Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Fajnie jest, gdy praca bawi :-)

Ostatnio miałem problemy z cieszeniem się pracą. Właściwie kombinowałem tylko co by robić, żeby nic nie robić i jak dotrwać do weekendu. W końcu jednak klient (czyli szef) sprowadził cztery serwery (dwa Sun Fire i dwa jakieś Supermicro) dla swoich klientów i miałem na tym postawić nasz system. Właściwie to miały być dwie instalacje – dla każdego klienta dwa serwery z których jeden miał zastępować drugi w razie awarii. Czyli miałem zrobić dwa klastry HA (High Availability).

Prawdę mówiąc nie miałem większego pojęcia na ten temat, więc się trochę bałem, czy w ogóle się uda. Na początku więc po prostu postawiłem cztery identyczne serwery. Potem szef zepsuł jedną maszynę Sun Fire i mogłem spokojnie się skoncentrować na budowie jednego klastra :-). Warto zaznaczyć, że wszystkie te maszyny stoją w Amsterdamie, a ja mam do nich dostęp tylko przez sieć: SSH (także do konsoli szeregowych) oraz interfejs WWW do zdalnego wyłącznika zasilania.

Nasz system oparty jest na Xenie, na listach Xena przeczytałem, że do zapewnienia redundancji dobrze mieć DRBD (dla dla replikacji dysków), albo iSCSI lub inne rozwiązanie SAN (jeśli przestrzeń dyskowa miałaby być współdzielona). Wyszło mi na to, że dla nas lepsze będzie DRBD. Zacząłem czytać o DRBD. Dowiedziałem się, że DRBD dobrze byłoby używać wraz z Heartbeatem. To się zabrałem za szykowanie pakiecików...

Po kilku przeróbkach PLDowych pakietów, po kilku kompilacjach kernela, Heartbeata i DRBD, w końcu udało mi się coś uruchomić. Najpierw niespecjalnie to działało, a ja kompletnie nie wiedziałem co sie na moich serwerach dzieje. Ale po trochu to rozpracowywałem. W końcu usługi się uruchamiały tam gdzie trzeba, a jak maszynę wyłączyłem, to przeskakiwały na drugą. Super. :-)

... ale to wszystko w konfiguracji Heartbeat w wersji pierwszej, która już podobno nie jest zalecana. No to włączyłem wersję drugą (crm yes w /etc/ha.d/ha.cf) i zabawa zaczęła się od początku: wszystko przestało działać, przestałem rozumieć co się dzieje i dalej trzeba było pakiet heartbeat poprawiać. Ale i to opanowałem i muszę przyznać, że sprawiło mi to niezłą frajdę. :-)

Ciekawe co jeszcze mogę w tym klastrze poprawić... bo inne rzeczy co czekają w kolejce, niestety, nie są już takie fascynujące... No cóż, kiedyś nuda musi wrócić.

No i ciekawe jak te klastry będą się zachowywać w warunkach produkcyjnych...

4 komentarze do wpisu „ Fajnie jest, gdy praca bawi :-)”


Kamerka pod Linuksem

Żonka ostatnio wspominała, że chciałaby mieć kamerkę internetową. Ja lubię takie zabawki, więc od razu podchwyciłem pomysł i postanowiłem jej kamerkę kupić. No to zajrzałem na Allegro co tam mają... cała masa do wyboru... no to biorę parę z brzegu i Googlam za ich wsparciem w Linuksie. Ciężko to idzie. Nic na temat wsparcia w Linuksie dokładnie tych urządzeń co znalazłem na Allegro w Google nie było. Jak coś znalazłem, co miało wsparcie, to albo tego na Allegro nie było, albo kosztowało więcej niż byłem w stanie zapłacić. Na Allegro był tak wielki wybór, że nie sposób było sprawdzić wszystkiego. Podobnie na wygooglanych listach sprzętu obsługiwanego przez Linuksa. Oczywiście każdy producent chipsetu zrobił interfejs po swojemu (urządzenia oparte o standard UVC się dopiero pojawiają i do tych najtańszych nie należą), a który chipset jest w której kamerce to dopiero po podłączeniu można stwierdzić...

Na Allegro i tak nie chciałem tego kupować (w końcu to kot w worku), uznałem, że wybiorę się do sklepu. Normalnie wziąłbym ze sobą listę obsługiwanego sprzętu, żeby porównać z tym co jest na półkach. Ale dostępne listy są olbrzymie... a i tak niekompletne... Poszedłem więc bez listy, parę popularniejszych nazw zapamiętałem, a w ogóle, to uznałem, że może trafię. I umówię się ze sprzedawcą, że jak nie uruchomię tego, to zwrócę...

