Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Oszukany przez bankomat, c.d.

Ciąg dalszy moich przygód z bankomatem. Dzisiaj przyszło do mnie pismo z banku:

Szanowny Panie,

W nawiązaniu do Pana reklamacji, dotyczącej częściowej wypłaty z bankomatu uprzejmie informujemy, że Pana reklamacja jest niezasadna.

W dniu 31-08-2007 r. o godz. 18:06 miała miejsce transakcja na kwotę 500,00 PLN w bankomacie mieszczącym się w Gliwicach przy ul. Kozielskiej 89. Transakcja ta zakończyła się wypłatą żądanej gotówki i słusznie obciążyła Pana rachunek.

Informując o powyższym pozostajemy

z poważaniem,

Bank Polska Kasa Opieki S.A.

Ciekawe skąd ta pewność. Jakie procedury ją zapewniły? Pewnie tylko przeliczyli pieniądze które zostały w bankomacie. A co, jeśli człowiek napełniający bankomat na półeczkę z banknotami stuzłotowymi zamiast dwóch stów położył dwie piędziesiątki, a stówę włożył sobie do kieszeni? Po mojej wypłacie ilość pieniędzy w bankomacie zgadzałaby się z tym, co powinno tam być. Czy banki się jakoś zabezpieczają na taką ewentualność? Jak?

Pewnie mógłbym próbować pisać kolejne pisma... ale dla tych 100zł to mi się nie chce. Najgorsze, że podejrzany bankomat mam najbliżej i raczej nie zrezygnuję z korzystania z niego. Przynajmniej nie przed kolejną wpadką.

15 komentarzy do wpisu „ Oszukany przez bankomat, c.d.”


Klient z plecakiem jest bardziej awanturujący się

Wczoraj z żonką zajrzeliśmy do Forum, nowego centrum handlowego w Gliwicach. Byliśmy w pobliżu, a żonka chciała kupić tej pysznej smażonej cebulki z Carrefour, którą zwykle kupowaliśmy w centrum Arena. No więc wchodzimy na pewniaka do hipermarketu, a tu za mną strażnik krzyczy, że ja z tym plecakiem nie mogę. To ja pukam się w czółko i mówię mu co o tym myślę. On, że takie są zasady i, że nie on je wymyśla. Olałbym go i wszedł dalej, ale żonka stwierdziła, że jej już się tu nie podoba i wychodzimy. Jeszcze spytałem kobiety w punkcie obsługi klienta, gdzie tu można jakieś reklamacje zgłaszać, ale ona stwierdziła, że musiałaby wezwać szefa ochrony... nie chciało mi się czekać, ani nie widziałem sensu dyskusji z kolejnym ochroniarzem...

Nie pierwszy raz się z czymś takim spotkałem. Kiedyś unikaliśmy Reala w M1 w Zabrzu z tego powodu. W Tesco i w starym gliwickim Carrefourze jakoś nie robili z tego problemu.

No i za każdym razem zastanawiam się: dlaczego? Skoro ochrona nie wpuszcza z plecakami, to pewnie, aby uniknąć kradzieży. No niby można coś w plecaku wynieść... ale jak tam to coś niepostrzeżenie wrzucić? Znacznie łatwiej wsunąć coś do kieszeni, do torebki, czy, zimą, pod kurtkę. Ale nie widziałem, żeby paniom odbierano torebki, zimą szatnia nie obowiązuje, a i spodni z kieszeniami mi nigdy nikt nie kazał zdejmować... Czyli raczej nie chodzi o to, że plecak ułatwia kradzież. To może o coś innego? Może to klienci z plecakami są po prostu bardziej podejrzani? Toż to taki sam element, jak znany z kreskówek nieogolony oprych z wielkim workiem na plecach...

Oj, chyba nie prędko znowu zajrzymy do Carrefour w gliwickim Forum... ale do samego Forum owszem – niesamowite czekoladki tam mają. Jak sobie przypominam tę truflę z chilli... mmmmm... :-)

48 komentarzy do wpisu „ Klient z plecakiem jest bardziej awanturujący się”


Sen

Byliśmy na zakupach w centrum handlowym. Potrzebowaliśmy jakiś nietypowych żarówek. W Carrefour ich nie było, więc poszliśmy do Media Markt (który wyglądał raczej jak Ikea, bo pełno szaf tam było. A do tego strasznie ciasno). Jakiś inny klient próbował coś wynieść w butach, ale go złapali.

Ja wróciłem do domu. Na piechotę. Lało jak z cebra, ale dotarłem na miejsce. Przypomniałem sobie, że na zakupy pojechałem samochodem i nie musiałem wracać na piechotę. Co więcej, w centrum handlowym została moja żona. Zadzwoniłem do niej... i dowiedziałem się, że właśnie ją zamknęli, bo nie chciała zdradzić haseł do laptopa. Więcej nie udało mi się dowiedzieć, bo połączenie przerywało i nie mogłem się więcej dodzwonić. Domyśliłem się, że musi być w gliwickim areszcie śledczym. I od razu zacząłem myśleć jak załatwić dobrego adwokata. Nawet zadzwoniłem do ojca. Było późno, więc poszedłem spać.

