Z pamiętnika kuracjusza – czas wolny

Zabiegów mam może dużo, ale czasu wolnego jeszcze więcej.
Szczególnie teraz, gdy w planie wszystkie zabiegi mam przed południem i to
jeden za drugim. A wolny czas trzeba jakoś spędzić…

Prawie codziennie chodzę więc na netoterapie, a więc z laptopem do
biblioteki lub kafejki internetowej (gdy biblioteka zamknięta) podłączyć się
na godzinkę z Siecią. Tam zgrywam zdjęcia z komórki i wysyłam na
Flickr
, poświęcam chwilkę rozpoczętym przed wyjazdem grom Lonturn i Outer Space, trochę pogadam na Jabberze
i ściągam artykuły w Google Reader dla trybu offline. Raz byłem na
przedstawieniu teatralnym. Zajrzałem też na tutejsze potańcówki, ale
tam bawiły się głównie pary babcia + dziadek i jakoś nie widziałem dla
tam siebie miejsca. Poza tym to głównie chodzę na samotne spacery. O jednym
(o wyprawie na Chełmiec) już pisałem, ale było ich więcej.

Praktycznie codziennie włóczę się po Wzgórzu Gedymina, chyba już każdy
jego wierzchołek zdobyłem po kilka razy. Parę razy zrobiłem jakieś większe
kółeczko po Szczawnie. W czwartek 12. stwierdziłem, że aktualne współrzędne
geohashing dla tej okolicy
wypadają w Wałbrzychu, to wybrałem się tam na piechotę – prawie
6 kilometrów spacerku po nieznanej okolicy. Niektórymi dzielnicami Wałbrzycha
trochę strach było iść, ale dotarłem na miejsce. No prawie, dokładne
współrzędne wypadały gdzieś na łące, na którą musiałbym przejść przez czyjś
ogródek, albo zboże… a autobus już czekał. W każdym razie spacerek sobie
zaliczyłem. Wróciłem autobusami (pierwszy, taki jaki był, z tego Poniatowa do
centrum, drugi już do Szczawna Zdroju).

W sobotę, 14., po obiedzie chciałem się wybrać obejrzeć Książ… ale późno
już było dość (a na zwiedzanie podobno sporo czasu potrzeba) i autobus mi
uciekł, to wsiadłem do innego autobusu i znowu pojechałem do Wałbrzycha.
Zwiedziłem sobie kawałek wracając z centrum do Szczawna na piechotę. Fajny
park mają w samym centrum – prawie że dziki las na stromych górkach.

W niedzielę po śniadaniu już żaden autobus mi nie uciekł i pojechałem do
Książa. Nie tak całkiem bezinteresownie, czekały tam przecież na mnie dwie
skrytki geocache. Za szukanie pierwszego skarbu zabrałem się właściwie zaraz
po przyjeździe, na zwiedzanie zamku jeszcze i tak było za wcześnie (jeszcze
przed dziewiątą). Bardzo fajny tamtejszy park ze stromymi zboczami. I właśnie
tam, w jednej ze skał czekało na mnie pudełeczko. Dopełniłem formalności
i udałem się na zwiedzanie zamku.

Przy kasie dowiedziałem się, że na zwiedzanie z przewodnikiem musiałbym
poczekać godzinę od kupienia biletu… długo, postanowiłem więc pozwiedzać
samemu. Zamek z zewnątrz bardzo ładny, duży… ale w środku jakoś nic nie
powaliło mnie na kolana. Teraz to bardziej dwudziestowieczny hotel niż
średniowieczna warownia. Do tego we wnętrzach, poza paroma ostatnimi salami,
brakowało jakiegokolwiek opisu, więc bez przewodnika nawet nie wiedziałem co
oglądam. Ciekawsze były już zamkowe tarasy, tu bez żadnego wyjaśniania
widziałem, że ładne. Po drodze strzeliłem sobie trzy razy ze
średniowiecznej kuszy (i nawet raz udało mi się trafić w papier
z tarczą).