No więc przyszedłem do sklepu. Przerażanie w oczach – chyba z dziesięć różnych kamerek na półce, żadna nie przypomina niczego o czym czytałem... No nic, mówię, że chcę kamerkę i nieśmiało dodaję ale taką, żeby działała pod Linuksem. A sprzedawczyni, ku mojemu zaskoczeniu, bierze jedną kamerkę z półki (i to chyba taką, jakiej żonka oczekuje – na laptopa, z klipsem) i mówi, że ta będzie na pewno działać. Okazało się, że był tam już jeden klient z takimi wymaganiami, przyszedł z laptopem i na miejscu sprawdził. Zapytałem jeszcze o parametry, bo kosztowała mniej niż byłem przygotowany na to wydać. Pani zaproponowała, że może podłączyć do jakiegoś laptopa i pokazać. Już brała jednego laptopa, ale stwierdziła: Ale ten ma zainstalowaną tę kurewską... oj, przepraszam... na nim jest ta Vista. Kobieta była rzeczywiście przerażona, że jej się takie słowo wymsknęło. Widać szczerze. :-D

W końcu dała mi jakiegoś laptopa z Windows XP, żebym sobie podłączył i sprawdził. Taaa... równie dobrze mogłaby mnie posadzić przed sterami helikoptera, żebym się przeleciał ;-). Ale jakoś sobie w tym egzotycznym systemie, i to jeszcze z jakimiś dodatkowymi przeszkadzajkami, poradziłem. Kamerka zadziałała, obraz był zadowalający (przynajmniej jak na tą cenę). Biorę.

Za sterownikami rozglądałem się wcześniej, więc jakiś miałem już w pracy skompilowany, dla najnowszego kernela PLD AC. Okazało się, że pasuje do tej kamerki. Załadował się bez problemu i xawtv pokazało obraz. Ale Ekiga marudziła, że nie może otworzyć urządzenia. Bałem się, że kamerka z Ekigą niezgodna (może dlatego, że JPEG)... ale okazało sie, że po prostu ten sterownik to V4L1, a w Ekidze miałem załadowane tylko V4L2. Doinstalowałem libpw-vide-v4l i ruszyło!

Teraz trochę danych praktycznych:

  • Kamerka to: A4Tech Evo Cam Note
  • Sterownik do niej to: gscpav1 (wersja: 20070110)
  • Aby ręcznie zbudować ten sterownik na PLD Ac trzeba:
    • Zainstalować pakiet kernel-module-build w wersji zgodnej z używanym kernelem (zrobić upgrade kernela i zainstalować najnowszy kernel-module-build)
    • Rozpakować źródła sterownika gdzieś w katalogu domowym.
    • Poprawić Makefile:

      Zamienić:

      default:
              $(MAKE) -C $(KERNELDIR) SUBDIRS=$(PWD) CC=$(CC)
      modules

      na (w przypadku używania kernela up, zamienić wszystkie smp na up):

      default:
              mkdir -p o/include/linux
              ln -sf $(KERNELDIR)/config-smp o/.config
              ln -sf $(KERNELDIR)/Module.symvers-smp o/Module.symvers
              ln -sf $(KERNELDIR)/include/linux/autoconf-smp.h
      o/include/linux/autoconf.h
              $(MAKE) SYSSRC=$(KERNELDIR) SYSOUT=$(PWD)/o O=$(PWD)/o -C $(KERNELDIR)
      CC=$(CC) prepare scripts
              $(MAKE) SYSSRC=$(KERNELDIR) SYSOUT=$(PWD)/o O=$(PWD)/o -C $(KERNELDIR)
      SUBDIRS=$(PWD) CC=$(CC) modules
    • Przelogować się na roota, skopiować zbudowany gspca.ko do /lib/modules/`uname -r`/misc, zmienić mu właściciela na root:root, odpalić depmod -a.

Dopiero teraz zobaczyłem, że w repozytorium PLD jest gspca.spec i się nawet buduje, więc można zapomnieć o tym, co napisałem wyżej i po prostu zbudować sobie pakiet. Wersja w specu jakby trochę inna, jeszcze nie sprawdzałem czy działa, najwyżej trzeba by speca nieco poprawić.