Nazajutrz postanowiłem żonę odwiedzić. Dalej nie mogłem się dodzwonić, ale uznałem, że jakoś ją znajdę. Poszedłem więc do tego szpitala. Najpierw trafiłem na jakiś inny oddział, potem idąc korytarzami wyszedłem innym wyjściem, ale na teren szpitala. W końcu dodzwoniłem się do żonki. Powiedziała mi, że wejść mam przez izbę w pokoju nr 38, a moja kurtka jest w pokoju 48. I że mam wziąć łyżwy, bo w bramie jest ślizgawka. Ja na szczęście byłem już za bramą...

Co było dalej, czy dotarłem do żonki?... tego już się nie dowiedziałem, bo brutalnie obudził mnie budzik z pomocą kosiarzy za oknem.

15 komentarzy do wpisu „ Sen”


Zadziwiająca pamięć do twarzy

Idę sobie przez miasto, po drugie śniadanko... I jakiś gostek mówi mi cześć. Odpowiadam cześć i zastanawiam się kto to. Nie poznajesz? No, nie bardzo.... No więc mi mówi, że jest X Y, brat Z Y. Z Y oczywiście pamiętam -- kumpel z podstawówki (drugi hacker naszej budy). Kilkanaście lat go nie widziałem i zapewne nie poznałbym go na ulicy. Więc wcale nie dziwne, że nie poznałem jego młodszego brata...

Ciężko mi uwierzyć, że ktoś może rozpoznawać na ulicy ludzi nie widzianych przez 15 lat... ja mam problemy z rozpoznaniem twarzy, którą widuję parę razy w miesiącu... Czasem się boję, że kiedyś mogę własnej matki, albo żony na ulicy nie poznać. A tu pojawia się, ktoś kto mnie po 15 latach poznaje mimo, że i wtedy to nie była zbyt bliska znajomość. Trochę mu zazdroszczę takich zdolności.

15 komentarzy do wpisu „ Zadziwiająca pamięć do twarzy”


Po kolejnym koncercie, 11 lat młodszy :-)

Od jakiegoś czasu miałem ochotę wybrać się na jakiś koncert. Niestety ciężko było coś ciekawego w okolicy znaleźć. Zobaczyłem, że w wiatraku 23-go lutego ma grać Artrosis. Nazwa kompletnie mi nic nie mówiła, ale że Last.fm twierdziło, że to coś podobnego do Closterkellera, to uznałem, że można spróbować. Tydzień temu jeszcze ściągnąłem dwie ich piosenki, żeby upewnić się, że to nie jakaś kaszana. Stwierdziłem że ujdzie, a to wystarczyło, żeby na koncert sie dalej wybierać. Tak bardzo się wybierałem, że na miejscu byłem trochę za wcześnie. Dzień wcześniej. Coś mi się pomieszało i ubzdurałem sobie, że koncert jest w czwartek. ;-)

Po tej wpadce zacząłem mieć wątpliwości, czy chcę na ten koncert. Ale uznałem, że jak nie pójdę, to będę żałował, że nie wykorzystałem okazji, żeby się zabawić. Więc wczoraj znowu pojechałem i tym razem trafiłem na koncert.

Przed Artrosis grały dwa inne zespoły. I już pierwszy, Landscape Of Souls zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Taki mroczny metal. Tekstów w ogóle nie dało się zrozumieć, ale za to klimacik był fajny. Drugim zespołem był Lilith, grali znacznie łagodniej, wokalistka trochę przypominała mi trochę Korę z wczesnego Manaamu, ale klimat rzeczywiście nieco bardziej gotycki. Podobało mi się, mogli by pograć trochę dłużej... ale w końcu jeszcze miała zagrać gwiazda wieczoru.

W końcu przyszedł czas i na Artrosis. Rzeczywiście grali podobnie do Closterkellera. Wokalistka niezwykle sympatyczna, zespół miał świetny kontakt z publicznością. A muzyka, gdy już się wczułem w klimat, super. Grali dłużej niż poprzednicy, ale mnie i tak było mało...

Oprócz muzyki na koncercie było coś jeszcze. Pewna śliczna blondyna chyba mnie podrywała... albo to mi się tylko ubzdurało... w każdym razie było bardzo miło. :-) Poczułem się jakieś jedenaście lat młodszy... to wtedy prawie z każdego koncertu wychodziłem z jakąś fajną dziewczyną...