Po zwiedzeniu zamku Książ udałem się żółto-niebieskim szlakiem w kierunku
ruin Starego Książa, gdzie miał czekać na mnie kolejny skarb. Szlak jest
piękny, wzdłuż wąwozu, wąska ścieżka na urwisku, miejscami przejście mostkami
przy pionowych ścianach skalnych. Raczej nie dla kogoś z lękiem wysokości.
Rzeka która wyżłobiła ten krajobraz, Pełcznica, brudna, pomarańczowa,
zaśmiecona i śmierdząca. Znacznie lepiej prezentowała się z góry, gdzie tylko
było słychać jej szum.

Ruiny zamku Stary Książ jak to ruiny, może nie bardzo okazałe, ale mają
pewien urok. A niedaleko skrytka ze skarbem. To już trzecia odnaleziona
podczas mojego pobytu w Szczawnie. :-) Do uzdrowiska wróciłem na
piechotę, dalej żółto-niebieskim szlakiem. Ominął mnie obiad, ale tutejszego
obiadu nawet nie szkoda. Zjadłem sobie lepiej Pod Wieżą.

Okazało się, że w czasie, gdy ja sobie tu wypoczywam, pojawiły się nowe
skrytki geocache w okolicy. :-) No to załadowałem sobie kolejne
cele do komórki i we wtorek wybrałem się do ruin zamku Nowy Dwór. Najpierw
musiałem wymyślić jak się tam dostać. Niby to ciągle Wałbrzych, ale daleko od
Szczawna… zadupie jakieś. A na mojej mapie nie są pokazane linie autobusowe.
Kupiłem więc w Empiku plan miasta… przyjrzałem się zadupiu raz
jeszcze… i okazało się, że tam jest Dworzec Główny, a do takiego obiektu
znaleźć połączenie autobusowe już łatwo. :-) Z dworca już
poprowadził mnie żółty szlak, zresztą, to już było całkiem blisko.

Ruiny mnie trochę zaskoczyły. Pozytywnie. Spodziewałem się czegoś znacznie
mniejszego. A tu, co minąłem jeden mur, to moim oczom ukazywał się kolejny.
I w jednym z nich było ukryte pudełko. Czwarty skarb znaleziony
:-) W zamian za kredki zostawiłem joggerowy długopis, więc jak
ktoś chce, to wie gdzie szukać…

To we w miarą bliskiej okolicy została mi jedna skrytka, na Trójgarbie.
Tam wybrałem się w czwartek. Prawie siedem kilometrów w jedną stronę.
Większość przez pola i łąki, do schroniska Bacówka pod Trójgarbem,
dalej świerkowym lasem na górę. W schronisku śmieszny pan przywitał mnie
pytaniem spragniony? i dalej o to, czego bym chciał się napić… bo po
napoje inne niż piwo (zresztą wybór i tak nie wielki) musiał zejść do piwnicy
bo kradną. W ogóle turystów tam niewielu (ja nie spotkałem żadnego, ale
podobno pan jedno piwo już tego dnia sprzedał), a ja zostałem uznany za
jakiegoś pasjonata. Szlak całkiem przyjemny i nawet niezbyt stromy. Pod koniec
towarzyszyło mi osobiste stadko… much. Na górze stał jakiś szałas, pełen
śmieci (ech, ci pseudoturyści), jakieś resztki fundamentów nie wiadomo po
czym i niewiele więcej. Ze względu na drzewa raczej nie było widoków do
podziwiania. Po podejrzeniu wskazówek w sieci (niech żyje EDGE i Opera Mini)
szybko odnalazłem skrzynkę. I byłem pierwszy! Mam nawet na to certyfikat.
:-) Ze skarbów wybrałem sobie krokomierz. Ze szczytu do Bacówki
wracałem nieco innym szlakiem, dalej do Szczawna miałem iść tym samym co w tę
stronę… ale po drodze przeoczyłem jakiś zakręt i wróciłem inną drogą. GPS
przydał się do orientacji w terenie.

