10 sierpnia 2010
20:37:59
|
kategorie:
imprezy,
muzyka,
wypoczynek,
Ostatni weekend spędziłem w Dolinie Trzech Stawów w Katowicach, na OFF Festivalu. To pierwszy tak duży „biletowany” (bo „Woodstoki” to inna bajka) festiwal w moim życiu. I muszę przyznać, że wróciłem bardzo zadowolony. :-D
Od dwóch czy trzech lat się wybierałem na jakiś „duży festiwal”… myślałem o OpenERze, ale jakoś mi się nie udawało. Tym razem ze względów około-finansowych… w końcu uznałem, że 120zł na OFF mnie nie zrujnuje, a może być ciekawie. Co z tego, że większość nazw zespołów z programu imprezy mi nic nie mówiła? Jak ma być „alternatywnie” to powinno się spodobać…
Przygotowanie do festiwalu ułatwił mi RMF uruchamiając „radio OFF Festival” w swoim Mieście Muzyki. Mogłem sobie posłuchać kapel które mają zagrać, poznać wreszcie te nazwy i pozaznaczać sobie w programie co warto obejrzeć. No i utwierdzić się w przekonaniu, że kupienie biletu to był dobry pomysł.
Na początku myślałem, że będę sobie z domu do Katowic jeździć, ale wizja powrotu nad ranem do domu, gdzie i tak nie będzie się jak potem wyspać, nie zachwycała. W końcu zdecydowałem, że co mi tam – rezerwuje miejsce w Miasteczku Festiwalowym. W domu się nawet jeszcze jakiś sprawny namiot znalazł a i jakiś materac udało się odzyskać. Niedobrze wyglądały tylko prognozy pogody… ale uznałem że nie jestem z cukru, a jak jadę samochodem, to mam gdzie schować zapas suchych ubrań itp.
Wyjechałem w piątek około jedenastej, żeby w południe być na miejscu. Niby wcześnie, ale to była dobra decyzja – przed polem namiotowym była wielka kolejka. Zanim rozstawiłem namiot trochę czasu zleciało i sam początek festiwalu i tak mnie ominął. Odbiór muzyki zacząłem więc od Potty Umbrella, bardzo atrakcyjnie.
Potem chyba kręciłem się po okolicy, zajrzałem na The Psychic Paramount – rzeczywiście hałas przedni… potem trochę zajrzałem na Toro Y Moi przez niektórych uważanego za jedną z większych atrakcji festiwalu – nie zachwyciło mnie, jakoś nie moje klimaty, poszedłem więc enty raz na Voo-Voo… Voo-Voo jak Voo-Voo, ale tym razem bez rewelacji.
Znacznie lepiej wypadli Something Like Elvis, kolejny zespół którego nie kojarzyłem, a powinienem. The Horrors słuchałem ze „strefy restauracyjnej” i jakoś nie zaciągnęły mnie te dźwięki pod scenę. Wybrałem się za to na Art Brut (zaznaczony w moich notatkach) i to była bardzo dobra decyzja! Świetny koncert. Że Lenny Valentino trzeba obejrzeć się też douczyłem przed festiwalem i słusznie.
Potem było The Fall. Kolejna legenda której nie kojarzyłem wcześniej, ale próbki na Mieście Muzyki mnie bardzo zachęciły. Koncert, niestety, rozczarował. Wokalista nawalony jak meserszmit, wręcz przeszkadzał reszcie zespołu grać. A wszystkie piosenki wydawały się być na jedno kopyto. Darowałem sobie przed końcem. I zdaje się, że nie tylko ja byłem rozczarowany, chociaż czytałem też opinie, że ten koncert był rewelacyjny.
Kolejna gwiazda pierwszego dnia to Tindersticks… niby „jakieś smuty”… ale bardzo przyjemnie się tego słuchało niewątpliwie jeden z najlepszych koncertów tego dnia. Po Tindersticks na „drugiej głównej scenie” grał Raekwon… rap… zupełnie nie dla mnie, zmęczony już byłem i zastanawiałem się, czy nie wrócić do namiotu… ale zajrzałem jeszcze na Scenę Eksperymentalna…
Tam grał Trans AM i to była najlepsza niespodzianka tego dnia, a może i najlepszy koncert. Facet w podartej siatkowej koszulce krzyczący „are you horny?” kojarzył się na początku z Love Parade… pierwsze dźwięki przypominały mi Kraftwerk. Potem było bardziej rockowo, ale wciąż elektronicznie i energetyczne. Mimo że koncert kończył się o 2:20, to było mi mało.
