Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Blog Day 2008

Zastanawiałem się czy ta akcja ma sens... i dalej nie wiem, ale jak jest okazja zarekomendować blogi, które chętnie czytam, to czemu nie. :-)

No to jedziemy, alfabetycznie, bo nie ma co wartościować. No i jak jakiś blog się nie załapał, to nie znaczy, że jest gorszy. Może po prostu akurat teraz nie przyszedł mi do głowy, albo uznałem, że promocji nie potrzebuje. :-)

  • e-Lady – dziewczyny prowadzą sklep z bielizną i niezwykle ciekawego bloga, wcale nie o tej bieliźnie (no, przeważnie nie).
  • Fraglesi – z przymróżeniem oka o aktualnej polityce i nie tylko (np. jest parę wpisów o Kocie Romanie).
  • Grace the Spot – blog założony przez dwie i prowadzony w sumie przez sześć Gracji – świat oczami lesbijek (a głównie USA i środowisko tychże lesbijek). Szczególnie przyjemny jest cykl Stuff Lesbians Like.
  • k.o.Kaina – niewulgarnie o seksie, a do tego obrazki.
  • Siwa – klasyka Joggera. Niestety, ostatnio mało aktywna. Jednak, jak już się jakiś wpis zdarzy, to zwykle rozbawia jak dawniej.

Można zauważyć, że na liście brakuje tech-blogów, czy innych specjalistycznych – właściwie wszystkie to spojrzenie autorów na otaczający ich świat i osobiste przemyślenia na ten temat (kompatybilne z moim światopoglądem), najlepiej z pewną dozą humoru. To chyba jest to, czego ja szukam na blogach.

3 komentarze do wpisu „ Blog Day 2008”


Pranie

Plecak, z którym chodzę do pracy, na wycieczki i właściwie wszędzie, gdzie kieszenie mogą mi nie starczyć do noszenia całego bajzlu, był już trochę brudny. Jakiś czas temu wraz z żoną uznałem, że trzeba by go albo wyprać, albo kupić nowy. Postanowiliśmy zacząć od pierwszej, tańszej opcji. No więc parę dni temu żonka mi plecak wyprała...

Do prania trzeba było oczywiście plecak opróżnić, o czym żonka najwyraźniej pamiętała, bo w rogu pokoju pojawiła się kupka z dawną zawartością plecaka: teczka z papierami, jakieś śmieci... i jedna podpaska (wciąż nie rozumiem skąd ona się wzięła w moim plecaku). Niby czegoś brakowało, ale poza wyrzuceniem ewidentnych śmieci nie zajmowałem się bardziej tą stertą... aż do dziś.

Koniec weekendu, więc trzeba było się spakować do pracy. Teczka z papierami – zawsze w torbie była. Ale było tam coś jeszcze, jakaś elektronika przecież. Zaglądam więc do odpowiedniej kieszonki plecaka... i jest. Zwinięta kulka ze słuchawek do telefonu i dwóch pendrive'ów na smyczy PLD Linux. Wszystko czyściutkie, oczywiście. %-)

Rano, po przyjściu do pracy, zaryzykowałem i podłączyłem pendrajwy do komputera. I działają! Oba. Nawet dane są na miejscu. :-)

A więc, jeśli komuś kiedyś się jakiś usb-stick przypadkiem uświni, to polecam pralkę automatyczną. O parametry prania i markę proszku do prania proszę pytać żonę. ;-)

12 komentarzy do wpisu „ Pranie”


Jak kupowałem wodoodporne etui na telefon...

Już wcześniej pisałem o tym, że do turystycznej nawigacji używam telefonu komórkowego i modułu GPS na bluetooth. I nawet zastanawiałem się nad tym, czy można by to jakoś na rowerze zamocować. Moduł GPS nie jest problemem – można go chociażby w kieszeni trzymać, ale ekran telefonu dobrze byłoby widzieć. No, ale jak nawet przymocuję telefon jakoś do roweru, to co jak zacznie padać? Albo jak czymś lub o coś tym telefonem stuknę? Uznałem więc, że o czymś takim mogę zapomnieć... aż znalazłem odpowiedni wątek na forum TrekBuddy.

Obudowa BoxIt wraz z mocowaniem rowerowym spełniłaby moje wymagania. No, kosztuje trochę, ale da się przeżyć. Gorzej, że z dyskusji na forum wynikało, że jedyny dystrybutor tych produktów w Polsce (sklep www.bergson.sklep.pl aka PPHU Alpros) jest nieco podejrzany i ma nie najlepsze podejście do klienta. No ale albo tam, albo nigdzie (no chyba, że gdzieś zagranicą). Postanowiłem zaryzykować...