Na razie tyle wycieczek. W najbliższym czasie wybieram się jeszcze na
Borową. Skrytki geocache żadnej tam nie ma, ale to najwyższy szczyt Gór
Wałbrzyskich, więc jak tu jestem, to wypada zaliczyć. Dzisiaj podobno
współkuracjusze organizują jakiegoś grilla na Słonecznej Polanie, zajrzę tam.
Poza tym, w parku ma być jakiś koncert – Świętojańska Noc
Operetkowa
, czy jakoś tak. To też chciałem obejrzeć. Będę więc pewnie
kursował między jednym i drugim, żeby ostatecznie znowu skończyć na
samotnej włóczędze po Wzgórzu Gedymina…

Reklamy

Z pamiętnika kuracjusza – kolejne zabiegi

Od ostatniego wpisu na ten temat doszły mi kolejne trzy zabiegi. W poniedziałek magnetoterapia,
a w środę masaż suchy i masaż podwodny.

Magnetoterapia

Zabiegi z polem magnetycznym miałem już dwa razy w Gliwicach. Raz
wyglądało to tak, że dostawałem takie coś na brzuch i pod plecy.
Za drugim razem była to taka obręcz (cylinder pusty w środku) wokół łóżka,
umocowana na suwakach. Ja się kładłem, a pani nasuwała tę obręcz tak, żeby
obejmowała chorą część mojego kręgosłupa.

Tutaj najwyraźniej są dwie opcje. Pierwsza to koło, czyli podobna
obręcz, ale nie wokół łóżka i na suwakach, ale stojąca na łóżku. Trzeba się
jakoś w nią wgramolić. Ja, przynajmniej na razie, miałem zabiegi właśnie
w takich kołach. Jest jednak też druga opcja promiennik. Takie
coś umocowane na stojaku obok łóżka. Niektórzy to wolą. W sumie nie dziwne,
odpadają niewygody koła.

Masaż suchy

Masaż suchy to klasyczny masaż, w moim przypadku pleców. Nigdy wcześniej
nie miałem żadnego profesjonalnego masażu, to nie wiedziałem czego się
spodziewać. Przyszła pani, kazała się rozebrać do połowy i położyć na łóżku.
A potem masowała… uczucie, jakby bardzo precyzyjna maszyna obrabiała mi
plecy. Palce masażystki precyzyjnie, ale i silnie uciskały każdy fragment, od
ramion i szyję prawie po miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę…

Po innych zabiegach mam problem ze wstaniem z łóżka… a po masażu,
czułem, że mogę po prostu zeskoczyć. Zerwanie się na nogi, jak za dawnych,
zdrowych czasów, po tym zabiegu było znowu możliwe. :-) Ale
zdziwiłem się trochę, gdy stwierdziłem, że zabieg trwał ledwo pięć minut,
wydawało mi się, że dłużej.

Dzisiaj, na drugim masażu, trafiłem na faceta. Strasznie rozmownego (a
rozmowa ze mną to raczej ciężka rzecz). Także tym razem byłem gotów zeskoczyć
z łóżka.

Masaż podwodny

Na karcie zabiegowej mam przez lekarza wpisany masaż podwodny
automatyczny
, w planie jest masaż podwodny, a z różnych
materiałów na ścianach i tabliczek na drzwiach gabinetu wynikało, że to nie to
samo. Obawiałem się, że ktoś coś znowu pomieszał. Nawet próbowałem ustalić to
z panią doktor, ale ta stwierdziła, że wszystko jedno. Z pewną obawą udałem
się na pierwszy zabieg…

Okazało się, że w gabinecie 22 czekał na mnie masaż automatyczny. Pani
kazała mi się rozebrać i wejść do wanny. A potem włączyła bąbelki.
Niezupełnie to były bąbelki, bo raczej to były silne strumienie wody. Najpierw
na podeszwy stóp, potem po nogach, rękach, do ramion i potem wzdłuż
kręgosłupa. I tak kilka razy, aż maszyna się wyłączyła. Wanna przy tym
wydawała takie odgłosy, jakby zaraz miała wystartować w kosmos. Ogólnie
przyjemny zabieg.

