Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Z pamiętnika kuracjusza – wyprawa na Chełmiec

Chełmiec to szczyt górujący nad tutejszym krajobrazem. Samotna góra z masztem telewizyjnym i wielkim białym krzyżem na szczycie. Tam też znajdować się miała skrzynka geocaching OP0060. Jeszcze przed wyjazdem do sanatorium postanowiłem, że muszę się tam wybrać. Tutaj jednak się okazało, że czas na wycieczki jest ograniczony (w tygodniu ciągle są zabiegi), a do tego nie powinniśmy wybierać się na takie wyprawy bez pozwolenia lekarza.

Wczoraj przed obiadem mieliśmy badania. Spokojny o wynik badania i nauczony, że głównym zaleceniem dla mnie było dużo chodzić spytałem lekarza o pozwolenie. Ten powiedział, że jak nie będę odczuwał przy tym żadnych dolegliwości z kręgosłupa to mogę. Tylko mam uważać.

Zaraz po obiedzie więc zmieniłem buty (sandały nie koniecznie się nadawały), zapakowałem kurtkę do plecaka, założyłem czapeczkę (słonko przygrzewało), uruchomiłem GPS, kupiłem wodę i wybrałem się na wyprawę niebieskim szlakiem. Według tabliczki na szczyt miałem 1,5h drogi, a do kolacji 4h czasu.

Początek mimo, że dość płaski, był męczący, bo w słońcu. Minąłem Szczawieński cmentarz na wzgórzu, przeszedłem przez jakieś peryferia Wałbrzycha i dotarłem do lasu. Przez las szło się bardzo przyjemnie. Spotkałem sarenkę i leśną myszkę. Potem zrobiło się trochę stromiej. Doszedłem do jakiejś drogi którą szlak prowadził łagodnie wzdłuż stromej skarpy po lewej... aż na drzewie pojawiła się strzałka w lewo. Ten fragment szlaku raczej nie był przewidziany dla kuracjuszy, ale ja się dzielnie wdrapywałem. Na drodze zauważyłem trójkę innych kuracjuszy. Spojrzeli na mnie i postanowili iść dalej drogą (nie dziwię się im). W końcu wdrapałem się na szczyt. Już z końcówki szlak widok był śliczny.

Na szczycie, oprócz krzyża i masztu telewizyjnego stoi jeszcze murowana wieża (trochę ruina). Na wejściu karteczka, że w weekend co pół godziny wpuszczają turystów. O 15:20 drzwi się otworzyły i wyszła grupka, spytałem się, kiedy będzie można wejść, okazało się, że już. To wszedłem. Za 4zł mogłem zobaczyć prześliczny widok. Na Wałbrzych, Szczawno-Zdrój, Ślężę, Śnieżkę i dużo więcej. Na Śnieżce jeszcze biało.

Wieżą opiekują się, społecznie, tutejsi krótkofalarze. Na szczycie masa anten (część pewnie amatorska, a część operatorów komórkowych itp., pewnie zarabiają na utrzymanie wieży).

Gdy schodziłem z wieży pod nią była już ta trójka, co wybrała drogę. Siedzieli tam, gdzie spodziewałem się znaleźć skarb więc kręciłem się w kółko, zanim nie poszli. Potem przeszukałem okolicę. Skrzynka była jednak gdzie indziej. Do tego zupełnie na wierzchu. Pewnie ktoś niewtajemniczony przypadkiem znalazł i porzucił. Dopełniłem formalności, wziąłem klamerkę z kwiatkiem, zostawiłem nalepkę z pingwinem i schowałem pudełko porządniej. Potem mogłem wracać.

Po drodze trochę pokropiło, ale za bardzo mnie nie zmoczyło. Zdążyłem wrócić 15 minut przed kolacją – w dobrym humorze i zadowolony z wyprawy. O dziwo, dzisiaj nawet nie jestem bardzo obolały. Trzeba sobie wymyślić kolejny cel. Pod Książem są trzy skrzynki...

7 komentarzy do wpisu „ Z pamiętnika kuracjusza – wyprawa na Chełmiec”


Z pamiętnika kuracjusza

Wpis wczorajszy, bo dopiero dzisiaj udało mi się sensownie do sieci podpiąć.