Najpierw obejrzałem ofertę na Allegro, bo i tam ta firma sprzedaje, a wiadomo, na Allegro zawsze trochę pewniej. Niestety, tam była jedynie duża wersja obudowy (chciałem mniejszą) i nie mieli tam uchwytów rowerowych. Postanowiłem więc kupić w bergson.sklep.pl...

Złożyłem zamówienie. W sumie wyszło 92,20 zł. Wkrótce miałem dostać potwierdzenie zamówienia i dane do wpłaty (numer konta). No i za chwilę dostałem pierwszego maila (pisownia oryginalna, mój adres usunięty):

Date: Thu, 17 Jul 2008 12:36:27 +0200
From: -- mój adres --
Subject: Potwierdzenie przyjęcia zamówienia
To: -- mój adres --

Dziękujemy za złożenie zamówienia
niebawem (dziś lub jutro) otrzymasz potwierdzeniejego przyjęcia
w formie e-mail na adres podany na zamowieniu
wraz z danymi do dokonania przelewu. 
Nie wpłacaj zanim go nie otrzymasz.

No cóż... pełen profesjonalizm. I widać założyli, że nikt nie będzie miał interesu na ten mail odpowiadać. Oczywiście kolejnego maila nie dostałem ani dziś, ani jutro do wieczora... upomniałem się więc, bo po cichu liczyłem, że zabawkę dostanę przed wyjazdem na urlop. W końcu dostałem kolejnego maila:

Date: Mon, 21 Jul 2008 12:26:55 +0200
From: "Sklep bergson.sklep.pl" <sklep@bergson.sklep.pl>
Subject: Potwierdzenie dostepnosci towaru
To: -- mój adres --
Content-type: text/html; charset=iso-8859-2

   Kwotę zamówienia ( 92.2 zł ) proszę wpłacić na poniższe konto:

   Dane do przelewu:

   PPHU Alpros

   ul.11-go Listopada 58

   05-092 ŁOMIANKI
   MBANK
   54 1140 2004 0000 3502 4067 6710

   Dane banku dla przelewów zagranicznych:
   proszę zaznaczać pokrycie kosztów
   banku nadawcy  bo odbiorcy (my) jest darmo !

   IBAN  PL54 1140 2004 0000 3502 4067 6710
   SWIFT BREXPLPWMBK



   TYTUŁ PRZELEWU BEZWZGLĘDNIE MUSI ZAWIERAĆ(w podanej kolejności)
   1. nr zamowienia ( xxx/2008 : -- moje dane -- )
   2. podanie kosztów wysyłki  KOSZT WYSYŁKI ( 4.20 zł )
   3.wyraz PRIORYTET jeżeli dopłaciłeś za niego 1 zł

   oto przykład:
   xxx/2008   koszt wysylki 4.20 zł      PRIORYTET

   Przesyłkę powinieneś otrzymać w ciągu max 5 dni

   Wydrukuj sobie tę stronę jeżeli robisz przelew osobiście ( bank lub poczta)
   i zapamiętaj lub zapisz nr. zamówienia ( xxx/2008 : -- moje dane -- )
   identyfikuj się nim przy jakiejkolwiek korespondencji .
   Na wpłatę czekamy 3 dni , po których zamowienie zostanie anulowane
   więc prosimy nie zwlekać.
   Jest to konieczność aby żartownisie nie blokowali towaru
   który być może ty chcesz kupić

   Nr zamówienia: xxx/2008

   Zamówienie:

   -- moje dane --
   -- mój e-mail --

   -- mój adres --

   =======================================

   Nazwa: etui GSM wodoszczelneBOXIT small aqua
   Nr katalogowy: BOX 511130S
   Rozmiar: ONE SIZE
   Cena: 69.00

   Nazwa: Klips rowerowyboxit
   Nr katalogowy: BOX BIKEADAP
   Rozmiar: ONE SIZE
   Cena: 19.00

Fajnie, czyli mają towar, mogę płacić, wkrótce przyjdzie... jak dobrze pójdzie (pod koniec tygodnia wyjeżdżam, najwyżej paczka na poczcie poczeka). Zaraz zleciłem przelew według instrukcji, wliczają tę złotówkę za priorytet. W końcu zależy mi na czasie...