Dzisiaj, dla odmiany, miałem zabieg w gabinecie numer 7. I tu była nieco
inna wanna… tym razem nie masował mnie automat, ale pani ze szlauchem. Ja
sobie leżałem w wodzie, tylko głowa na wierzchu, obracałem się, gdy było
trzeba, a pani masowała mi całe ciało (nogi, ręce, brzuch, plecy, pośladki)
silnym strumieniem wody. Tak silnym, że miejscami to było bolesne (szczególnie
okolice ramion, dobrze, że pani jajka omijała), ale ogólnie całkiem przyjemne.
A masaż automatyczny, to był przy tym jakimś delikatny łaskotaniem po bokach.

No i to by było na tyle zabiegów. Raczej w ostatnim tygodniu już mi więcej
nie dopiszą. Teraz codziennie (poza niedzielą) będę miał: laser, TENS,
magnetoterapię, masaż suchy i masaż podwodny. Natrysk płaszczowy i okłady
borowinowe już mi się skończyły.

Z pamiętnika kuracjusza – nałogowiec zawsze coś sobie zorganizuje…

Jak co dzień, o 10:00 zarzuciłem laptopa na ramię i poszedłem na
netoterapię. Dzisiaj sobota, nie pierwsza w miesiącu, więc biblioteka
zamknięta. Poszedłem więc od razu do kawiarenki przy sklepie komputerowym.
A tam zamknięte. Na drzwiach jest napisane Czynne: 10-20, w niedziele:
12-20
, a dzisiaj o 10:15 zamknięte… :-(

Z odrobiną nadziei udałem się więc do biblioteki… a nóż… niestety, też
zamknięte. Że próbować podłączać laptopa w sanatorium ma mały sens już się
przekonałem – komórka wykrywa tam tylko szczątki sygnału mojej sieci.
Sama komórka w parku odbiera już całkiem nieźle i jabberować można, ale
niewiele więcej. Zabieranie laptopa do parku sensu nie ma – bateria nie
trzyma dłużej niż pół godziny nie trzyma. Musiałem więc poszukać prądu
w zasięgu sieci.

Znalazłem otwartą restaurację z gniazdkiem w ogródku. Spytałem, czy mogę
się podłączyć, a gdy po chwili zastanowienia pani pozwoliła, zamówiłem
herbatkę i szarlotkę. Tak oto mogę się oddać swojemu nałogowi…
:-)

Gdyby jeszcze klawiatura w laptopie mi nie wysiadała…

Z pamiętnika kuracjusza – zabiegi

Poza pierwszymi dwoma dniami i weekendem (ale nie w każdą sobotę będę miał tak dobrze)
cały dzień jest zorganizowany przez Plan Zabiegów. Pierwszy zabieg może się zaczynać np. o 7:10,
a ostatni o 16:35, w sumie mam ich do sześciu dziennie, a w ostatnim tygodniu
nawet po siedem. A zabiegi są różne…

Gimnastyka grupowa

Pierwotnie miałem ustaloną na 9:15, ale zaczęło mi kolidować z innymi
zabiegami. Przestawiłem więc na 7:45. Przez to śniadanie, które miało być
o 8:00, jem o 7:20… skoro i tak budzę się wcześniej, to nawet dobrze się
ułożyło.

Grupa składa się z trzech osób, które robią ćwiczenia według instrukcji
prowadzącej. Jest to o tyle lepsze od gimnastyki, jaką miałem w Gliwicach, że
nie musimy sami pamiętać wszystkich ćwiczeń i pilnować wykonywania ich jak
należy i po kolei. Do tego, codziennie jest nieco inny zestaw, więc jest
ciekawie. No i nie ma tak, jak wcześniej miałem, że wszystkie ćwiczenia na
leżąco lub w klęku podpartym. W sumie tych ćwiczeń jest pół godzinki dziennie.

