Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Jeden dzień z pobytu w Reptach

W tym tygodniu już kriokomora i wanna do hydromasażu (jakuzzi) działają, więc mam komplet zabiegów, poza biczami, na które muszę jeszcze poczekać. Mam więc bardzo aktywny poranek: 7:30 śniadanie, 8:30 kriokomora, tam po wyjściu ćwiczenia. Wczoraj ćwiczyłem tyle ile inni, to już na siłownię (czynną do 10:30) nie miałem kiedy iść, dzisiaj więc spędziłem tylko pięć minut na bieżni, byle się trochę rozgrzać i poleciałem na siłownię. Tam zaliczyłem ćwiczenia na przyrządach i zaraz trzeba było lecieć na basen (9:30). Na basenie po chwili moczenia wszedłem do jakuzzi (akurat był termin dla mężczyzn), gdzie spędziłem 15 minut w bardzo gorącej wodzie (a wczoraj była chłodna). Gdy wychodziłem aż zakręciło mi się w głowie, chwilę postałem trzymając się barierki, zanim zszedłem po schodkach. Na szczęście w basenie woda też była dość ciepła i mogłem iść pływać bez większego szoku.

Planowo basen mam dwa razy po pół godziny (o 9:30 i 14:00), ale dzisiaj moczyłem się ponad godzinę już za pierwszym razem – znalazłem miłe towarzystwo. A na po obiedzie umówiłem się z Agatą na spacer. To dużo lepsze niż spędzenie reszty dnia wśród dziadków na oddziale.

Po basenie suszenie głowy i akurat kończyła się przerwa w sali gimnastycznej, to poszedłem zrobić jeszcze ćwiczenia zadane przez magistra. I na tym kończą się moje dzisiejsze zabiegi, można odsapnąć :-). Obiadek za godzinkę, a potem będzie trzeba sobie jakoś czas zagospodarować.

4 komentarze do wpisu „Jeden dzień z pobytu w Reptach”


Z pamiętnika hipochondryka

Dzisiaj przyjęli mnie do Górnośląskiego Centrum Rehabilitacji Repty w Tarnowskich Górach. Nie wiedziałem czego się spodziewać poza tym, że warunki będą jakieś pomiędzy tym co było w szpitalu w Bytomiu, a tym co miałem w Szczawnie. No i rzeczywiście, ale niestety raczej bliżej temu do szpitala. Pięcioosobowa sala, ze szpitalnymi łóżkami. Na pierwszym leży dziadek w pampersie. Automat na monety do telewizora taki sam jak w Bytomiu. Tylko bajzel organizacyjny jakby znacznie mniejszy.

Przed przyjazdem nie wiedziałem jak długo będę tu przebywał. W zaproszeniu była tylko informacja, że to szpital, nie ma tu czegoś takiego jak turnus, a czas pobytu ustala ordynator po badaniach. Jednak na miejscu pielęgniarka od razu mi powiedziała, że poleżę tu 21 dni, do 2 grudnia.

Już dzisiaj przed południem zbadał mnie lekarz, dość starannie, i zapisał zabiegi:

  • Ćwiczenia ogólnokondycyjne
  • Ćwiczenia idywidualne
  • Atlas i ćwiczenia na przyrządach
  • Basen (dwa razy dziennie)
  • Bicze (ale początek dopiero 25 listopada, bo wcześniej terminy zajęte)
  • Kriokomora

Poszedłem też sobie na pierwszy spacerek, po parku, dookoła ośrodka. Rzeczywiście ładny ten park od środka. Bo z drogi, jak tu przyjeżdżaliśmy wyglądał raczej nieciekawie. Może dlatego, że pierwsze co się rzuciło w oczy to jakieś ruiny między drzewami, a potem nienajpiękniejsze budynki Centrum i Salezjańskiego Ośrodka. Fajnie byłoby tu porobić jakieś zdjęcia, ale lustrzanki wolałbym tu nie trzymać (mam nadzieję, że mi laptopa nie ukradną... a aparatu byłoby bardziej szkoda) – pozostaje telefonik. W Szczawnie wystarczył.

Na sobotnie noce podobno mogę dostać przepustki, jeśli w czwartek zacznę załatwiać, więc na weekend mam szansę wracać do domu (wyjdę w sobotę po zabiegach, wrócę w niedzielę wieczorem). Poza tym też mam swobodę i jakbym się uparł, to mógłbym każdego popołudnia sobie do domu jechać, byle na noc wracać, ale nie wiem czy ma to sens – w końcu mam tu się kurować i odpocząć, a jazda samochodem tam i z powrotem może dawać przeciwny efekt.

Dodaj komentarz do wpisu „Z pamiętnika hipochondryka”


Z pamiętnika hipochondryka

Siedzę sobie w pracy, a tu komórka dzwoni. Numer zastrzeżony. Odbieram...

Witam. Pan K.....? Dzwonię z ośrodka rehabilitacji w Reptach. Proszę się zgłosić w czwartek do przyjęcia...

