Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Z pamiętnika kuracjusza – nałogowiec zawsze coś sobie zorganizuje...

Jak co dzień, o 10:00 zarzuciłem laptopa na ramię i poszedłem na netoterapię. Dzisiaj sobota, nie pierwsza w miesiącu, więc biblioteka zamknięta. Poszedłem więc od razu do kawiarenki przy sklepie komputerowym. A tam zamknięte. Na drzwiach jest napisane Czynne: 10-20, w niedziele: 12-20, a dzisiaj o 10:15 zamknięte... :-(

Z odrobiną nadziei udałem się więc do biblioteki... a nóż... niestety, też zamknięte. Że próbować podłączać laptopa w sanatorium ma mały sens już się przekonałem – komórka wykrywa tam tylko szczątki sygnału mojej sieci. Sama komórka w parku odbiera już całkiem nieźle i jabberować można, ale niewiele więcej. Zabieranie laptopa do parku sensu nie ma – bateria nie trzyma dłużej niż pół godziny nie trzyma. Musiałem więc poszukać prądu w zasięgu sieci.

Znalazłem otwartą restaurację z gniazdkiem w ogródku. Spytałem, czy mogę się podłączyć, a gdy po chwili zastanowienia pani pozwoliła, zamówiłem herbatkę i szarlotkę. Tak oto mogę się oddać swojemu nałogowi... :-)

Gdyby jeszcze klawiatura w laptopie mi nie wysiadała...

4 komentarze do wpisu „ Z pamiętnika kuracjusza – nałogowiec zawsze coś sobie zorganizuje...”


Z pamiętnika kuracjusza – zabiegi

Poza pierwszymi dwoma dniami i weekendem (ale nie w każdą sobotę będę miał tak dobrze) cały dzień jest zorganizowany przez Plan Zabiegów. Pierwszy zabieg może się zaczynać np. o 7:10, a ostatni o 16:35, w sumie mam ich do sześciu dziennie, a w ostatnim tygodniu nawet po siedem. A zabiegi są różne...

Gimnastyka grupowa

Pierwotnie miałem ustaloną na 9:15, ale zaczęło mi kolidować z innymi zabiegami. Przestawiłem więc na 7:45. Przez to śniadanie, które miało być o 8:00, jem o 7:20... skoro i tak budzę się wcześniej, to nawet dobrze się ułożyło.

Grupa składa się z trzech osób, które robią ćwiczenia według instrukcji prowadzącej. Jest to o tyle lepsze od gimnastyki, jaką miałem w Gliwicach, że nie musimy sami pamiętać wszystkich ćwiczeń i pilnować wykonywania ich jak należy i po kolei. Do tego, codziennie jest nieco inny zestaw, więc jest ciekawie. No i nie ma tak, jak wcześniej miałem, że wszystkie ćwiczenia na leżąco lub w klęku podpartym. W sumie tych ćwiczeń jest pół godzinki dziennie.

Pierwsze dwa razy wyjątkowo mi się podobały, bo pani nie tylko mówiła co mamy robić, ale też sama pokazywała. Na przeciwko mnie. W bluzeczce z fajnym dekoltem... a ma co w tym dekolcie pokazać. :-) Potem pani się zmieniła i takie atrakcje się skończyły. Ale nadal gimnastyka nie jest zła.

UGUL

Druga część zajęć na sali gimnastycznej. Tym razem o 13:30, czyli zaraz po obiedzie. Kładę się na łóżku w metalowej klatce, a pani mnie podwiesza na linkach. Od pasa w dół wiszę i macham na boki nogami. Najpierw dziesięć razy obiema razem, potem dziesięć razy każdą w innym kierunku (rozkroki). I tak przez 15 minut...

Laser

O tym już wspominałem. Od poprzedniego czasu przyjrzałem się maszynie. Najwyraźniej kreśli promieniem lasera spirale na moich plecach. Najpierw dziesięć minut z lewej strony, potem dziesięć z prawej.

