06 września 2008
10:39:58
|
kategorie:
jogger,
w sieci,
Wczoraj, przeglądając statystyki, zauważyłem że na mojego bloga ktoś
wchodzi z blogfrog.pl. Postanowiłem
sprawdzić co to takiego i podwójnie się zaskoczyłem:
- Mam tam konto (Firefox podpowiedział hasło) i najwyraźniej samodzielnie
zarejestrowałem tam kiedyś swojego bloga (zupełnie tego nie pamiętam).
- Sporo moich wpisów jest tam oceniona, najwyraźniej przez więcej niż jedną osobę – ktoś tego używa.
Z ocen jednak mały dla mnie pożytek, bo wszystkie sprowadzają się właściwie
do przeciętny
. Postanowiłem zobaczyć jak tam wyglądają inne znane mi
blogi... i właściwie żadnego nie znalazłem. Chyba jednak aż taki popularny ten
serwis nie jest...
03 września 2008
17:25:39
|
kategorie:
html itp.,
w sieci,
zdjęcia,
A ja, dla odmiany, pomarudzę na Google. Ich usługa, która niewątpliwie
najbardziej mnie wkurza, to Picasa Web Albums. Wkurza tym bardziej że jest
popularna. Coraz częściej jak znajduję w sieci albo od kogoś dostanę jakiś link
do zdjęć, to prowadzi mnie on właśnie na strony Picasa, a co za tym idzie:
- Często link, który z założenia ma prowadzić do konkretnego zdjęcia,
prowadzi do początku galerii. Jeśli ktoś liczy na komentarz do konkretnego
zdjęcia, a w galerii ma ich to się prawdopodobnie przeliczy.
- Często bywało, że autor był przekonany, że opublikował zdjęcie na
blogu, a w rzeczywistości widział je tylko on – czytelnicy bloga nie
widzieli nic. Zdarzało się, że zdjęcia pojawiały się i znikały bez sensownego
wyjaśnienia.
- Albumów w Picasa Web nie da się wygodnie przeglądać wykorzystując
odpowiednie funkcje przeglądarki: nic nie jest normalnym linkiem i nie można
sobie np. otworzyć wybranych zdjęć w nowych zakładkach środkowym przyciskiem
myszy.
Wszystko to wynika głównie z faktu, że to, z czym bardzo dobrze sobie
radzą zwykłe statyczne strony WWW – prezentacja zdjęć – próbuje
się zaimplementować od nowa w postaci aplikacji AJAX. Ale to co dobre jest dla
klienta poczty, czy nawet do zarządzania zbiorem zdjęć, niekoniecznie będzie
najlepszym rozwiązaniem dla galerii zdjęć. Szczególnie, jeśli się nie pomyśli
czego od tego może oczekiwać użytkownik z zewnątrz.
Skąd więc ta popularność Picasa Web Albums? Myślę że z powodu dość udanej aplikacji
Google Picasa i darmowości serwisu, ale czy tylko tym powinniśmy się kierować
chcąc wybrać platformę do udostępniania naszych zdjęć?
Sam długo trzymałem się udostępniania zdjęć z własnego serwera. Dobrze nie
musieć na nikim polegać w tym względzie. Ostatnio jednak zacząłem korzystać
z Flickr – taki dedykowany i sprawdzony
serwis to jednak wygoda. Chętnie też przeglądam cudze zdjęcia w tym serwisie
– nie jest to bolesne przeżycie, bo chociażby środkowy przycisk myszy
działa. :-)
Flickr też używa AJAX, ale tam, gdzie użytkownik oczekuje funkcjonalności
aplikacji użytkowej, a nie strony WWW – a więc głównie do zarządzania
zdjęciami. No i dodatkowo do drobnych usprawnień w interfejsie użytkownika,
jak przewinięcie miniaturek, czy szybkie oznaczenie zdjęcia jako
ulubionego
.
Dodatkowym aututem jest dobra integracja z różnym oprogramowaniem. Na
przykład, niezwykle wygodnie wysyła się do Flickr zdjęcia z używanego przeze
mnie programu F-Spot. Ciekawe, czy z Google
Picasa też się da...
