09 kwietnia 2008
20:41:16
|
kategorie:
zdrowie,
No to byłem dzisiaj w poradni rehabilitacyjnej. W hucie. Dzisiaj nawet tam
tak strasznie nie śmierdziało, jak dwa tygodnie temu.
Dojechałem po 16-tej, po pod domem korki straszne (na trzy miesiące zamknęli pobliską ważną ulicę),
więc moje miejsce było daleko w kolejce. Z 45 minut czekałem na swoją kolej,
a jak wszedłem do gabinetu, to pani doktor myślała już głównie o tym, jak się
szybko stamtąd urwać (zrozumiałe dla każdego kto musiał po godzinach w pracy
zostać). Mimo to wydała się całkiem sympatyczna.
Pierwsze pytanie było, czy ja już mam skierowanie do Rept. Potem
oburzenie, że nie mam, przecież powinni mi dawno dać, bo miesiącami się
w kolejce czeka. No cóż, przy wyjściu ze szpitala nikt mi żadnego skierowania
nie dał, a na ostatniej wizycie doktor raczył tylko stwierdzić, że powinienem
dostać, ale on mi nie da. Za to ta pani doktór wypisała od ręki i jeszcze
powiedziała, że sama do Rept zawiezie i do kolejki wrzuci, bo tam pracuje.
Super, przynajmniej jakieś załatwianie mi odpada. Ale głupio, że znowu coś
w szpitalu zawalili...
Pani doktór nie podobało się też jak siedzę, bo się opieram tak, że nie
jestem wygięty gdzie trzeba. No cóż, ja już sam nie wiedziałem jak siedzieć,
bo co źródło, to nieco inna informacja (opierać się, nie opierać, siedzieć
prosto, być pochylonym do tyłu). Powiedziałem, że mam zamiar zainwestować
w krzesło i spytałem, czy ona mi coś zasugeruje... Zasugerowała: najtańsze
składane krzesło z Tesco – jak się dupę wciśnie pod oparcie, to
krzesełko wymusi właściwą lordozę... no ma to jakiś sens... ale mnie się
wydaje, że porządne krzesło biurowe powinno jeszcze lepiej
spełnić swoje zadanie... pani doktor miała wyrobione zdanie, więc nie
próbowałem dłużej dyskutować. W każdym razie będę wiedział jak się do tych
lepszych krzeseł przymierzać.
Od lekarki dostałem skierowanie na zabiegi: gimnastykę, laser i pole
magnetyczne. Trochę głupio, że tam fizjoterapia jest generalnie do południa,
a kinezyterapia po południu (tylko trochę się terminy zazębiają) i nie wiem,
czy nie będę musiał dwa razy jeździć. Zobaczymy. Dzisiaj mogłem się tylko
zapisać na gimnastykę. Rehabilitantka urzędująca na sali gimnastycznej okazała
się koleżanką ze szkoły, z równoległej klasy (ja jej nie poznałem, ale ona
syna swojej wychowawczyni skojarzyła). Sympatyczna dziewczyna. Przed
wyznaczeniem ćwiczeń chciała zobaczyć wypis ze szpitala, ale jedyną kopię jaką
miałem przy sobie, zostawiłem u doktorki. Mam donieść następnym razem.
A w piątek dostanę jakiś zestaw tymczasowy.
Jutro jadę tam umówić się na fizjoterapię, ciekawe jakie terminy i godziny
mi tam zaproponują. A potem... potem się zobaczy, czy to w ogóle działa.
26 marca 2008
20:52:03
|
kategorie:
zdrowie,
Generalnie zdrowieję. Długie i szybkie spacerki nie są dla mnie problemem.