To ćwiczenie i wszystkie następne są o zmiennych porach – każdego dnia może być inaczej. I teoretycznie terminy są nienaruszalne. W praktyce panie rehabilitantki nawet proszą o to, żeby próbować przyjść wcześniej i rzeczywiście udaje się szybko wszystko załatwić.

TENS

To, czyli prądy już też miałem w Gliwicach, ale i w tym przypadku tutejszy sprzęt wydaje się dużo nowocześniejszy. Tam na zabieg musiałem przynieść kawałek gazy, przez który (po namoczeniu) pani podłączała do mnie elektrody. Tutaj maszyna ma wbudowaną pompę, a elektrody są na przyssawkach. Podczas zabiegu mam cztery takie przyssawy na plecach. A po zabiegu przez jakiś czas ślady w kształcie okręgów.

Natrysk płaszczowy

Pierwotnie nie miałem tego zapisanego, ale po zamieszaniu z moim planem zabiegów, dopisali (możliwe, że bardziej dlatego, że mieli wolne miejsca, niż dlatego, że mi bardzo potrzebne). Zabieg polega na tym, że wchodzę do beczki (otwartej z jednej strony), w której, z boków, ze wszystkich stron leci na mnie ciepła woda. Ja mam się w tym czasie tam powoli obracać. Oczywiście na golasa, ale widziałem że niektóre wstydliwe dziadki na to i na bicze chodzą w slipkach. :-)

No właśnie – w tym samym pomieszczeniu są też bicze wodne. A ja na początku nie mogłem go znaleźć (pomieszczenia dziwnie były ponumerowane i brakowało tego numerku). W końcu znalazłem – i wlazłem tam, gdy akurat jedna pani była biczowana. Przynajmniej kawałek cycka sobie zobaczyłem ;-). Potem już grzecznie unikałem wchodzenia gdziekolwiek nieproszony (przez co np. okładów borowinowych mógłbym się nie doczekać).

Okłady borowinowe

To też lekarka dopisała mi w ramach łatania dziur w planie. Trochę liczyłem na taplanie się w błotku, ale nie. Tutaj mają plastry borowinowe. Kładę się na brzuchu, a pani mi kładzie taki gorący placek na plecach. Potem przykrywa grubymi ręcznikami, żeby ciepło nie uciekało. I leżę tak 20 minut. Chyba kiedyś tam zasnę, bo ten ciepły okład działa na mnie bardzo usypiająco. Zaraz po zabiegu jestem trochę obolały i sztywno chodzę, ale potem jest ok.

Magnetoterapia i masaże

W planie mam jeszcze magnetoterapię, masaż suchy i masaż podwodny, ale to dopiero za jakiś czas. Pole magnetyczne od szesnastego, masaże od osiemnastego. Wtedy pewnie napiszę więcej na ten temat.

Z jakiegoś powodu nie zapisali mnie na basen. Na początku nie było mi bardzo szkoda, bo tu basenu nie ma i gdzieś trzeba dojeżdżać na pół godziny zajęć. Ale koledzy wczoraj byli i bardzo sobie chwalą – teraz zaczynam żałować, że się u lekarza nie upomniałem. Trudno.

9 komentarzy do wpisu „ Z pamiętnika kuracjusza – zabiegi”


Z pamiętnika kuracjusza – wyprawa na Chełmiec

Chełmiec to szczyt górujący nad tutejszym krajobrazem. Samotna góra z masztem telewizyjnym i wielkim białym krzyżem na szczycie. Tam też znajdować się miała skrzynka geocaching OP0060. Jeszcze przed wyjazdem do sanatorium postanowiłem, że muszę się tam wybrać. Tutaj jednak się okazało, że czas na wycieczki jest ograniczony (w tygodniu ciągle są zabiegi), a do tego nie powinniśmy wybierać się na takie wyprawy bez pozwolenia lekarza.

