej wzmiance o ewentualnym
ujawnieniu specyfikacji itd. itp. A jak coś konkretnego się stało, to cisza.
Dziwne. Albo ja czegoś nie widzę…

Zapis do nieistniejącego pliku

Dziś zagadał do mnie kumpel na jabberze z ciekawym pytaniem:

<Maho> wiesz może jak dobrać się do pliku którego znam inode

<Maho> ale plik już nie ma nazwy?

Chodziło o to, żeby zapisać coś do pliku, otwartego przez jakiś proces, ale
już skasowanego z systemu plików. Alternatywą było zapisanie coś do rurki
(pipe) między dwoma procesami.

Pierwsze co mi przyszło do głowy, to echo "cokolwiek" >>
/proc/${pid}/fd/${fd}
, ale kumpel stwierdził, że to nie zadziała, bo
w /proc są symlinki (o tym dalej).

No to trzeba było wymyślić coś innego. Skoro jakiś proces może zapisywać do
tego pliku, no najlepiej byłoby zmusić ten proces do zapisania tego co chcemy.
Ale jak się podpiąć pod działający proces? Prosto: gdb.

No to przygotujmy sobie środowisko testowe, dwa skrypty:

  • skrypt1.sh:
    #!/bin/sh
    
    while : ; do
            echo PUK
            sleep 1
    done | ./skrypt2.sh
    
  • skrypt2.sh:
    #!/bin/sh
    
    cat
    

Drugiego skryptu mogłoby nie być — wystarczył by sam ‚cat’, ale niech
będzie, że to dwa skrypty się ze sobą komunikują. Po uruchomieniu,
skrypt1.sh uruchamia skrypt2.sh i wysyła do niego
PUK co sekundę. skrypt2.sh po prostu wypluwa to „PUK” na
standardowe wyjście.

No więc próbujemy, w jednym terminalu uruchamiamy skrypt1.sh:

$ ./skrypt1.sh
PUK
PUK
PUK
PUK
PUK

Teraz spróbujmy zlokalizować tę rurkę między skryptami:

$ /usr/sbin/lsof -c skrypt1.sh | grep pipe
skrypt1.s 11108 jacek    1w  FIFO    0,5          40246 pipe
skrypt1.s 11108 jacek   14w  FIFO    0,5          40246 pipe

Są dwie, mniejsza z tym skąd, spróbujemy się podpiąć pod tę drugą. Znamy
identyfikator procesu (pid=10980) oraz numer deskryptora pliku (fd=14). To
powinno wystarczyć. No to podpinamy się pod proces:

$ gdb --pid=11108
GNU gdb 6.5
Copyright (C) 2006 Free Software Foundation, Inc.
GDB is free software, covered by the GNU General Public License, and you are
welcome to change it and/or distribute copies of it under certain conditions.
Type "show copying" to see the conditions.
There is absolutely no warranty for GDB.  Type "show warranty" for details.
This GDB was configured as "i686-pld-linux".
Attaching to process 11108
Reading symbols from /bin/ksh...(no debugging symbols found)...done.
Using host libthread_db library "/lib/libthread_db.so.1".
Reading symbols from /lib/libc.so.6...(no debugging symbols found)...done.
Loaded symbols for /lib/libc.so.6
Reading symbols from /lib/ld-linux.so.2...(no debugging symbols found)...done.
Loaded symbols for /lib/ld-linux.so.2

warning: Lowest section in system-supplied DSO at 0xffffe000 is .hash at ffffe0b4
(no debugging symbols found)
0xffffe405 in __kernel_vsyscall ()
(gdb)

No to się podpięliśmy… Skrypt został zatrzymany i przestał wyświetlać
PUK. Teraz tylko należy wywołać funkcję write(). Ale jak?
Wydaje się, że nie ma żadnego polecenia do uruchamiania funkcji systemowych,
czy bibliotecznych… Ale jest print, który pozwala wyświetlić
wartość wyrażenia w C… a wyrażeniem może być wywołanie funkcji…
spróbujmy:

(gdb) print write(14, "BU!\n", 4)
$1 = 4

…czyli jakby zadziałało i zapisało 4 znaki. No to co jest na terminalu ze
skryptami? Oczywiście wysłane właśnie BU!. Można jeszcze sobie coś tak
popisać, a potem wznowić wykonywanie skryptu:

(gdb) quit
The program is running.  Quit anyway (and detach it)? (y or n) y
Detaching from program: /bin/ksh, process 11108

A teraz, wróćmy do wspomnianego echo "cokolwiek" >>
/proc/${pid}/fd/${fd}
… Przed napisaniem tego wpisu jeszcze sprawdziłem jaki do da efekt. I:

$ echo "cokolwiek" > /proc/11108/fd/14

Dało na terminalu ze skryptami:

PUK
PUK
cokolwiek
PUK
PUK

A więc /proc/.../fd/... działa wystarczająco dobrze! Jednak
sztuczka z gdb i tak mi się spodobała, więc ją tu opisałem. Ma
swój potencjał, bo oprócz pisania do pliku pozwala na różne inne rzeczy.
Oczywiście, krzywdę sobie w ten sposób też można zrobić. :-)

Fajnie jest, gdy praca bawi :-)

Ostatnio miałem problemy z cieszeniem się pracą. Właściwie kombinowałem
tylko co by robić, żeby nic nie robić i jak dotrwać do weekendu. W końcu jednak
klient (czyli szef) sprowadził cztery serwery (dwa Sun Fire i dwa jakieś
Supermicro) dla swoich klientów i miałem na tym postawić nasz system. Właściwie
to miały być dwie instalacje – dla każdego klienta dwa serwery z których
jeden miał zastępować drugi w razie awarii. Czyli miałem zrobić dwa klastry HA
(High Availability).

Prawdę mówiąc nie miałem większego pojęcia na ten temat, więc się trochę
bałem, czy w ogóle się uda. Na początku więc po prostu postawiłem cztery
identyczne serwery. Potem szef zepsuł jedną maszynę Sun Fire i mogłem spokojnie
się skoncentrować na budowie jednego klastra :-). Warto zaznaczyć,
że wszystkie te maszyny stoją w Amsterdamie, a ja mam do nich dostęp tylko
przez sieć: SSH (także do konsoli szeregowych) oraz interfejs WWW do zdalnego
wyłącznika zasilania.

Nasz system oparty jest na Xenie, na listach Xena przeczytałem, że do zapewnienia
redundancji dobrze mieć DRBD (dla dla
replikacji dysków), albo iSCSI lub inne rozwiązanie SAN (jeśli przestrzeń
dyskowa miałaby być współdzielona). Wyszło mi na to, że dla nas lepsze będzie
DRBD. Zacząłem czytać o DRBD. Dowiedziałem się, że DRBD dobrze byłoby używać
wraz z Heartbeatem. To się zabrałem za
szykowanie pakiecików…

Po kilku przeróbkach PLDowych pakietów, po kilku kompilacjach kernela,
Heartbeata i DRBD, w końcu udało mi się coś uruchomić. Najpierw niespecjalnie
to działało, a ja kompletnie nie wiedziałem co sie na moich serwerach dzieje.
Ale po trochu to rozpracowywałem. W końcu usługi się uruchamiały tam gdzie
trzeba, a jak maszynę wyłączyłem, to przeskakiwały na drugą. Super.
:-)

… ale to wszystko w konfiguracji Heartbeat w wersji pierwszej, która
już podobno nie jest zalecana. No to włączyłem wersję drugą (crm
yes
w /etc/ha.d/ha.cf) i zabawa zaczęła się od początku:
wszystko przestało działać, przestałem rozumieć co się dzieje i dalej trzeba
było pakiet heartbeat poprawiać. Ale i to opanowałem i muszę przyznać, że
sprawiło mi to niezłą frajdę. :-)

Ciekawe co jeszcze mogę w tym klastrze poprawić… bo inne rzeczy co
czekają w kolejce, niestety, nie są już takie fascynujące… No cóż, kiedyś
nuda musi wrócić.

No i ciekawe jak te klastry będą się zachowywać w warunkach produkcyjnych…

Giercowanie – 4X

Parę miesięcy temu kumpel mnie namawiał na grę w Longturn – sieciową rozgrywkę Freeciv z długimi turami.
Wcześniej unikałem gier, żeby się znowu nie wyłączać na całe
godziny/dni/tygodnie, ale skoro to miała być jedna kolejka dziennie… to
czemu by nie? Zapisałem się do LT6 i zacząłem grać. I sam Longturn
rzeczywiście nie odcinał mnie za bardzo od świata żywych, gorzej
z pomocniczymi grami z botami, gdy sobie przypominałem jak się w to
gra… Ale w końcu sobie przypomniałem dość i tylko parę razy dziennie
zaglądałem do gry. (Żona twierdzi, że siedzę prze tym cały czas, ale jej się
tylko wydaje ;-)).