Na scenę Trójki zajrzałem na chwilę, ale Joker feat. Nomad to już zupełnie nie moje klimaty, a Szelest Spadających Papierków (pewnie i tak by nie zachwyciło) zaczynało się już trochę za późno dla mnie (2:50).
Na Trans AM zakończył się więc dla mnie pierwszy dzień festiwalu. Wypada wspomnieć, że to był deszczowy dzień, trochę lało (burza), więcej siąpiło… bardzo dobrze, że kupiłem sobie na tę okazję w Decathlonie pelerynę przeciwdeszczową. O dziwo kalosze nie okazały się konieczne a normalne buty mi nawet nie przemokły.
Dużo sobie nie pospałem, może z trzy godziny, w kawałkach. Śniadanie kupiłem w pobliskim Realu i początek dnia spędziłem na opierdalaniu się na polu namiotowym – trzeba było odpocząć po piątku i przygotować się na kolejny maraton.
Nie spieszyłem się na pierwsze koncerty – wszystkiego nie da rady obejrzeć (pierwszy dzień pokazał jaka ta zabawa męcząca), a co ciekawego mogłoby być na pierwszym koncercie? No, jednak mogło… i bardzo żałowałem, że zdążyłem tylko na dwie ostatnie piosenki Pauli i Karola. Zauroczyli mnie ci weseli ludzie, Paulę to by się chciało uściskać i wycałować ;-). I na prawdę ślicznie grali. Najbardziej „pozytywny” koncert OFFa, mimo że bez balonów i konfetti.
Manescape nie zachwyciło, potem też niewiele ciekawego się działo (albo mnie ominęło), aż do koncertu zespołu Pustki. To też moje odkrycie przedfestiwalowe z Miasta Muzyki. Nie zawiedli. Po nich Mitch and Mitch – jeden z najlepszych koncertów dnia. Dowcipni muzycy (żarty i słowne i muzyczne), świetny koncert z publicznością i, po prostu, świetna zabawa. Taką kapelę chciałoby się mieć na weselu ;-)
Potem Muchy. Byłem do nich nastawiony jak do Pustek, ale tym razem się rozczarowałem. Rzeczywiście, te kilka piosenek które wcześniej słyszałem wypadło nieźle, ale reszta już nie bardzo. Aptekę sobie odpuściłem, tak bez poważniejszego powodu, grała sobie gdzieś w tle, gdy pożywiałem się za barierkami. Pod scenę przyszedłem na Archie Bronson Outfit… Trzech brodaczy w jakiś „afrykańskich strojach” nieźle dali czadu. Mnie się bardzo podobało. Później Tunng – bardzo sympatycznie było… chociaż jakoś jednocześnie nie zapadło w pamięci.
Na Hey byłem nie dawno (pierwszy koncert promujący nową płytę), ale podobało mi się tak, że chciałem jeszcze raz. Byłem ciekawy, czy zrobią takie samo wejście (które poprzednio bardzo mi się spodobało). I zrobili. I rzeczywiście, lepiej by było jakby Kasia w ogóle nie gadała – większość zespołów na OFFie ograniczała się do grania i to było dobre, tylko niektóre umiały nawiązać taki dobry kontakt z publicznością, że dobrze uzupełniał muzykę.
Kolejną atrakcją drugiego dnia miał być Mew i to kolejna gwiazda która mnie nie zachwyciła. Poszedłem więc do namiotu, gdzie grał Lachowicz i jak dla mnie to było znacznie lepsze.
W końcu przyszedł czas na „gwiazdę wieczoru”, „legendę grunge” – Dinosaur Jr.. I tak jak wcześniej w Internecie, tak i na festiwalu mnie dinozaur nie zachwycił. Ot, kolejna „garażowa kapela”. Zajrzałem też na Radio Dept ale to podobało mi się jeszcze mniej. Bardziej spodobał mi się późniejszy koncert Lali Puna – nie mój ulubiony rodzaj muzyki, ale miło było. I sympatyczna dziewczynka grała i śpiewała. ;-)
Digital Mystikz był na liście „na pewno nie”, więc kręcąc się z dala od sceny Trójki poczekałem jeszcze tylko na Williama Basinskiego… żeby się przekonać, że to jednak nie dla mnie. Pospać wolę w swoim namiocie.