Do kurortu wczoraj (03.06.2008) około południa przywiozła mnie żona. Przejazd przez Wałbrzych i początek Szczawna-Zdrój nie wyglądał zachęcająco – blokowiska i fabryki całkiem jak u nas... Ale już część uzdrowiskowa Szczawna, to całkiem co innego. Tu jest ślicznie.

Zgodnie z instrukcją udałem się do Domu Zdrojowego. Tam zaliczyłem opad szczęki na widok głównego holu i udałem się do recepcji. Pokazałem wesołym paniom skierowanie, pani zabrała skierowanie, spytała, czy mogę chodzić po schodach, wypisała inny papierek (kartę zabiegową) i odesłała do Pioniera (w prawo, za rogiem w prawo, w dół i za fontanną po schodkach). Nawet udało nam się trafić. Trzeba było chwilkę poczekać aż będzie ktoś, kto może dopełnić formalności. W końcu pielęgniarka po prosiła do środka i zaczęło się wypełnianie kolejnych papierów...

Padło też standardowe pytanie o legitymację ubezpieczeniową. Mówię, że nie mam. Zresztą, na skierowaniu była lista dokumentów do zabrania i nie było tam legitymacji. To pani mnie pyta jak ja w takim razie korzystam z przychodni itp. Tłumaczę, że u nas praktycznie wszystko załatwia się kartą. Ona mi na to, że i tak potrzebuje numeru ubezpieczenia (pierwszy raz o czymś takim słyszę, pomijając amerykańskie filmy) i, że w mojej przychodni powinni go mieć. Miałem wątpliwości, ale poprosiłem żonkę, żeby zadzwoniła do przychodni i się dowiedziała. W tym czasie ja wypełniałem kolejne papierki (np. taki, w którym wyznaczałem osobę upoważnioną do zabrania moich rzeczy, jakbym przypadkiem kuracji nie przeżył).

Oczywiście w mojej przychodni też nic o takim numerku nie wiedzą. Siostra przyjęła to do wiadomości i tylko poprosiła, żebym wpisał na karcie, w miejscu numeru: nie posiadam i walnął parafkę. Zaznaczam, że cały czas była dla mnie bardzo miła. Spytała, czy gorączkuję, zmierzyła ciśnienie i puls (wszystko w normie). Na koniec dała karteczki z porami posiłków, kodem do drzwi i informacją, że karta do telewizora na cały turnus kosztuje 73zł.

Aaaa... jeszcze jedno. Miałem podpisać się pod wyciągiem z regulaminu. Więc nie tylko się podpisałem, ale i przeczytałem. Pierwszy punkt mówił, że zaleca się wykupienie dobrowolnego ubezpieczenia NW i od skradzionych rzeczy. NW mam dosyć, ale od kradzieży laptopa mógłbym się ubezpieczyć, jeśli to drogo by nie kosztowało... Więc pytam panią jak się to dobrowolne ubezpieczenie wykupuje... Pani najpierw nie wiedziała o czym mówię, potem się zdziwiła, że taki punkt jest w regulaminie, a następnie zaczęła dzwonić, żeby się dowiedzieć... Po paru nieudanych telefonach już machnąłem ręką, ale siostra stwierdziła, że jak jest w regulaminie i pacjent sie pyta, to musi się dowiedzieć i udzielić informacji. Więc jej już nie przeszkadzałem. W końcu wyszło na to, że w Uzdrowisku tego się nie załatwi, trzeba wyjść na miasto do ubezpieczalni jakiejś i sobie kupić. Na razie sobie odpuściłem.

Po zarejestrowaniu się w Pionierze miałem z kartą zabiegową udać się na jadalnie do wyznaczenia stolika no i na obiad. Na jadalni pani mnie zapisała, podała numer stolika... i zaprowadziła do stolika (nie żadne tam, czy pan se znajdzie). No ciągle czuję, że jestem traktowany jak gość, a nie petent. A to rzadkość w naszej służbie zdrowia.