Czekałem na jakieś potwierdzenie przyjęcia wpłaty i wysyłki towaru, a dostałem... drugie potwierdzenie dostępności towaru... a raczej jego niedostępności:

Date: Wed, 23 Jul 2008 13:23:56 +0200
From: "Sklep bergson.sklep.pl" <sklep@bergson.sklep.pl>
Subject: Potwierdzenie dostepnosci towaru
To: -- mój adres --
Content-type: text/html; charset=iso-8859-2

   zabrakło klipsów rowerowych
   wysyłać etui i zwrot wpłaty za klips ?

   Nr zamówienia: xxx/2008

[...]

No, jaja se robią! Ale, ja spokojny człowiek jestem, uznajmy, że czasem może się zdarzyć... Odpisałem tylko, że bez klipsa mi to etui jest na nic i, że proszę o zwrot całej wpłaty. Odpowiedzi się nie doczekałem. Biedniejszy o te 93 złote pojechałem na urlop. Po powrocie nic się nie zmieniło, więc wysłałem kolejnego maila...

Od tamtego czasu do wczoraj nie dostałem od nich żadnej odpowiedzi. Parę razy próbowałem się też dodzwonić na numer podany na stronie, ale tylko automatyczna sekretarka się zgłaszała. Raz nawet się nagrałem, chociaż nie lubię, podając numer zamówienia i żądając zwrotu pieniędzy albo wysyłki towaru.

Przedwczoraj uznałem, że to już przestało być śmieszne, czy raczej żałosne i wysłałem mniej miłego maila (pod tytułem Gdzie moje pieniądze?! Bergson = oszuści?), z dwóch moich kont pocztowych (jajcus.net i gmail), na wszelkie adresy e-mail które znalazłem dla Bergson.sklep.pl/Alpros. Załączyłem całą poprzednią korespondencję. Kolejnym krokiem byłby oficjalny list polecony za potwierdzeniem odbioru, najeżony paragrafami... albo od razu zgłoszenie na policję.

Wczoraj jednak dostałem odpowiedź... na mojego maila z szóstego sierpnia (po powrocie z urlopu):

Date: Thu, 21 Aug 2008 18:49:45 +0200
From: jacek <jacek@bergson.sklep.pl>
Subject: RE: Potwierdzenie dostepnosci towaru
To: -- mój adres --

   -----Original Message-----
   From: -- mój adres --
   Sent: Wednesday, August 06, 2008 10:35 AM
   To: Sklep bergson.sklep.pl
   Cc: jacek@bergson.sklep.pl
   Subject: Re: Potwierdzenie dostepnosci towaru



   On Wed, Jul 23, 2008 at 01:23:56PM +0200, Sklep bergson.sklep.pl wrote:

   > zabrakło klipsów rowerowych

   > wysyłać etui i zwrot wpłaty za klips ?



   Nie dostałem odpowiedzi na moją prośbę o zwrot całej wpłaty CZY MOGLBYS WYSLAC MI TEN MAIL Z PROŚBĄ W POSTACI ZAŁĄCZNIKA ?,
   ani tego

   zwrotu. Czy to znaczy, że klipsy się jednak znalazły i lada dzień

   dostanę przesyłkę? Jeśli nie, to proszę o zwrot wpłaty.



   Mój numer konta:

   xx xxxx xxxx xxxx xxxx xxxx xxxx  (Bank PEKAO S.A)



   -- mój podpis --

   >    Nr zamówienia: xxx/2008
   [...]

Tak, większość treści, to mój e-mail. Odpowiedź wciśnięta gdzieś w środku. Człowiek, który nie umie na e-mail odpowiedzieć bierze się za interesy w Internecie... straszne. Wspomniany załącznik musiał dostać z ostanim mailem, a nawet jeśli nie dostał, to miał wszystko, czego potrzebował, no ale cóż... odpowiedziałem, załączyłem odpowiedniego maila...

Odpowiedzi oczywiście nie dostałem, ale, jakimś cudem, dzisiaj na koncie pojawił się zwrot mojej wpłaty. Jakbym go dostał od razu, to bym nawet podziękował... a tak to raczej sobie daruję.

Zamawiając tę obudowę liczyłem się, że zakup może pójść nie tak, ale nie spodziewałem się aż takich atrakcji. Chciałem tu całość jakoś podsumować... ale brak mi słów. Na pewno tej firmy nie polecam.