Update: Nagrałem mały testowy filmik, żeby pokazać co kamerka może. No, nie do końca pokazuje on co chciałem – podczas nagrywania obraz stracił nieco na jakości, bo nie znalazłem jeszcze sposobu na nagrywanie z tego w optymalnej jakości. Na bezpośrednim podglądzie w spcaview/xawtv/mplayer obraz jest odrobinę lepszy.

25 komentarzy do wpisu „ Kamerka pod Linuksem”


Rewolucja w kompie

Niedawno pojawiło się nowe XFCE: 4.4. Najpierw chciałem to w pracy sobie zainstalować, ale okazało się, że ani tego nie ma w PLD Ac, ani nie da się w tym Ac zainstalować. Instalacji Th wolałem nie ryzykować na maszynie która służy mi do pracy... co innego w domu, tam ostatnio używam jedynie CJC i Firefoksa. Uznałem, że dwie aplikacje jakoś do działania doprowadzę.

Upgrade nie był prosty. Masy rzeczy w repo Th brakuje. Wiele zależności jest zepsutych. Cała masa pakietów zbudowanych w Ac wymaga X11-*, albo XFree86-*, których w Th już nie ma (wystarczyłyby zależności od libX*, które pociągnęłyby odpowiednie pakiety xorg-*). Dodatkowo, żeby nie było za prosto, mam u siebie pomieszane pakiety 32- i 64-bitowe. Ale jakoś się udało...

Pierwsze co chciałem odpalić, to Xy. W końcu dla nowego XFCE jest ta cała szopka... Poprzednio używałem 64-bitowego X-serwera i zamkniętych sterowników ATI. Otwarte nie dawały akceleracji, a zamknięte nie działały, gdy X-serwer był 32-bitowy (generalnie większość systemu mam 32-bitowe), a kernel 64-bitowy (bo tylko taki pozwala mi odpalać binarki i 32- i 64-bitowe). Teraz chciałem spróbować z serwerem 32-bitowym i sterownikami Open Source, w końcu między X.org 7.0, a 7.2 coś mogło się zmienić...

Jedno się nie zmieniło – sterownik z X.org wciąż nie rozpoznaje mojej karty (ATI Technologies Inc RV370 secondary [Sapphire X550 Silent]) i obsługuję ją dopiero po dodaniu do xorg.conf: ChipId 0x5b60. Akceleracja 3D też nie ruszyła, chociaż sterownik DRM w kernelu się załadował i kartę poprawnie wykrył... logi sugerowały, że znowu może być coś z tymi bitami... Zainstalowałem więc 64-bitowy X-serwer z 64-bitowymi sterownikami. DRI ruszyło. Rozszerzenie "Composite" też. Mogłem podziwiać piękną przezroczystość w XFCE. Najpierw działało to strasznie wolno, ale po poprawieniu paru opcji da się tego używać. Jednak z OpenGL coś wciąż było nie tak... mimo że glxinfo pokazywało, że wszystko jest OK i nawet Direct rendering: yes. To glxgears nie działało. Znaczy się działało, ale nic nie wyświetlało. Podobnie wszystkie inne aplikacje 3D...

Spróbowałem więc zamkniętych sterowników... musiałem przebudować, bo w Th były stare, niekompatybilne z nowymi Xami. Nowe się zbudowały, nawet działały, ale bez akceleracji 3D. Linker dynamiczny nie mógł znaleźć jakiegoś symbolu od DRI w modułach X-serwera... pewnie te zamknięte binarki nie są zgodne z naszym buildem X.org... no cóż, tym razem lepiej wypadły sterowniki otwarte.

Wróciłem do otwartych sterowników i spróbowałem jeszcze czegoś: zainstalowałem 64-bitowe glxgears... i ruszyło. Czyli tym razem, pod 64-bitowym kernelem, nie tylko X-serwer musi być 64-bitowy, ale i wszystkie aplikacje OpenGL. Przykre... ale chwilowo mogę z tym żyć. Ostatnio i tak wiele takich aplikacji nie używam. Właściwie, to tylko StepManię.

Dzisiaj więc postanowiłem sobie skompilować StepManię na 64-bity. Środowisko do budowania zrobiłem sobie w chroocie z czystym 64-bitowym Th. Zainstalowałem co StepMania potrzebowała i zacząłem budowanie. Od razu się wykrzaczyło... SM jest w C++, a C++ ma to do siebie, że kod napisany dla starszego kompilatora często nie da się skompilować nowszym. W PLD Th mamy GCC 4.2 i to GCC kodu StepManii nie polubiło. Jednak potrzebnych poprawek nie było dużo i większość z nich była nawet dla mnie (nie znającego i nie lubiącego C++) oczywista. W końcu się skompilowało. I nawet dało się uruchomić.

