Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Z pamiętnika kuracjusza – czas wolny

Zabiegów mam może dużo, ale czasu wolnego jeszcze więcej. Szczególnie teraz, gdy w planie wszystkie zabiegi mam przed południem i to jeden za drugim. A wolny czas trzeba jakoś spędzić...

Prawie codziennie chodzę więc na netoterapie, a więc z laptopem do biblioteki lub kafejki internetowej (gdy biblioteka zamknięta) podłączyć się na godzinkę z Siecią. Tam zgrywam zdjęcia z komórki i wysyłam na Flickr, poświęcam chwilkę rozpoczętym przed wyjazdem grom Lonturn i Outer Space, trochę pogadam na Jabberze i ściągam artykuły w Google Reader dla trybu offline. Raz byłem na przedstawieniu teatralnym. Zajrzałem też na tutejsze potańcówki, ale tam bawiły się głównie pary babcia + dziadek i jakoś nie widziałem dla tam siebie miejsca. Poza tym to głównie chodzę na samotne spacery. O jednym (o wyprawie na Chełmiec) już pisałem, ale było ich więcej.

Praktycznie codziennie włóczę się po Wzgórzu Gedymina, chyba już każdy jego wierzchołek zdobyłem po kilka razy. Parę razy zrobiłem jakieś większe kółeczko po Szczawnie. W czwartek 12. stwierdziłem, że aktualne współrzędne geohashing dla tej okolicy wypadają w Wałbrzychu, to wybrałem się tam na piechotę – prawie 6 kilometrów spacerku po nieznanej okolicy. Niektórymi dzielnicami Wałbrzycha trochę strach było iść, ale dotarłem na miejsce. No prawie, dokładne współrzędne wypadały gdzieś na łące, na którą musiałbym przejść przez czyjś ogródek, albo zboże... a autobus już czekał. W każdym razie spacerek sobie zaliczyłem. Wróciłem autobusami (pierwszy, taki jaki był, z tego Poniatowa do centrum, drugi już do Szczawna Zdroju).

W sobotę, 14., po obiedzie chciałem się wybrać obejrzeć Książ... ale późno już było dość (a na zwiedzanie podobno sporo czasu potrzeba) i autobus mi uciekł, to wsiadłem do innego autobusu i znowu pojechałem do Wałbrzycha. Zwiedziłem sobie kawałek wracając z centrum do Szczawna na piechotę. Fajny park mają w samym centrum – prawie że dziki las na stromych górkach.

W niedzielę po śniadaniu już żaden autobus mi nie uciekł i pojechałem do Książa. Nie tak całkiem bezinteresownie, czekały tam przecież na mnie dwie skrytki geocache. Za szukanie pierwszego skarbu zabrałem się właściwie zaraz po przyjeździe, na zwiedzanie zamku jeszcze i tak było za wcześnie (jeszcze przed dziewiątą). Bardzo fajny tamtejszy park ze stromymi zboczami. I właśnie tam, w jednej ze skał czekało na mnie pudełeczko. Dopełniłem formalności i udałem się na zwiedzanie zamku.

Przy kasie dowiedziałem się, że na zwiedzanie z przewodnikiem musiałbym poczekać godzinę od kupienia biletu... długo, postanowiłem więc pozwiedzać samemu. Zamek z zewnątrz bardzo ładny, duży... ale w środku jakoś nic nie powaliło mnie na kolana. Teraz to bardziej dwudziestowieczny hotel niż średniowieczna warownia. Do tego we wnętrzach, poza paroma ostatnimi salami, brakowało jakiegokolwiek opisu, więc bez przewodnika nawet nie wiedziałem co oglądam. Ciekawsze były już zamkowe tarasy, tu bez żadnego wyjaśniania widziałem, że ładne. Po drodze strzeliłem sobie trzy razy ze średniowiecznej kuszy (i nawet raz udało mi się trafić w papier z tarczą).

Po zwiedzeniu zamku Książ udałem się żółto-niebieskim szlakiem w kierunku ruin Starego Książa, gdzie miał czekać na mnie kolejny skarb. Szlak jest piękny, wzdłuż wąwozu, wąska ścieżka na urwisku, miejscami przejście mostkami przy pionowych ścianach skalnych. Raczej nie dla kogoś z lękiem wysokości. Rzeka która wyżłobiła ten krajobraz, Pełcznica, brudna, pomarańczowa, zaśmiecona i śmierdząca. Znacznie lepiej prezentowała się z góry, gdzie tylko było słychać jej szum.

Ruiny zamku Stary Książ jak to ruiny, może nie bardzo okazałe, ale mają pewien urok. A niedaleko skrytka ze skarbem. To już trzecia odnaleziona podczas mojego pobytu w Szczawnie. :-) Do uzdrowiska wróciłem na piechotę, dalej żółto-niebieskim szlakiem. Ominął mnie obiad, ale tutejszego obiadu nawet nie szkoda. Zjadłem sobie lepiej Pod Wieżą.