Właściwie, to tylko jedno mnie do Flickr zniechęcało... plany kupna
serwisu (wraz z całym Yahoo) przez Microsoft. Na szczęście wygląda na to, że
na razie to niebezpieczeństwo
minęło. ;-)
Jest jeszcze jeden drobiazg, może w większości przypadków nieistotny
i generalnie i mnie nie powinien przeszkadzać, ale jednak zniechęca: regulamin
usługi Picasa Web Albums zabrania, między innymi, publikacji wszelkiej
nagości, czy treści które mogą być uznane za dwuznaczne
. A więc jakbym
się zdecydował opublikować zdjęcie żony opalającej się topless (nie, nie mam
takich planów ;-), to ryzykowałbym usunięcie konta. Podobnie mama
która chciałaby pokazać jak karmi dzidziusia (nawet bardzo skromnie).
Właściwie to i zupełnie niewinne z naszego punktu widzenia zdjęcie, nie
zawierające żadnej nagości może być przecież uznane za dwuznaczne
i od
razu potraktowane na równi z pornografią dziecięcą i propagowaniem
faszyzmu
. No i wielu użytkowników Google AdSense się przekonało, że
korporacji tej nie wiele trzeba do stwierdzenia łamania regulaminu,
a konsekwencje bywają drastyczne i praktycznie nieodwołalne.
Flickr nie bawi się tak w policje obyczajową. Właściwie wszystko można
sobie tam umieszczać. Nie oznacza to jednak pełnej samowolki – nie
należy narażać niezainteresowanych i nieletnich na kontakt
z nieodpowiednimi treściami
, więc serwis wymaga od użytkowników, żeby
odpowiednio oznaczali swoje prace. I to działa – grzeczne
,
rodzinne zdjęcia współistnieją z tymi bardziej odważnymi i jakoś nikt nie musi
być tym urażony.
31 sierpnia 2008
20:46:06
|
kategorie:
w sieci,
| tagi:
BlogDay2008,
Zastanawiałem się czy ta akcja ma sens... i dalej nie wiem, ale jak jest
okazja zarekomendować blogi, które chętnie czytam, to czemu nie.
:-)
No to jedziemy, alfabetycznie, bo nie ma co wartościować. No i jak jakiś
blog się nie załapał, to nie znaczy, że jest gorszy. Może po prostu akurat
teraz nie przyszedł mi do głowy, albo uznałem, że promocji nie potrzebuje.
:-)
- e-Lady – dziewczyny
prowadzą sklep z bielizną i niezwykle ciekawego bloga, wcale nie o tej
bieliźnie (no, przeważnie nie).
- Fraglesi –
z przymróżeniem oka o aktualnej polityce i nie tylko (np. jest parę wpisów o Kocie Romanie).
- Grace the Spot – blog
założony przez dwie i prowadzony w sumie przez sześć
Gracji
–
świat oczami lesbijek (a głównie USA i środowisko tychże lesbijek). Szczególnie
przyjemny jest cykl Stuff Lesbians Like
.
- k.o.Kaina – niewulgarnie
o seksie, a do tego obrazki.
- Siwa – klasyka Joggera.
Niestety, ostatnio mało aktywna. Jednak, jak już się jakiś wpis zdarzy, to
zwykle rozbawia jak dawniej.
Można zauważyć, że na liście brakuje tech-blogów, czy innych
specjalistycznych – właściwie wszystkie to spojrzenie autorów na
otaczający ich świat i osobiste przemyślenia na ten temat (kompatybilne z moim
światopoglądem), najlepiej z pewną dozą humoru. To chyba jest to, czego ja
szukam na blogach.
22 sierpnia 2008
19:38:20
|
kategorie:
sprzęt,
w sieci,
Już wcześniej pisałem o tym, że do turystycznej nawigacji używam telefonu
komórkowego i modułu GPS na bluetooth. I nawet zastanawiałem się nad tym, czy
można by to jakoś na rowerze zamocować. Moduł GPS nie jest problemem –
można go chociażby w kieszeni trzymać, ale ekran telefonu dobrze byłoby
widzieć. No, ale jak nawet przymocuję telefon jakoś do roweru, to co jak
zacznie padać? Albo jak czymś lub o coś tym telefonem stuknę? Uznałem więc, że
o czymś takim mogę zapomnieć... aż znalazłem odpowiedni
wątek na forum TrekBuddy.
Obudowa BoxIt wraz
z mocowaniem rowerowym spełniłaby moje wymagania. No, kosztuje trochę, ale da
się przeżyć. Gorzej, że z dyskusji na forum wynikało, że jedyny dystrybutor
tych produktów w Polsce (sklep www.bergson.sklep.pl
aka PPHU Alpros
) jest
nieco podejrzany i ma nie najlepsze podejście do klienta. No ale albo tam,
albo nigdzie (no chyba, że gdzieś zagranicą). Postanowiłem zaryzykować...