P.S. A wie ktoś może, gdzie taką obudowę, albo coś podobnego dostanę?

8 komentarzy do wpisu „ Jak kupowałem wodoodporne etui na telefon...”


Wybrałem się wreszcie na basen

Na moje dolegliwości, wśród różnych form aktywnego wypoczynku, podobno najlepszy jest basen. Powinienem więc na basen chodzić. Ale najpierw trzeba było wydobrzeć po operacji, potem jechałem do sanatorium, potem cośtam, potem urlop po urlopie remont u Krysi... potem coś mnie jakiś katar zaczął łapać, a wczoraj samochód śmierdział (po odgrzybianiu klimy)... ;-) Można by to w nieskończoność ciągnąć.

Dzisiaj więc się w końcu wybrałem. Katar i tak pewnie mi przez pół roku nie przejdzie, a samochód już prawie nie śmierdzi. Basen okazał się nawet czynny (jeszcze przez parę dni, bo od 25. przerwa techniczna). Co więcej, czynne okazały się nawet sauny, które w zeszłym roku były ciągle (gdy tam zaglądałem) modernizowane (tylko planowany termin zakończenia prac się zmieniał.

Przez jakieś czterdzieści minut sobie pływałem. Głównie na plecach, bo na brzuchu to właściwie tylko niekrytą żabką umiem, a to podobno niewskazane. Za to wyczytałem, że żabka na plecach wręcz przeciwnie... więc tak sobie na plecach nóżkami wymachiwałem...

Po pływaniu postanowiłem się przyjrzeć saunom. Chciałem poczytać regulamin (czy jest np. coś o obowiązkowym stroju), ewentualnie pooglądać z zewnątrz. Większość informacji była jednak w środku, z zewnątrz tylko kartki o tym, że ręcznik obowiązkowy (nie było widać, żeby ludzie się bardzo tym przejmowali) i jak wejść. Ciekawość jednak wygrała – wziąłem ręcznik, przyłożyłem dynksa do czytnika i wszedłem, licząc na to, że pieniędzy mi starczy.

Były tam cztery sauny: sucha, mokra, na podczerwień i łaźnia parowa. Oprócz tego szatnia (raczej dla tych co wchodzą nie od strony basenu), wucet, prysznice i jakaś wanienka (pewnie to jakaś specjalna atrakcja, której nie obadałem). Kręciło się tam parę osób – wszystkie w strojach kąpielowych, jak można było się spodziewać. Będąc tam sam wolałem się nie wyróżniać i też kąpielówek nie zdejmowałem. Wybrałem saunę suchą – po pierwsze ją znam, po drugie miała chyba najkrótszy zalecany czas zabiegu, a ja kasy w portfelu miałem mało. Jeśli klepsydra była na piętnaście minut, do w saunie byłem najpierw jakieś osiem, potem może z pięć minut. Przed, po i pomiędzy oczywiście prysznic. Nawet było miło (chociaż z kąpielówkami to nie to samo), ale jednak to niekoniecznie rozrywka na lato. No i zawsze przyjemniej w rozebranym kobiecym towarzystwie ;-) (dzisiaj w saunie siedziałem sam).

W sumie byłem na basenie z sauną troszkę ponad godzinkę. I zapłaciłem ponad dwadzieścia złotych. Dobrze, że nie więcej, bo nawet złotówka mi nie została. %-). Ciekawość zaspokoiłem z tej sauny w najbliższym czasie już chyba nie będę korzystał, ale na basen warto będzie się jeszcze wybrać.

4 komentarze do wpisu „ Wybrałem się wreszcie na basen”


Burze w Gliwicach

[błyskawica]

Zaczęło się w czwartek wieczorem – trochę pomruczało i popadało. Burze były chyba przez całą noc, ale obudziliśmy się dopiero o 6:20 – dokładnie, to obudziły nas jakieś smętne kościelne śpiewy (no cóż, święto jakieś). Wkrótce przestało być słychać śpiewy, bo nadchodziła burza. Błyski, grzmoty, ściana wody za oknem, chwilami sypał grad. Przed naszym blokiem łączyły się dwa potoki, dalej nie było widać...

Gdy się trochę uspokoiło zobaczyliśmy, że na główniejszej ulicy też rzeczka płynie, jak przejeżdżał samochód, to zostawiał za sobą ścianę wody. Później jakby wszystko spłynęło i wyschło, słońce wyszło i na pierwszy rzut oka po burzy dużego śladu nie było... wyszliśmy więc zajrzeć do mieszkania i na działkę teściów (mieliśmy się zaopiekować)...