Okazało się, że w czasie, gdy ja sobie tu wypoczywam, pojawiły się nowe skrytki geocache w okolicy. :-) No to załadowałem sobie kolejne cele do komórki i we wtorek wybrałem się do ruin zamku Nowy Dwór. Najpierw musiałem wymyślić jak się tam dostać. Niby to ciągle Wałbrzych, ale daleko od Szczawna... zadupie jakieś. A na mojej mapie nie są pokazane linie autobusowe. Kupiłem więc w Empiku plan miasta... przyjrzałem się zadupiu raz jeszcze... i okazało się, że tam jest Dworzec Główny, a do takiego obiektu znaleźć połączenie autobusowe już łatwo. :-) Z dworca już poprowadził mnie żółty szlak, zresztą, to już było całkiem blisko.

Ruiny mnie trochę zaskoczyły. Pozytywnie. Spodziewałem się czegoś znacznie mniejszego. A tu, co minąłem jeden mur, to moim oczom ukazywał się kolejny. I w jednym z nich było ukryte pudełko. Czwarty skarb znaleziony :-) W zamian za kredki zostawiłem joggerowy długopis, więc jak ktoś chce, to wie gdzie szukać...

To we w miarą bliskiej okolicy została mi jedna skrytka, na Trójgarbie. Tam wybrałem się w czwartek. Prawie siedem kilometrów w jedną stronę. Większość przez pola i łąki, do schroniska Bacówka pod Trójgarbem, dalej świerkowym lasem na górę. W schronisku śmieszny pan przywitał mnie pytaniem spragniony? i dalej o to, czego bym chciał się napić... bo po napoje inne niż piwo (zresztą wybór i tak nie wielki) musiał zejść do piwnicy bo kradną. W ogóle turystów tam niewielu (ja nie spotkałem żadnego, ale podobno pan jedno piwo już tego dnia sprzedał), a ja zostałem uznany za jakiegoś pasjonata. Szlak całkiem przyjemny i nawet niezbyt stromy. Pod koniec towarzyszyło mi osobiste stadko... much. Na górze stał jakiś szałas, pełen śmieci (ech, ci pseudoturyści), jakieś resztki fundamentów nie wiadomo po czym i niewiele więcej. Ze względu na drzewa raczej nie było widoków do podziwiania. Po podejrzeniu wskazówek w sieci (niech żyje EDGE i Opera Mini) szybko odnalazłem skrzynkę. I byłem pierwszy! Mam nawet na to certyfikat. :-) Ze skarbów wybrałem sobie krokomierz. Ze szczytu do Bacówki wracałem nieco innym szlakiem, dalej do Szczawna miałem iść tym samym co w tę stronę... ale po drodze przeoczyłem jakiś zakręt i wróciłem inną drogą. GPS przydał się do orientacji w terenie.

Na razie tyle wycieczek. W najbliższym czasie wybieram się jeszcze na Borową. Skrytki geocache żadnej tam nie ma, ale to najwyższy szczyt Gór Wałbrzyskich, więc jak tu jestem, to wypada zaliczyć. Dzisiaj podobno współkuracjusze organizują jakiegoś grilla na Słonecznej Polanie, zajrzę tam. Poza tym, w parku ma być jakiś koncert – Świętojańska Noc Operetkowa, czy jakoś tak. To też chciałem obejrzeć. Będę więc pewnie kursował między jednym i drugim, żeby ostatecznie znowu skończyć na samotnej włóczędze po Wzgórzu Gedymina...

2 komentarze do wpisu „Z pamiętnika kuracjusza – czas wolny”


Z pamiętnika kuracjusza – nałogowiec zawsze coś sobie zorganizuje...

Jak co dzień, o 10:00 zarzuciłem laptopa na ramię i poszedłem na netoterapię. Dzisiaj sobota, nie pierwsza w miesiącu, więc biblioteka zamknięta. Poszedłem więc od razu do kawiarenki przy sklepie komputerowym. A tam zamknięte. Na drzwiach jest napisane Czynne: 10-20, w niedziele: 12-20, a dzisiaj o 10:15 zamknięte... :-(

Z odrobiną nadziei udałem się więc do biblioteki... a nóż... niestety, też zamknięte. Że próbować podłączać laptopa w sanatorium ma mały sens już się przekonałem – komórka wykrywa tam tylko szczątki sygnału mojej sieci. Sama komórka w parku odbiera już całkiem nieźle i jabberować można, ale niewiele więcej. Zabieranie laptopa do parku sensu nie ma – bateria nie trzyma dłużej niż pół godziny nie trzyma. Musiałem więc poszukać prądu w zasięgu sieci.

Znalazłem otwartą restaurację z gniazdkiem w ogródku. Spytałem, czy mogę się podłączyć, a gdy po chwili zastanowienia pani pozwoliła, zamówiłem herbatkę i szarlotkę. Tak oto mogę się oddać swojemu nałogowi... :-)

Gdyby jeszcze klawiatura w laptopie mi nie wysiadała...

4 komentarze do wpisu „ Z pamiętnika kuracjusza – nałogowiec zawsze coś sobie zorganizuje...”