Najpierw obejrzałem ofertę na Allegro, bo i tam ta firma sprzedaje,
a wiadomo, na Allegro zawsze trochę pewniej. Niestety, tam była jedynie duża
wersja obudowy (chciałem mniejszą) i nie mieli tam uchwytów rowerowych.
Postanowiłem więc kupić w bergson.sklep.pl...
Złożyłem zamówienie. W sumie wyszło 92,20 zł. Wkrótce miałem dostać
potwierdzenie zamówienia i dane do wpłaty (numer konta). No i za chwilę
dostałem pierwszego maila (pisownia oryginalna, mój adres usunięty):
Date: Thu, 17 Jul 2008 12:36:27 +0200
From: -- mój adres --
Subject: Potwierdzenie przyjęcia zamówienia
To: -- mój adres --
Dziękujemy za złożenie zamówienia
niebawem (dziś lub jutro) otrzymasz potwierdzeniejego przyjęcia
w formie e-mail na adres podany na zamowieniu
wraz z danymi do dokonania przelewu.
Nie wpłacaj zanim go nie otrzymasz.
No cóż... pełen profesjonalizm. I widać założyli, że nikt nie będzie miał
interesu na ten mail odpowiadać. Oczywiście kolejnego maila nie dostałem ani
dziś
, ani jutro
do wieczora... upomniałem się więc, bo po cichu liczyłem, że
zabawkę dostanę przed wyjazdem na urlop. W końcu dostałem kolejnego maila:
Date: Mon, 21 Jul 2008 12:26:55 +0200
From: "Sklep bergson.sklep.pl" <sklep@bergson.sklep.pl>
Subject: Potwierdzenie dostepnosci towaru
To: -- mój adres --
Content-type: text/html; charset=iso-8859-2
Kwotę zamówienia ( 92.2 zł ) proszę wpłacić na poniższe konto:
Dane do przelewu:
PPHU Alpros
ul.11-go Listopada 58
05-092 ŁOMIANKI
MBANK
54 1140 2004 0000 3502 4067 6710
Dane banku dla przelewów zagranicznych:
proszę zaznaczać pokrycie kosztów
banku nadawcy bo odbiorcy (my) jest darmo !
IBAN PL54 1140 2004 0000 3502 4067 6710
SWIFT BREXPLPWMBK
TYTUŁ PRZELEWU BEZWZGLĘDNIE MUSI ZAWIERAĆ(w podanej kolejności)
1. nr zamowienia ( xxx/2008 : -- moje dane -- )
2. podanie kosztów wysyłki KOSZT WYSYŁKI ( 4.20 zł )
3.wyraz PRIORYTET jeżeli dopłaciłeś za niego 1 zł
oto przykład:
xxx/2008 koszt wysylki 4.20 zł PRIORYTET
Przesyłkę powinieneś otrzymać w ciągu max 5 dni
Wydrukuj sobie tę stronę jeżeli robisz przelew osobiście ( bank lub poczta)
i zapamiętaj lub zapisz nr. zamówienia ( xxx/2008 : -- moje dane -- )
identyfikuj się nim przy jakiejkolwiek korespondencji .
Na wpłatę czekamy 3 dni , po których zamowienie zostanie anulowane
więc prosimy nie zwlekać.
Jest to konieczność aby żartownisie nie blokowali towaru
który być może ty chcesz kupić
Nr zamówienia: xxx/2008
Zamówienie:
-- moje dane --
-- mój e-mail --
-- mój adres --
=======================================
Nazwa: etui GSM wodoszczelneBOXIT small aqua
Nr katalogowy: BOX 511130S
Rozmiar: ONE SIZE
Cena: 69.00
Nazwa: Klips rowerowyboxit
Nr katalogowy: BOX BIKEADAP
Rozmiar: ONE SIZE
Cena: 19.00
Fajnie, czyli mają towar, mogę płacić, wkrótce przyjdzie... jak dobrze
pójdzie (pod koniec tygodnia wyjeżdżam, najwyżej paczka na poczcie poczeka).
Zaraz zleciłem przelew według instrukcji, wliczają tę złotówkę za priorytet. W
końcu zależy mi na czasie...