No właśnie... służba zdrowia. O tym, że to jednak nie wczasy przypomina regulamin szpitala-sanatorium. Po 22:00 wszystkie dzieci mają być już grzecznie w pokojach, nie ma mowy, żeby później wejść do budynku. Do 6:00 nie można też, oczywiście, wyjść. Żadnego alkoholu (tu nie muszę się hamować ;-)). Wyjście na wycieczkę, czy potańcówkę podobno trzeba uzgadniać z personelem (taaaa...). Luksusy też trochę mniejsze niż miałbym na wczasach – łazienka może wielka, ale cztery osoby w pokoju. Ale nie jest źle.

Dzisiaj rano (7:10) była pogadanka z lekarzem. Generalnie kto tu rządzi i czego nie wolno. Pani doktor też bardzo miła. Po śniadaniu były badania. Po jakieś dwie minuty na pacjenta, byle zabiegi zapisać. Porządnie mamy być zbadani w piątek albo w sobotę.

Przed południem pojawiły się karty zabiegowe z planem zabiegów. Ja ze swojego planu dowiedziałem się, że nazywam się teraz Lidia jakaśtam.... Spytałem siostry oddziałowej, czy tak ma być i okazało się, że jednak nie. Plany zostały zamienione. Potem się okazało, że nie tylko zamienione, bo zawartość planu podpisanego moim nazwiskiem nie odpowiada zabiegom zleconym na mojej karcie. Więc, musiałem zostać wrzucony do komputera jeszcze raz. No i dostałem nowy plan, w którym przez pierwsze dwa tygodnie prawie nic nie ma – terminy już były pozajmowane. Za to, pod koniec mam po cztery zabiegi dziennie (plus dwa razy gimnastyka)... Siostra stwierdziła, że ten początek zbyt ubogi, więc jutro po gimnastyce mam się zgłosić, to mi lekarz coś dorzuci... oj, widać za dobrze byłoby mi bez tego ;-)

Dzisiaj miałem jeden zabieg (miały być dwa, ale plan dostałem dwadzieścia minut po terminie pierwszego) – laser. Trochę inny niż miałem robiony w Gliwicach – tu nikt nie musiał mnie tym myziać ani dziabać po plecach, tylko samo się robiło. I chyba mocniejszy, bo coś poczułem w krzyżu (a w karcie zapisali 150, a w Gliwicach pisali mi maksimum 100.

Jeszcze o jedzeniu warto wspomnieć. Jadalne, ale raczej bez rewelacji. I do tego wczoraj była pomidorówka (nie lubię, nie zjem), a dzisiaj gulasz... który chyba też był wczorajszą pomidorówką z jakimś marnym mięskiem. Wczoraj dopychałem się tortem czekoladowym, który mnie hipnotyzował kręcąc się w gablotce restauracji Bohema, a dzisiaj pizzą. Jedno i drugie było duże i pyszne... ale już nie z uzdrowiskowej stołówki.

2 komentarze do wpisu „ Z pamiętnika kuracjusza”


Zabawy z GPS-em

Chciałem napisać kolejną notkę o mojej zabawce... i zorientowałem się, że przecież jeszcze nic nie napisałem na ten temat. A więc, od początku...

Już od dawna fascynowała mnie technologia GPS – możliwość rejestrowania aktualnej pozycji i nawigacji w czasie rzeczywistym do wybranego punktu. No i obrabianie zebranych danych w komputerze. Bardzo chętnie bym się czymś takim pobawił... ale jak na zabawkę to było zawsze zbyt drogie. Turystyczne urządzenia GPS albo bardzo prymitywne, albo drogie. Do gołego odbiornika musiałbym mieć laptopa albo palmtopa, a samochodowe nawigacje jakoś mnie nie pociągały specjalnie (drogie i właściwie do użytku tylko w samochodzie).

Na szczęście sytuacja nieco się zmieniła. Odbiorniki GPS potaniały, a zmądrzały telefony komórkowe. Więc za niewielkie pieniądze mogłem kupić sobie odbiornik na Bluetooth, który całkiem sprawnie może być obsłużony przez mój, też nie najdroższy, telefon komórkowy.