Z pamiętnika kuracjusza – zabiegi

Poza pierwszymi dwoma dniami i weekendem (ale nie w każdą sobotę będę miał tak dobrze) cały dzień jest zorganizowany przez Plan Zabiegów. Pierwszy zabieg może się zaczynać np. o 7:10, a ostatni o 16:35, w sumie mam ich do sześciu dziennie, a w ostatnim tygodniu nawet po siedem. A zabiegi są różne...

Gimnastyka grupowa

Pierwotnie miałem ustaloną na 9:15, ale zaczęło mi kolidować z innymi zabiegami. Przestawiłem więc na 7:45. Przez to śniadanie, które miało być o 8:00, jem o 7:20... skoro i tak budzę się wcześniej, to nawet dobrze się ułożyło.

Grupa składa się z trzech osób, które robią ćwiczenia według instrukcji prowadzącej. Jest to o tyle lepsze od gimnastyki, jaką miałem w Gliwicach, że nie musimy sami pamiętać wszystkich ćwiczeń i pilnować wykonywania ich jak należy i po kolei. Do tego, codziennie jest nieco inny zestaw, więc jest ciekawie. No i nie ma tak, jak wcześniej miałem, że wszystkie ćwiczenia na leżąco lub w klęku podpartym. W sumie tych ćwiczeń jest pół godzinki dziennie.

Pierwsze dwa razy wyjątkowo mi się podobały, bo pani nie tylko mówiła co mamy robić, ale też sama pokazywała. Na przeciwko mnie. W bluzeczce z fajnym dekoltem... a ma co w tym dekolcie pokazać. :-) Potem pani się zmieniła i takie atrakcje się skończyły. Ale nadal gimnastyka nie jest zła.

UGUL

Druga część zajęć na sali gimnastycznej. Tym razem o 13:30, czyli zaraz po obiedzie. Kładę się na łóżku w metalowej klatce, a pani mnie podwiesza na linkach. Od pasa w dół wiszę i macham na boki nogami. Najpierw dziesięć razy obiema razem, potem dziesięć razy każdą w innym kierunku (rozkroki). I tak przez 15 minut...

Laser

O tym już wspominałem. Od poprzedniego czasu przyjrzałem się maszynie. Najwyraźniej kreśli promieniem lasera spirale na moich plecach. Najpierw dziesięć minut z lewej strony, potem dziesięć z prawej.

To ćwiczenie i wszystkie następne są o zmiennych porach – każdego dnia może być inaczej. I teoretycznie terminy są nienaruszalne. W praktyce panie rehabilitantki nawet proszą o to, żeby próbować przyjść wcześniej i rzeczywiście udaje się szybko wszystko załatwić.

TENS

To, czyli prądy już też miałem w Gliwicach, ale i w tym przypadku tutejszy sprzęt wydaje się dużo nowocześniejszy. Tam na zabieg musiałem przynieść kawałek gazy, przez który (po namoczeniu) pani podłączała do mnie elektrody. Tutaj maszyna ma wbudowaną pompę, a elektrody są na przyssawkach. Podczas zabiegu mam cztery takie przyssawy na plecach. A po zabiegu przez jakiś czas ślady w kształcie okręgów.

Natrysk płaszczowy

Pierwotnie nie miałem tego zapisanego, ale po zamieszaniu z moim planem zabiegów, dopisali (możliwe, że bardziej dlatego, że mieli wolne miejsca, niż dlatego, że mi bardzo potrzebne). Zabieg polega na tym, że wchodzę do beczki (otwartej z jednej strony), w której, z boków, ze wszystkich stron leci na mnie ciepła woda. Ja mam się w tym czasie tam powoli obracać. Oczywiście na golasa, ale widziałem że niektóre wstydliwe dziadki na to i na bicze chodzą w slipkach. :-)

No właśnie – w tym samym pomieszczeniu są też bicze wodne. A ja na początku nie mogłem go znaleźć (pomieszczenia dziwnie były ponumerowane i brakowało tego numerku). W końcu znalazłem – i wlazłem tam, gdy akurat jedna pani była biczowana. Przynajmniej kawałek cycka sobie zobaczyłem ;-). Potem już grzecznie unikałem wchodzenia gdziekolwiek nieproszony (przez co np. okładów borowinowych mógłbym się nie doczekać).

Okłady borowinowe

To też lekarka dopisała mi w ramach łatania dziur w planie. Trochę liczyłem na taplanie się w błotku, ale nie. Tutaj mają plastry borowinowe. Kładę się na brzuchu, a pani mi kładzie taki gorący placek na plecach. Potem przykrywa grubymi ręcznikami, żeby ciepło nie uciekało. I leżę tak 20 minut. Chyba kiedyś tam zasnę, bo ten ciepły okład działa na mnie bardzo usypiająco. Zaraz po zabiegu jestem trochę obolały i sztywno chodzę, ale potem jest ok.

Magnetoterapia i masaże

W planie mam jeszcze magnetoterapię, masaż suchy i masaż podwodny, ale to dopiero za jakiś czas. Pole magnetyczne od szesnastego, masaże od osiemnastego. Wtedy pewnie napiszę więcej na ten temat.

Z jakiegoś powodu nie zapisali mnie na basen. Na początku nie było mi bardzo szkoda, bo tu basenu nie ma i gdzieś trzeba dojeżdżać na pół godziny zajęć. Ale koledzy wczoraj byli i bardzo sobie chwalą – teraz zaczynam żałować, że się u lekarza nie upomniałem. Trudno.