Czekałem na jakieś potwierdzenie przyjęcia wpłaty i wysyłki towaru,
a dostałem... drugie potwierdzenie dostępności towaru
... a raczej jego
niedostępności:
Date: Wed, 23 Jul 2008 13:23:56 +0200
From: "Sklep bergson.sklep.pl" <sklep@bergson.sklep.pl>
Subject: Potwierdzenie dostepnosci towaru
To: -- mój adres --
Content-type: text/html; charset=iso-8859-2
zabrakło klipsów rowerowych
wysyłać etui i zwrot wpłaty za klips ?
Nr zamówienia: xxx/2008
[...]
No, jaja se robią! Ale, ja spokojny człowiek jestem, uznajmy, że czasem
może się zdarzyć... Odpisałem tylko, że bez klipsa mi to etui jest na nic i, że
proszę o zwrot całej wpłaty. Odpowiedzi się nie doczekałem. Biedniejszy o te
93 złote pojechałem na urlop. Po powrocie nic się nie zmieniło, więc wysłałem
kolejnego maila...
Od tamtego czasu do wczoraj nie dostałem od nich żadnej odpowiedzi. Parę
razy próbowałem się też dodzwonić na numer podany na stronie, ale tylko
automatyczna sekretarka się zgłaszała. Raz nawet się nagrałem, chociaż nie
lubię, podając numer zamówienia i żądając zwrotu pieniędzy albo wysyłki
towaru.
Przedwczoraj uznałem, że to już przestało być śmieszne, czy raczej żałosne
i wysłałem mniej miłego maila (pod tytułem Gdzie moje pieniądze?! Bergson
= oszuści?
), z dwóch moich kont pocztowych (jajcus.net i gmail), na
wszelkie adresy e-mail które znalazłem dla Bergson.sklep.pl/Alpros. Załączyłem całą
poprzednią korespondencję. Kolejnym krokiem byłby oficjalny list polecony za
potwierdzeniem odbioru, najeżony paragrafami... albo od razu zgłoszenie na
policję.
Wczoraj jednak dostałem odpowiedź... na mojego maila z szóstego sierpnia (po
powrocie z urlopu):
Date: Thu, 21 Aug 2008 18:49:45 +0200
From: jacek <jacek@bergson.sklep.pl>
Subject: RE: Potwierdzenie dostepnosci towaru
To: -- mój adres --
-----Original Message-----
From: -- mój adres --
Sent: Wednesday, August 06, 2008 10:35 AM
To: Sklep bergson.sklep.pl
Cc: jacek@bergson.sklep.pl
Subject: Re: Potwierdzenie dostepnosci towaru
On Wed, Jul 23, 2008 at 01:23:56PM +0200, Sklep bergson.sklep.pl wrote:
> zabrakło klipsów rowerowych
> wysyłać etui i zwrot wpłaty za klips ?
Nie dostałem odpowiedzi na moją prośbę o zwrot całej wpłaty CZY MOGLBYS WYSLAC MI TEN MAIL Z PROŚBĄ W POSTACI ZAŁĄCZNIKA ?,
ani tego
zwrotu. Czy to znaczy, że klipsy się jednak znalazły i lada dzień
dostanę przesyłkę? Jeśli nie, to proszę o zwrot wpłaty.
Mój numer konta:
xx xxxx xxxx xxxx xxxx xxxx xxxx (Bank PEKAO S.A)
-- mój podpis --
> Nr zamówienia: xxx/2008
[...]
Tak, większość treści, to mój e-mail. Odpowiedź
wciśnięta gdzieś
w środku. Człowiek, który nie umie na e-mail odpowiedzieć bierze się za
interesy w Internecie... straszne. Wspomniany załącznik musiał dostać
z ostanim mailem, a nawet jeśli nie dostał, to miał wszystko, czego
potrzebował, no ale cóż... odpowiedziałem, załączyłem odpowiedniego maila...
Odpowiedzi oczywiście nie dostałem, ale, jakimś cudem, dzisiaj na koncie
pojawił się zwrot mojej wpłaty. Jakbym go dostał od razu, to bym nawet
podziękował... a tak to raczej sobie daruję.
Zamawiając tę obudowę liczyłem się, że zakup może pójść nie tak, ale nie
spodziewałem się aż takich atrakcji. Chciałem tu całość jakoś podsumować...
ale brak mi słów. Na pewno tej firmy nie polecam.
P.S. A wie ktoś może, gdzie taką obudowę, albo coś podobnego dostanę?