WTF?! No wiem, że jeszcze w tym roku mam tam trafić na rehabilitację, ale spodziewałem się raczej terminu w listopadzie lub grudniu... i informacji o dokładnym terminie tak z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Fajnie, że mogą mnie już przyjąć... ale przecież nie mogę nagle klientowi i rodzince oświadczyć, że pojutrze znikam na dwa-trzy tygodnie (zapomniałem się dopytać ile to trwa)...

Wytłumaczyłem pani, że teraz raczej nie dam rady. Zadzwonią znowu gdzieś w październiku (nie wiadomo dokładnie kiedy), prawdopodobnie z takim samym wyprzedzeniem. No, ale teraz wiem czego się spodziewać...

1 komentarz do wpisu „Z pamiętnika hipochondryka”


Wybrałem się wreszcie na basen

Na moje dolegliwości, wśród różnych form aktywnego wypoczynku, podobno najlepszy jest basen. Powinienem więc na basen chodzić. Ale najpierw trzeba było wydobrzeć po operacji, potem jechałem do sanatorium, potem cośtam, potem urlop po urlopie remont u Krysi... potem coś mnie jakiś katar zaczął łapać, a wczoraj samochód śmierdział (po odgrzybianiu klimy)... ;-) Można by to w nieskończoność ciągnąć.

Dzisiaj więc się w końcu wybrałem. Katar i tak pewnie mi przez pół roku nie przejdzie, a samochód już prawie nie śmierdzi. Basen okazał się nawet czynny (jeszcze przez parę dni, bo od 25. przerwa techniczna). Co więcej, czynne okazały się nawet sauny, które w zeszłym roku były ciągle (gdy tam zaglądałem) modernizowane (tylko planowany termin zakończenia prac się zmieniał.

Przez jakieś czterdzieści minut sobie pływałem. Głównie na plecach, bo na brzuchu to właściwie tylko niekrytą żabką umiem, a to podobno niewskazane. Za to wyczytałem, że żabka na plecach wręcz przeciwnie... więc tak sobie na plecach nóżkami wymachiwałem...

Po pływaniu postanowiłem się przyjrzeć saunom. Chciałem poczytać regulamin (czy jest np. coś o obowiązkowym stroju), ewentualnie pooglądać z zewnątrz. Większość informacji była jednak w środku, z zewnątrz tylko kartki o tym, że ręcznik obowiązkowy (nie było widać, żeby ludzie się bardzo tym przejmowali) i jak wejść. Ciekawość jednak wygrała – wziąłem ręcznik, przyłożyłem dynksa do czytnika i wszedłem, licząc na to, że pieniędzy mi starczy.

Były tam cztery sauny: sucha, mokra, na podczerwień i łaźnia parowa. Oprócz tego szatnia (raczej dla tych co wchodzą nie od strony basenu), wucet, prysznice i jakaś wanienka (pewnie to jakaś specjalna atrakcja, której nie obadałem). Kręciło się tam parę osób – wszystkie w strojach kąpielowych, jak można było się spodziewać. Będąc tam sam wolałem się nie wyróżniać i też kąpielówek nie zdejmowałem. Wybrałem saunę suchą – po pierwsze ją znam, po drugie miała chyba najkrótszy zalecany czas zabiegu, a ja kasy w portfelu miałem mało. Jeśli klepsydra była na piętnaście minut, do w saunie byłem najpierw jakieś osiem, potem może z pięć minut. Przed, po i pomiędzy oczywiście prysznic. Nawet było miło (chociaż z kąpielówkami to nie to samo), ale jednak to niekoniecznie rozrywka na lato. No i zawsze przyjemniej w rozebranym kobiecym towarzystwie ;-) (dzisiaj w saunie siedziałem sam).

W sumie byłem na basenie z sauną troszkę ponad godzinkę. I zapłaciłem ponad dwadzieścia złotych. Dobrze, że nie więcej, bo nawet złotówka mi nie została. %-). Ciekawość zaspokoiłem z tej sauny w najbliższym czasie już chyba nie będę korzystał, ale na basen warto będzie się jeszcze wybrać.

4 komentarze do wpisu „ Wybrałem się wreszcie na basen”


Z pamiętnika kuracjusza – kolejne zabiegi

Od ostatniego wpisu na ten temat doszły mi kolejne trzy zabiegi. W poniedziałek magnetoterapia, a w środę masaż suchy i masaż podwodny.

Magnetoterapia

Zabiegi z polem magnetycznym miałem już dwa razy w Gliwicach. Raz wyglądało to tak, że dostawałem takie coś na brzuch i pod plecy. Za drugim razem była to taka obręcz (cylinder pusty w środku) wokół łóżka, umocowana na suwakach. Ja się kładłem, a pani nasuwała tę obręcz tak, żeby obejmowała chorą część mojego kręgosłupa.

Tutaj najwyraźniej są dwie opcje. Pierwsza to koło, czyli podobna obręcz, ale nie wokół łóżka i na suwakach, ale stojąca na łóżku. Trzeba się jakoś w nią wgramolić. Ja, przynajmniej na razie, miałem zabiegi właśnie w takich kołach. Jest jednak też druga opcja promiennik. Takie coś umocowane na stojaku obok łóżka. Niektórzy to wolą. W sumie nie dziwne, odpadają niewygody koła.