9 komentarzy do wpisu „ Z pamiętnika kuracjusza – zabiegi”


Z pamiętnika kuracjusza – wyprawa na Chełmiec

Chełmiec to szczyt górujący nad tutejszym krajobrazem. Samotna góra z masztem telewizyjnym i wielkim białym krzyżem na szczycie. Tam też znajdować się miała skrzynka geocaching OP0060. Jeszcze przed wyjazdem do sanatorium postanowiłem, że muszę się tam wybrać. Tutaj jednak się okazało, że czas na wycieczki jest ograniczony (w tygodniu ciągle są zabiegi), a do tego nie powinniśmy wybierać się na takie wyprawy bez pozwolenia lekarza.

Wczoraj przed obiadem mieliśmy badania. Spokojny o wynik badania i nauczony, że głównym zaleceniem dla mnie było dużo chodzić spytałem lekarza o pozwolenie. Ten powiedział, że jak nie będę odczuwał przy tym żadnych dolegliwości z kręgosłupa to mogę. Tylko mam uważać.

Zaraz po obiedzie więc zmieniłem buty (sandały nie koniecznie się nadawały), zapakowałem kurtkę do plecaka, założyłem czapeczkę (słonko przygrzewało), uruchomiłem GPS, kupiłem wodę i wybrałem się na wyprawę niebieskim szlakiem. Według tabliczki na szczyt miałem 1,5h drogi, a do kolacji 4h czasu.

Początek mimo, że dość płaski, był męczący, bo w słońcu. Minąłem Szczawieński cmentarz na wzgórzu, przeszedłem przez jakieś peryferia Wałbrzycha i dotarłem do lasu. Przez las szło się bardzo przyjemnie. Spotkałem sarenkę i leśną myszkę. Potem zrobiło się trochę stromiej. Doszedłem do jakiejś drogi którą szlak prowadził łagodnie wzdłuż stromej skarpy po lewej... aż na drzewie pojawiła się strzałka w lewo. Ten fragment szlaku raczej nie był przewidziany dla kuracjuszy, ale ja się dzielnie wdrapywałem. Na drodze zauważyłem trójkę innych kuracjuszy. Spojrzeli na mnie i postanowili iść dalej drogą (nie dziwię się im). W końcu wdrapałem się na szczyt. Już z końcówki szlak widok był śliczny.

Na szczycie, oprócz krzyża i masztu telewizyjnego stoi jeszcze murowana wieża (trochę ruina). Na wejściu karteczka, że w weekend co pół godziny wpuszczają turystów. O 15:20 drzwi się otworzyły i wyszła grupka, spytałem się, kiedy będzie można wejść, okazało się, że już. To wszedłem. Za 4zł mogłem zobaczyć prześliczny widok. Na Wałbrzych, Szczawno-Zdrój, Ślężę, Śnieżkę i dużo więcej. Na Śnieżce jeszcze biało.

Wieżą opiekują się, społecznie, tutejsi krótkofalarze. Na szczycie masa anten (część pewnie amatorska, a część operatorów komórkowych itp., pewnie zarabiają na utrzymanie wieży).

Gdy schodziłem z wieży pod nią była już ta trójka, co wybrała drogę. Siedzieli tam, gdzie spodziewałem się znaleźć skarb więc kręciłem się w kółko, zanim nie poszli. Potem przeszukałem okolicę. Skrzynka była jednak gdzie indziej. Do tego zupełnie na wierzchu. Pewnie ktoś niewtajemniczony przypadkiem znalazł i porzucił. Dopełniłem formalności, wziąłem klamerkę z kwiatkiem, zostawiłem nalepkę z pingwinem i schowałem pudełko porządniej. Potem mogłem wracać.

Po drodze trochę pokropiło, ale za bardzo mnie nie zmoczyło. Zdążyłem wrócić 15 minut przed kolacją – w dobrym humorze i zadowolony z wyprawy. O dziwo, dzisiaj nawet nie jestem bardzo obolały. Trzeba sobie wymyślić kolejny cel. Pod Książem są trzy skrzynki...

7 komentarzy do wpisu „ Z pamiętnika kuracjusza – wyprawa na Chełmiec”


Z pamiętnika kuracjusza

Wpis wczorajszy, bo dopiero dzisiaj udało mi się sensownie do sieci podpiąć.

Do kurortu wczoraj (03.06.2008) około południa przywiozła mnie żona. Przejazd przez Wałbrzych i początek Szczawna-Zdrój nie wyglądał zachęcająco – blokowiska i fabryki całkiem jak u nas... Ale już część uzdrowiskowa Szczawna, to całkiem co innego. Tu jest ślicznie.

Zgodnie z instrukcją udałem się do Domu Zdrojowego. Tam zaliczyłem opad szczęki na widok głównego holu i udałem się do recepcji. Pokazałem wesołym paniom skierowanie, pani zabrała skierowanie, spytała, czy mogę chodzić po schodach, wypisała inny papierek (kartę zabiegową) i odesłała do Pioniera (w prawo, za rogiem w prawo, w dół i za fontanną po schodkach). Nawet udało nam się trafić. Trzeba było chwilkę poczekać aż będzie ktoś, kto może dopełnić formalności. W końcu pielęgniarka po prosiła do środka i zaczęło się wypełnianie kolejnych papierów...