Zabawy

No to co ciekawego można takim zestawem robić. No moim głównym celem było móc jechać w nieznane i dalej wiedzieć gdzie się jest, żeby móc wrócić. ;-) No i rejestrowanie swoich wycieczek. Gdy szukałem oprogramowania do swojej zabawki często natykałem się na określenie geocaching. Nie wnikałem w to, zakładałem, że to po prostu zbieranie informacji o tym gdzie się było (wiecie, skojarzenie z cache przeglądarki). Później okazało się, że bardzo się myliłem...

Geohashing

Skoro ignorowałem geocaching to pierwszą zabawą z GPS którą się zainteresowałem był geohashing, wymyślony przez autora popularnego komiksu XKCD w odcinku 426. Po prostu, gdy zobaczyłem ten obrazek i przeczytałem odpowiadający mu wpis na blagu, to uznałem, że muszę tego spróbować. Wygląda na to, że jestem jedynym takim wariatem w Polsce. :-)

Zabawa polega na tym, że dla każdej daty wyznaczane są konkretne współrzędne geograficzne, dla każdej kratki 1° na 1°. Algorytm wykorzystuje notowania nowojorskiej giełdy z dnia poprzedniego (lub ostatniego w którym były dostępne), więc nie można określić przyszłych punktów. Po prostu znane są współrzędne na dziś lub jutro. W piątek także na weekend (aż do poniedziałku), ale nic więcej. Zadanie polega na tym, żeby w odpowiednim dniu trafić w odpowiednie miejsce. W soboty, o 16:00 czasu lokalnego przewidziane są w tych miejscach spotkania miłośników XKCD, więc teoretycznie można spotkać się z innymi świrami (o ile tacy są w okolicy).

Ja pierwszy punkt zaliczyłem wczoraj. Trafiłem na stare, opuszczone i zdewastowane torowisko w Sośnicy. Całkiem interesujące miejsce. :-)

Geocaching

Gdy zainteresowałem się geohashingiem, to w końcu poczytałem też co to ten geocaching. No i to też całkiem fajna sprawa. W skrócie: ludzie robią skrytki z dzienniczkiem i skarbami i publikują współrzędne geograficzne. Zadanie polega na odnalezieniu skrytki i wpisaniu się do dzienniczka. Może być ciekawe.

Zaleta w porównaniu z geohashingiem: jest po co iść, skrytki zwykle są w interesujących miejscach (można pozwiedzać) i z zasady są dostępne (geohashing może prowadzić prosto na środek morza, czy do zamkniętej bazy wojskowej). Jednocześnie wadą jest to samo: wiadomo mniej-więcej czego można się spodziewać i generalnie skrytki są w znanych miejscach. Miejsca ukrycia najbliższych skrzynek prawdopodobnie się już kiedyś odwiedziło, przy innej okazji.

Jutro będę w pobliżu jednej takiej skrytki, to może i swój geocaching zaliczę. :-)

Geodashing itp.

Z geozabaw czytałem jeszcze o geodashingu. Trochę podobne do geohashingu – też miejsca są rozmieszczane losowo. Jednak tym razem są to wylosowane punkty na całym świecie ważne przez miesiąc. Pewnie jest jeszcze parę innych takich zabaw.

Moje zabawki

se_gps2.jpg

Odbiornik GPS Navibe GB735

Wybrałem taki, bo to był jeden z najtańszych, od sensownego sprzedawcy na Allegro, na popularnym chipsecie (SiRF Star III) obsługiwanym przez większość oprogramowania, a w zestawie miał ładowarkę samochodową i domową. Był dodany też kod umożliwiający ściągnięcie na próbę programu Wayfinder, ale to niespecjalnie mi się przydało (zniechęcała głównie cena pełnego produktu, ale także to jak mnie program przywitał, gdy chciałem wypróbować).

Urządzenie działa całkiem przyzwoicie, chociaż czasem długo trzeba czekać aż po raz pierwszy ustali pozycję. Przy gorszej pogodzie, to może być i pół godziny, jeśli w ogóle się to uda. Mam wrażenie, że dokładność (czy raczej czułość) mogła by być nieco lepsza (często widzi tylko 3/4 satelity). Ale w praktyce nie sprawiło mi to większych problemów, więc nie mam co narzekać. Bateria wystarcza chyba na jakieś dziesięć godzin. Spokojnie wystarczy na wycieczkę, a na dłuższej trasie samochodem odbiornik może stale być podpięty do ładowarki.