Wczoraj przed obiadem mieliśmy badania. Spokojny o wynik badania i nauczony, że głównym zaleceniem dla mnie było dużo chodzić spytałem lekarza o pozwolenie. Ten powiedział, że jak nie będę odczuwał przy tym żadnych dolegliwości z kręgosłupa to mogę. Tylko mam uważać.

Zaraz po obiedzie więc zmieniłem buty (sandały nie koniecznie się nadawały), zapakowałem kurtkę do plecaka, założyłem czapeczkę (słonko przygrzewało), uruchomiłem GPS, kupiłem wodę i wybrałem się na wyprawę niebieskim szlakiem. Według tabliczki na szczyt miałem 1,5h drogi, a do kolacji 4h czasu.

Początek mimo, że dość płaski, był męczący, bo w słońcu. Minąłem Szczawieński cmentarz na wzgórzu, przeszedłem przez jakieś peryferia Wałbrzycha i dotarłem do lasu. Przez las szło się bardzo przyjemnie. Spotkałem sarenkę i leśną myszkę. Potem zrobiło się trochę stromiej. Doszedłem do jakiejś drogi którą szlak prowadził łagodnie wzdłuż stromej skarpy po lewej... aż na drzewie pojawiła się strzałka w lewo. Ten fragment szlaku raczej nie był przewidziany dla kuracjuszy, ale ja się dzielnie wdrapywałem. Na drodze zauważyłem trójkę innych kuracjuszy. Spojrzeli na mnie i postanowili iść dalej drogą (nie dziwię się im). W końcu wdrapałem się na szczyt. Już z końcówki szlak widok był śliczny.

Na szczycie, oprócz krzyża i masztu telewizyjnego stoi jeszcze murowana wieża (trochę ruina). Na wejściu karteczka, że w weekend co pół godziny wpuszczają turystów. O 15:20 drzwi się otworzyły i wyszła grupka, spytałem się, kiedy będzie można wejść, okazało się, że już. To wszedłem. Za 4zł mogłem zobaczyć prześliczny widok. Na Wałbrzych, Szczawno-Zdrój, Ślężę, Śnieżkę i dużo więcej. Na Śnieżce jeszcze biało.

Wieżą opiekują się, społecznie, tutejsi krótkofalarze. Na szczycie masa anten (część pewnie amatorska, a część operatorów komórkowych itp., pewnie zarabiają na utrzymanie wieży).

Gdy schodziłem z wieży pod nią była już ta trójka, co wybrała drogę. Siedzieli tam, gdzie spodziewałem się znaleźć skarb więc kręciłem się w kółko, zanim nie poszli. Potem przeszukałem okolicę. Skrzynka była jednak gdzie indziej. Do tego zupełnie na wierzchu. Pewnie ktoś niewtajemniczony przypadkiem znalazł i porzucił. Dopełniłem formalności, wziąłem klamerkę z kwiatkiem, zostawiłem nalepkę z pingwinem i schowałem pudełko porządniej. Potem mogłem wracać.

Po drodze trochę pokropiło, ale za bardzo mnie nie zmoczyło. Zdążyłem wrócić 15 minut przed kolacją – w dobrym humorze i zadowolony z wyprawy. O dziwo, dzisiaj nawet nie jestem bardzo obolały. Trzeba sobie wymyślić kolejny cel. Pod Książem są trzy skrzynki...

7 komentarzy do wpisu „ Z pamiętnika kuracjusza – wyprawa na Chełmiec”


Z pamiętnika kuracjusza

Wpis wczorajszy, bo dopiero dzisiaj udało mi się sensownie do sieci podpiąć.

Do kurortu wczoraj (03.06.2008) około południa przywiozła mnie żona. Przejazd przez Wałbrzych i początek Szczawna-Zdrój nie wyglądał zachęcająco – blokowiska i fabryki całkiem jak u nas... Ale już część uzdrowiskowa Szczawna, to całkiem co innego. Tu jest ślicznie.

