Blondynka?
Niezły ten blond joke
:-D
Reklamy w radiu zachęciły mnie do zajrzenia na teledyski.interia.pl. Ciężko u nas o darmową/tanią dobrą muzykę (wiem jestem nienormalny, ale pirackich MP3 nie lubię), więc możliwość dostępu do takiej i to z teledyskami, cieszy.
Na stronie rzeczywiście jakieś teledyski, nawet interesujące. Wybrałem
pierwszy z brzegu, zespołu Homo Twist. Pojawiła się strona z ładnym
puzzlem
— oczywiście brakuje plugina, który oczywiście nie jest
dostępny pod Linuksem. Nie poddałem się jednak. Zajrzałem do źródła strony
w poszukiwaniu jakiegoś URLa to właściwego teledysku. Kod strony to oczywiście
koszmarek — niby XHTML, ale uzupełniany JavaScriptem i to jeszcze przez
document.write(). Po cholerę uzywać XHTML jak się ma zamiar go
używać w sprzeczności z podstawowymi założeniami XML (XML to nie ciąg znaków,
do którego można coś dopisywać gdzie popadnie — XML to drzewo
elementów). W każdym razie wprost z kodu trudno było URLa wyciągnąć, ale już
wiedziałem gdzie szukać...
... Otworzyłem więc okienko informacji o stronie i rzeczywiście,
w zakładce media
był URL do playlist2.html z jakimiś parametrami.
Ściągnąłem to sobie jako plik, oczywiście nie HTML, ale nawet
prawie-well-formed XML. A w środku już normalny URL, do strumienia
mms://. Pozostało spróbować odpalić to w mplayerze.... i ruszyło!
Hip-hip, hurra! Tylko czy musi to być takie trudne? Naprawdę nie można po
prostu dać URLa do strumienia? W Windows by się w Media Playerze odpaliło,
a na wszystkim innym w czym kto chce. A może po prostu trzeba znaleźć
odpowiedniego plugina pod Linuksa? Jakiś mplayer-plugin, abo co? Tylko że nie
chcę sobie niepotrzebnie przeglądarki zaśmiecać. A może Greasemonkey?
Nie pieprzyłem już od trzech tygodni, albo i dłużej. To znaczy, nie
całkiem tak. Zdarzały się w tym czasie małe przygody na boku
— to
popieprzyłem sobie w pracy, to u kogoś w weekend. Ale od trzech tygodni nie
popieprzyłem sobie we własnym domu. Ale wreszcie koniec tej udręki! Znów będę
pieprzył do woli! I będzie tak ostro, jak dawno nie było! Wreszcie zmieliłem
sobie pieprzu i napełniłem, pustą od dłuższego czasu, pieprzniczkę.
:-)
Odezwał się do mnie ktoś o JIDzie 2782630xxxx@mxit.co.za/clockspeed
(xxxx
to też cyfry):
[Sat Jun 25 11:48:34 2005] <2782630xxxx> Hi [Sat Jun 25 11:48:42 2005] <2782630xxxx> Hi [Sat Jun 25 11:50:34 2005] <jajcus> Hello [Sat Jun 25 11:50:41 2005] <jajcus> strange JID... [Sat Jun 25 11:55:17 2005] <2782630xxxx> My name is Tommie. [Sat Jun 25 11:55:39 2005] <jajcus> And how can I hel you, Tommie? [Sat Jun 25 12:22:00 2005] <2782630xxxx> What PC-game do you like most? [Sat Jun 25 14:35:40 2005] <jajcus> Crossfire? [Sat Jun 25 14:37:25 2005] <2782630xxxx> My is Half-Life2.
Czyżby nasze WP Kontakt i Hapi zyskiwały konkurencję w Afryce? ;-)
W każdym razie ten afrykański komunikator wymaga jeszcze dopracowania —
z każdą wiadomością wysyła inne <thread/>, przez co u mnie otwiera się
za każdym razem nowe okienko
(podobną przypadłość miał/ma zdaje się
Neos), a do tego nawet na /version nie odpowiada, więc nie wiem
co to.
Jun 19 18:18:35 rudi upsmon[10409]: UPS naszups@serwus.bnet.pl on battery Jun 19 18:18:40 rudi upsmon[10409]: UPS naszups@serwus.bnet.pl on line power Jun 19 18:20:36 rudi upsmon[10409]: UPS naszups@serwus.bnet.pl on battery Jun 19 18:20:41 rudi upsmon[10409]: UPS naszups@serwus.bnet.pl on line power Jun 19 18:21:26 rudi upsmon[10409]: UPS naszups@serwus.bnet.pl on battery Jun 19 18:21:31 rudi upsmon[10409]: UPS naszups@serwus.bnet.pl on line power Jun 19 18:22:01 rudi upsmon[10409]: UPS naszups@serwus.bnet.pl on battery Jun 19 18:22:06 rudi upsmon[10409]: UPS naszups@serwus.bnet.pl on line power Jun 19 18:33:37 rudi upsmon[10409]: UPS naszups@serwus.bnet.pl on battery Jun 19 18:33:42 rudi upsmon[10409]: UPS naszups@serwus.bnet.pl on line power Jun 19 19:01:47 rudi upsmon[10409]: UPS naszups@serwus.bnet.pl on battery Jun 19 19:01:52 rudi upsmon[10409]: UPS naszups@serwus.bnet.pl on line power Jun 19 19:30:43 rudi upsmon[10409]: UPS naszups@serwus.bnet.pl on battery Jun 19 19:30:48 rudi upsmon[10409]: UPS naszups@serwus.bnet.pl on line power Jun 19 20:08:53 rudi upsmon[10409]: UPS naszups@serwus.bnet.pl on battery Jun 19 20:08:58 rudi upsmon[10409]: UPS naszups@serwus.bnet.pl on line power Jun 19 20:33:18 rudi upsmon[10409]: UPS naszups@serwus.bnet.pl on battery Jun 19 20:33:23 rudi upsmon[10409]: UPS naszups@serwus.bnet.pl on line power Jun 19 20:42:21 rudi upsmon[10409]: UPS naszups@serwus.bnet.pl on battery Jun 19 20:42:26 rudi upsmon[10409]: UPS naszups@serwus.bnet.pl on line power Jun 19 21:06:43 rudi upsmon[10409]: UPS naszups@serwus.bnet.pl on battery Jun 19 21:06:48 rudi upsmon[10409]: UPS naszups@serwus.bnet.pl on line power Jun 19 21:57:28 rudi upsmon[10409]: UPS naszups@serwus.bnet.pl on battery Jun 19 21:57:33 rudi upsmon[10409]: UPS naszups@serwus.bnet.pl on line power
Uwielbiam zasilanie w tym budnku (TPSA, a jakże)... Miło że jeszcze coś tam działa. W każdym razie nie mam zamiaru dzisiaj w nocy tam jechać!