Pierwsze dwa razy wyjątkowo mi się podobały, bo pani nie tylko mówiła co
mamy robić, ale też sama pokazywała. Na przeciwko mnie. W bluzeczce z fajnym
dekoltem… a ma co w tym dekolcie pokazać. :-) Potem pani się
zmieniła i takie atrakcje się skończyły. Ale nadal gimnastyka nie jest zła.

UGUL

Druga część zajęć na sali gimnastycznej. Tym razem o 13:30, czyli zaraz po
obiedzie. Kładę się na łóżku w metalowej klatce, a pani mnie podwiesza na
linkach. Od pasa w dół wiszę i macham na boki nogami. Najpierw dziesięć razy
obiema razem, potem dziesięć razy każdą w innym kierunku (rozkroki). I tak
przez 15 minut…

Laser

O tym już wspominałem. Od poprzedniego czasu przyjrzałem się maszynie.
Najwyraźniej kreśli promieniem lasera spirale na moich plecach. Najpierw
dziesięć minut z lewej strony, potem dziesięć z prawej.

To ćwiczenie i wszystkie następne są o zmiennych porach – każdego
dnia może być inaczej. I teoretycznie terminy są nienaruszalne. W praktyce
panie rehabilitantki nawet proszą o to, żeby próbować przyjść wcześniej
i rzeczywiście udaje się szybko wszystko załatwić.

TENS

To, czyli prądy już też miałem w Gliwicach, ale i w tym przypadku
tutejszy sprzęt wydaje się dużo nowocześniejszy. Tam na zabieg musiałem
przynieść kawałek gazy, przez który (po namoczeniu) pani podłączała do mnie
elektrody. Tutaj maszyna ma wbudowaną pompę, a elektrody są na przyssawkach.
Podczas zabiegu mam cztery takie przyssawy na plecach. A po zabiegu przez
jakiś czas ślady w kształcie okręgów.

Natrysk płaszczowy

Pierwotnie nie miałem tego zapisanego, ale po zamieszaniu z moim planem
zabiegów, dopisali (możliwe, że bardziej dlatego, że mieli wolne miejsca, niż
dlatego, że mi bardzo potrzebne). Zabieg polega na tym, że wchodzę do
beczki (otwartej z jednej strony), w której, z boków, ze wszystkich
stron leci na mnie ciepła woda. Ja mam się w tym czasie tam powoli obracać.
Oczywiście na golasa, ale widziałem że niektóre wstydliwe dziadki na to i na
bicze chodzą w slipkach. :-)

No właśnie – w tym samym pomieszczeniu są też bicze wodne. A ja na
początku nie mogłem go znaleźć (pomieszczenia dziwnie były ponumerowane
i brakowało tego numerku). W końcu znalazłem – i wlazłem tam, gdy akurat
jedna pani była biczowana. Przynajmniej kawałek cycka sobie zobaczyłem
;-). Potem już grzecznie unikałem wchodzenia gdziekolwiek
nieproszony (przez co np. okładów borowinowych mógłbym się nie doczekać).

Okłady borowinowe

To też lekarka dopisała mi w ramach łatania dziur w planie. Trochę
liczyłem na taplanie się w błotku, ale nie. Tutaj mają plastry
borowinowe
. Kładę się na brzuchu, a pani mi kładzie taki gorący placek na
plecach. Potem przykrywa grubymi ręcznikami, żeby ciepło nie uciekało. I leżę
tak 20 minut. Chyba kiedyś tam zasnę, bo ten ciepły okład działa na mnie
bardzo usypiająco. Zaraz po zabiegu jestem trochę obolały i sztywno chodzę,
ale potem jest ok.