Parę miesięcy grałem w LT6, miałem w grze fajnych sojuszników.
Przegraliśmy, ale i tak jestem z rozgrywki bardzo zadowolony. W trakcie LT6
zapisałem się też na LT7… które przegrałem dość szybko. Aktualnie trwa LT8.
Na LT9, czy LTClassic3 się nie zapisuję… bo znalazłem inną zabawkę.
:-)

Ta inna zabawka to Outer Space.
Znalazłem, jak większość gier, na Linux
Game Tome
. Tak jak Longturn jest to długotrwała gra turowa, jednak
w przeciwieństwie do Freeciv, Outer Space został do takiego grania stworzony
(w LT reguły Freeciva zostały niby dostosowane, ale dalej widać, że gra
została stworzona do szybszych rozgrywek). Poza tym Outer Space też wygląda na
zupełnie inną grę: podbój wektorowej galaktyki, a nie świata
podzielonego na pola. Jednak i Freeciv (klon słynnej Civilization) i
Outer Space (czerpiący raczej z Master of Orion) to gry 4x: eXplore, eXpand, eXploit
and eXterminate
i podczas gry czuje się to podobieństwo.

Możliwe, że Outer Space to gra jak wiele innych typu podbij
galaktykę
, zaczynając od Master of Orion. Sam jednak grałem tylko w MoO
i to tak dawno, że pamiętam tylko, że bardzo mi się podobało i były w tym
jakieś gwiazdy… Tydzień temu zacząłem grę w galaktyce Garis i chyba mnie
wciągnęło. Właściwie to mi mało i założyłem sobie też konto w Inera, galaktyce
która właśnie startuje. Jeszcze zanim Garis wystartowała zapisałem się do
15-dniowej Argo, ale tamtejsi gracze szybko mi uzmysłowili, że to nie ma sensu
(startując tak późno byłbym daleko w tyle). A do Inera może jeszcze ktoś
znajomy się skusi?

No i na koniec przyznaje się bez bicia, że przez to granie zaniedbuję
trochę swoje projekty: CJC, PyXMPP, jggtrans i trochę PLD… ale cóż, jak nie
grałem, to zaniedbywałem tak samo – np. oglądając gołe panienki
w sieci… to chyba rozwijające gierki lepsze… ;-)

Pingwinaria 2007

Czwartek

No to znowu pojechałem na Pingwinaria. Tym razem z żonką. Wyjechaliśmy w czwartek rano, najpierw
po gadżety do Ikuśnej firmy, a potem do Krynicy. Po drodze dołączył do nas Ajot. Po niecałych czterech godzinach byliśmy
na miejscu.

Po rozpakowaniu poszliśmy (ja i Ika) na obiadek (wyżywienie w Damisie jak zwykle super), a po obiadku
na spacer po Górze Parkowej. Na szczycie czynne były zjeżdżalnie (takie
metalowe rynny po których się zjeżdża w filcowych workach) i żonka chciała od
razu spróbować. No to wykupiliśmy 10 zjazdów (8zł) i poszaleliśmy trochę. Ja
nawet dwa razy próbowałem na tej najbardziej stromej… próbowałem po za każdym
razem, gdy usiadłem przy krawędzi, to się wycofywałem.
;-)

Po spacerku Ika rozstawiła sklepik
z pingwinami
, a ja zajrzałem na salę wykładową. Tego dnia nawet udało mi się
obejrzeć po części z każdego wykładu. ;-)

Po kolacji i kawałku drugiej części ostatniego wykładu zaczęły się mniej
oficjalne części imprezy, czyt. picie. Nie uczestniczyłem w tym zbyt
intensywnie, ale spać położyłem się późno. Żonka dołączyła jeszcze później.

Piątek

W piątek okazałem się paskudny i w ogóle, bo obudziłem się o 6:30 i przy
okazji obudziłem żonkę. Do śniadania przeleżeliśmy w łóżku (no może nie tylko
przeleżeliśmy i nie tylko w łóżku… ;-)). Tego dnia nie byliśmy
raczej wyspani. W południe planowany był mój wykład, przed nim
planowaliśmy wypad do sauny. Rano więc poszliśmy tylko na mały spacerek na
Deptaku pod Górą Parkową. Z sauną ktoś zamieszał tak, żebym ja się nie załapał, ale Ika
owszem… No cóż, miałem więcej czasu na przygotowanie się do wykładu.

Mój wykład to jedyny na którym byłem od początku do końca. Opowiedziałem po
kolei jak to pomogłem żonce z nalepkami na paczki, na początku zastrzegając, że
to nie jest do końca zrobione tak jak powinno się robić, ale i tak wywołałem
małą burzę. Niektórzy byli oburzeni, że takie rzeczy stosuje się
w produkcji, inni mnie bronili, że to sprytne i niegłupie rozwiązanie. I dobrze,
bo właściwie nie o moje skrypciki chodziło, ale o dyskusję na temat hackerskich
rozwiązań. Swój wykład uważam więc za udany. :-). Żonka na mój
wykład dotarła gdzieś w połowie, gdy dyskusja się rozpoczynała. Po wykładzie
został już tylko wypoczynek.