Ból w nodzę czuję, ledwo-ledwo, jedynie gdy sobie o nim przypomnę. Ale zdarzają
się też wpadki. W sobotę źle się zabrałem za podnoszenie laptopa i mój krzyż
zaprotestował, trudno się było chociażby wyprostować (przy wszelkim ruchu ból
mówił stop
, ale i tak mniejszy ból niż bywał). Chwilkę poleżałem i o tym
incydencie mogłem zapomnieć. Niestety coś podobnego zdarzyło się i w niedziele
– nie mogłem wstać od świątecznego stołu (pewnie dlatego, że był za
niski i się pewnie nad nim garbiłem). Poza tymi incydentami choróbsko raczej
nie dawało mi w kość. A pozwalałem sobie nawet na delikatne granie na
StepManii (podobno dalej wymiatam
, mimo inwalidztwa
)...
Na dzisiaj przypadł termin kolejnej wizyty kontrolnej w przyszpitalnej
poradni neurochirurgicznej. Zerwałem się więc skoro świt z łóżka (7:15, a
ostatnio pozwalałem sobie na dłuższe wylegiwanie się) i pojechałem do Bytomia.
Tam okazało się, że mojego lekarza prowadzącego nie ma (fizycznie był, bo go
widziałem, ale podobno po nocnym dyżurze nie mógł już zostać w poradnie
– te nowe przepisy) i przyjmował inny.
Ten doktor wydał się trochę bardziej zainteresowany moim stanem zdrowia.
Nie tylko przepytał, ale i obejrzał, kazał się schylić i dotknąć palcami
podłogi (dowcipniś). Stwierdził, że powinienem iść na rehabilitację, zdziwił
się, że jeszcze żadnego skierowania nie dostałem. W ogóle powiedział, że
krzywy jestem i trzeba mnie naprostować. Zalecił też kąpiele w soli (niech
pan wsypie 3kg soli do wanny...
tu mu przerwałem, bo wanny nie mam). Sam
jednak żadnego skierowania nie wypisał. Do poradni to podobno lekarz
pierwszego kontaktu powinien wypisać, a do sanatorium itp. ten, który mnie
operował (czyli ordynator, ale on przecież wyznaczył mi innego lekarza
prowadzącego). Dostałem tylko receptę na lek rozluźniający (a mam takich
trochę w szafce, zapomniałem się spytać, czy to to samo, ale pewnie tak).
Dostałem też kolejne L4, do 23 kwietnia (bo powinien pan na te zabiegi
chodzić, a nie do pracy
), mimo, że mówiłem, że nie chcę. No cóż, uznam, że
się zgubiło
i do ZUSu nie dostarczę. A'propos chorobowego i ZUSu...
dziś listonosz mi przyniósł kolejną ratę: 147zł ;-)
Wychodząc ze szpitala pomyślałem, że czas sobie załatwiać tę
rehabilitację, a skoro już i tak jeżdżę samochodem, to mogę sprawdzić tę
poradnię na drugim końcu Gliwic, co mi neurolog polecała jako
najlepszą
. Do tej neurolog dużo zaufania nie mam, ale tam gdzie
dotychczas chodziłem niekoniecznie było najlepiej. Wykombinowałem sobie też,
że może wystarczy jakieś stare skierowanie, które wciąż gdzieś mam. Co prawda
skierowanie było jeszcze sprzed operacji, a więc do czegoś innego, ale
uznałem, że jak i tak lekarz ma mnie badać i zalecać zabiegi, to może każdy
papierek będzie równie dobry... Niestety, w recepcji poradni wyprowadzili mnie
z błędu – potrzebuję nowego skierowania. Mimo to pani zapisała mnie na
wizytę 9 kwietnia, wtedy mam przyjść ze skierowaniem.