W niedziele, nauczony sobotnim doświadczeniem, przyszedłem już na pierwszy koncert. I słusznie, Let The Boy Decide też zagrali całkiem miło. Potem pokręciłem się między scenami, nie stwierdzając nic ciekawego, ale szybko stwierdzając brak peleryny. Sprawdziła się podczas piątkowych i sobotnich deszczów, a także jako „poddupek” podczas przesiedzianych czy przeleżanych koncertów (ponad 12h nie da się przestać), a teraz okazało się, że ją zgubiłem. Nie podniosłem spod siebie, albo wypadła mi z torby. I najwyraźniej ktoś się nią „zaopiekował”, bo złaziłem teren wzdłuż i wszerz i nie znalazłem. A zdenerwowałem się przy tym i spociłem tak, że musiałem wrócić na pole żeby wziąć kolejny prysznic…
Wróciłem pod koniec koncertu Lao Che który sobie spokojnie odpuściłem, bo niedawno (no, rok temu) ich widziałem. O.S.T.R na liście „unikać”, Bear In Heaven nie zaciekawiło. Tak trafiłem na mikro-koncert Patyczaka/Brudnych Dzieci Sida – niezły punkowy kabaret :-).
Na kolejnym miejscu na liście „do obejrzenia” byli Casiokids. I byli świetni! Bardzo przyjemne elektroniczne brzdąkanie z wokalem jak z Bee Gees.
Następne były Dum Dum Girls – dziewczyn z gitarami nie mogłem sobie odpuścić. Muzycznie niewątpliwie najmniej OFFowe z całości festiwalu – rock and roll klasyczny do bólu, ale w końcu to dziewczyny z gitarami! No cóż, przez niskie instynkty ominęło mnie Shearwater.
Potem zrobiłem sobie przerwę do występu Raveonettes. To jedyna z „wielkich gwiazd” festiwalu którą jakoś kojarzyłem. I nie zawiodłem się. Wtedy też zobaczyłem co to naprawdę jest kobieta wymiatająca na gitarze :-)
Gdy grał Kryzys zrobiłem sobie przerwę na kolację. Muzyka była akurat „do grania w tle”. Zanim Kryzys przestał grać zająłem sobie miejsce (wraz z Barkiem i jego uroczą narzeczoną) pod główną sceną, gdzie miała zagrać główna atrakcja festiwalu, The Flaming Lips
Do koncertu było jeszcze 20 minut, a już się widownia świetnie bawiła. Ekipa ze sceny rzucała balon, który sobie widownia podrzucała, jak wypadł za barierki rozlegało się smutne „uuuuu”, gdy nam go zwrócono, gromkie „jeeee”. Balon znosiło na lewo, więc prawa strona widowni wiele się nie pobawiła… wiec wkrótce setki gardeł wołały „lewa strona! daj balona!”, z oczekiwanym rezultatem. W tym czasie lider zespołu, Wayne Coyne, przechadzał się po scenie (gdzie cały sprzęt był pomarańczowy – wzmacniacze, odsłuchy, statywy mikrofonów), a czasem wystrzelił do nas małym ładunkiem confetti… tak się bawiliśmy jeszcze przed koncertem… a dopiero potem był czad…
Jakby chcieć ten show streścić wyszłoby najpierw były cycki, potem artyści wyszli z cipki, Wayne przetoczył się w plastikowej kuli po publiczności, na brzegach sceny tańczyli ludzie w pomarańczowych kostiumach i wielkie dmuchane maskotki, Wayne przejechał się na niedźwiedziu, w mikrofonie miał kamerę i pomachał wielkimi laserowymi łapami…
Głupio. Ale to było piękne. Takiego widowiska jeszcze nigdy nie widziałem i pewnie nie prędko coś podobnego zobaczę. Na początku się zastanawiałem jak to będzie brzmieć, jak w tych warunkach mają oni zapewnić jakość muzyki… ale odniosłem wrażenie, że brzmiało perfekcyjnie – jak na nagraniach których wysłuchałem wcześniej, a może i lepiej. Muzyka plus to widowisko to było naprawdę magiczne przeżycie.