Po obiedzie pomogłem rozstawić sklepik 403forbidden, a potem zajrzałem na
wykłady sponsorów… nie zachwyciły mnie, to poszedłem na basen. Tam się
pomoczyłem przez 45 minut, a przy okazji wymasowałem bąbelkami moje obolałe
plecy.

Po kolacji było oficjalne świętowanie urodzin PLUGu, a potem panel
dyskusyjny
na temat otwartych systemów, standardów i oprogramowania. Na
początku ciekawy, potem dyskusja zaczęła się kręcić w kółko, to poszliśmy
szukać innych rozrywek. Ja np. poszedłem sobie na spacerek po Krynicy.
Dowiedziałem się np., że o wpół do jedenastej wieczór lodowisko jest już
zamknięte. ;-)

Wracając spotkałem na schodach integrującą się grupkę linuksiarzy, z Panią
Prezes na czele. Agusia zażyczyła
sobie mojej żony wraz z cyckami, więc poszedłem po Ikę… która już prawie
spała w pokoju. No cóż, rano nie dałem jej pospać. Wspólna integracja na
schodach nam nie szła, więc poszliśmy spać, wyjątkowo wcześnie jak na
Pingwinaria, chyba jeszcze przed północą…

Sobota

W sobotę wstaliśmy o normalniejszej porze (po ósmej) i bardziej wyspani. Po
śniadaniu poszliśmy z szefem Iki na mały spacer-zakupy. A potem Srebrną,
w sali bilardowej,
testowałem sprzęt do StepManii. Były drobne komplikacje,
ale ostatecznie udało się dwie (z trzech) maty podłączyć do laptopa Iki tak, że
działały i zebrać zestaw piosenek. Przy okazji wzbudziliśmy zainteresowanie

wszystkich którzy w tym czasie byli w lub zajrzeli do sali wykładowej.

Przed obiadem (gdy ja testowałem maty) sklepik z pingwinami
eksperymentalnie został rozstawiony przed jadalnią. I to okazało się być
strzałem w dziesiątkę. Po obiedzie zabraliśmy Prezesa na Górę Parkową, licząc
na to, że spuści go się metalową rurą w filcowym worku… ale padało
i ślizgawki były zamknięte. Posiedzieliśmy w tamtejszej knajpce i wróciliśmy na
dół. Podczas spacerku, mimo pogody, udało się znaleźć ślady wiosny, np. takie:

kaczence.jpg

Podczas kolacji znowu sklepik działał przed jadalnią, a ja zaraz po kolacji
poszedłem rozkładać sprzęt na sali. Tam laptop i maty zaczęły odmawiać
posłuszeństwa. Albo któraś z mat nie była wykrywana, albo wykrywane były obie,
a działała tylko druga, albo po wykryciu znikały. W końcu, po paru minutach żonglerki
wtyczkami USB, gdy już prawie się poddałem, udało się wszystko uruchomić
i zaczęła się zabawa.

Najpierw skakałem ja ze Srebrną, żeby pokazać co i jak, potem, najpierw
nieśmiało, próbowały inne osoby. Tylko ja, Srebrna, Ika i Agusia mieliśmy
jakieś doświadczenie z tą zabawką, dla reszty to była nowość, ale wielu się
bardzo spodobała. A ja robiłem za tego co wzbudzał podziw publiczności swoimi
popisami. Do mistrzów StepManii mi pewnie daleko, ale w tym towarzystwie chyba
rzeczywiście się wybijałem. I miło czuć na sobie pełen podziwu wzrok
publiczności. I słyszeć te wszystkie pochwały i zachwyty… Gdyby to jeszcze
podziwiały mnie same atrakcyjne kobiety, a nie (w większości) banda facetów…
;-).