Telefon SE k550i

O telefonie już wspominałem. Dodam tylko, że wydaje się bardzo dobrym wyborem do zabaw z GPSem. Może nie zainstaluję na nim oprogramowania przygotowanego pod Symbiana czy Windows CE może nie zainstaluję, ale i pod Javę znalazłem wszystko czego potrzebuję. Wszystko działa szybko i sprawnie, na karcie pamięci mogę zmieścić praktycznie dowolną ilość map. Przydaje się też wbudowany aparat fotograficzny – wystarczająco dobry, żeby udokumentować swoje wyprawy.

Dodatkowe duperele

Dodatkowe rzeczy jakie dokupiłem do tego zestawu:

  • Samochodowy uchwyt na telefon – żeby sprawnie korzystać z nawigacji samochodowej trzeba mieć wyświetlacz telefonu na widoku. Kupiłem chyba najtańszy uchwyt, przyczepiany przyssawką do przedniej szyby. Wygląda trochę tandetnie, ale spełnia swoje zadanie. Problem pojawia się, gdy chcemy podłączyć ładowarkę (dla mnie to mus), ze względu na nieszczęśliwe położenie złącza w moim telefonie. Ale i z tą wtyczką jakoś się trzyma, tyle że krzywo. Jakbym kupił oryginalny uchwyt Sony-Ericsson (kosztujący parę razy więcej), to nie miałbym takiego problemu.
  • Ładowarka do telefonu – gdy korzysta się z nawigacji online, to konieczność. Mój telefon strasznie żre prąd przy aktywnym połączeniu z Internetem.
  • Rozdzielacz gniazda zapalniczki – dzięki niemu mogę jednocześnie podłączyć zasilanie telefonu i odbiornika GPS i nie martwić się, że mi któraś bateria padnie w samochodzie.

Oprogramowanie

NaviExpert

Żeby GPS nie był tylko zabawką, potrzebowałem czegoś co zrobi z niego prawdziwą nawigację samochodową. Jeszcze przed zakupem rozglądałem się w sieci za odpowiednim oprogramowaniem i moją uwagę zwrócił NaviExpert. Sam program jest za darmo, ale nie posiada map. Zamiast tego łączy się przez Internet z serwerem, który wyznacza trasę i udostępnia mapkę okolicy. Płaci się za tę usługę, można wykupić abonament na jeden dzień i wypróbować. A jak się spodoba, zapłacić za rok lub dwa.

Ten sposób działania ma jeszcze dodatkowe zalety: mamy do dyspozycji aktualną bazę danych o niemiłych niespodziankach na drodze (jak fotoradary), a podczas wyznaczania trasy mogą być uwzględnione korki w których utknęli inni użytkownicy.

Ściągnąłem, zapłaciłem za tydzień wypróbowałem. Działało, wykupiłem więc dłuższy abonament. Blondynka (NaviExpert mówi tylko głosem kobiecym) doprowadziła nas już do Krynicy i do Ustronia. Było parę potknięć, ale zdaje się, że innym produktom też się zdarzają. Ja na zakup nie narzekam.

TrekBuddy

GPS miał być do zabawy... więc potrzebowałem też programu, który przyda mi się na wycieczkach i który pozwoli mi na wymianę danych GPS z komputerem. Oglądałem w sieci różne Javowe aplikacje GPS na komórkę. Jedne były zbyt prymitywne, inne za drogie, a TrekBuddy darmowy i ma właściwie wszystkie funkcje jakich bym chciał.

Główną funkcją TrekBuddy'ego jest pokazywanie aktualnej pozycji na mapie. W tym celu trzeba mieć odpowiednio przygotowane mapy. Na szczęście są narzędzia, które pozwalają taką mapę przygotować, niestety głównie pod Windows (o nich dalej). Można też gotowe mapy kupić. W Polsce firma Compass produkuje i sprzedaje takie mapy. Trochę drogo, ale jak próbowałem samemu papierową mapę zeskanować i przygotować do użytku z TrekBuddy, to uznałem, że może warto zapłacić.