Padło też standardowe pytanie o legitymację ubezpieczeniową. Mówię, że nie mam. Zresztą, na skierowaniu była lista dokumentów do zabrania i nie było tam legitymacji. To pani mnie pyta jak ja w takim razie korzystam z przychodni itp. Tłumaczę, że u nas praktycznie wszystko załatwia się kartą. Ona mi na to, że i tak potrzebuje numeru ubezpieczenia (pierwszy raz o czymś takim słyszę, pomijając amerykańskie filmy) i, że w mojej przychodni powinni go mieć. Miałem wątpliwości, ale poprosiłem żonkę, żeby zadzwoniła do przychodni i się dowiedziała. W tym czasie ja wypełniałem kolejne papierki (np. taki, w którym wyznaczałem osobę upoważnioną do zabrania moich rzeczy, jakbym przypadkiem kuracji nie przeżył).

Oczywiście w mojej przychodni też nic o takim numerku nie wiedzą. Siostra przyjęła to do wiadomości i tylko poprosiła, żebym wpisał na karcie, w miejscu numeru: nie posiadam i walnął parafkę. Zaznaczam, że cały czas była dla mnie bardzo miła. Spytała, czy gorączkuję, zmierzyła ciśnienie i puls (wszystko w normie). Na koniec dała karteczki z porami posiłków, kodem do drzwi i informacją, że karta do telewizora na cały turnus kosztuje 73zł.

Aaaa... jeszcze jedno. Miałem podpisać się pod wyciągiem z regulaminu. Więc nie tylko się podpisałem, ale i przeczytałem. Pierwszy punkt mówił, że zaleca się wykupienie dobrowolnego ubezpieczenia NW i od skradzionych rzeczy. NW mam dosyć, ale od kradzieży laptopa mógłbym się ubezpieczyć, jeśli to drogo by nie kosztowało... Więc pytam panią jak się to dobrowolne ubezpieczenie wykupuje... Pani najpierw nie wiedziała o czym mówię, potem się zdziwiła, że taki punkt jest w regulaminie, a następnie zaczęła dzwonić, żeby się dowiedzieć... Po paru nieudanych telefonach już machnąłem ręką, ale siostra stwierdziła, że jak jest w regulaminie i pacjent sie pyta, to musi się dowiedzieć i udzielić informacji. Więc jej już nie przeszkadzałem. W końcu wyszło na to, że w Uzdrowisku tego się nie załatwi, trzeba wyjść na miasto do ubezpieczalni jakiejś i sobie kupić. Na razie sobie odpuściłem.

Po zarejestrowaniu się w Pionierze miałem z kartą zabiegową udać się na jadalnie do wyznaczenia stolika no i na obiad. Na jadalni pani mnie zapisała, podała numer stolika... i zaprowadziła do stolika (nie żadne tam, czy pan se znajdzie). No ciągle czuję, że jestem traktowany jak gość, a nie petent. A to rzadkość w naszej służbie zdrowia.

No właśnie... służba zdrowia. O tym, że to jednak nie wczasy przypomina regulamin szpitala-sanatorium. Po 22:00 wszystkie dzieci mają być już grzecznie w pokojach, nie ma mowy, żeby później wejść do budynku. Do 6:00 nie można też, oczywiście, wyjść. Żadnego alkoholu (tu nie muszę się hamować ;-)). Wyjście na wycieczkę, czy potańcówkę podobno trzeba uzgadniać z personelem (taaaa...). Luksusy też trochę mniejsze niż miałbym na wczasach – łazienka może wielka, ale cztery osoby w pokoju. Ale nie jest źle.

Dzisiaj rano (7:10) była pogadanka z lekarzem. Generalnie kto tu rządzi i czego nie wolno. Pani doktor też bardzo miła. Po śniadaniu były badania. Po jakieś dwie minuty na pacjenta, byle zabiegi zapisać. Porządnie mamy być zbadani w piątek albo w sobotę.

Przed południem pojawiły się karty zabiegowe z planem zabiegów. Ja ze swojego planu dowiedziałem się, że nazywam się teraz Lidia jakaśtam.... Spytałem siostry oddziałowej, czy tak ma być i okazało się, że jednak nie. Plany zostały zamienione. Potem się okazało, że nie tylko zamienione, bo zawartość planu podpisanego moim nazwiskiem nie odpowiada zabiegom zleconym na mojej karcie. Więc, musiałem zostać wrzucony do komputera jeszcze raz. No i dostałem nowy plan, w którym przez pierwsze dwa tygodnie prawie nic nie ma – terminy już były pozajmowane. Za to, pod koniec mam po cztery zabiegi dziennie (plus dwa razy gimnastyka)... Siostra stwierdziła, że ten początek zbyt ubogi, więc jutro po gimnastyce mam się zgłosić, to mi lekarz coś dorzuci... oj, widać za dobrze byłoby mi bez tego ;-)

Dzisiaj miałem jeden zabieg (miały być dwa, ale plan dostałem dwadzieścia minut po terminie pierwszego) – laser. Trochę inny niż miałem robiony w Gliwicach – tu nikt nie musiał mnie tym myziać ani dziabać po plecach, tylko samo się robiło. I chyba mocniejszy, bo coś poczułem w krzyżu (a w karcie zapisali 150, a w Gliwicach pisali mi maksimum 100.