Jakiś czas temu zaproponowano mi pracę dla pewnego Holendra. Pierwszy mail od zleceniodawcy nie nastawiał optymistycznie. Jednak dostałem to zlecenie, wraz z widokami na następne. Chodzi o przygotowanie Linuksowego systemu dla pewnego urządzenia. Nieśmiało zasugerowałem, żeby to zrobić na PLD (w końcu to znam najlepiej, a i PLD ma parę zalet, które w takim zastosowaniu mogą mieć znaczenie), a Holender na to poszedł. PLD mnie nie zawiodło, a ja, jak na razie, nie zawiodłem zleceniodawcy. Podstawowy system bootuje się, nie tylko w QEMU, ale i na docelowym sprzęcie (z karty Compact Flash). Pierwsze zadanie zostało zaliczone, dostałem już dwa kolejne...
Układ jest bardzo wygodny. W uproszczeniu: zleceniodawca mówi co chce, ja ile mi to zajmie godzin roboczych. W ten sposób jest zadanie wycenione (ustalona stawka godzinowa). Jeśli wynik zadowala zleceniodawcę, to ja dostaję zaliczkę (połowa ustalonej kwoty), zaczynam robotę, a gdy skończę, to dostaję resztę. Jak napracuję się mniej niż zakładałem, to strata Holendra, jeśli więcej to moja. I właściwie dokładnie tak to działał w przypadku dwóch pierwszych zadań (postawienia systemu i doinstalowanie aplikacji). Trochę bardziej komplikuje się to w przypadku trzeciego zadania — konfiguracji serwerów Holendra...
No właśnie. Dostałem do administracji dwie maszyny. Z Debianem, którego nie znam
(no, do przedwczoraj nie znałem), skonfigurowane przez kogoś innego i z jakimiś
dziwnymi aplikacjami do skonfigurowania (GForge, OpenExchange). Tu nie jestem
w stanie stwierdzić ile mam roboty, póki się w to nie wgryzę. A wgryzanie się
robię aktywnie, od razu naprawiając co mi się nie podoba i próbując robić co
mam do zrobienia. Ale chyba jakoś się z wyceną dogadamy...
Mam trochę mieszane uczucia co do tej roboty. Cały czas przecież pracuje na pełny etat tam gdzie pracuję. Więc na robotę dla Holendra muszę poświęcić moje popołudnia, wieczory (kiepski ze mnie geek, do rana nie siedzę) i weekendy. Odbywa się to kosztem rodziny, moich opensourcowych projektów i innych rzeczy. Dwanaście godzin pracy dziennie to dla mnie trochę dużo i daje w kość. Ale gdy pieniądze wpływają na konto, to jest fajnie. I też pewną frajdę sprawia mi praca dla kogoś, kogo na oczy nie widziałem i pewnie nie zobaczę, kto jednak docenia moją pracę (w firmie, gdzie pracuję na stałe, coraz rzadziej to się zdarza) i do tego przyzwoicie (jak na nasze warunki) płaci. Podoba mi się też to, że robota te nie jest związana z jakimiś długoterminowymi zobowiązaniami. Mam coś do zrobienia, zrobię to w tydzień, czy dwa, a kolejnej roboty mogę po prostu nie wziąć.
Zaczynam też się zastanawiać, czy robota wolnego strzelca
na większą
skalę nie podobałaby mi się bardziej niż etat w jednej firmie. Konkretne
zlecenia, za które dostawałbym konkretne pieniądze (takie na jakie zapracuję),
a nie siedzenie przepisowych ośmiu godzin przy biurku, czasem nie wiadomo po
co, żeby zarobić tak sobie
, czasem nie wiadomo za co. No i nie musiałbym
słuchać poleceń szefa, ani szefowej (to ostatnie najbardziej kuszące). Ale
stała posada w jednym miejscu ma swoje zalety. Przede wszystkim robotę,
nawet jeśli durną, zapewnia szefostwo. Sam mógłbym sobie nie poradzić, w końcu
nie zawsze zleceniodawcy będą mi spadać z nieba jak ten Holender. No
i nie wiem, czy szukanie zleceniodawców i wszelkie związane z robotą
formalności nie dałyby mi bardziej w kość, niż obecna robota...
Jesteście obserwowani...