TrekBuddy pokaże nam także kierunek w którym się poruszamy, wprowadzone wcześniej punkty nawigacyjne, czy kierunek i odległość do wybranego punktu. Przebytą trasę może na bieżąco zapisywać w pliku GPX (standard wymiany danych GPS). Punkty nawigacyjne także trzyma w plikach GPX.

Atlas Creator

TrekBuddy Atlas Creator to proste narzędzie w Javie przerabiające mapy Google na atlas TrekBuddy. Niestety dość prymitywne.

Googleak

Podobne narzędzie, ale dużo bardziej zaawansowane. Pozwala także przetwarzać mapy terenowe, zdjęcia satelitarne, a także mapy z kilku innych źródeł niż Google. Przy pomocy tego narzędzia można sobie przygotować całkiem niezły atlas dla TrekBuddy'ego. Niestety, Googleak jest pod Windows, na szczęście – całkiem dobrze działa teraz w wine.

OziExplorer i skrypty do dzielenia map

Generalnie OziExplorer to jest jakiś komercyjny program pod Windows do obsługi urządzeń GPS. Mnie jednak interesuje mały wycinek jego funkcjonalności, dostępny także w wersji demo – kalibracja map. Tak się składa, że TrekBuddy używa danych kalibracyjnych właśnie w formacie OziExplorera. Program działa pod wine, niestety nieznośnie powoli.

Udało mi się przy jego pomocy skalibrować jakąś przedwojenną niemiecką mapę 1:25000 znalezioną w internecie. Z podobną polską sztabówką, czy własnoręcznie zeskanowaną papierową mapą turystyczną poszło znacznie gorzej. Przy okazji dowiedziałem się jaka kartografia, a szczególnie kwestie współrzędnych geograficznych i odwzorowania, jest skomplikowana...

Skalibrowaną mapę należy jeszcze pociąć i ewentualnie zapakować do atlasu. Różne narzędzia do tego celu można znaleźć na stronach TrekBuddy.

Na szczęście nie trzeba się samemu w przygotowywanie map bawić. :-)

Viking

Oprogramowanie na komórkę z GPS-em i mapy do niego to nie wszystko. Przydałoby się coś, czym można by było sobie planować trasy, a także oglądać dane zebrane przez nasz zestaw GPS. I fajnie byłoby się obyć bez Windows, czy wine. Trochę się naszukałem zanim znalazłem coś fajnego, ale w końcu się udało. Viking to prosta aplikacja GTK umożliwiająca pracę z mapami (znów z Google itp.) oraz danymi z i dla GPS. Można wyświetlić sobie mapę wybranej okolicy, na nieść na nie punkty, które chcemy odwiedzić i wyeksportować do pliku GPX, który załadujemy do komórki. Po powrocie z wycieczki można sobie do Vikinga wgrać zebrane dane i obejrzeć którędy się szło, a nawet gdzie jakie zdjęcia się zrobiło (ale to gdyby robienie zdjęć z poziomu TrekBuddy było praktyczniejsze).

GPSBabel

Czasem może pojawić się potrzeba przekonwertowania jakiś danych do lub z jakiegoś egzotycznego formatu (nie wszystko umie GPX), albo jakiegoś przekształcenia danych GPX. Tu przydaje się GPSBabel. Narzędzie to potrafi nie tylko konwertować między mnóstwem różnych formatów danych GPS, ale ma także wbudowanych parę przydatnych filtrów. Chcesz się pozbyć ze ścieżki niedokładnie ustalonych punktów? Chcesz z tysiąca punktów (np. skrytek geocaching) wybrać te w obrębie kilku kilometrów od wybranego punktu, czy może po prostu odwrócić kierunek trasy? GPSBabel to załatwi.

Happy Camel

Wspomniałem, że w wycieczkach z GPS-em fajnie jest mieć aparat fotograficzny. A może by tak w plikach ze zdjęciami zaznaczyć gdzie dokładnie były one zrobione? To się nazywa geotaging i Wesoły Wielbłąd w tym pomoże. Wystarczy, że podasz mu zestaw zdjęć i dane z GPS-a (ścieżka) obejmujące czas w którym zdjęcia były robione, a on powiąże jedno z drugim. Może zapisać dane geograficzne w metadanych (EXIF) zdjęcia, może stworzyć plik .KMZ dla GoogleEarth (w którym potem można np. obejrzeć sobie własne zdjęcia na tle satelitarnych), może nawet wyszukać nazwy miejscowości w pobliżu których fotografowaliśmy.

