Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Mój jest ten kawałek Internetu…

…złe emocje i brudne buty proszę więc zostawić przed drzwiami.

Fotki znad Drawy

Wybraliśmy się na krótkie wczasy, tam gdzie w zeszłym roku, do Drawin. Nie stać nas aktualnie ani na dłuższy wypad ani na inne miejsce. A tu miło, tanio i to znamy. Oczywiście to był wyjazd w przysłowiowe „krzaki”, a w krzakach różne ciekawe stworzenia można spotkać:

Zajączek :) Sarenka

Zajączek wyskoczył mi prawie spod nóg, niestety nie zdążyłem tak szybko aparatu przygotować, więc się trochę oddalił. Widziałem tu też inne zające i zdarzało mi się podejść do nich bliżej, ale niestety już bez aparatu.

Sarenka za to była mną najwyraźniej tak samo zainteresowana jak ja nią, tyle, że ona nie miała aparatu. ;)

Dużo łatwiej było dorwać mniejsze stworzenia, szczególnie, że ich tutaj pełno… Motylki:

Motylek Motylek Motylek
Motylek Motylek

Oczywiście „polowałem” też na ptaki, próbowałem dorwać dudka, żurawie, jakieś niezidentyfikowane ptaszki nad wodą, ale na razie zadowalające efekty udało mi się uzyskać jedynie z boćkami:

Boćki Bociek
Bociek Bociek
Bociek

Oczywiście wypoczynek na wsi nie ogranicza się do fotografowania natury… Na przykład, Krysia zaprzyjaźnia się tu ze zwierzętami hodowlanymi:

Krysia i Karmelka

…a Iwonka „powozi” traktorem:

Ika traktorzystka Ika traktorzystka
„Jak to »to nie gaz«?” Aktywny wypoczynek na wsi ;)

13 komentarzy do wpisu „Fotki znad Drawy”


Majowy spacerek po lesie

Jak zwykle w niedzielę, i dziś wybraliśmy się do Szałszy. Krysia pojeździła chwilę na kucyku. Żonka tym razem nie czuła się na siłach jeździć konno, to poszliśmy na spacerek do lasu…

Uważaj, za tobą! ;) W lesie Iwonka

Paproć Robaczek na paprotce

Kokoryczka wielokwiatowa Rumianek

14 komentarzy do wpisu „Majowy spacerek po lesie”


60km :)

Wreszcie wybrałem się na konkretniejszą wycieczkę rowerkiem. Najpierw trasą nr 6 przez Sikornik, Żernicę, Nieborowice, Pilchowice i Stanicę do Rud, w ramach zbierania danych do OpenStreetMap. Potem krótka przerwa w skansenie kolei wąskotorowej (szkoda, że nie można już tam sobie z Gliwic ciuchajką dojechać) i z powrotem, ulicami, przez Bargłówkę, Trachy , Sośnicowice, Łany Wielkie i kawałkiem trasy 15 przez Kozłów do domku.

W sumie wyszło prawie 60km (licznik zapomniałem wyzerować na starcie, więc nie wiem dokładnie). Pogoda idealna, no może wiatr trochę za duży, szczególnie gdy z naprzeciwka. Trzy razy zgubiłem szlak, ale to ewidentne braki w oznakowaniu (i to w wyjątkowo perfidnych miejscach). W dwóch przypadkach po odnalezieniu szlaku przejechałem ominięty kawałek jak należy, żeby na mapę nanieść poprawny przebieg. A przy okazji, moje dotychczasowe osiągnięcia są już widoczne na OpenCycleMap :-)

2 komentarze do wpisu „60km :)”


Zabawa w kartografa-amatora

Przyszedł sezon rowerowy, to i mój GPS wrócił do łask. Skoro GPS, to fajnie by było sobie jakieś mapy do tego przygotować, czy nanieść przejechaną trasę na mapę. Niestety z mojego ulubionego Vikinga usunięto wsparcie dla map Google (na wniosek samego Google). Zamiast tego został podobno OpenStreetMap. Postanowiłem się więc przyjrzeć temu projektowi… i wsiąkłem. ;-)

Okazało się, że mają już niezły kawałek Gliwic opisany. Do tego proste w użyciu edytory. Sam ściągnąłem sobie JOSM. To ten „poważniejszy”, podstawowy edytor dla tego projektu. Oprócz tego jest jeszcze prosty webowy edytor Potlatch i parę innych. Wczytałem do JOSMa trasę swojej ostatniej wycieczki (do Wilczego Gardła)… i nie mogłem się powstrzymać przed dodaniem paru dróg do mapy. Od paru dni ciągle coś tam dodaję: trochę na podstawie przejechanych tras, trochę z pamięci (nie trzeba więcej, żeby wrysować coś pomiędzy istniejące drogi), trochę ze zdjęć satelitarnych (w JOSM dla mojej okolicy dostępne są zdjęcia Landsat, wystarczają do określenia obrębu lasu, czy jeziora). Parę uliczek przerysowałem też ze skanu starej (rok 1942) niemieckiej mapy, znalezionego kiedyś w sieci. Ze względów licencyjnych nie wolno przerysowywać ze współczesnych map, objętych prawem autorskim, ale tak jest nawet ciekawiej. ;-)

Na mapę Gliwic dodałem rzekę Kłodnicę, z zestawem mostów, dwie polne drogi, parę kilometrów ścieżki rowerowej i trochę drobiazgów. Już widzę (na wyrenderowanie gotowej mapy trzeba trochę poczekać), że parę rzeczy wyszło nie najlepiej, ale myślę że chociaż trochę projekt na moje pracy zyskał.