Skompilowana przez mnie StepMania działała, ale tak jakby nie do końca. Nie dało się wejść do ustawień gry, a rozpoczętej gry nie dało się wygrać. Jak się poprawnie przeszło którąś piosenkę, to maszyna puszczała ją od początku. Można by się było zajechać ;-). Podczas kompilacji widziałem warningi dotyczące, między innymi, strict aliasing rules, więc postanowiłem spróbować kompilacji z innymi opcjami. Okazało się, że skrypt configure StepManii na sztywno ma wpisane -O3. To już mogło sprawiać problemy. Zmieniłem na -O2 i dodałem -fno-strict-aliasing i całość skompilowałem od nowa. Podczas kompilacji ćwiczyłem sobie na tej niedorobionej binarce – ciekawie się gra, gdy komputer się czasem zagapi i nie zauważy, że się strzałkę wcisnęło na czas. ;-)

Po kilkunastu minutach miałem nową 64-bitową binarkę gotową. I tym razem działa dobrze. To sobie jeszcze kiedyś poskaczę. :-)

W kolejce czeka zbudowanie GComprisa dla Krysi, bo stare wyleciało razem z Ac (w Th tego brak).

9 komentarzy do wpisu „ Rewolucja w kompie”


fstab-sync zniknął?

Miesiąc temu opisałem jak sprytnie skonfigurowałem sobie czytnik kart w moim nowym komputerku. Dzisiaj chciałem sobie tym sposobem zgrać zdjęcia z karty CF. Wkładam kartę, robię mount /media/cf... i nie ma takiego katalogu. W fstabie też żadnej wzmianki o włożonej karcie, mimo że wciąż jest nagłówek: # This file is edited by fstab-sync - see 'man fstab-sync' for details. Chciałem spróbować odpalić fstab-sync ręcznie... ale nigdzie nie ma czegoś takiego...

Szukam poldkiem po pakietach – nie ma. Zaglądam do hal.spec i dowiaduję się, że fstab-sync zostało usunięte ze źródeł. Zaglądam do ChangeLog i dowiaduję się tylko tyle, że zostało usunięte. Ani słowa na temat dlaczego i co w zamian. Na stronach Hala wyszukiwanie hasła fstab-sync nie pokazuje nic.

No pięknie... niech ja jeszcze się kiedyś jakąś ciekawą technologią zainteresuję... Ciekawe, czy jak skonfiguruję udev, żeby mi robiło symlinki dla urządzeń czytnika kart, to też to za miesiąc przestanie działać...

11 komentarzy do wpisu „ fstab-sync zniknął?”


Zmiany, zmiany, zmiany...

Zaczęło się tak niepozornie... Jednak od tamtego czasu trochę dla tego gościa zrobiłem... I w sobotę przyleciał do Gliwic z Amsterdamu, specjalnie, żeby omówić sprawę ewentualnego zatrudnienia mnie na pełen etat... Dzisiaj aktualnemu pracodawcy złożyłem wypowiedzenie.

Od chyba ośmiu lat pracuję jako administrator w jednej firmie. Robota administratora zasadniczo mi odpowiada, ale potrafi dać w kość. Szczególnie dyżurna komórka jest stresująca, nawet jeśli rzadko dzwoni. Poza tym, sama firma też mi dała w kość. Nie na tyle, żeby już dawno z niej uciec, gdziekolwiek indziej, ale wystarczająco, by nie mieć wielu wątpliwości gdy pojawia się lepsza oferta. Jednak wątpliwości były – najbardziej szkoda tej całej infrastruktury którą stworzyłem, właściwie od zera – konfiguracja serwerów, architektura sieci, oprogramowanie/oskryptowanie które to wszystko napędza...

Bez wątpienia w dotychczasowej pracy wiele się nauczyłem. Zarobki spokojnie wystarczają na życie na całkiem sensownym poziomie. Mając dostęp do firmowej infrastruktury mogłem rozwijać swoje pasje, mogłem też wspomóc inne projekty – np. PLD builderem AMD64 i systemem zgłaszania błędów. Wciąż tam mam swój JID...

Koledzy obiecali, że zaopiekują się serwerem Jabbera. Infrastruktura PLD może i też mogłaby zostać, ale, że nikt blisko związany z PLD w firmie nie zostaje, to pewnie jednak będzie to trzeba gdzieś przenieść. Swoją pocztę i swoje WWW wyniosłem już dawno. Przeniesienie list dyskusyjnych moich projektów to tylko kwestia czasu.