Happy Camel ma także wsparcie dla Flickr, ale tym nie udało mi się jeszcze czegoś sensownego osiągnąć.

18 komentarzy do wpisu „ Zabawy z GPS-em”


Z pamiętnika hipochondryka

W środę rano, jeszcze przed wyjazdem na długi weekend pojechałem na kontrolę do przyszpitalnej poradni neurochirurgicznej. Tym razem nawet zastałem swojego lekarza prowadzącego. Skorzystałem z okazji i spytałem, czemu mnie nie wysłali do Rept, czy innego sanatorium. Czy nie przez jakieś przeoczenie. Podobno nie. Ten lekarz po prostu nie ma zwyczaju za wcześnie pacjentów wysyłać do takich ośrodków, bo mu czasem z nich karetką wracali... No i do Rept wcale nie ma takich wielkich kolejek.

Wypytałem po raz kolejny co mi wolno, czego nie wolno. Mam unikać jazdy na rowerze (a planowałem już sobie wycieczki :-(), o jeździe konnej mam zapomnieć. Poza tym mam żyć normalnie... Dostałem nawet zaświadczenie o zdolności do pracy.

Na długim weekendzie pochorowała mi się córka, niedługo potem żona. To teraz ja robię za jedynego zdrowego w rodzinie i nawet do roboty chodzę do biura. Na efekty siedzenia w pracy nie trzeba było długo czekać. W poniedziałek do szesnastej nie wysiedziałem, a we wtorek rano nieźle mnie sieknęło po krzyżu, gdy podnosiłem coś z podłogi. Znowu więc przeszedłem w tryb wzmożonej ostrożności. Ale poza tym się jakoś trzymam i nawet siedzenie w biurze jakoś znoszę.

Wczoraj przyszedł polecony z ZUSu: Zawiadomienie o skierowaniu na rehabilitację leczniczą w ramach prewencji rentowej ZUS, a tam informacja, że 03.06.2008 mam się stawić w Domu Zdrojowym w Szczawnie-Zdrój. I [...] ubezpieczony zobowiązany jest do poddania się rehabilitacji. Zgaduję, że podobnie wyglądają zaproszenia z WKU ;-)

Nie napisali nawet ile będą mnie tam trzymać. Zadzwoniłem więc dziś do rzeczonego Domu Zdrojowego. Miła pani poinformowała mnie, że taki turnus trwa 24 dni. Ponad 3 tygodnie... jak ja tam tyle wytrzymam? Zakładałem, że to będą dwa tygodnie... trzy tygodnie maksimum. W pracy się też pewnie cieszą ;-)

21 komentarzy do wpisu „ Z pamiętnika hipochondryka”


Taka wiosna, to ja rozumiem! :-)

Początek wiosny wyglądał nie najlepiej, ale już na przykład dzisiaj krajobraz za oknem był całkiem zachęcający. Wyciągnąłem więc swoje patyki (kije do nordic walking) i wybrałem się na spacer, do Lasu Dąbrowa.

Po drodze słoneczko miło grzało, ptaszki ćwierkały (chyba, miałem słuchawki na uszach ;-)), motylki latały, kwiatki w okół kwitły, a ja się nieco zgrzałem (byłem ubrany sporo lżej niż ostatnio bywało). Na polach spotkałem dwie czajki i kilka traktorów...

Na skraju lasu przywitały mnie kwitnące zawilce i ziarnopłony. Tylko z tych drugich mi coś wyszło:

ziarnoplon-1.jpg

Nieco dalej było też sporo miodunek:

miodunka-1.jpg

Poza tym las jak las:

las-1.jpg

...a w lesie trochę wody:

bagienko-1.jpg

Był też akcent wielkanocny: wielki zając wybiegł mi spod nóg. Kawałek dalej jakaś sarenka, czy coś (szare, z rogami, dużo większe od zająca). Niestety, tego nie było szans komórkowym aparatem złapać.