06 sierpnia 2008
19:20:05
|
kategorie:
w sieci,
wypoczynek,
Miał to być komentarz do wpisu Zanikająca Reisefieber
na blogu Tomka Skórskiego, ale zrobił się
długi, więc opublikuje go tu:
Nie sądzę, żeby następowała jakaś dewaluacja podróży jako takiej, najwyżej
pewnych celów podróży (świat się zmniejszył
). Ci (czy raczej tacy jak
tamci), którzy wybierali się na wielką wyprawę (na drugi koniec kraju, czy
kontynentu), gdy inni pozostawali w swoich wioskach, najwyżej raz w miesiącu
wybierając się do miasta, i teraz znajdą sposób na ekscytującą przygodę.
Zamiast Bieszczad będą to może Himalaje. Albo zamiast wyprawy rodzinką Syrenką
ze Śląska nad morze będzie wycieczka rowerowa po Beskidach. Ten kto w podróży
szuka większych wrażeń znajdzie je w każdych czasach.
Ci którzy podróżują nerwowo patrząc na zegarek, z iPodem w uszach
to ci,
którzy w "dawnych czasach" w ogóle by się ze swojej miejscowości nie ruszali,
no chyba, że autokarem na zorganizowane przez zakład pracy wczasy.
A jeśli piszesz myśląc o sobie... to zauważ, że też nie jesteś tą samą osobą
co parę lat temu. Kiedyś jeździłem po Polsce autostopem, mieszkałem pod
namiotem i najlepsze wakacje były wtedy gdy jednego dnie nie wiedziałem, gdzie
będę następnego. Teraz mam wczasy mniej-więcej zaplanowane na parę miesięcy
przed, nie ma mowy o wypoczynku w pokoju bez łazienki i wyjazdu bez własnego
samochodu... to nie czasy się zmieniły, ale ja i moje życie. Mniej potrzebuję
wielkiej przygody, bardziej odpoczynku od pracy i spędzenia czasu z rodziną.
Przygody też mi trochę brakuje... samotnego wyjazdu w nieznane, chociażby
rowerem, ale są inne priorytety i po prostu brakuje czasu.
A i technika, łącznie z Internetem, nie musi spłycać podróży. Chociażby taki
geocaching – człowiek uzbrojony w GPS i informacje z Sieci odwiedza
miejsca, w które wcześniej sam z siebie by się nie zapuścił. Kiedyś było
inaczej, ale to nie znaczy, że kiedyś było lepiej (czemu ludzie mają zawsze
tendencje do takiego błędu w porównaniach?).
Co do samej gorączki podróży, w sensie fizjologicznym
... motylki
w brzuchu, nerwowe pilnowanie każdego szczegółu, wręcz rozwolnienie przed
wyjazdem... myślę, że to mija z wiekiem... któryś z kolei wyjazd, nawet
w nowe miejsce, nie będzie budzić takich emocji jak pierwszy wyjazd na
kolonie, czy pierwsze samodzielne wakacje bez rodziców.
Ja bym się tam nie martwił, że przez postęp cywilizacyjny dużo tracimy
w tym względzie.
30 maja 2008
22:10:34
|
kategorie:
oprogramowanie,
sprzęt,
w sieci,
wypoczynek,
zdjęcia,
Chciałem napisać kolejną notkę o mojej zabawce... i zorientowałem się, że
przecież jeszcze nic nie napisałem na ten temat. A więc, od początku...
Już od dawna fascynowała mnie technologia GPS – możliwość
rejestrowania aktualnej pozycji i nawigacji w czasie rzeczywistym do wybranego
punktu. No i obrabianie zebranych danych w komputerze. Bardzo chętnie bym się
czymś takim pobawił... ale jak na zabawkę to było zawsze zbyt drogie.
Turystyczne urządzenia GPS albo bardzo prymitywne, albo drogie. Do gołego
odbiornika musiałbym mieć laptopa albo palmtopa, a samochodowe nawigacje jakoś
mnie nie pociągały specjalnie (drogie i właściwie do użytku tylko
w samochodzie).
Na szczęście sytuacja nieco się zmieniła. Odbiorniki GPS potaniały,
a zmądrzały telefony komórkowe. Więc za niewielkie pieniądze mogłem kupić
sobie odbiornik na Bluetooth, który całkiem sprawnie może być obsłużony przez
mój, też nie najdroższy, telefon komórkowy.
Zabawy
No to co ciekawego można takim zestawem robić. No moim głównym celem było
móc jechać w nieznane i dalej wiedzieć gdzie się jest, żeby móc wrócić.