Szef moje wypowiedzenie przyjął spokojnie. Najbardziej zaskoczony był kolega, który nie spodziewał się tak szybkiego awansu. Koleżanki się zapłaczą... ;-)

Nową pracę zacznę jak mi się skończy okres wypowiedzenia, czyli na początku lipca, albo wcześniej, jeśli koledzy wcześniej uznają, że poradzą już sobie sami. Prawdopodobnie doczekam jeszcze pierwszej instalacji światłowodowej w firmie :-).

W nowej pracy też będę trochę adminował, ale nie to ma być moim głównym zadaniem. Trudno właściwie powiedzieć kim dokładnie będę. Chyba po prostu developerem w szerokim tego słowa znaczeniu. W tym programistą, chociaż tego chciałem uniknąć. Do tego analitykiem, projektantem i czymśtam jeszcze, po trochu.

Mimo, że płacę mam ustaloną w Euro, to pracować mam tutaj, na miejscu. Dostanę jakieś malutkie biuro, z biurkiem i komputerem i jakoś będę miał sobie radzić. Jak szefa dwa razy do roku zobaczę na oczy, to będzie dobrze. Zresztą, po roku mogę już tej pracy nie mieć, jeśli to przedsięwzięcie nie wypali (co zapewne będzie w dużej mierze zależało ode mnie). Jednak mam zamiar spróbować – warunki są, jak dla mnie, jak najbardziej zachęcające.

Klamka zapadła... zobaczymy co będzie dalej...

33 komentarze do wpisu „ Zmiany, zmiany, zmiany...”


Backup głupku!

Już jakiś czas stwierdziłem, że dysk w moim drewnianym serwerku Tropku jest stanowczo za wolny i trzebaby coś z tym zrobić. Jednocześnie przyszedł czas, żeby wymienić 18GB dysk SCSI (Ultra160, 10000RPM) w desktopie na coś większego. Na urodziny zebrało mi się trochę gotówki, to zacząłem zakupy. Kupiłem nowy dysk do desktopu (praktycznie taki sam jak stary, IBM z tej samej serii, ale 36GB i ze złączem SCA), ustrojstwo do podłączenia tego dysku, kontroler SCSI do Tropka i pamięć do Tropka (wymiana dysku, gdy pamięci było tylko 256MB, mogłaby być nie w pełni uzasadniona). Pamięć kupiłem niewłaściwą, więc wstrzymałem się z dalszymi zakupami do czasu rozwiązania tego problemu.

Mając dysk (wyciągnięty z desktopa po zamianie na 36GB) i kontroler nie mogłem tego od razu zamontować w Tropku, bo Tropek ma tylko jedno złącze PCI, w którym siedzi sieciówka, przez którą nam do domku spływa ten cały Internet... Mój szatański plan był taki: sieciówkę wymienić na taką na USB, dodatkowo zaopatrzyć się w adapter USB<->IDE i podłączyć ten powolny dysk IDE na zewnątrz serwerka. Co się ma te 40GB marnować...

W zeszłym tygodniu udało mi się wreszcie dostać właściwą pamięć do tropka. Zamontowałem, działa, więc postanowiłem powrócić do wymiany dysku. Zamówiłem na Allegro kartę sieciową USB i ten adapter USB<->IDE. Przyszły w poniedziałek. Kartę sieciową podłączyłem od razu -- to nie wymagało specjalnych przygotowań. Zadziałała całkiem ładnie. Zachęcony tym, postanowiłem jak najszybciej zamontować i dysk. We wtorek przymocowałem do szafki eleganckie mocowanie do dysku, a wczoraj miałem dokończyć robotę.

Nie była to banalna operacja. Pierwsza sprawa – trzeba było do stanowiska pracy Tropka doprowadzić zasilanie dla zewnętrznego dysku. Do tego musiałem korki wyłączyć (to trzebabyło zrobić w czasie, gdy żonka nie chce nic w TV oglądać, ani na komputerze robić) i trochę przy kabelku podłubać (nie chciałem tam pakować normalnej listwy zasilającej, to miałem za swoje). Potem pozostało tylko zamontowac nowy dysk i przegrać istotne rzeczy ze starego.