Już po drodze było widać ślady wody, szczególnie w parku było widać ślady płynących tędy potoków. U teściów wyjrzałem przez okno – tam kiedyś po większych deszczach był zawsze widok na wielkie bajora na łąkach... Teraz w tamtym miejscu stoją centra handlowe, pod którymi robiono porządne odwodnienie... nie spodziewałem się zobaczyć niczego ciekawego. Jednak, przy salonie Norauto zobaczyłem jakby małe jeziorko... postanowiliśmy, że zajrzymy tam po drodze na działkę...

Rzeczywiście, było tam jeziorko. Centrum Norauto stało na wysepce, a wokół pełno wody. Z wody leciały bąbelki... Kawałek dalej drugie, śmierdzące, bajorko. Wydawało ono dziwne sycząco gwiżdżące odgłosy... okazało się, że to studzienki kanalizacyjne pod spodem wsysają tę wodę... Podeszliśmy jeszcze do rzeki, zobaczyć jaki tam poziom wody... niższy niż tych bajorek, ale sporo wyższy niż zwykle. I widać było, że wcześniej wody było jeszcze z pół metra więcej. Kolektor kanalizacji burzowej był prawie całkiem zanurzony – nie dziwne, że odwodnienie dawnych łąk nie dawało rady...

Udaliśmy się na działkę. Szliśmy od strony rzeki i widzieliśmy, że te najniżej położone działki są całe zanurzone w wodzie. Od tej strony nie było nawet jak wejść na teren ogrodu. Poszliśmy naokoło... okazało się, że większość działek jest pod wodą. Było nawet widać miejsca, gdzie wybiły studzienki kanalizacyjne (co wyjaśniało zapach). W końcu podeszliśmy do teściowej działki, od góry. Okazało się, że cała stoi w wodzie, ale jako jedna z ostatnich (właściciele działek położonych wyżej mieli więcej szczęścia). No to więcej ogórków już w tym roku nie będzie. :-)

Do domu poszliśmy wałem przy Góry Chełmskiej. Przed pierwszym blokiem facet suszył samochód. Najwyraźniej trzymał go w garażu pod blokiem. Dalsze kilka bloków stało w wodzie, piwnice raczej kompletnie zalane. Kobiety próbowały robić jakiś porządek, a półnadzy faceci w oknach przyglądali się zalanym podwórkom, garażom i komórkom. Tam nie powinno być żadnych zabudowań mieszkalnych... ale cóż, kiedyś jakiś idiota postanowił jednak coś zbudować. A stary wał (pewnie przeciwpowodziowy) teraz tylko pogarsza sprawę zatrzymując wodę w tej niecce.

Przez resztę dnia było gorąco, parno, a chwilami nawet słonecznie. Wybraliśmy się na Jarmark Średniowieczny do Chudowa, ale w tym tłumie w takiej duchocie nie dało się długo wytrzymać. Wieczorem chcieliśmy wybrać się do kina... ale wróciła burza. Postanowiliśmy więc spróbować porobić burzowe fotki szczególnie, że aktualnie mamy do tego całkiem niezłe warunki – Krysia na wakacjach, a jej pokój pusty, bo dopiero co był malowany. Nawet zasłon nie ma – spokojnie można było rozstawić statyw i otworzyć okno z widokiem na burzę.

Jednak, tego wieczora nie udało się nic ciekawego złapać. Jakoś nie chciało błyskać we właściwym miejscu. Do tego bateria w aparacie była prawie rozładowana. Burza przeszła a myśmy poszli spać. Przed snem żona jeszcze poprosiła, żeby ją obudzić, jakby znowu błyskało...

Śniły mi się tornada i wyjazd do Gruzji... w końcu obudziła mnie burza. Budzę Iwonkę mówiąc, że się błyska. A niech się błyska, padła odpowiedź. Widać żonce się dobrze spało i ochota na fotografowanie przeszła... Ja uznałem, że najwyżej sam się pobawię... i jak wtedy nie błysło i nie huknęło! Żonka była pierwsza przy aparacie. :-)

My średnio przytomni, a burza waliła prawie zaraz za oknem. Wszystko razem sprawiało, że nie do końca wiedzieliśmy co się dzieje. Ika wciskała spust migawki, ja jej coś przeszkadzałem... ale chyba się złapało... tak... całe prześwietlone – biały prostokąt tylko. Trzeba było zmienić parametry ekspozycji. Nam zaspanym ciężko było coś konkretnego ustalić, a do tego trzeba było na jakiś czas zamknąć okno, bo padało do pokoju, ale w końcu wyklikałem: czas 1s i ekspozycja -4EV. Z nocno-deszczowego widoku za oknem łapały się tylko światła, błyskawica powinna też się złapać... ale burza już sobie poszła, na drugą stronę. No cóż, poszliśmy znowu spać.