8 komentarzy do wpisu „ Po kolejnym koncercie, 11 lat młodszy :-)”


Wakacje dawno, dawno temu

Wpis u Felinity przypomniał mi pewien, chyba w pewien sposób przełomowy, a może niewiele znaczący, epizod z mojego życia.

Też kiedyś byłem chorobliwie nieśmiały. Właściwie to trochę wciąż jestem, gdzieś tam w środku. Jednak kiedyś dość skutecznie uprzykrzało mi to życie, szczególnie wszelkie kontakty męsko-damskie... Na szczęście z czasem się to zmieniło i myślę, że duży na to wpływ też miały pewne wakacje, sprzed jakiś dwunastu lat i też nad jeziorem...

Byłem wtedy z ojcem na wczasach w Swornegaciach, jak co roku. Na ośrodku nawet poznałem jakiś ludzi, ale i tak się często samotnie szwendałem po okolicy. Na jednym takim spacerze trafiłem na dziwnie zachowujących się ludzi... że sam akurat byłem w jednym ze swoich dołków (nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubii...), to się ci ludzie zainteresowali tym smętnym samotnym człowieczkiem. Okazało się, że to jakiś obóz młodzieży z Bytomia i akurat mają jakieś warsztaty teatralne... Opiekunowie grupy byli nieco ode mnie starsi, pozostali uczestnicy raczej młodsi. Wszyscy zupełnie dla mnie obcy... ale zaprosili do wspólnej zabawy, a ja się zgodziłem.

I chodziłem codziennie na te dziwne zajęcia. Początek warsztatów to były właśnie ćwiczenia na śmiałość (przeciwko tremie i na wyluzowanie się) – np. krzyczenie na całe gardło, czy odgrywanie jakiś głupich scenek. Tego mi było trzeba. Wśród obcych ludzi nawet łatwiej było mi się przełamać i robić rzeczy na których normalnie nigdy bym nie zrobił (miałem przecież problemy z prostszymi sprawami). I cieszyć się tym. Jakieś głupie blokady w sobie przełamałem na dobre, albo nauczyłem łamać kiedy trzeba. A cała ta sytuacja była taka jakaś magiczna... z jednej strony wczasy, w ośrodku, jak co roku, gadanie "o dupie Maryny" z jakimiś gostkami... a potem spacerek nad inne jeziorko i te zajęcia na które się załapałem na krzywy ryj i gdzie skutecznie przełamywałem swoje słabości, jakoś tak zupełnie bez trudu.

Kumple z ośrodka, gdy im powiedziałem, że na jakieś warsztaty teatralne chodzę, uznali, że sobie coś uroiłem. Niby się zainteresowali tematem, ale nie za bardzo, ja ich tam nie ciągnąłem, w końcu to było moje odkrycie.

Wracając do warsztatów. Sprawa była tym dziwniejsza, że były to warsztaty teatralne, a mnie do teatru raczej zawsze było daleko. Mam umysł ściśnięty, a w szkole język polski należał do najbardziej znienawidzonych... No i okazało się, że w tym kierunku aż tak bardzo się nie zmieniło... na któryś zajęciach skończyły się ćwiczenia rozluźniające, a prowadzący polecili nam nauczyć się wybranego wiersza... nawet pożyczyli mi w tym celu jakąś książkę (przypominam: byłem dla nich obcym człowiekiem, który wyszedł z lasu)... następnego dnia książkę oddałem i darowałem sobie dalej te warsztaty. Swój cel osiągnąłem, nawet tego nie planując.

Jak już o poezji mowa... to wypada wspomnieć o jednym z tych kumpli z ośrodka. Tak się złożyło, że był nim młody (w moim wieku) Gliwicki poeta Krzysztof Siwczyk, parę lat później odtwórca tytułowej roli w filmie Wojaczek. Tak, z jednej strony grupa młodzieży pijącej piwo, z którą gadałem o pierdołach, a z drugiej warsztaty teatralne. I to w tej pierwszej grupie był autentyczny poeta, a później i aktor... Nie była to żadna bliska znajomość, on mnie zapewne nie pamięta. Ale dla mnie warta zapamiętania (poza tym, że fajnie spotkać kogoś, o kim jest artykuł na Wikipedii ;-)), chociażby dlatego, że to on zainteresował mnie Świetlikami. Miał lekkiego fioła na punkcie Świetlickiego i wciąż podśpiewywał (recytował) jego piosenki. Po tych wakacjach kupiłem sobie pierwszą kasetę Świetlików.

Po tych wakacjach moje życie zaczęło się gwałtownie zmieniać... może to był właśnie jakiś przełom, a może to po prostu taki wiek. W każdym razie nawet jakieś dziewczyny zaczęły się pojawiać w moim życiu. ;-)

P.S. Pisząc ten wpis zorientowałem się jak mało pamiętam z tamtych czasów... a może to dużo?...

16 komentarzy do wpisu „Wakacje dawno, dawno temu”



Jesteście obserwowani...