Do kopiowania dysku postanowiłem użyć PLD Rescue CD. Wciąż miałem jedno przygotowane do bootowania przez sieć. Niestety z zabootowaniem tego miałem sporo problemów. Winnym okazało się zmienione MTU na maszynie serwującej obraz po TFTP. Po zabootowaniu załadowałem sterowniki kontrolera i dysków SCSI i usb-storage i zacząłem kopiować partycje: cat /dev/sdb3 > /dev/sda2. Marnie szło, to zamieniłem to na bardziej przyjazne: pipemeter < /dev/sdb3 > /dev/sda2.

Okazało się, że w tym RescueCD chyba coś skopane były sterowniki usb-storage i po przekopiowaniu kilkudziesięciu MB dysk znikał z systemu. Podłączyłem więc dysk do desktopa i tam skopiowałem zawartość tej jedynej "normalnej" partycji, czyli /boot. Potem przez SSH poszło na Tropka. Bez problemu i się nawet zamontowało. Ale samo /boot systemu nie czyni... Pozostałe systemy plików były w LVM, na partycji /dev/sdb3. No więc robię lvscan i nie ma. vgscan... nie ma. file -s /dev/sdb3... data. Zamiast phisical volume LVM są jakieś śmieci. Super...

W tym momencie przypomniałem sobie o backupie. Przecież do backupów sobie kupiłem nagrywarkę DVD i skonfigurowałem Baculę. I nawet jakiś backup Tropka miałem... ostatni z początku lutego. Zawsze lepiej niż nic. Ale czemu nie wpadłem na to, żeby zrobić świeży backup przed eksperymentowaniem z dyskami???

Z backupu najpierw odzyskałem metadane LVM. Przy pomocy pvcreate i vgcfgrestore udało mi się je odtworzyć. Znowu zobaczyłem wszystkie wolumeny, większość z nich dała się też bez problemu zamontować. Poza jednym... root. No to e2fsck... kupa. e2fsck -B 8193... kupa... przypomniałem sobie, że tam miałem akurat XFS, a nie EXT3... No to xfs_repair... przeszło. Montuję... i mam jeden katalog lost+found z masą niezidentyfikowanych katalogów i plików. Jeden z katalogów udało się zidentyfikować jako /etc, inny jako nasze obrazki do Joggerów. No to najważniejsze są, reszta w miarę aktualna w backupie.

Skopiowałem to /lost+found gdzie indziej, założyłem filesystem od nowa (tym razem EXT3), odzyskałem zawartość z tego lutowego backupu, pojedyncze pliki uaktualniłem ręcznie, lub przekopiowałem z lost+found i właściwie serwerek można było uruchomić. Było jeszcze parę drobnych komplikacji ale w końcu Tropek ruszył na swoim miejscu. Mogliśmy iść spać...

...ale nie mogliśmy zasnąć. Nowy dysk okazał się stanowczo za głośny. Żonka zdecydowała, że trzeba go na noc wyłączyć i rano nie włączać, żeby nie stresować teściowej. Byłem więc dzisiaj do wieczora bez poczty. Może i dobrze, bo w pracy też się nieźle pokaszaniło (tym razem nie moja sprawka), więc mi roboty nie brakowało.

Po pracy ruszyłem do Praktikera poszukać jakiś materiałów do wyciszenia maszyny. Kupiłem jakieś samoprzylepne filcowe ślizgi do mebli, jakieś gumowe (tak myślałem, okazało się, że z twardego plastiku) nóżki, trochę śrubek i podkładek. W domu zacząłem kombinować. Rozwierciłem dziury, sanki przykręciłem do obudowy poprzez filc. Podobnie dysk do sanek. Do tego zrobiłem dziurę w klapie, żeby się domykała, mimo odstającego złącza SCSI. Dziurę od zewnątrz też obudowałem filcem. Chyba jest trochę lepiej. Przekonamy się jak wyłączymy desktopa i pójdziemy spać...

Po postawieniu tropka na miejsce zabrałem się za naprawianie tego, co jeszcze było zepsute. Okazało się, że praktycznie wszystkie nasze ostatnie obrazki z Joggerów zostały zniszczone. To co znalazłem w lost+found to śmiecie. Poza tym wielkich strat nie widzę... Dobrze że żona ostatnio w dobrym humorze...

Update: Nie sugerujcie się zbytnio tym desktop... to tylko zastosowana tutaj nazwa kodowa dla naszej maszynki, która do postawienia na biurko się średnio nadaje ;-). Komputer ten znany jest także jako duży, albo nic.

10 komentarzy do wpisu „ Backup głupku!”



[szpieg] Jesteście obserwowani...