Jeszcze o jedzeniu warto wspomnieć. Jadalne, ale raczej bez rewelacji. I do tego wczoraj była pomidorówka (nie lubię, nie zjem), a dzisiaj gulasz... który chyba też był wczorajszą pomidorówką z jakimś marnym mięskiem. Wczoraj dopychałem się tortem czekoladowym, który mnie hipnotyzował kręcąc się w gablotce restauracji Bohema, a dzisiaj pizzą. Jedno i drugie było duże i pyszne... ale już nie z uzdrowiskowej stołówki.

2 komentarze do wpisu „ Z pamiętnika kuracjusza”


Zabawy z GPS-em

Chciałem napisać kolejną notkę o mojej zabawce... i zorientowałem się, że przecież jeszcze nic nie napisałem na ten temat. A więc, od początku...

Już od dawna fascynowała mnie technologia GPS – możliwość rejestrowania aktualnej pozycji i nawigacji w czasie rzeczywistym do wybranego punktu. No i obrabianie zebranych danych w komputerze. Bardzo chętnie bym się czymś takim pobawił... ale jak na zabawkę to było zawsze zbyt drogie. Turystyczne urządzenia GPS albo bardzo prymitywne, albo drogie. Do gołego odbiornika musiałbym mieć laptopa albo palmtopa, a samochodowe nawigacje jakoś mnie nie pociągały specjalnie (drogie i właściwie do użytku tylko w samochodzie).

Na szczęście sytuacja nieco się zmieniła. Odbiorniki GPS potaniały, a zmądrzały telefony komórkowe. Więc za niewielkie pieniądze mogłem kupić sobie odbiornik na Bluetooth, który całkiem sprawnie może być obsłużony przez mój, też nie najdroższy, telefon komórkowy.

Zabawy

No to co ciekawego można takim zestawem robić. No moim głównym celem było móc jechać w nieznane i dalej wiedzieć gdzie się jest, żeby móc wrócić. ;-) No i rejestrowanie swoich wycieczek. Gdy szukałem oprogramowania do swojej zabawki często natykałem się na określenie geocaching. Nie wnikałem w to, zakładałem, że to po prostu zbieranie informacji o tym gdzie się było (wiecie, skojarzenie z cache przeglądarki). Później okazało się, że bardzo się myliłem...

Geohashing

Skoro ignorowałem geocaching to pierwszą zabawą z GPS którą się zainteresowałem był geohashing, wymyślony przez autora popularnego komiksu XKCD w odcinku 426. Po prostu, gdy zobaczyłem ten obrazek i przeczytałem odpowiadający mu wpis na blagu, to uznałem, że muszę tego spróbować. Wygląda na to, że jestem jedynym takim wariatem w Polsce. :-)

Zabawa polega na tym, że dla każdej daty wyznaczane są konkretne współrzędne geograficzne, dla każdej kratki 1° na 1°. Algorytm wykorzystuje notowania nowojorskiej giełdy z dnia poprzedniego (lub ostatniego w którym były dostępne), więc nie można określić przyszłych punktów. Po prostu znane są współrzędne na dziś lub jutro. W piątek także na weekend (aż do poniedziałku), ale nic więcej. Zadanie polega na tym, żeby w odpowiednim dniu trafić w odpowiednie miejsce. W soboty, o 16:00 czasu lokalnego przewidziane są w tych miejscach spotkania miłośników XKCD, więc teoretycznie można spotkać się z innymi świrami (o ile tacy są w okolicy).

Ja pierwszy punkt zaliczyłem wczoraj. Trafiłem na stare, opuszczone i zdewastowane torowisko w Sośnicy. Całkiem interesujące miejsce. :-)

Geocaching

Gdy zainteresowałem się geohashingiem, to w końcu poczytałem też co to ten geocaching. No i to też całkiem fajna sprawa. W skrócie: ludzie robią skrytki z dzienniczkiem i skarbami i publikują współrzędne geograficzne. Zadanie polega na odnalezieniu skrytki i wpisaniu się do dzienniczka. Może być ciekawe.

Zaleta w porównaniu z geohashingiem: jest po co iść, skrytki zwykle są w interesujących miejscach (można pozwiedzać) i z zasady są dostępne (geohashing może prowadzić prosto na środek morza, czy do zamkniętej bazy wojskowej). Jednocześnie wadą jest to samo: wiadomo mniej-więcej czego można się spodziewać i generalnie skrytki są w znanych miejscach. Miejsca ukrycia najbliższych skrzynek prawdopodobnie się już kiedyś odwiedziło, przy innej okazji.

Jutro będę w pobliżu jednej takiej skrytki, to może i swój geocaching zaliczę. :-)

Geodashing itp.

