Klient z plecakiem jest bardziej awanturujący się

Wczoraj z żonką zajrzeliśmy do Forum, nowego centrum handlowego w Gliwicach.
Byliśmy w pobliżu, a żonka chciała kupić tej pysznej smażonej cebulki z
Carrefour, którą zwykle kupowaliśmy w centrum Arena. No więc wchodzimy na
pewniaka do hipermarketu, a tu za mną strażnik krzyczy, że ja z tym plecakiem
nie mogę. To ja pukam się w czółko i mówię mu co o tym myślę. On, że takie są
zasady i, że nie on je wymyśla. Olałbym go i wszedł dalej, ale żonka stwierdziła,
że jej już się tu nie podoba i wychodzimy. Jeszcze spytałem kobiety w punkcie
obsługi klienta, gdzie tu można jakieś reklamacje zgłaszać, ale ona
stwierdziła, że musiałaby wezwać szefa ochrony… nie chciało mi się czekać,
ani nie widziałem sensu dyskusji z kolejnym ochroniarzem…

Nie pierwszy raz się z czymś takim spotkałem. Kiedyś unikaliśmy Reala w M1 w
Zabrzu z tego powodu. W Tesco i w starym gliwickim Carrefourze jakoś
nie robili z tego problemu.

No i za każdym razem zastanawiam się: dlaczego? Skoro ochrona nie wpuszcza
z plecakami, to pewnie, aby uniknąć kradzieży. No niby można coś w plecaku
wynieść… ale jak tam to coś niepostrzeżenie wrzucić? Znacznie łatwiej wsunąć coś do
kieszeni, do torebki, czy, zimą, pod kurtkę. Ale nie widziałem, żeby paniom
odbierano torebki, zimą szatnia nie obowiązuje, a i spodni z kieszeniami mi
nigdy nikt nie kazał zdejmować… Czyli raczej nie chodzi o to, że plecak
ułatwia kradzież. To może o coś innego? Może to klienci z plecakami są po
prostu bardziej podejrzani? Toż to taki sam element, jak znany z kreskówek
nieogolony oprych z wielkim workiem na plecach…

Oj, chyba nie prędko znowu zajrzymy do Carrefour w gliwickim Forum… ale
do samego Forum owszem – niesamowite czekoladki tam mają. Jak sobie
przypominam tę truflę z chilli… mmmmm… :-)

Jedyna we wsi studnia z Internetem

Dotychczas, na tym urlopie, z laptopa korzystałem w domu, w pokoju
telewizyjnym – w dzień miło, bo chłodniej niż w upale na
zewnątrz (albo nie pada — wersja na początek wczasów), wieczorem, bo komary
nie gryzą.

Dzisiaj jest na dworze całkiem przyjemnie – nie za gorąco, ale ciepło
i nawet troszkę słonko prześwituje. No to postanowiłem wyjść na zewnątrz. Kabla
(bateria niestety do niczego się nie nadaje) starczyło tylko do studni. I
dobrze, studnia też dobra, a przy okazji jest oryginalnie: laptopik stoi na
studni (dobrze, że jest zamykana) i łapie Internet GPRSem, a ja siedzę przed
nim na krzesełku i przeglądam Joggera. :-)

Dlaczego mama robi ciasto

– A dlaczego mama robi ciasto?

– Bo jutro ma urodziny.

– I ja też mam??

– Nie, ty masz w maju. Teraz jest lipiec i mama ma urodziny szóstego
lipca.

– Aaaa… to ja muszę zrobić laurkę! Zamknę się w pokoju, żeby nie
wchodziła, a jak będzie próbowała wejść, to powiem, że nie może, bo robię
laurkę.

– Jak chcesz jej zrobić niespodziankę, to może lepiej nie mów jej co
robisz. Wystarczy, że poprosisz, żeby nie wchodziła.

…i na tym się właściwie rozmowa skończyła. Dziecko zamknęło się w swoim
pokoju, a z kuchni przyszła roześmiana mama. Oczywiście słyszała całą rozmowę.

Sen

Byliśmy na zakupach w centrum handlowym. Potrzebowaliśmy jakiś nietypowych
żarówek. W Carrefour ich nie było, więc poszliśmy do Media Markt (który
wyglądał raczej jak Ikea, bo pełno szaf tam było. A do tego strasznie ciasno).
Jakiś inny klient próbował coś wynieść w butach, ale go złapali.

Ja wróciłem do domu. Na piechotę. Lało jak z cebra, ale dotarłem na miejsce.
Przypomniałem sobie, że na zakupy pojechałem samochodem i nie musiałem wracać
na piechotę. Co więcej, w centrum handlowym została moja żona. Zadzwoniłem do
niej… i dowiedziałem się, że właśnie ją zamknęli, bo nie chciała zdradzić
haseł do laptopa. Więcej nie udało mi się dowiedzieć, bo połączenie przerywało
i nie mogłem się więcej dodzwonić. Domyśliłem się, że musi być w gliwickim
areszcie śledczym. I od razu zacząłem myśleć jak załatwić dobrego adwokata.
Nawet zadzwoniłem do ojca. Było późno, więc poszedłem spać.

Nazajutrz postanowiłem żonę odwiedzić. Dalej nie mogłem się dodzwonić, ale
uznałem, że jakoś ją znajdę. Poszedłem więc do tego szpitala. Najpierw trafiłem
na jakiś inny oddział, potem idąc korytarzami wyszedłem innym wyjściem, ale na
teren szpitala. W końcu dodzwoniłem się do żonki. Powiedziała mi, że wejść mam
przez izbę w pokoju nr 38, a moja kurtka jest w pokoju 48. I że mam wziąć
łyżwy, bo w bramie jest ślizgawka. Ja na szczęście byłem już za bramą…

Co było dalej, czy dotarłem do żonki?… tego już się nie dowiedziałem, bo
brutalnie obudził mnie budzik z pomocą kosiarzy za oknem.