Magnetoterapia i masaże

W planie mam jeszcze magnetoterapię, masaż suchy i masaż
podwodny
, ale to dopiero za jakiś czas. Pole magnetyczne od szesnastego,
masaże od osiemnastego. Wtedy pewnie napiszę więcej na ten temat.

Z jakiegoś powodu nie zapisali mnie na basen. Na początku nie było mi
bardzo szkoda, bo tu basenu nie ma i gdzieś trzeba dojeżdżać na pół godziny
zajęć. Ale koledzy wczoraj byli i bardzo sobie chwalą – teraz zaczynam
żałować, że się u lekarza nie upomniałem. Trudno.

Z pamiętnika kuracjusza – wyprawa na Chełmiec

Chełmiec to szczyt górujący nad tutejszym krajobrazem. Samotna góra
z masztem telewizyjnym i wielkim białym krzyżem na szczycie. Tam też znajdować się miała
skrzynka geocaching OP0060. Jeszcze przed wyjazdem do sanatorium
postanowiłem, że muszę się tam wybrać. Tutaj jednak się okazało, że czas na
wycieczki jest ograniczony (w tygodniu ciągle są zabiegi), a do tego nie
powinniśmy wybierać się na takie wyprawy bez pozwolenia lekarza.

Wczoraj przed obiadem mieliśmy badania. Spokojny o wynik badania
i nauczony, że głównym zaleceniem dla mnie było dużo chodzić spytałem
lekarza o pozwolenie. Ten powiedział, że jak nie będę odczuwał przy tym
żadnych dolegliwości z kręgosłupa to mogę. Tylko mam uważać.

Zaraz po obiedzie więc zmieniłem buty (sandały nie koniecznie się
nadawały), zapakowałem kurtkę do plecaka, założyłem czapeczkę (słonko
przygrzewało), uruchomiłem GPS, kupiłem wodę i wybrałem się na wyprawę
niebieskim szlakiem. Według tabliczki na szczyt miałem 1,5h drogi, a do
kolacji 4h czasu.

Początek mimo, że dość płaski, był męczący, bo w słońcu. Minąłem
Szczawieński cmentarz na wzgórzu, przeszedłem przez jakieś peryferia
Wałbrzycha i dotarłem do lasu. Przez las szło się bardzo przyjemnie. Spotkałem
sarenkę i leśną myszkę. Potem zrobiło się trochę stromiej. Doszedłem do
jakiejś drogi którą szlak prowadził łagodnie wzdłuż stromej skarpy po
lewej… aż na drzewie pojawiła się strzałka w lewo. Ten fragment szlaku
raczej nie był przewidziany dla kuracjuszy, ale ja się dzielnie wdrapywałem.
Na drodze zauważyłem trójkę innych kuracjuszy. Spojrzeli na mnie i postanowili
iść dalej drogą (nie dziwię się im). W końcu wdrapałem się na szczyt. Już
z końcówki szlak widok był śliczny.

Na szczycie, oprócz krzyża i masztu telewizyjnego stoi jeszcze murowana
wieża (trochę ruina). Na wejściu karteczka, że w weekend co pół godziny
wpuszczają turystów. O 15:20 drzwi się otworzyły i wyszła grupka, spytałem
się, kiedy będzie można wejść, okazało się, że już. To wszedłem. Za 4zł mogłem
zobaczyć prześliczny widok. Na Wałbrzych, Szczawno-Zdrój, Ślężę, Śnieżkę
i dużo więcej. Na Śnieżce jeszcze biało.

Wieżą opiekują się, społecznie, tutejsi krótkofalarze. Na szczycie masa
anten (część pewnie amatorska, a część operatorów komórkowych itp., pewnie
zarabiają na utrzymanie wieży).

Gdy schodziłem z wieży pod nią była już ta trójka, co wybrała drogę.
Siedzieli tam, gdzie spodziewałem się znaleźć skarb więc kręciłem się
w kółko, zanim nie poszli. Potem przeszukałem okolicę. Skrzynka była jednak
gdzie indziej. Do tego zupełnie na wierzchu. Pewnie ktoś niewtajemniczony
przypadkiem znalazł i porzucił. Dopełniłem formalności, wziąłem klamerkę
z kwiatkiem, zostawiłem nalepkę z pingwinem i schowałem pudełko porządniej.
Potem mogłem wracać.