;-) No i rejestrowanie swoich wycieczek. Gdy szukałem
oprogramowania do swojej zabawki często natykałem się na określenie
geocaching
. Nie wnikałem w to, zakładałem, że to po prostu zbieranie
informacji o tym gdzie się było (wiecie, skojarzenie z cache przeglądarki).
Później okazało się, że bardzo się myliłem...
Geohashing
Skoro ignorowałem geocaching to pierwszą zabawą z GPS którą się
zainteresowałem był geohashing,
wymyślony przez autora popularnego komiksu XKCD w odcinku 426. Po prostu, gdy zobaczyłem ten
obrazek i przeczytałem odpowiadający mu wpis na blagu, to
uznałem, że muszę tego spróbować. Wygląda na to, że jestem jedynym takim
wariatem w Polsce. :-)
Zabawa polega na tym, że dla każdej daty wyznaczane są konkretne
współrzędne geograficzne, dla każdej kratki 1° na 1°. Algorytm
wykorzystuje notowania nowojorskiej giełdy z dnia poprzedniego (lub ostatniego
w którym były dostępne), więc nie można określić przyszłych punktów. Po prostu
znane są współrzędne na dziś lub jutro. W piątek także na weekend (aż do
poniedziałku), ale nic więcej. Zadanie polega na tym, żeby w odpowiednim dniu
trafić w odpowiednie miejsce. W soboty, o 16:00 czasu lokalnego przewidziane
są w tych miejscach spotkania miłośników XKCD, więc teoretycznie można spotkać
się z innymi świrami (o ile tacy są w okolicy).
Ja pierwszy punkt zaliczyłem wczoraj. Trafiłem na stare, opuszczone
i zdewastowane torowisko w Sośnicy. Całkiem interesujące miejsce.
:-)
Geocaching
Gdy zainteresowałem się geohashingiem, to w końcu poczytałem też co to ten
geocaching. No i to też
całkiem fajna sprawa. W skrócie: ludzie robią skrytki z dzienniczkiem
i skarbami
i publikują współrzędne geograficzne. Zadanie polega na
odnalezieniu skrytki i wpisaniu się do dzienniczka. Może być ciekawe.
Zaleta w porównaniu z geohashingiem: jest po co iść, skrytki zwykle są
w interesujących miejscach (można pozwiedzać) i z zasady są dostępne
(geohashing może prowadzić prosto na środek morza, czy do zamkniętej bazy
wojskowej). Jednocześnie wadą jest to samo: wiadomo mniej-więcej czego można
się spodziewać i generalnie skrytki są w znanych miejscach. Miejsca ukrycia
najbliższych skrzynek prawdopodobnie się już kiedyś odwiedziło, przy innej
okazji.
Jutro będę w pobliżu jednej takiej skrytki, to może i swój geocaching
zaliczę. :-)
Geodashing itp.
Z geozabaw czytałem jeszcze o geodashingu. Trochę podobne do geohashingu
– też miejsca są rozmieszczane losowo. Jednak tym razem są to wylosowane
punkty na całym świecie ważne
przez miesiąc. Pewnie jest jeszcze parę
innych takich zabaw.
Moje zabawki
Odbiornik GPS Navibe GB735
Wybrałem taki, bo to był jeden z najtańszych, od sensownego sprzedawcy na
Allegro, na popularnym chipsecie (SiRF Star III) obsługiwanym przez większość
oprogramowania, a w zestawie miał ładowarkę samochodową i domową. Był dodany
też kod umożliwiający ściągnięcie na próbę programu Wayfinder, ale to
niespecjalnie mi się przydało (zniechęcała głównie cena pełnego produktu, ale
także to jak mnie program przywitał, gdy chciałem wypróbować).
Urządzenie działa całkiem przyzwoicie, chociaż czasem długo trzeba czekać
aż po raz pierwszy ustali pozycję. Przy gorszej pogodzie, to może być i pół
godziny, jeśli w ogóle się to uda. Mam wrażenie, że dokładność (czy raczej
czułość) mogła by być nieco lepsza (często widzi tylko 3/4 satelity). Ale
w praktyce nie sprawiło mi to większych problemów, więc nie mam co narzekać.
Bateria wystarcza chyba na jakieś dziesięć godzin. Spokojnie wystarczy na
wycieczkę, a na dłuższej trasie samochodem odbiornik może stale być podpięty
do ładowarki.