Masaż suchy

Masaż suchy to klasyczny masaż, w moim przypadku pleców. Nigdy wcześniej nie miałem żadnego profesjonalnego masażu, to nie wiedziałem czego się spodziewać. Przyszła pani, kazała się rozebrać do połowy i położyć na łóżku. A potem masowała... uczucie, jakby bardzo precyzyjna maszyna obrabiała mi plecy. Palce masażystki precyzyjnie, ale i silnie uciskały każdy fragment, od ramion i szyję prawie po miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę...

Po innych zabiegach mam problem ze wstaniem z łóżka... a po masażu, czułem, że mogę po prostu zeskoczyć. Zerwanie się na nogi, jak za dawnych, zdrowych czasów, po tym zabiegu było znowu możliwe. :-) Ale zdziwiłem się trochę, gdy stwierdziłem, że zabieg trwał ledwo pięć minut, wydawało mi się, że dłużej.

Dzisiaj, na drugim masażu, trafiłem na faceta. Strasznie rozmownego (a rozmowa ze mną to raczej ciężka rzecz). Także tym razem byłem gotów zeskoczyć z łóżka.

Masaż podwodny

Na karcie zabiegowej mam przez lekarza wpisany masaż podwodny automatyczny, w planie jest masaż podwodny, a z różnych materiałów na ścianach i tabliczek na drzwiach gabinetu wynikało, że to nie to samo. Obawiałem się, że ktoś coś znowu pomieszał. Nawet próbowałem ustalić to z panią doktor, ale ta stwierdziła, że wszystko jedno. Z pewną obawą udałem się na pierwszy zabieg...

Okazało się, że w gabinecie 22 czekał na mnie masaż automatyczny. Pani kazała mi się rozebrać i wejść do wanny. A potem włączyła bąbelki. Niezupełnie to były bąbelki, bo raczej to były silne strumienie wody. Najpierw na podeszwy stóp, potem po nogach, rękach, do ramion i potem wzdłuż kręgosłupa. I tak kilka razy, aż maszyna się wyłączyła. Wanna przy tym wydawała takie odgłosy, jakby zaraz miała wystartować w kosmos. Ogólnie przyjemny zabieg.

Dzisiaj, dla odmiany, miałem zabieg w gabinecie numer 7. I tu była nieco inna wanna... tym razem nie masował mnie automat, ale pani ze szlauchem. Ja sobie leżałem w wodzie, tylko głowa na wierzchu, obracałem się, gdy było trzeba, a pani masowała mi całe ciało (nogi, ręce, brzuch, plecy, pośladki) silnym strumieniem wody. Tak silnym, że miejscami to było bolesne (szczególnie okolice ramion, dobrze, że pani jajka omijała), ale ogólnie całkiem przyjemne. A masaż automatyczny, to był przy tym jakimś delikatny łaskotaniem po bokach.

No i to by było na tyle zabiegów. Raczej w ostatnim tygodniu już mi więcej nie dopiszą. Teraz codziennie (poza niedzielą) będę miał: laser, TENS, magnetoterapię, masaż suchy i masaż podwodny. Natrysk płaszczowy i okłady borowinowe już mi się skończyły.

3 komentarze do wpisu „ Z pamiętnika kuracjusza – kolejne zabiegi”


Z pamiętnika kuracjusza – nałogowiec zawsze coś sobie zorganizuje...

Jak co dzień, o 10:00 zarzuciłem laptopa na ramię i poszedłem na netoterapię. Dzisiaj sobota, nie pierwsza w miesiącu, więc biblioteka zamknięta. Poszedłem więc od razu do kawiarenki przy sklepie komputerowym. A tam zamknięte. Na drzwiach jest napisane Czynne: 10-20, w niedziele: 12-20, a dzisiaj o 10:15 zamknięte... :-(

Z odrobiną nadziei udałem się więc do biblioteki... a nóż... niestety, też zamknięte. Że próbować podłączać laptopa w sanatorium ma mały sens już się przekonałem – komórka wykrywa tam tylko szczątki sygnału mojej sieci. Sama komórka w parku odbiera już całkiem nieźle i jabberować można, ale niewiele więcej. Zabieranie laptopa do parku sensu nie ma – bateria nie trzyma dłużej niż pół godziny nie trzyma. Musiałem więc poszukać prądu w zasięgu sieci.

Znalazłem otwartą restaurację z gniazdkiem w ogródku. Spytałem, czy mogę się podłączyć, a gdy po chwili zastanowienia pani pozwoliła, zamówiłem herbatkę i szarlotkę. Tak oto mogę się oddać swojemu nałogowi... :-)

Gdyby jeszcze klawiatura w laptopie mi nie wysiadała...

4 komentarze do wpisu „ Z pamiętnika kuracjusza – nałogowiec zawsze coś sobie zorganizuje...”



Jesteście obserwowani...