Po występie płonących ust już właściwie można było iść do domu, bo już nic nie mogło zrobić większego wrażenia… ale przecież jeszcze można się trochę pobawić, jak ochłonąłem to zajrzałem na inne sceny. Anti-Pop Consortium to nie dla mnie… hip-hopu nie trawię, chociaż ten i tak brzmiał wyjątkowo dobrze. W końcu trafiłem na Shining… szkoda, że nie na początku ich występu. Świetne mocne granie – połączenie Metalu i Jazzu (jak dla mnie bardziej Metal), ale usłyszałem tylko końcówkę. Darkstar nie zaciekawił i wróciłem pod namiot. Na tym się OFF Festival dla mnie skończył.
Jeszcze parę rzeczy o czym warto wspomnieć:
- Kolejki do pryszniców na polu. Pierwsze dwie na ponad 100m, trzecia dużo krótsza, a czwartej prawie nie było… jak się człowiek ustawił, tak sobie postał
;-)
- Rowerki do wynajęcia. Pod bramą festiwalu i pod Miasteczkiem. Zero opłat, tylko podanie danych, kaucja 100zł i można 2h pojeździć. W ten sposób kilka razy skróciłem sobie kurs między namiotem i festiwalem. Rowery trochę dziwne, „miejskie”, za pierwszym razem jechałem szlaczkiem i czułem jakbym nie umiał rowerem jeździć. W każdym razie super, że to było.
- Samoloty startujące zaraz obok i przelatujące nisko nad festiwalem ku uciesze widzów i wykonawców.
- Plaża z piasku pod budami z żarciem oraz leżaki, hamaki i inne siedziska rozłożone w różnych miejscach – miło było gdzieś przycupnąć.
Ufff… to chyba tyle ;-) Za rok pewnie też pojadę.
27 lipca 2010
17:46:16
|
kategorie:
natura,
rodzinka,
wypoczynek,
zdjęcia,
Zeszły tydzień (od niedzieli, do niedzieli) spędziłem w Lubuskiem, w lesie, niedaleko jeziora, gdzie asfaltowe drogi już się skończyły…
Z córką pojechaliśmy na „Wakacje z DADĄ”. To takie wczasy z organizowanymi zajęciami („twórczymi” i „sportowymi”) dla dzieci, a wieczorami dla dzieci i rodziców. Odbywało się to w „Domu pod Lipą” w Silnej Nowej. Bez większych luksusów (np. wspólne łazienki), ale bardzo przyjemne miejsce.
Krysia kąpała się z innymi dziećmi w jeziorze (zajęcia „sportowe”), robiła flagę (patrz wyżej), farbowała koszulkę, gotowała krówki itp. Ja w tym czasie sobie wypoczywałem szwendając się po lesie, albo czytając książkę. Na „warsztatach” rodzinnych jednak i ja musiałem się wykazać, robiąc kwiatka z filcu, czy np. taką „kotosienicę” (projekt Paskudy):
Miałem też okazję spróbować fotografii otworkowej – robienia zdjęć dziurawą puszką zamiast aparatu za parę tysięcy, a potem wywoływanie ich w kabinie prysznicowej „uszczelnionej” czarną folią:
Zdjęć przywiozłem niewiele i raczej z lasu niż z warsztatów… pewnie dlatego, że fotografowanie dzieciarni mnie nie pociąga i trzymałem się z dala dziecięcych warsztatów (zgodnie z zaleceniami organizatorów, zresztą) … Bo tam strasznie dużo tych dzieci było… ale jakoś dałem radę. ;-)
A w lesie zrobiłem, o takie:
30 czerwca 2010
20:37:33
|
kategorie:
wypoczynek,
Wiosną już trochę pojeździłem na rowerku. Trochę z córką (tak 12-24 km za jednym razem), trochę samemu (20-40 km). W końcu uznałem, że może by pojechać sobie gdzieś dalej… Gdzie? Może do Ustronia, a nawet do Wisły? Jak wrócić? Raczej nie rowerem… pociągiem. O, i nocleg można by na miejscu znaleźć… Plan zaczynał się krystalizować…
Jeszcze w maju naszkicowałem sobie w Vikingu trasę to Skoczowa, licząc że dalej to już jakoś wzdłuż Wisły się pojedzie, kupiłem turystyczną mapę Beskidu Śląskiego do TrekBuddiego, zacząłem kompletować sprzęt: okularki, żeby słonko nie raziło i żeby nie trzeba było wydłubywać sobie tych cholernych komarów z oczu, drugą koszulkę rowerową, jakieś części zapasowe i narzędzia oraz, oczywiście, sakwy. Pojechałem sobie jeszcze do Pławniowic i z powrotem, żeby zobaczyć czy rzeczywiście mam formę i 45 km nie zrobiło na mnie większego wrażenia… no poza potwornym bólem głowy po, pewnie odwodnienie. Innym razem wypróbowałem sakwy (czy da się z tym jeździć) biorąc na wycieczkę z córką, na działkę babci, cztery 1.5l butelki z wodą. Dało się jeździć. Pozostało poczekać na jakiś odpowiedni termin – z pogodą i bez innych planów…
Odpowiedni termin nastał z początkiem wakacji. Zrobiło się wreszcie ciepło, Krysia w sobotę pojechała z babcią na północ… to ja w niedzielę rano wyruszyłem. Plan minimum: dojechać do Skoczowa i tam znaleźć nocleg. Plan maksimum: dojechać do Wisły. Liczyłem na Ustroń.