Telefon SE k550i
O telefonie już wspominałem. Dodam tylko, że wydaje się bardzo dobrym
wyborem do zabaw z GPSem. Może nie zainstaluję na nim oprogramowania
przygotowanego pod Symbiana czy Windows CE może nie zainstaluję, ale i pod
Javę znalazłem wszystko czego potrzebuję. Wszystko działa szybko i sprawnie,
na karcie pamięci mogę zmieścić praktycznie dowolną ilość map. Przydaje się
też wbudowany aparat fotograficzny – wystarczająco dobry, żeby
udokumentować swoje wyprawy.
Dodatkowe duperele
Dodatkowe rzeczy jakie dokupiłem do tego zestawu:
- Samochodowy uchwyt na telefon – żeby sprawnie korzystać z nawigacji
samochodowej trzeba mieć wyświetlacz telefonu na widoku. Kupiłem chyba
najtańszy uchwyt, przyczepiany przyssawką do przedniej szyby. Wygląda trochę
tandetnie, ale spełnia swoje zadanie. Problem pojawia się, gdy chcemy
podłączyć ładowarkę (dla mnie to mus), ze względu na nieszczęśliwe położenie
złącza w moim telefonie. Ale i z tą wtyczką jakoś się trzyma, tyle że krzywo.
Jakbym kupił oryginalny uchwyt Sony-Ericsson (kosztujący parę razy więcej), to
nie miałbym takiego problemu.
- Ładowarka do telefonu – gdy korzysta się z nawigacji online, to
konieczność. Mój telefon strasznie żre prąd przy aktywnym połączeniu
z Internetem.
- Rozdzielacz gniazda zapalniczki – dzięki niemu mogę jednocześnie
podłączyć zasilanie telefonu i odbiornika GPS i nie martwić się, że mi któraś
bateria padnie w samochodzie.
Oprogramowanie
NaviExpert
Żeby GPS nie był tylko zabawką, potrzebowałem czegoś co zrobi z niego
prawdziwą nawigację samochodową. Jeszcze przed zakupem rozglądałem się w sieci
za odpowiednim oprogramowaniem i moją uwagę zwrócił NaviExpert. Sam program jest za darmo, ale
nie posiada map. Zamiast tego łączy się przez Internet z serwerem, który
wyznacza trasę i udostępnia mapkę okolicy. Płaci się za tę usługę, można
wykupić abonament na jeden dzień i wypróbować. A jak się spodoba, zapłacić za
rok lub dwa.
Ten sposób działania ma jeszcze dodatkowe zalety: mamy do dyspozycji
aktualną bazę danych o niemiłych niespodziankach na drodze (jak fotoradary),
a podczas wyznaczania trasy mogą być uwzględnione korki w których utknęli inni
użytkownicy.
Ściągnąłem, zapłaciłem za tydzień wypróbowałem. Działało, wykupiłem więc
dłuższy abonament. Blondynka
(NaviExpert mówi tylko głosem kobiecym)
doprowadziła nas już do Krynicy i do Ustronia. Było parę potknięć, ale zdaje
się, że innym produktom też się zdarzają. Ja na zakup nie narzekam.
TrekBuddy
GPS miał być do zabawy... więc potrzebowałem też programu, który przyda mi
się na wycieczkach i który pozwoli mi na wymianę danych GPS z komputerem.
Oglądałem w sieci różne Javowe aplikacje GPS na komórkę. Jedne były zbyt
prymitywne, inne za drogie, a TrekBuddy darmowy i ma właściwie
wszystkie funkcje jakich bym chciał.
Główną funkcją TrekBuddy'ego jest pokazywanie aktualnej pozycji na mapie.
W tym celu trzeba mieć odpowiednio przygotowane mapy. Na szczęście są
narzędzia, które pozwalają taką mapę przygotować, niestety głównie pod Windows
(o nich dalej). Można też gotowe mapy kupić. W Polsce firma
Compass produkuje i sprzedaje takie mapy. Trochę drogo, ale jak próbowałem
samemu papierową mapę zeskanować i przygotować do użytku z TrekBuddy, to
uznałem, że może warto zapłacić.
TrekBuddy pokaże nam także kierunek w którym się poruszamy, wprowadzone
wcześniej punkty nawigacyjne, czy kierunek i odległość do wybranego punktu.
Przebytą trasę może na bieżąco zapisywać w pliku GPX (standard wymiany danych
GPS). Punkty nawigacyjne także trzyma w plikach GPX.