Jakiś czas później znowu obudziła nas nadchodząca burza. Pioruny waliły gdzieś daleko, ale najwyraźniej się zbliżały. Wstaliśmy więc i podeszliśmy do aparatu i okna. Parametry pozostały takie, jak ustawiłem poprzednio i tylko żonka trzymała przycisk spustu migawki... klik, klik, klik...

[błyskawica] [błyskawica] [błyskawica]

W sumie przez noc zrobiliśmy jakiś tysiąc zdjęć... ale w końcu się udało! Może nie są to jakieś nadzwyczajne efekty. Trochę ciemno (przy tej ostatniej burzy błyskało trochę słabiej), trochę pozasłaniały niskie chmurki, ale coś jest. :-)

[błyskawica]

Burze mają jeszcze wrócić... może jeszcze coś się trafi.

22 komentarze do wpisu „ Burze w Gliwicach”


Zanikająca Reisefieber?

Miał to być komentarz do wpisu Zanikająca Reisefieber na blogu Tomka Skórskiego, ale zrobił się długi, więc opublikuje go tu:

Nie sądzę, żeby następowała jakaś dewaluacja podróży jako takiej, najwyżej pewnych celów podróży (świat się zmniejszył). Ci (czy raczej tacy jak tamci), którzy wybierali się na wielką wyprawę (na drugi koniec kraju, czy kontynentu), gdy inni pozostawali w swoich wioskach, najwyżej raz w miesiącu wybierając się do miasta, i teraz znajdą sposób na ekscytującą przygodę. Zamiast Bieszczad będą to może Himalaje. Albo zamiast wyprawy rodzinką Syrenką ze Śląska nad morze będzie wycieczka rowerowa po Beskidach. Ten kto w podróży szuka większych wrażeń znajdzie je w każdych czasach.

Ci którzy podróżują nerwowo patrząc na zegarek, z iPodem w uszach to ci, którzy w "dawnych czasach" w ogóle by się ze swojej miejscowości nie ruszali, no chyba, że autokarem na zorganizowane przez zakład pracy wczasy.

A jeśli piszesz myśląc o sobie... to zauważ, że też nie jesteś tą samą osobą co parę lat temu. Kiedyś jeździłem po Polsce autostopem, mieszkałem pod namiotem i najlepsze wakacje były wtedy gdy jednego dnie nie wiedziałem, gdzie będę następnego. Teraz mam wczasy mniej-więcej zaplanowane na parę miesięcy przed, nie ma mowy o wypoczynku w pokoju bez łazienki i wyjazdu bez własnego samochodu... to nie czasy się zmieniły, ale ja i moje życie. Mniej potrzebuję wielkiej przygody, bardziej odpoczynku od pracy i spędzenia czasu z rodziną. Przygody też mi trochę brakuje... samotnego wyjazdu w nieznane, chociażby rowerem, ale są inne priorytety i po prostu brakuje czasu.

A i technika, łącznie z Internetem, nie musi spłycać podróży. Chociażby taki geocaching – człowiek uzbrojony w GPS i informacje z Sieci odwiedza miejsca, w które wcześniej sam z siebie by się nie zapuścił. Kiedyś było inaczej, ale to nie znaczy, że kiedyś było lepiej (czemu ludzie mają zawsze tendencje do takiego błędu w porównaniach?).

Co do samej gorączki podróży, w sensie fizjologicznym... motylki w brzuchu, nerwowe pilnowanie każdego szczegółu, wręcz rozwolnienie przed wyjazdem... myślę, że to mija z wiekiem... któryś z kolei wyjazd, nawet w nowe miejsce, nie będzie budzić takich emocji jak pierwszy wyjazd na kolonie, czy pierwsze samodzielne wakacje bez rodziców.

Ja bym się tam nie martwił, że przez postęp cywilizacyjny dużo tracimy w tym względzie.

3 komentarze do wpisu „ Zanikająca Reisefieber?”



Jesteście obserwowani...