Najpierw jechałem wypróbowaną już trasą z Gliwic do Nieborowic (czerwony szlak rowerowy na Rudy). Tam na sprawdzoną, ale dotychczas tylko samochodem, trasę do Żor. Do Stanowic bez niespodzianek, potem owszem: droga zamknięta z powodu budowy autostrady. Myślę sobie – z rowerem jakoś przejadę. Niestety, dojechałem do budowy i nie wyglądało zachęcająco. Jednak odbiegała jakaś droga w prawo… sprawdziłem na mapce w telefonie, że tam gdzieś dalej jest jakiś szlak rowerowy we właściwym kierunku. Przejechałem przez jakąś wioskę do tego szlaku, a szlakiem znowu na budowę. Ten fragment budowy jednak okazał się dużo bardziej przejezdny, z czego najwyraźniej okoliczni mieszkańcy korzystali (mimo zakazu). Jeden nawet na moich oczach władował się w drzewo, próbując ominąć szlaban ;-) Dojechałem więc do Szczejkowic i byłem znowu na zaplanowanej trasie.
Do Żor to już była prosta droga. Przez Żory wyznaczyłem sobie trasę w Vikingu według OpenStreetMap. I bardzo dobrze się sprawdziła ta trasa. Musiałem co prawda co chwilę na ten telefon zaglądać, gdzie skręcić, ale raz-dwa i byłem za miastem. W polu pod Krzyżowicami, pod brzózką, zrobiłem sobie przerwę. To była mniej-więcej połowa drogi. Zjadłem, popiłem i pojechałem dalej.
Jadąc dalej zaplanowaną trasą, z drobnymi błędami (czasem mapa z GPSem nie dawały jednoznacznej odpowiedzi gdzie mam skręcić i kilka razy musiałem się kawałek wrócić) dotarłem, za Pawłowicamie, do DK 81. Teraz, z jednej strony, jechało się super tym równym asfaltem, prostą drogą… z drugiej pędzące obok auta i motocykle były trochę wkurzające. Na tej drodze też zdarzyła mi się mała awaria — łańcuch wpadł między przednie zębatki i musiałem się trochę nagimnastykować, żeby go wyciągnąć, ale się udało. Dojechałem do Ochab, tam oczywiście obfociłem koniki dla Iki. Chwilę potem dotarłem do Wisły. Rzeki Wisły, na razie.
Po drugiej stronie kładki była już piękna wyasfaltowana dróżka wzdłuż Wisły, z oznaczonymi szlakami rowerowymi. W szczególności biegnie tamtędy Wiślana Trasa Rowerowa. Plan był taki, żeby tą WTR jechać dalej, do Ustronia lub do Wisły (wersję minimum już odrzuciłem). Plan dobry, ale z wyasfaltowanej dróżki zrobiła się dróżka ziemna, a potem wąska ścieżka. Znaków WTR też od jakiegoś czasu już nie widziałem, stało się jasne, że gdzieś mi „uciekła”. Zerknąłem na mapę i stało się jasne – w Skoczowie nie przejechałem na drugą stronę rzeki, tam gdzie miałem przejechać. Wiedziałem, że szlak przechodzi na drugą stronę, ale właściwe miejsce przeoczyłem.