Z geozabaw czytałem jeszcze o geodashingu. Trochę podobne do geohashingu – też miejsca są rozmieszczane losowo. Jednak tym razem są to wylosowane punkty na całym świecie ważne przez miesiąc. Pewnie jest jeszcze parę innych takich zabaw.

Moje zabawki

[GPS z komórką]

Odbiornik GPS Navibe GB735

Wybrałem taki, bo to był jeden z najtańszych, od sensownego sprzedawcy na Allegro, na popularnym chipsecie (SiRF Star III) obsługiwanym przez większość oprogramowania, a w zestawie miał ładowarkę samochodową i domową. Był dodany też kod umożliwiający ściągnięcie na próbę programu Wayfinder, ale to niespecjalnie mi się przydało (zniechęcała głównie cena pełnego produktu, ale także to jak mnie program przywitał, gdy chciałem wypróbować).

Urządzenie działa całkiem przyzwoicie, chociaż czasem długo trzeba czekać aż po raz pierwszy ustali pozycję. Przy gorszej pogodzie, to może być i pół godziny, jeśli w ogóle się to uda. Mam wrażenie, że dokładność (czy raczej czułość) mogła by być nieco lepsza (często widzi tylko 3/4 satelity). Ale w praktyce nie sprawiło mi to większych problemów, więc nie mam co narzekać. Bateria wystarcza chyba na jakieś dziesięć godzin. Spokojnie wystarczy na wycieczkę, a na dłuższej trasie samochodem odbiornik może stale być podpięty do ładowarki.

Telefon SE k550i

O telefonie już wspominałem. Dodam tylko, że wydaje się bardzo dobrym wyborem do zabaw z GPSem. Może nie zainstaluję na nim oprogramowania przygotowanego pod Symbiana czy Windows CE może nie zainstaluję, ale i pod Javę znalazłem wszystko czego potrzebuję. Wszystko działa szybko i sprawnie, na karcie pamięci mogę zmieścić praktycznie dowolną ilość map. Przydaje się też wbudowany aparat fotograficzny – wystarczająco dobry, żeby udokumentować swoje wyprawy.

Dodatkowe duperele

Dodatkowe rzeczy jakie dokupiłem do tego zestawu:

  • Samochodowy uchwyt na telefon – żeby sprawnie korzystać z nawigacji samochodowej trzeba mieć wyświetlacz telefonu na widoku. Kupiłem chyba najtańszy uchwyt, przyczepiany przyssawką do przedniej szyby. Wygląda trochę tandetnie, ale spełnia swoje zadanie. Problem pojawia się, gdy chcemy podłączyć ładowarkę (dla mnie to mus), ze względu na nieszczęśliwe położenie złącza w moim telefonie. Ale i z tą wtyczką jakoś się trzyma, tyle że krzywo. Jakbym kupił oryginalny uchwyt Sony-Ericsson (kosztujący parę razy więcej), to nie miałbym takiego problemu.
  • Ładowarka do telefonu – gdy korzysta się z nawigacji online, to konieczność. Mój telefon strasznie żre prąd przy aktywnym połączeniu z Internetem.
  • Rozdzielacz gniazda zapalniczki – dzięki niemu mogę jednocześnie podłączyć zasilanie telefonu i odbiornika GPS i nie martwić się, że mi któraś bateria padnie w samochodzie.

Oprogramowanie

NaviExpert

Żeby GPS nie był tylko zabawką, potrzebowałem czegoś co zrobi z niego prawdziwą nawigację samochodową. Jeszcze przed zakupem rozglądałem się w sieci za odpowiednim oprogramowaniem i moją uwagę zwrócił NaviExpert. Sam program jest za darmo, ale nie posiada map. Zamiast tego łączy się przez Internet z serwerem, który wyznacza trasę i udostępnia mapkę okolicy. Płaci się za tę usługę, można wykupić abonament na jeden dzień i wypróbować. A jak się spodoba, zapłacić za rok lub dwa.

Ten sposób działania ma jeszcze dodatkowe zalety: mamy do dyspozycji aktualną bazę danych o niemiłych niespodziankach na drodze (jak fotoradary), a podczas wyznaczania trasy mogą być uwzględnione korki w których utknęli inni użytkownicy.

Ściągnąłem, zapłaciłem za tydzień wypróbowałem. Działało, wykupiłem więc dłuższy abonament. Blondynka (NaviExpert mówi tylko głosem kobiecym) doprowadziła nas już do Krynicy i do Ustronia. Było parę potknięć, ale zdaje się, że innym produktom też się zdarzają. Ja na zakup nie narzekam.

TrekBuddy

GPS miał być do zabawy... więc potrzebowałem też programu, który przyda mi się na wycieczkach i który pozwoli mi na wymianę danych GPS z komputerem. Oglądałem w sieci różne Javowe aplikacje GPS na komórkę. Jedne były zbyt prymitywne, inne za drogie, a TrekBuddy darmowy i ma właściwie wszystkie funkcje jakich bym chciał.