Fascynujące jest to, że na tej mapie można umieścić praktycznie wszystko i może ona służyć nie tylko jako mapa drogowa (zdaje się, że taki był pierwotny cel projektu), ale i turystyczna, czy rowerowa (w ten sposób powstaje OpenCycleMap. Zależnie od wybranego zbliżenie może przedstawiać sieć głównych dróg krajowych i wojewódzkich, albo układ alejek w parku.

Jak mi się zabawa za szybko nie znudzi, to powinno mi się udać opisać jeszcze parę z Gliwickich tras rowerowych (najlepiej byłoby zrobić komplet). Przynajmniej mam temat i motywację na najbliższe przejażdżki. :)

3 komentarze do wpisu „Zabawa w kartografa-amatora”


Jeden dzień z pobytu w Reptach

W tym tygodniu już kriokomora i wanna do hydromasażu (jakuzzi) działają, więc mam komplet zabiegów, poza biczami, na które muszę jeszcze poczekać. Mam więc bardzo aktywny poranek: 7:30 śniadanie, 8:30 kriokomora, tam po wyjściu ćwiczenia. Wczoraj ćwiczyłem tyle ile inni, to już na siłownię (czynną do 10:30) nie miałem kiedy iść, dzisiaj więc spędziłem tylko pięć minut na bieżni, byle się trochę rozgrzać i poleciałem na siłownię. Tam zaliczyłem ćwiczenia na przyrządach i zaraz trzeba było lecieć na basen (9:30). Na basenie po chwili moczenia wszedłem do jakuzzi (akurat był termin dla mężczyzn), gdzie spędziłem 15 minut w bardzo gorącej wodzie (a wczoraj była chłodna). Gdy wychodziłem aż zakręciło mi się w głowie, chwilę postałem trzymając się barierki, zanim zszedłem po schodkach. Na szczęście w basenie woda też była dość ciepła i mogłem iść pływać bez większego szoku.

Planowo basen mam dwa razy po pół godziny (o 9:30 i 14:00), ale dzisiaj moczyłem się ponad godzinę już za pierwszym razem – znalazłem miłe towarzystwo. A na po obiedzie umówiłem się z Agatą na spacer. To dużo lepsze niż spędzenie reszty dnia wśród dziadków na oddziale.

Po basenie suszenie głowy i akurat kończyła się przerwa w sali gimnastycznej, to poszedłem zrobić jeszcze ćwiczenia zadane przez magistra. I na tym kończą się moje dzisiejsze zabiegi, można odsapnąć :-). Obiadek za godzinkę, a potem będzie trzeba sobie jakoś czas zagospodarować.

4 komentarze do wpisu „Jeden dzień z pobytu w Reptach”


Z pamiętnika hipochondryka

Dzisiaj przyjęli mnie do Górnośląskiego Centrum Rehabilitacji Repty w Tarnowskich Górach. Nie wiedziałem czego się spodziewać poza tym, że warunki będą jakieś pomiędzy tym co było w szpitalu w Bytomiu, a tym co miałem w Szczawnie. No i rzeczywiście, ale niestety raczej bliżej temu do szpitala. Pięcioosobowa sala, ze szpitalnymi łóżkami. Na pierwszym leży dziadek w pampersie. Automat na monety do telewizora taki sam jak w Bytomiu. Tylko bajzel organizacyjny jakby znacznie mniejszy.

Przed przyjazdem nie wiedziałem jak długo będę tu przebywał. W zaproszeniu była tylko informacja, że to szpital, nie ma tu czegoś takiego jak turnus, a czas pobytu ustala ordynator po badaniach. Jednak na miejscu pielęgniarka od razu mi powiedziała, że poleżę tu 21 dni, do 2 grudnia.

Już dzisiaj przed południem zbadał mnie lekarz, dość starannie, i zapisał zabiegi:

  • Ćwiczenia ogólnokondycyjne
  • Ćwiczenia idywidualne
  • Atlas i ćwiczenia na przyrządach
  • Basen (dwa razy dziennie)
  • Bicze (ale początek dopiero 25 listopada, bo wcześniej terminy zajęte)
  • Kriokomora

Poszedłem też sobie na pierwszy spacerek, po parku, dookoła ośrodka. Rzeczywiście ładny ten park od środka. Bo z drogi, jak tu przyjeżdżaliśmy wyglądał raczej nieciekawie. Może dlatego, że pierwsze co się rzuciło w oczy to jakieś ruiny między drzewami, a potem nienajpiękniejsze budynki Centrum i Salezjańskiego Ośrodka. Fajnie byłoby tu porobić jakieś zdjęcia, ale lustrzanki wolałbym tu nie trzymać (mam nadzieję, że mi laptopa nie ukradną... a aparatu byłoby bardziej szkoda) – pozostaje telefonik. W Szczawnie wystarczył.

Na sobotnie noce podobno mogę dostać przepustki, jeśli w czwartek zacznę załatwiać, więc na weekend mam szansę wracać do domu (wyjdę w sobotę po zabiegach, wrócę w niedzielę wieczorem). Poza tym też mam swobodę i jakbym się uparł, to mógłbym każdego popołudnia sobie do domu jechać, byle na noc wracać, ale nie wiem czy ma to sens – w końcu mam tu się kurować i odpocząć, a jazda samochodem tam i z powrotem może dawać przeciwny efekt.

Dodaj komentarz do wpisu „Z pamiętnika hipochondryka”