Chciałem zwijać laptopa o jedenastej, ale w końcu impreza trwała chyba do
drugiej w nocy. Niektórzy z nowicjuszy zdążyli nawet całkiem nieźle to
opanować. Niektórzy (honey i mmazur) próbowali nawet mnie albo Ikę
zamęczyć… Może trochę się im udało, bo jeszcze czuję zakwasy…

Niedziela

W niedzielę znowu udało się pospać (całe szczęście, jak byśmy dojechali?),
ale cztery dni imprezowania i tak robiły swoje. Przy śniadaniu sklepik został
rozstawiony po raz ostatni. Potem sauna (koedukacyjna). Tym razem i ja się
załapałem. To działa! Po saunie czułem się znacznie bardziej zdatny do podróży
niż wcześniej. Potem pakowanie i jazda. Znowu robiłem za pasażera, bo na razie
żona kluczyków do auta mi nie daje (auto jest jeszcze na ubezpieczeniu teścia,
jak by coś się stało, to mnie teść by zabił, a Ikę najwyżej opieprzy). Po drodze
chcieliśmy zjeść obiad… nie było prosto, bo na drodze (bardzo malowniczej,
polecam!) od Nowego Sącza do Mszany Dolnej nie wypatrzyliśmy żadnej knajpy. Dopiero
w Mszanie jakąś pizzerię, z wierzchu nieciekawą. Ale pizza była pyszna.

W domku byliśmy około 16:30. Porządnie zmęczeni, ale trzeba było jeszcze
przetrwać wieczór z dzieckiem… Ika padła zanim przyszedł czas kąpieli Krysi,
ale ja jakoś sobie poradziłem. Ocknęła się, gdy Krysia zadawała mi poważne
pytanie: Co zrobisz z mamusią, gdy będziesz ścielił łóżko?, a więc
problem się sam rozwiązał. Chwilę po położeniu Krysi myśmy już też spali.

Zły piesek, zły!

Żonka potrzebowała dzisiaj do czegoś jednego ze zdjęć, jakie trzyma na
laptopie. Okazało się, że zdjęcia nie ma… ani tego, ani setki innych…
w katalogu w którym kiedyś były zdjęcia teraz były tylko numerowane katalogi
i puste pliki, wszystkie z walentykową datą… Niedobrze.

Oczywiście zostałem wezwany do wyjaśnienia sprawy i naprawienia szkód. Wyglądało
to dość zagadkowo. Najpierw odmontowałem /home i zapuściłem fsck. Nic
podejrzanego nie znalazł. Dalej jedyną wskazówką była dla mnie data i godzina
utworzenia tych dziwnych plików… Zajrzałem do /var/log/syslog… nic
szczególnego w tym czasie tam nie było widać.

Zacząłem sobie przypominać, co tam ostatnio na laptopie mieszałem.
Instalowałem Beagle‚a. Chciałem żonce
zrobić dobrze i dać jej narzędzie, które pozwoli połapać się w tych jej
wszystkich plikach, z których większość (w szczególności zdjęcia) lądowały w
magicznym katalogu 1 w jej $HOME. Teraz w tym katalogu były tylko dziwne
cyferki…

Podkatalogi i pliki w ~/.beagle miały czasy modyfikacji 14 lutego lub
późniejsze, czyli ciepło. Ale trudno mi było sobie wyobrazić jak narzędzie do
indeksowania i przeszukiwania plików mogło kasować pliki… Postanowiłem obadać,
czy przypadkiem ktoś tam czegoś głupiego nie robił w tym czasie na konsoli.
vim ~/.history, tam /beagle i ukazały mi się moje
rozpaczliwe próby doprowadzenia Beagle’a do działania: nie chciał mi indeksować
plików, więc próbowałem go do tego zmusić różnymi poleceniami
beagle-* (a chodziło, zdaje się, o brak biblioteki sqlite3, czy
czegoś takiego). Od razu wydało mi się podejrzane jedno z poleceń:
beagle-exercise-file-system – zawartość katalogu 1
wyglądała na wynik jakiegoś ćwiczenia…

Google potwierdziło, co podejrzewałem:
beagle-exercise-file-system tworzy katalog 1 z numerkami
w środku, który można bezpiecznie usunąć. No tak, po fakcie już można…
Sprawdziłem jeszcze, czy ja byłem aż taki głupi, czy to narzędzie nie ostrzega
o destrukcyjnym działaniu. Rzeczywiście nie ostrzega. Jeśli przed jego uruchomieniem
katalog 1 istniał, to go po prostu usuwa. Poza tym tylko bzyka chwilę dyskiem
i wypluwa niewiny komunikat Created X files across Y directories
Twórca tego genialnego narzędzia powinien chyba zginąć w ciężkich męczarniach…

Na szczęście mamy backup, z 30 stycznia, który nawet zadziałał, a więc
bezpowrotnie utracone zostały tylko pliki z dwóch tygodni, zdaje się, że w tym
czasie dużo nie było tam wrzucane. A twórcom Beagle‚a zgłosiłem już
bug reporta.
Mam nadzieję, że potraktują to poważnie, a nie zjadą mnie, że odpalam coś,
czego nie powinienem…