Co gorsze, ścieżka doprowadziła mnie do ujścia Brennicy i dalej szła w górę tej rzeczki. A ja nie chciałem do Brennej. Widziałem rowerzystów po drugiej stronie Wisły, a mapa po tej stronie żadnej drogi nie pokazywała. Postanowiłem przeprawić się w bród. Przejechałem rowerem przez Brennicę, zdjąłem sakwy, przeniosłem sakwy przez Wisłę, wróciłem po rower i też go przeniosłem. W ten sposób znowu byłem na Wiślanej Trasie Rowerowej. :-)
Dalej, lewym brzegiem Wisły dojechałem do Ustronia. I stwierdziłem, że nie muszę szukać noclegu, wystarczy że coś zjem i mogę jechać dalej. Zjadłem więc „placki z gulaszem” i pojechałem dalej ścieżką rowerową. Znowu się zrobiła z tego droga ziemna w pewnym momencie, ale uznałem, że tak ma być… do momentu gdy dojechałem do ślicznej, wiszącej kładki nad Wisłą, już w Wiśle. Mój szlak przychodził z drugiej strony rzeki. No tak, miałem Wisłę przekroczyć w Ustroniu-Polanie (tak mapa twierdzi). Albo ja jestem ślepy, albo oznakowanie szlaku kiepskie…
W Wiśle już się szlakiem bardzo nie przejmowałem, tylko pojechałem ulicą do centrum. Czas było sobie noclegu poszukać i zorientować się w kolejowym połączeniu do domu. Gdy dojechałem do centrum na liczniku było 94 km… przez chwilę pomyślałem, czy by nie dobić do setki, ale uznałem, że wolę znaleźć nocleg, póki mam jeszcze jakieś siły. Pooglądałem tamtejsze kwatery, wybrałem „Willę”, która mi się najbardziej spodobała z wierzchu i spytałem o nocleg. Był, to tam się zatrzymałem.
Rower pozwolili mi zamknąć w jakieś kanciapie, zamykanej na zamek szyfrowy. Wykąpałem się, przebrałem i poszedłem na miasto. Na stacji kupiłem bilet do domu (ze stacji Wisła Głębce), połaziłem po uzdrowisku, na kolację zjadłem pizzę i wróciłem do pokoju.
W poniedziałek rano czułem, że jeszcze na rower jestem w stanie wsiąść. Super. Zjadłem jakieś śniadanko i pojechałem dalej Wiślaną Trasą Rowerową. Plan był taki: jechać w górę i może przez Przełęcz Kubalonka zjechać do Wisły Głębce na pociąg do domu. Jak daleko nie zajadę, to zawsze mogę zjechać w dół do jakiejś stacji na pociąg.
Tym razem starałem się dokładnie pilnować szlaku i tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że jest oznaczony beznadziejnie. Nie zgubiłem go, bo wiedziałem którędy idzie (z mapy). Dojechałem do końca Trasy, do Jeziora Czerniańskiego. Na szczęście tego dnia już nie było takiego upału jak w niedziele, bo chyba nie dałbym rady na tych podjazdach. Ale przez ten brak słońca zdjęcia kiepsko wychodziły (ale czy z mojej komórki wycisnąłbym dużo więcej?).
Do jeziorka nie było tak źle, to jadę dalej… Dojechałem do rezydencji Prezydenta RP (że jestem blisko poznałem po kamerach – śmiesznie takie kamery w lesie wyglądają). Ładne domki… w sumie mógłbym i tam przenocować (a co, stać mnie! ;-)), ale dzień wcześniej bym tam nie wjechał. I ten wjazd dał mi trochę w kość, a powyżej Zameczku było jeszcze gorzej… W końcu jakoś wjechałem na Przełęcz Szarcula. Do pociągu jeszcze trochę czasu było, na stację tylko w dół, to postanowiłem podjechać jeszcze trochę wyżej i „zdobyć jakiś szczyt”. Najłatwiejszym celem (bo nie bardzo pod górkę i dalej asfaltem) wydawało się coś, co na mojej mapce nazywa się „Beskidek” (chociaż inne źródła twierdzą, że Beskidek jest gdzie indziej). Trochę mi się TrekBuddy zaciął i pojechałem troszkę dalej, do schroniska Stecówka. Tam za łączką były jakieś śliczne widoczki, ale gdy chciałem podejść, jakiś facet mnie zatrzymał. „Schronisko zamknięte, kręcą tu film, nie wolno wchodzić”. No trudno.