Jak już tak dobrze szło, to postanowiłem spróbować od razu załatwić
skierowanie. Zadzwoniłem do swojej przychodni, spytać się, czy przyjmie mnie
jakiś lekarz, ale było zajęte, to pojechałem w ślepo
. Moja pani doktor
była, ale przyjmowała już tylko ostatnich, wcześniej zarejestrowanych,
pacjentów (potem pewnie jechała na wizyty domowe). Wyjaśniłem jednak pani w recepcji
co potrzebuję. Pani wydrukowała kupon i napisała na nim co jej podyktowałem,
zaniosła pani doktór do gabinetu do podpisania i mam skierowanie. Całkiem dużo
udało mi się załatwić jednego dnia, a kręgosłup nawet za tę jazdę samochodem
za bardzo się nie mścił.:-)
21 marca 2008
18:08:04
|
kategorie:
seks,
w sieci,
zdjęcia,
zdrowie,
Prezydent straszy homoseksualistami, widać naród powinien się tego bać...
A ja co? A ja nic. Nie mogę zrozumieć co w tym takiego strasznego. Co więcej
przejawiam jakieś ciągoty... nie, nie do facetów... do kobiet
o niepoprawnych
orientacjach seksualnych...
Jedna czwarta kobiet w moim rosterze lubi dziewczynki
(co najmniej,
ankiety nie przeprowadzałem). Swego czasu z pasją oglądałem The L Word (ostatni sezon
jednak marny i ta pasja przeszła), ostatnio bardzo ucieszyło mnie odkrycie
nowego bloga: Grace the spot
(lesbijskiego oczywiście), a po moim ostatnim zakupie na Amazon.com (o tym innym razem), księgarnia
ta proponuje mi głównie lesbijską literaturę...
Czy mnie trzeba leczyć? Czy może od razu odstrzelić, dla dobra
społeczeństwa i wartości chrześcijańskich
? ;-)
05 marca 2008
13:33:42
|
kategorie:
praca,
zdrowie,
Odwiedził mnie dziś listonosz. Przyniósł świstek papieru i pieniądze. Moje
chorobowe za półtora miesiąca. Całe 210zł!
I po cholerę ja te zwolnienie brałem? Wcześniej unikałem, ale przed
operacją poradziłem się doradcy z biura rachunkowego. I stwierdził, że warto
brać. W szczegóły nie wnikałem i wziąłem. Tydzień temu na wizycie kontrolnej
też. A to co dostałem ma się nijak nawet do tego czego nie zarobiłem leżąc w
szpitalu, nie mówiąc o całym okresie niezdolności do pracy
. Teraz
żałuję, że kolejny kwitek poszedł do ZUSu, bo przecież na zwolnieniu nie mogę
robić nic (poza robieniem przelewów do ZUS itp., bo z tym nie
mogę się spóźnić nawet jakbym umierał)...
Ale czego ja się spodziewałem?...
28 lutego 2008
18:45:02
|
kategorie:
zdrowie,
Przez ostatnie parę nocy kiepsko spałem. Trudno powiedzieć czemu. Przez
kilka ostatnich dni trochę bolały mnie mięśnie (zwalałem to na ambitne
spacerowanie) i czułem się dość zmęczony (skoro nie sypiałem dobrze...).
Wczoraj po powrocie z poradni czułem się dość źle, ale uznałem, że to po
prostu efekt podróży i stresu. Dzisiaj znowu byłem na godzinnym spacerku, potem
dwa razy odwiedziłem pocztę, żeby wysłać L4 i brakujące papiery do szpitala. Po
powrocie do domu stwierdziłem, że raczej nic więcej nie zdziałam. Padłem na
łóżko i nie miałem ochoty się ruszać. Z ciekawości zmierzyłem sobie
temperaturę, spodziewając się jakiś 35 stopni...
A tu niespodzianka: 37.8 (jak na mnie, to sporo)... Co jest?! Dawno chory
nie byłem? Ale wyjaśniło się czemu jestem taki padnięty i czemu wszystko mnie
boli (ale co to za ból? w porównaniu z grudniowym – żaden). Chyba
jakieś grypsko złapałem... :-( Fajnie, dawno u lekarza nie
byłem...