Zgodnie z instrukcją udałem się do Domu Zdrojowego. Tam zaliczyłem opad szczęki na widok głównego holu i udałem się do recepcji. Pokazałem wesołym paniom skierowanie, pani zabrała skierowanie, spytała, czy mogę chodzić po schodach, wypisała inny papierek (kartę zabiegową) i odesłała do Pioniera (w prawo, za rogiem w prawo, w dół i za fontanną po schodkach). Nawet udało nam się trafić. Trzeba było chwilkę poczekać aż będzie ktoś, kto może dopełnić formalności. W końcu pielęgniarka po prosiła do środka i zaczęło się wypełnianie kolejnych papierów...

Padło też standardowe pytanie o legitymację ubezpieczeniową. Mówię, że nie mam. Zresztą, na skierowaniu była lista dokumentów do zabrania i nie było tam legitymacji. To pani mnie pyta jak ja w takim razie korzystam z przychodni itp. Tłumaczę, że u nas praktycznie wszystko załatwia się kartą. Ona mi na to, że i tak potrzebuje numeru ubezpieczenia (pierwszy raz o czymś takim słyszę, pomijając amerykańskie filmy) i, że w mojej przychodni powinni go mieć. Miałem wątpliwości, ale poprosiłem żonkę, żeby zadzwoniła do przychodni i się dowiedziała. W tym czasie ja wypełniałem kolejne papierki (np. taki, w którym wyznaczałem osobę upoważnioną do zabrania moich rzeczy, jakbym przypadkiem kuracji nie przeżył).

Oczywiście w mojej przychodni też nic o takim numerku nie wiedzą. Siostra przyjęła to do wiadomości i tylko poprosiła, żebym wpisał na karcie, w miejscu numeru: nie posiadam i walnął parafkę. Zaznaczam, że cały czas była dla mnie bardzo miła. Spytała, czy gorączkuję, zmierzyła ciśnienie i puls (wszystko w normie). Na koniec dała karteczki z porami posiłków, kodem do drzwi i informacją, że karta do telewizora na cały turnus kosztuje 73zł.

Aaaa... jeszcze jedno. Miałem podpisać się pod wyciągiem z regulaminu. Więc nie tylko się podpisałem, ale i przeczytałem. Pierwszy punkt mówił, że zaleca się wykupienie dobrowolnego ubezpieczenia NW i od skradzionych rzeczy. NW mam dosyć, ale od kradzieży laptopa mógłbym się ubezpieczyć, jeśli to drogo by nie kosztowało... Więc pytam panią jak się to dobrowolne ubezpieczenie wykupuje... Pani najpierw nie wiedziała o czym mówię, potem się zdziwiła, że taki punkt jest w regulaminie, a następnie zaczęła dzwonić, żeby się dowiedzieć... Po paru nieudanych telefonach już machnąłem ręką, ale siostra stwierdziła, że jak jest w regulaminie i pacjent sie pyta, to musi się dowiedzieć i udzielić informacji. Więc jej już nie przeszkadzałem. W końcu wyszło na to, że w Uzdrowisku tego się nie załatwi, trzeba wyjść na miasto do ubezpieczalni jakiejś i sobie kupić. Na razie sobie odpuściłem.

Po zarejestrowaniu się w Pionierze miałem z kartą zabiegową udać się na jadalnie do wyznaczenia stolika no i na obiad. Na jadalni pani mnie zapisała, podała numer stolika... i zaprowadziła do stolika (nie żadne tam, czy pan se znajdzie). No ciągle czuję, że jestem traktowany jak gość, a nie petent. A to rzadkość w naszej służbie zdrowia.