Rzeczywiście, tłum pod kościółkiem i odgłosy z tamtej strony jakieś niezwykłe. No i ta masa autobusów pod schroniskiem. Podjechałem i przeczytałem na jednym „Ekipa filmowa. Och Karol 2”. O, nawet słyszałem o takim filmie i chętnie obejrzę, gdy już będzie. Wróciłem na ten swój „Beskidek”. Potem w dół, z powrotem do przełęczy Szarcula. O, fajnie się tak zjeżdża! Tylko, jak mam tak zjechać do Głębców, to dziesięć minut i będzie po wszystkim… a do pociągu z dwie godziny jeszcze…
Zerknąłem na żółty szlak idący błotną drogą do góry… A może by i Kubalonkę zdobyć? Nie wszystko musi być asfaltem. To pojechałem tym żółtym szlakiem. Ciężko było, szczególnie te sakwy nie ułatwiały sprawy, chwilami rower po prostu prowadziłem, ale na szczyt się wdrapałem. Warto było – 830 m n.p.m. i widok na Wisłę. A potem zjazd w dół, dalej żółtym szlakiem.
Najpierw „kamienisto-błotnista droga” zamieniła się w wąską ścieżkę, ale zjeżdżało się fajnie. Ciekawiej niż asfaltem. :-). Szlak dotarł do jakiejś drogi, żeby znowu odbić w dół. Pojechałem kawałek, ale wróciłem się na tę drogę – wąska ścieżka z luźnych dużych kamieni, to trochę za duży hardcore dla mnie… postanowiłem zjechać jednak tą drogą… Asfalt się szybko skończył, przez chwilę była idąca w dół „zwykła polna droga”, dalej już utwardzona za pomocą takich betonowych płyt z dziurami. Dziury nie były problemem, bo wypełnione ziemią… ale nachylenie drogi. Kto po czymś takim wjeżdża na górę?! Zjeżdżałem powoli, kurczowo trzymając kierownicę i hamulce, cały czas bojąc się, że te sakwy za mną (a właściwie nade mną) zaraz przelecą mi nad głową, a ja z rowerem sturlam się kilkadziesiąt metrów w dół… jednak zjechałem bez upadku. Tylko ręce trochę bolały…
Gdy te atrakcje się skończyły byłem już w Głębcach. Podjechałem do „Zajazdu Głębce” i spytałem, czy można tam wziąć prysznic… pani trochę na początku kręciła nosem, ale w końcu coś załatwiła. Wykąpałem się, przebrałem, zjadłem obiadek (specjalność zakładu – „Świński Zad” – pyszne było) i pojechałem na stację. Pociąg już stał, 15 minut do odjazdu. Około trzy i pół godziny później (pociągi się spóźniały) byłem już w domku.
Podsumowując… 95 km z Gliwic do Wisły, potem jeszcze trochę po górach. Wszystko z ciężkimi sakwami, na niekoniecznie idealnym do tego rowerze. Chyba całkiem nieźle jak na kogoś, kto prawie całe życie spędza przed komputerem :-)
Całą trasę „nagrałem” swoim GPSem i powoli zacząłem uzupełniać OpenStreetMap tymi danymi… drobiazgi i niedokładnie, ale zawsze coś…
28 lutego 2010
14:51:22
|
kategorie:
rodzinka,
wypoczynek,
Tydzień temu w sobotę wybrałem się na basen. Otworzyli ostatnio nowy w Gliwicach, a do końca lutego jest promocja: pierwsza godzina za 3zł. Basen całkiem przyzwoity, do tego nie było tłumów… ale ja nie o tym…
Wychodząc z basenu, który powstał na gliwickim „Kąpielisku Leśnym”, zauważyłem, że tam dzieje się coś jeszcze. W niecce letniego kąpieliska działało małe sztuczne lodowisko. Obejrzałem cennik (4 zł dorosły, 2 zł dzecko), zajrzałem do wypożyczalni łyżew i uznałem, że chyba warto spróbować się tam z Krysią wybrać.