Po drodze trochę pokropiło, ale za bardzo mnie nie zmoczyło. Zdążyłem
wrócić 15 minut przed kolacją – w dobrym humorze i zadowolony z wyprawy.
O dziwo, dzisiaj nawet nie jestem bardzo obolały. Trzeba sobie wymyślić
kolejny cel. Pod Książem są trzy skrzynki…

Z pamiętnika kuracjusza

Wpis wczorajszy, bo dopiero dzisiaj udało mi się sensownie do sieci podpiąć.

Do kurortu wczoraj (03.06.2008) około południa przywiozła mnie żona. Przejazd przez
Wałbrzych i początek Szczawna-Zdrój nie wyglądał zachęcająco –
blokowiska i fabryki całkiem jak u nas… Ale już część uzdrowiskowa Szczawna,
to całkiem co innego. Tu jest ślicznie.

Zgodnie z instrukcją udałem się do Domu Zdrojowego. Tam zaliczyłem opad
szczęki
na widok głównego holu i udałem się do recepcji. Pokazałem wesołym
paniom skierowanie, pani zabrała skierowanie, spytała, czy mogę chodzić po
schodach, wypisała inny papierek (kartę zabiegową) i odesłała do
Pioniera (w prawo, za rogiem w prawo, w dół i za fontanną po
schodkach). Nawet udało nam się trafić. Trzeba było chwilkę poczekać aż będzie
ktoś, kto może dopełnić formalności. W końcu pielęgniarka po prosiła do środka
i zaczęło się wypełnianie kolejnych papierów…

Padło też standardowe pytanie o legitymację ubezpieczeniową. Mówię, że nie
mam. Zresztą, na skierowaniu była lista dokumentów do zabrania i nie było tam
legitymacji. To pani mnie pyta jak ja w takim razie korzystam z przychodni
itp. Tłumaczę, że u nas praktycznie wszystko załatwia się kartą. Ona mi na to,
że i tak potrzebuje numeru ubezpieczenia (pierwszy raz o czymś takim
słyszę, pomijając amerykańskie filmy) i, że w mojej przychodni powinni go
mieć. Miałem wątpliwości, ale poprosiłem żonkę, żeby zadzwoniła do przychodni
i się dowiedziała. W tym czasie ja wypełniałem kolejne papierki (np. taki,
w którym wyznaczałem osobę upoważnioną do zabrania moich rzeczy, jakbym
przypadkiem kuracji nie przeżył).

Oczywiście w mojej przychodni też nic o takim numerku nie wiedzą. Siostra
przyjęła to do wiadomości i tylko poprosiła, żebym wpisał na karcie, w miejscu
numeru: nie posiadam i walnął parafkę. Zaznaczam, że cały czas była
dla mnie bardzo miła. Spytała, czy gorączkuję, zmierzyła ciśnienie i puls
(wszystko w normie). Na koniec dała karteczki z porami posiłków, kodem do
drzwi i informacją, że karta do telewizora na cały turnus kosztuje 73zł.

Aaaa… jeszcze jedno. Miałem podpisać się pod wyciągiem
z regulaminu
. Więc nie tylko się podpisałem, ale i przeczytałem. Pierwszy
punkt mówił, że zaleca się wykupienie dobrowolnego ubezpieczenia NW i od
skradzionych rzeczy. NW mam dosyć, ale od kradzieży laptopa mógłbym się
ubezpieczyć, jeśli to drogo by nie kosztowało… Więc pytam panią jak się to
dobrowolne ubezpieczenie wykupuje… Pani najpierw nie wiedziała o czym mówię,
potem się zdziwiła, że taki punkt jest w regulaminie, a następnie zaczęła
dzwonić, żeby się dowiedzieć… Po paru nieudanych telefonach już machnąłem
ręką, ale siostra stwierdziła, że jak jest w regulaminie i pacjent sie pyta,
to musi się dowiedzieć i udzielić informacji. Więc jej już nie przeszkadzałem.
W końcu wyszło na to, że w Uzdrowisku tego się nie załatwi, trzeba wyjść na
miasto do ubezpieczalni jakiejś i sobie kupić. Na razie sobie odpuściłem.