No właśnie... służba zdrowia. O tym, że to jednak nie wczasy przypomina regulamin szpitala-sanatorium. Po 22:00 wszystkie dzieci mają być już grzecznie w pokojach, nie ma mowy, żeby później wejść do budynku. Do 6:00 nie można też, oczywiście, wyjść. Żadnego alkoholu (tu nie muszę się hamować ;-)). Wyjście na wycieczkę, czy potańcówkę podobno trzeba uzgadniać z personelem (taaaa...). Luksusy też trochę mniejsze niż miałbym na wczasach – łazienka może wielka, ale cztery osoby w pokoju. Ale nie jest źle.

Dzisiaj rano (7:10) była pogadanka z lekarzem. Generalnie kto tu rządzi i czego nie wolno. Pani doktor też bardzo miła. Po śniadaniu były badania. Po jakieś dwie minuty na pacjenta, byle zabiegi zapisać. Porządnie mamy być zbadani w piątek albo w sobotę.

Przed południem pojawiły się karty zabiegowe z planem zabiegów. Ja ze swojego planu dowiedziałem się, że nazywam się teraz Lidia jakaśtam.... Spytałem siostry oddziałowej, czy tak ma być i okazało się, że jednak nie. Plany zostały zamienione. Potem się okazało, że nie tylko zamienione, bo zawartość planu podpisanego moim nazwiskiem nie odpowiada zabiegom zleconym na mojej karcie. Więc, musiałem zostać wrzucony do komputera jeszcze raz. No i dostałem nowy plan, w którym przez pierwsze dwa tygodnie prawie nic nie ma – terminy już były pozajmowane. Za to, pod koniec mam po cztery zabiegi dziennie (plus dwa razy gimnastyka)... Siostra stwierdziła, że ten początek zbyt ubogi, więc jutro po gimnastyce mam się zgłosić, to mi lekarz coś dorzuci... oj, widać za dobrze byłoby mi bez tego ;-)

Dzisiaj miałem jeden zabieg (miały być dwa, ale plan dostałem dwadzieścia minut po terminie pierwszego) – laser. Trochę inny niż miałem robiony w Gliwicach – tu nikt nie musiał mnie tym myziać ani dziabać po plecach, tylko samo się robiło. I chyba mocniejszy, bo coś poczułem w krzyżu (a w karcie zapisali 150, a w Gliwicach pisali mi maksimum 100.

Jeszcze o jedzeniu warto wspomnieć. Jadalne, ale raczej bez rewelacji. I do tego wczoraj była pomidorówka (nie lubię, nie zjem), a dzisiaj gulasz... który chyba też był wczorajszą pomidorówką z jakimś marnym mięskiem. Wczoraj dopychałem się tortem czekoladowym, który mnie hipnotyzował kręcąc się w gablotce restauracji Bohema, a dzisiaj pizzą. Jedno i drugie było duże i pyszne... ale już nie z uzdrowiskowej stołówki.

2 komentarze do wpisu „ Z pamiętnika kuracjusza”


Z pamiętnika hipochondryka

W środę rano, jeszcze przed wyjazdem na długi weekend pojechałem na kontrolę do przyszpitalnej poradni neurochirurgicznej. Tym razem nawet zastałem swojego lekarza prowadzącego. Skorzystałem z okazji i spytałem, czemu mnie nie wysłali do Rept, czy innego sanatorium. Czy nie przez jakieś przeoczenie. Podobno nie. Ten lekarz po prostu nie ma zwyczaju za wcześnie pacjentów wysyłać do takich ośrodków, bo mu czasem z nich karetką wracali... No i do Rept wcale nie ma takich wielkich kolejek.

Wypytałem po raz kolejny co mi wolno, czego nie wolno. Mam unikać jazdy na rowerze (a planowałem już sobie wycieczki :-(), o jeździe konnej mam zapomnieć. Poza tym mam żyć normalnie... Dostałem nawet zaświadczenie o zdolności do pracy.