Atlas Creator
TrekBuddy
Atlas Creator to proste narzędzie w Javie przerabiające mapy Google na
atlas TrekBuddy. Niestety dość prymitywne.
Googleak
Podobne narzędzie, ale dużo bardziej zaawansowane. Pozwala także
przetwarzać mapy terenowe, zdjęcia satelitarne, a także mapy z kilku innych
źródeł niż Google. Przy pomocy tego narzędzia można sobie przygotować całkiem
niezły atlas dla TrekBuddy'ego. Niestety, Googleak
jest pod Windows, na szczęście – całkiem dobrze działa teraz w wine.
OziExplorer i skrypty do dzielenia map
Generalnie OziExplorer to jest jakiś komercyjny program pod Windows do
obsługi urządzeń GPS. Mnie jednak interesuje mały wycinek jego
funkcjonalności, dostępny także w wersji demo – kalibracja map. Tak się
składa, że TrekBuddy używa danych kalibracyjnych właśnie w formacie
OziExplorera. Program działa pod wine, niestety nieznośnie powoli.
Udało mi się przy jego pomocy
skalibrować jakąś przedwojenną niemiecką mapę 1:25000 znalezioną w internecie.
Z podobną polską sztabówką, czy własnoręcznie zeskanowaną papierową mapą
turystyczną poszło znacznie gorzej. Przy okazji dowiedziałem się jaka
kartografia, a szczególnie kwestie współrzędnych geograficznych
i odwzorowania, jest skomplikowana...
Skalibrowaną mapę należy jeszcze pociąć i ewentualnie zapakować do atlasu.
Różne narzędzia do tego celu można znaleźć na stronach TrekBuddy.
Na szczęście nie trzeba się samemu w przygotowywanie map bawić.
:-)
Viking
Oprogramowanie na komórkę z GPS-em i mapy do niego to nie wszystko.
Przydałoby się coś, czym można by było sobie planować trasy, a także oglądać
dane zebrane przez nasz zestaw GPS. I fajnie byłoby się obyć bez Windows, czy
wine. Trochę się naszukałem zanim znalazłem coś fajnego, ale w końcu się
udało. Viking to prosta aplikacja
GTK umożliwiająca pracę z mapami (znów z Google itp.) oraz danymi z i dla GPS.
Można wyświetlić sobie mapę wybranej okolicy, na nieść na nie punkty, które
chcemy odwiedzić i wyeksportować do pliku GPX, który załadujemy do komórki.
Po powrocie z wycieczki można sobie do Vikinga wgrać zebrane dane i obejrzeć
którędy się szło, a nawet gdzie jakie zdjęcia się zrobiło (ale to gdyby
robienie zdjęć z poziomu TrekBuddy było praktyczniejsze).
GPSBabel
Czasem może pojawić się potrzeba przekonwertowania jakiś danych do lub
z jakiegoś egzotycznego formatu (nie wszystko umie GPX), albo jakiegoś
przekształcenia danych GPX. Tu przydaje się GPSBabel. Narzędzie to potrafi nie tylko
konwertować między mnóstwem różnych formatów danych GPS, ale ma także
wbudowanych parę przydatnych filtrów. Chcesz się pozbyć ze ścieżki
niedokładnie ustalonych punktów? Chcesz z tysiąca punktów (np. skrytek
geocaching) wybrać te w obrębie kilku kilometrów od wybranego punktu, czy może
po prostu odwrócić kierunek trasy? GPSBabel to załatwi.
Happy Camel
Wspomniałem, że w wycieczkach z GPS-em fajnie jest mieć aparat
fotograficzny. A może by tak w plikach ze zdjęciami zaznaczyć gdzie dokładnie
były one zrobione? To się nazywa geotaging i Wesoły Wielbłąd w tym pomoże.
Wystarczy, że podasz mu zestaw zdjęć i dane z GPS-a (ścieżka) obejmujące czas
w którym zdjęcia były robione, a on powiąże jedno z drugim. Może zapisać dane
geograficzne w metadanych (EXIF) zdjęcia, może stworzyć plik .KMZ dla
GoogleEarth (w którym potem można np. obejrzeć sobie własne zdjęcia na tle
satelitarnych), może nawet wyszukać nazwy miejscowości w pobliżu których
fotografowaliśmy.
Happy Camel ma także
wsparcie dla Flickr, ale tym nie udało mi się jeszcze czegoś sensownego
osiągnąć.