Po zarejestrowaniu się w Pionierze miałem z kartą zabiegową udać się na
jadalnie do wyznaczenia stolika no i na obiad. Na jadalni pani mnie zapisała,
podała numer stolika… i zaprowadziła do stolika (nie żadne tam, czy
pan se znajdzie). No ciągle czuję, że jestem traktowany jak gość, a nie
petent. A to rzadkość w naszej służbie zdrowia.

No właśnie… służba zdrowia. O tym, że to jednak nie wczasy przypomina
regulamin szpitala-sanatorium. Po 22:00 wszystkie dzieci mają być już
grzecznie w pokojach, nie ma mowy, żeby później wejść do budynku. Do 6:00 nie
można też, oczywiście, wyjść. Żadnego alkoholu (tu nie muszę się hamować
;-)). Wyjście na wycieczkę, czy potańcówkę podobno trzeba
uzgadniać z personelem (taaaa…). Luksusy też trochę mniejsze niż miałbym na
wczasach – łazienka może wielka, ale cztery osoby w pokoju. Ale nie jest
źle.

Dzisiaj rano (7:10) była pogadanka z lekarzem. Generalnie kto tu
rządzi
i czego nie wolno. Pani doktor też bardzo miła. Po śniadaniu
były badania. Po jakieś dwie minuty na pacjenta, byle zabiegi zapisać.
Porządnie mamy być zbadani w piątek albo w sobotę.

Przed południem pojawiły się karty zabiegowe z planem zabiegów. Ja ze
swojego planu dowiedziałem się, że nazywam się teraz Lidia jakaśtam….
Spytałem siostry oddziałowej, czy tak ma być i okazało się, że jednak nie.
Plany zostały zamienione. Potem się okazało, że nie tylko zamienione, bo
zawartość planu podpisanego moim nazwiskiem nie odpowiada zabiegom zleconym na
mojej karcie. Więc, musiałem zostać wrzucony do komputera jeszcze raz.
No i dostałem nowy plan, w którym przez pierwsze dwa tygodnie prawie nic nie
ma – terminy już były pozajmowane. Za to, pod koniec mam po cztery zabiegi
dziennie (plus dwa razy gimnastyka)… Siostra stwierdziła, że ten początek
zbyt ubogi, więc jutro po gimnastyce mam się zgłosić, to mi lekarz coś
dorzuci… oj, widać za dobrze byłoby mi bez tego ;-)

Dzisiaj miałem jeden zabieg (miały być dwa, ale plan dostałem dwadzieścia
minut po terminie pierwszego) – laser. Trochę inny niż miałem robiony
w Gliwicach – tu nikt nie musiał mnie tym myziać ani dziabać po plecach,
tylko samo się robiło. I chyba mocniejszy, bo coś poczułem w krzyżu (a
w karcie zapisali 150, a w Gliwicach pisali mi maksimum 100.

Jeszcze o jedzeniu warto wspomnieć. Jadalne, ale raczej bez rewelacji.
I do tego wczoraj była pomidorówka (nie lubię, nie zjem), a dzisiaj gulasz…
który chyba też był wczorajszą pomidorówką z jakimś marnym mięskiem. Wczoraj
dopychałem się tortem czekoladowym, który mnie hipnotyzował kręcąc się
w gablotce restauracji Bohema, a dzisiaj pizzą. Jedno i drugie było duże
i pyszne… ale już nie z uzdrowiskowej stołówki.