Główną funkcją TrekBuddy'ego jest pokazywanie aktualnej pozycji na mapie. W tym celu trzeba mieć odpowiednio przygotowane mapy. Na szczęście są narzędzia, które pozwalają taką mapę przygotować, niestety głównie pod Windows (o nich dalej). Można też gotowe mapy kupić. W Polsce firma Compass produkuje i sprzedaje takie mapy. Trochę drogo, ale jak próbowałem samemu papierową mapę zeskanować i przygotować do użytku z TrekBuddy, to uznałem, że może warto zapłacić.

TrekBuddy pokaże nam także kierunek w którym się poruszamy, wprowadzone wcześniej punkty nawigacyjne, czy kierunek i odległość do wybranego punktu. Przebytą trasę może na bieżąco zapisywać w pliku GPX (standard wymiany danych GPS). Punkty nawigacyjne także trzyma w plikach GPX.

Atlas Creator

TrekBuddy Atlas Creator to proste narzędzie w Javie przerabiające mapy Google na atlas TrekBuddy. Niestety dość prymitywne.

Googleak

Podobne narzędzie, ale dużo bardziej zaawansowane. Pozwala także przetwarzać mapy terenowe, zdjęcia satelitarne, a także mapy z kilku innych źródeł niż Google. Przy pomocy tego narzędzia można sobie przygotować całkiem niezły atlas dla TrekBuddy'ego. Niestety, Googleak jest pod Windows, na szczęście – całkiem dobrze działa teraz w wine.

OziExplorer i skrypty do dzielenia map

Generalnie OziExplorer to jest jakiś komercyjny program pod Windows do obsługi urządzeń GPS. Mnie jednak interesuje mały wycinek jego funkcjonalności, dostępny także w wersji demo – kalibracja map. Tak się składa, że TrekBuddy używa danych kalibracyjnych właśnie w formacie OziExplorera. Program działa pod wine, niestety nieznośnie powoli.

Udało mi się przy jego pomocy skalibrować jakąś przedwojenną niemiecką mapę 1:25000 znalezioną w internecie. Z podobną polską sztabówką, czy własnoręcznie zeskanowaną papierową mapą turystyczną poszło znacznie gorzej. Przy okazji dowiedziałem się jaka kartografia, a szczególnie kwestie współrzędnych geograficznych i odwzorowania, jest skomplikowana...

Skalibrowaną mapę należy jeszcze pociąć i ewentualnie zapakować do atlasu. Różne narzędzia do tego celu można znaleźć na stronach TrekBuddy.

Na szczęście nie trzeba się samemu w przygotowywanie map bawić. :-)

Viking

Oprogramowanie na komórkę z GPS-em i mapy do niego to nie wszystko. Przydałoby się coś, czym można by było sobie planować trasy, a także oglądać dane zebrane przez nasz zestaw GPS. I fajnie byłoby się obyć bez Windows, czy wine. Trochę się naszukałem zanim znalazłem coś fajnego, ale w końcu się udało. Viking to prosta aplikacja GTK umożliwiająca pracę z mapami (znów z Google itp.) oraz danymi z i dla GPS. Można wyświetlić sobie mapę wybranej okolicy, na nieść na nie punkty, które chcemy odwiedzić i wyeksportować do pliku GPX, który załadujemy do komórki. Po powrocie z wycieczki można sobie do Vikinga wgrać zebrane dane i obejrzeć którędy się szło, a nawet gdzie jakie zdjęcia się zrobiło (ale to gdyby robienie zdjęć z poziomu TrekBuddy było praktyczniejsze).

GPSBabel

Czasem może pojawić się potrzeba przekonwertowania jakiś danych do lub z jakiegoś egzotycznego formatu (nie wszystko umie GPX), albo jakiegoś przekształcenia danych GPX. Tu przydaje się GPSBabel. Narzędzie to potrafi nie tylko konwertować między mnóstwem różnych formatów danych GPS, ale ma także wbudowanych parę przydatnych filtrów. Chcesz się pozbyć ze ścieżki niedokładnie ustalonych punktów? Chcesz z tysiąca punktów (np. skrytek geocaching) wybrać te w obrębie kilku kilometrów od wybranego punktu, czy może po prostu odwrócić kierunek trasy? GPSBabel to załatwi.

Happy Camel

Wspomniałem, że w wycieczkach z GPS-em fajnie jest mieć aparat fotograficzny. A może by tak w plikach ze zdjęciami zaznaczyć gdzie dokładnie były one zrobione? To się nazywa geotaging i Wesoły Wielbłąd w tym pomoże. Wystarczy, że podasz mu zestaw zdjęć i dane z GPS-a (ścieżka) obejmujące czas w którym zdjęcia były robione, a on powiąże jedno z drugim. Może zapisać dane geograficzne w metadanych (EXIF) zdjęcia, może stworzyć plik .KMZ dla GoogleEarth (w którym potem można np. obejrzeć sobie własne zdjęcia na tle satelitarnych), może nawet wyszukać nazwy miejscowości w pobliżu których fotografowaliśmy.

Happy Camel ma także wsparcie dla Flickr, ale tym nie udało mi się jeszcze czegoś sensownego osiągnąć.

18 komentarzy do wpisu „ Zabawy z GPS-em”



[szpieg] Jesteście obserwowani...