Krysia nigdy wcześniej na łyżwach nie jeździła, ale spodobał jej się ten pomysł. Bałem się, że będzie jak przy nauce jazdy na rowerze, czy próbach jazdy na nartach – najpierw wielkie ambicje (do pierwszej próby), a potem tylko ryk, że ona nie umie, że to za trudne i że ona nie chce. Mimo to, w niedziele wieczorem wybraliśmy się na to lodowisko.
Wypożyczyliśmy łyżwy. Udało się jakoś zejść po gumowej macie do lodowiska – bez wielkiego marudzenia, mimo jednego upadku. Po drodze pan z obsługi uprzedził, żeby „nie jeździć po tym mokrym, bo po ciepłym dniu lód im popękał i pospoinowali, ale jeszcze nie zamarzło”. Rzeczywiście, na lodzie były dwie mokre szczeliny, które trzeba było omijać. Poza tym całkiem ok.
Jak można było się spodziewać, Krysia prawie cały czas trzymała się bandy. Ja sobie jeździłem w kółko swoim tempem co jakiś czas sprawdzając co u niej, ewentualnie dając jakieś rady. Troszkę pojeździliśmy też za rękę. Pod koniec Krysia już potrafiła się trochę przemieszczać z dala od bandy. Bardziej to wyglądało jak bieganie niż jeżdżenie, ale zawsze coś. :-)
Kolejny raz wybraliśmy się w środę (Krysia chciała jeszcze „podczas ferii”), tym razem na „Taflę”. Od mojej ostatniej wizyty na Tafli trochę się tam zmieniło. Przede wszystkim lodowisko zostało zadaszone. Ludzi też więcej niż na Leśnym, ale że lodowisko większe to ostatecznie nie robiło to różnicy. Gdy wypożyczyłem łyżwy, to pierwsze co mi przyszło do głowy, to to, czy przypadkiem nie są to te same, co wypożyczałem 10 lat temu. Na nowe nie wyglądały i nosiły wyraźne ślady zużycia. Wiązane były zielonym sznurkiem (oryginalnych sznurowadeł już raczej nawet nie pamiętały). O dziwo, okazały się wygodniejsze niż te „nowoczesne” z Leśnego.
Krysia też zauważyła różnice w sprzęcie. Podobno bardziej się ślizgały. Chyba po prostu były lepiej naostrzone. Na początku jej trochę noga latała, ale poprawiłem jej sznurowanie i podobno jeździło się jej dużo lepiej.
Tym razem córka już nie trzymała się kurczowo bandy. Gdy zmienił się kierunek jazdy to wręcz na środek lodowiska ją znosiło. Było widać, że już na łyżwach czuje się całkiem pewnie. Także po tym, że co chwile się wywracała i jeździła z mokrym tyłkiem :-). Bardzo jej się podobało.
Dzisiaj więc też się wybraliśmy. Trochę się bałem, że mi zaszkodzi, bo chyba lekko przeziębiony jestem, ale przecież obiecałem dziecku. No i niespecjalnie chciało mi się cały dzień w domu siedzieć.
Tym razem trafiły mi się mniej wygodne łyżwy… aż się zastanawiam, czy sobie po prostu własnych nie kupić. Krysi się podobało jak poprzednio. Widać, że dalej robi postępy, mimo zupełnego samouctwa. Spotkała tam koleżankę z klasy, która chyba była na łyżwach pierwszy raz. Krysia mogła więc trochę poszpanować. Tak jak za pierwszym razem ja co okrążenie sprawdzałem co u Krysi i chwilę z nią się bawiłem, tak teraz ona z tą swoją koleżanką.
Lodowisko jest cało roczne… może rzeczywiście warto w swoje łyżwy zainwestować (szczególnie, że teraz są wyprzedaże zimowego sprzętu) i się tam regularnie wybierać? Z drugiej strony… wkrótce będzie pogada na rower itp., czy lodowisko wciąż będzie atrakcją? Czy się za dwie kolejne wizyty znudzi?
31 grudnia 2009
09:16:09
|
kategorie:
imprezy,
rodzinka,
wypoczynek,
Mój wymarzony Sylwester 2009:
przespać przynajmniej tę jedną noc całą…
06 września 2009
14:09:30
|
kategorie:
natura,
rodzinka,
wypoczynek,
zdjęcia,