Na długim weekendzie pochorowała mi się córka, niedługo potem żona. To teraz ja robię za jedynego zdrowego w rodzinie i nawet do roboty chodzę do biura. Na efekty siedzenia w pracy nie trzeba było długo czekać. W poniedziałek do szesnastej nie wysiedziałem, a we wtorek rano nieźle mnie sieknęło po krzyżu, gdy podnosiłem coś z podłogi. Znowu więc przeszedłem w tryb wzmożonej ostrożności. Ale poza tym się jakoś trzymam i nawet siedzenie w biurze jakoś znoszę.

Wczoraj przyszedł polecony z ZUSu: Zawiadomienie o skierowaniu na rehabilitację leczniczą w ramach prewencji rentowej ZUS, a tam informacja, że 03.06.2008 mam się stawić w Domu Zdrojowym w Szczawnie-Zdrój. I [...] ubezpieczony zobowiązany jest do poddania się rehabilitacji. Zgaduję, że podobnie wyglądają zaproszenia z WKU ;-)

Nie napisali nawet ile będą mnie tam trzymać. Zadzwoniłem więc dziś do rzeczonego Domu Zdrojowego. Miła pani poinformowała mnie, że taki turnus trwa 24 dni. Ponad 3 tygodnie... jak ja tam tyle wytrzymam? Zakładałem, że to będą dwa tygodnie... trzy tygodnie maksimum. W pracy się też pewnie cieszą ;-)

21 komentarzy do wpisu „ Z pamiętnika hipochondryka”


Z pamiętnika hipochondryka

W czwartek, po drodze na Pingwinaria zahaczyłem o zabrzański oddział ZUS. Na badanie na które zostałem wezwany. Właściwie to chyba mogłem sobie to olać, bo jedyne czym mnie straszyli w wezwaniu, to utrata pieniędzy, których i tak bym nie dostał (bo nie wysłałem im tego L4). Mimo to postanowiłem się tam zjawić. Po co mieszać, po co im podpadać... i ciekawy byłem jak to wygląda.

Na siedzibach ZUS rzeczywiście nie oszczędza... ale w sumie miło być obsługiwanym w ładnym i przyjemnym budynku (szkoda tylko że za nasze pieniądze). Żonkę musiałem trzymać za rękę na drewnianym mostku. W końcu trafiliśmy pod właściwy pokój, pół godziny przed czasem. Przede mną była w kolejce jedna osoba.

Lekarz przyjął mnie chwilę przed umówioną godziną. Najpierw przesłuchał: od kiedy mam problemy z kręgosłupem, jakie, co mnie teraz boli, czy biorę jakieś leki, itp. Potem zbadał. Tak, wreszcie mnie jakiś lekarz porządnie zbadał (ostatnio zdarzyło się to na konsultacji u neurochirurga, jeszcze przed przyjazdem do szpitala). Zwolnienia nie zakwestionował. Co więcej... stwierdził, że wyśle mnie do sanatorium. Powinienem wkrótce dostać pocztą dalsze informacje.

Tymczasem, dzisiaj przyszedł list z Rept:

Informujemy, że został(a) Pan(i) zakwalifikowany(a) do rehabilitacji w GCR Repty na oddział Rehabilitacji Schorzeń Narządu Ruchu 3 (nr tel.: ....).

Czas oczekiwania na przyjęcie wynosi ok. 7 - miesięcy. O dokładnym terminie przyjęcia zostanie Pan(i) poinformowany(a) przez Ordynatora Oddziału.

Ciekawe jakie terminy mają ZUSowe sanatoria...

A pojutrze na kontrolę do szpitalnej poradni neurochirurgicznej. Jak będę w bojowym nastroju, to może ich spytam, czemu oni nie wysłali mnie ani do Rept, ani do innego sanatorium... Przecież to szpital powinien mi załatwić, a nie lekarz orzecznik z ZUS i rehabilitant do którego wysłał mnie lekarz rodzinny...

11 komentarzy do wpisu „ Z pamiętnika hipochondryka”



[szpieg] Jesteście obserwowani...