W sumie spacerek zajął mi prawie trzy godziny i przyniósł sporo frajdy.

14 komentarzy do wpisu „ Taka wiosna, to ja rozumiem! :-)


Z pamiętnika życia miłośnika ;-)

Pojawiły się głosy, że ostatnio na blogu tylko marudzę... To może tym razem będzie o tym co robię, gdy nie marudzę...

Dziś, gdy już zebrałem się z łóżka, zjadłem śniadanie itd. wybrałem się, jak to mam w zwyczaju od wyjścia ze szpitala, na spacerek. Tym razem zacząłem od wizyty u żonki w firmie, zobaczyć nastroje pointegracyjne. Potem udałem się w kierunku miasta (centrum znaczy się, na wsi nie mieszkam ;)).

W centrum stwierdziłem, że mogę iść dalej, poszedłem więc w kierunku parku Chrobrego. Tam wciąż było mi mało, więc ruszyłem śladem dawnej wąskotorówki (po torach już niewiele zostało) w kierunku Trynku. Przeszedłem obok dużych ceglanych budynków na Pszczyńskiej (zawsze mnie fascynowały) i postanowiłem zobaczyć jak teraz wygląda to, co kiedyś było Kopalnią Gliwice. Nawet było co oglądać: dwa zabytkowe budynki ślicznie odnowione, jakiś trzeci, nowocześniejszy (czyt. brzydszy) dobudowany i wszystko wygląda jakby było dopiero co skończone i czekało do oddania. Za budynkami trwały jeszcze jakieś prace. Kawałek dalej widać jeszcze jakieś resztki ruin zakładu przetwórstwa węgla (zdaje się, że ileś razy podchodzili do burzenia tego... i chyba wciąż do końca im nie wyszło). Tablice obwieszczają, że teren ten to Nowe Gliwice i będzie tu Centrum Edukacyjne. No, słyszałem o takim projekcie, lata temu. I chyba lata temu miało to już funkcjonować...

Ja oczywiście porównywałem okolicę ze swoimi wspomnieniami – wciąż był tam plac, z którego wyjeżdżało się na górnicze kolonie, czy inne wczasy lub wycieczki, a po kopalnianym przystanku wąskotorówki pozostał ledwo ślad.

Spod byłej kopalni udałem sie pod blok w którym kiedyś mieszkałem (mając 1-7 lat). Blok stoi, gdzie stał, ale za nim, zamiast nieużytków, czy, później, kawałka placu budowy, gęsto zabudowane osiedle. Aż trochę traciłem orientację idąc dalej tamtędy, gdzie kiedyś bawiłem się w zaroślach.

Po drodze do domu zajrzałem jeszcze do biura, po korespondencję. W sumie znowu przespacerowałem chyba z dwie godzinki i ładnych parę kilometrów.

Praktycznie przez cały spacer miałem na uszach słuchawki, a w nich Antyradio (chyba jedyne radio, którego playlista praktycznie w 100% mieści się w moich upodobaniach, a jednocześnie obejmuje sporą ich część). W momencie gdy wracałem The White Stripes kończyło grać Conquest, jedna z piosenek dla jakich Antyradio tak lubię (i jakie potem jeszcze przez jakiś kołaczą się po głowie)... Dlatego jak tylko dobrałem się do laptopa, to dodałem ją sobie do ulubionych w Last.Fm. Przy okazji znalazłem teledysk (mina byka: bezcenna):


To samo, w nieco lepszej jakości można znaleźć na paskudnej flashowej stronie zespołu.

No i ostatnio codziennie wybieram sobie jakiś kierunek i idę, gdzie mnie nogi poniosą. Podziwiam sobie nasze śliczne Gliwice, albo pojawiającą się w okolicy wiosnę. Słucham sobie przy tym radyjka i fajnie jest... Ale co to będzie, jak mi się L4 skończy i będzie trzeba uczciwie pracować zamiast szlajać się po okolicy?... ;-)

10 komentarzy do wpisu „ Z pamiętnika życia miłośnika ;-)”



[szpieg] Jesteście obserwowani...