Co ciekawe, kataru prawie nie mam (mniej niż zwykle, bo coś
przeciwalergicznego ostatnio zacząłem brać), gardło ledwo zaczyna, ale to
jakoś dziwnie, bo od zewnątrz. Tylko te mięśnie, czasem głowa no i
zmęczenie... Przynajmniej mam pretekst, żeby odwiedzić lekarza pierwszego
kontaktu i opowiedzieć jej o operacji, bo już się, podobno, o mnie
dopytywała.
27 lutego 2008
16:38:29
|
kategorie:
zdrowie,
L4
miałem do 21 lutego. Teoretycznie wizytę kontrolną powinienem mieć
najpóźniej tego dnia. Jednak, gdy zadzwoniłem, żeby się umówić, dowiedziałem
się, że mam być 27 lutego, od ósmej. Niewiele więcej się dowiedziałem.
Wczoraj zadzwoniłem jeszcze raz, żeby się upewnić, że o mnie pamiętaj,
dowiedzieć się, czy jak będę na 9:00, to też będzie ok (wcześniej żona
oprowadza Krysię do przedszkola i nie dałaby rady mnie zawieźć) i ewentualnie
muszę wziąć coś specjalnego ze sobą. Usłyszałem, że doktor będzie
o 9:00
. Zauważyłem, że to inna godzina niż podawano mi ostatnio. Nic
się nie zmieniło, zawsze było tak samo: rejestracja od ósmej do dziesiątej,
lekarz przychodzi o dziewiątej.
Upewniłem się, że o dziewiątej mogę
przyjechać i tyle. Pani mnie szybko spławiła...
Przyjechaliśmy więc dzisiaj do Poradni. Wziąłem ze sobą wyniki rezonansu
i wypis – nikt nic nie mówił, ale może będą potrzebne... Poza tym
wzięliśmy coś do czytania, bo, że będzie trzeba czekać, to było raczej pewne.
Od razu udałem się do Siostry Rejestratorki... daję kartę, a ta się pyta,
gdzie ksero wypisu i książeczka ubezpieczeniowa lub dowodu ostatniej wpłaty do
ZUS. Wypis miałem, ale tylko oryginał, a ZUSowych papierów wcale –
zakładałem, że skoro już mnie w tym szpitalu operowali, to wszelkie papiery
mają. Ale nie. Oddział to jedno, a przyoddziałowa poradnia to drugie...
Pani upierała się, że mnie bez tych dokumentów nie mogą przyjąć.
Niestety, ja podczas choroby nauczyłem się używania brzydkich słów (czasem
bolało tak, że wcześniej mi znane formy ekspresji nie wystarczały), a teraz
nerwy mi puściły i chyba ją trochę zbluzgałem. Żona mnie odciągała, żebym
przypadkiem komuś krzywdy nie zrobił... Trochę mi wstyd, ale z drugiej
strony... to zadziałało. Okazało się, że można mnie zarejestrować.
Po dwóch i pół godziny czekania w kolejce zostałem poproszony do środka.
Pani oddała mi kartę NFZ z nalepionym numerem kartoteki w poradni i poprosiła
o podpisanie karteczki, że wymagane dokumenty doniosę (nie można było tak od
razu?). Potem jeszcze z pół godzinki musiałem poczekać na swoją kolej
u doktora.
Doktor, właściwie mnie nie zbadał, tylko wypytał jak się czuję.
Zaniepokoił się tym, że L4 skończyło mi się tydzień temu i że nie będę miał
ciągłości i wypisał nowe od dzisiaj. Dowiedziałem się, że nie powinienem
pracować (siedząc) przez jakieś trzy miesiące od zabiegu, nie wolno mi
dźwigać, a poza tym mogę wracać do aktywnego życia. Czyli właściwie nic
nowego. Żadnego skierowania, żadnej recepty. No cóż... widać czasem służba
zdrowia jest od tego, żeby brać czas pacjenta i jedne papiery i generować inne
papiery...
Pozwolenie na operację (tę sprzed półtora miesiąca) oczywiście podpisałem.