25 sierpnia 2008
09:03:36
|
kategorie:
praca,
rodzinka,
sprzęt,
Plecak, z którym chodzę do pracy, na wycieczki i właściwie wszędzie, gdzie
kieszenie mogą mi nie starczyć do noszenia całego bajzlu, był już trochę
brudny
. Jakiś czas temu wraz z żoną uznałem, że trzeba by go albo wyprać,
albo kupić nowy. Postanowiliśmy zacząć od pierwszej, tańszej opcji. No więc parę dni temu
żonka mi plecak wyprała...
Do prania trzeba było oczywiście plecak opróżnić, o czym żonka najwyraźniej
pamiętała, bo w rogu pokoju pojawiła się kupka z dawną zawartością plecaka:
teczka z papierami, jakieś śmieci... i jedna podpaska (wciąż nie rozumiem skąd
ona się wzięła w moim plecaku). Niby czegoś brakowało, ale poza
wyrzuceniem ewidentnych śmieci nie zajmowałem się bardziej tą stertą... aż do
dziś.
Koniec weekendu, więc trzeba było się spakować do pracy. Teczka z papierami
– zawsze w torbie była. Ale było tam coś jeszcze, jakaś elektronika
przecież. Zaglądam więc do odpowiedniej kieszonki plecaka... i jest. Zwinięta kulka
ze słuchawek do telefonu i dwóch pendrive'ów na smyczy PLD Linux
.
Wszystko czyściutkie, oczywiście. %-)
Rano, po przyjściu do pracy, zaryzykowałem i podłączyłem pendrajwy do
komputera. I działają! Oba. Nawet dane są na miejscu. :-)
A więc, jeśli komuś kiedyś się jakiś usb-stick przypadkiem uświni, to
polecam pralkę automatyczną. O parametry prania i markę proszku do prania
proszę pytać żonę. ;-)
22 sierpnia 2008
19:38:20
|
kategorie:
sprzęt,
w sieci,
Już wcześniej pisałem o tym, że do turystycznej nawigacji używam telefonu
komórkowego i modułu GPS na bluetooth. I nawet zastanawiałem się nad tym, czy
można by to jakoś na rowerze zamocować. Moduł GPS nie jest problemem –
można go chociażby w kieszeni trzymać, ale ekran telefonu dobrze byłoby
widzieć. No, ale jak nawet przymocuję telefon jakoś do roweru, to co jak
zacznie padać? Albo jak czymś lub o coś tym telefonem stuknę? Uznałem więc, że
o czymś takim mogę zapomnieć... aż znalazłem odpowiedni
wątek na forum TrekBuddy.
Obudowa BoxIt wraz
z mocowaniem rowerowym spełniłaby moje wymagania. No, kosztuje trochę, ale da
się przeżyć. Gorzej, że z dyskusji na forum wynikało, że jedyny dystrybutor
tych produktów w Polsce (sklep www.bergson.sklep.pl
aka PPHU Alpros
) jest
nieco podejrzany i ma nie najlepsze podejście do klienta. No ale albo tam,
albo nigdzie (no chyba, że gdzieś zagranicą). Postanowiłem zaryzykować...
Najpierw obejrzałem ofertę na Allegro, bo i tam ta firma sprzedaje,
a wiadomo, na Allegro zawsze trochę pewniej. Niestety, tam była jedynie duża
wersja obudowy (chciałem mniejszą) i nie mieli tam uchwytów rowerowych.
Postanowiłem więc kupić w bergson.sklep.pl...
Złożyłem zamówienie. W sumie wyszło 92,20 zł. Wkrótce miałem dostać
potwierdzenie zamówienia i dane do wpłaty (numer konta). No i za chwilę
dostałem pierwszego maila (pisownia oryginalna, mój adres usunięty):
Date: Thu, 17 Jul 2008 12:36:27 +0200
From: -- mój adres --
Subject: Potwierdzenie przyjęcia zamówienia
To: -- mój adres --
Dziękujemy za złożenie zamówienia
niebawem (dziś lub jutro) otrzymasz potwierdzeniejego przyjęcia
w formie e-mail na adres podany na zamowieniu
wraz z danymi do dokonania przelewu.
Nie wpłacaj zanim go nie otrzymasz.
No cóż... pełen profesjonalizm. I widać założyli, że nikt nie będzie miał
interesu na ten mail odpowiadać. Oczywiście kolejnego maila nie dostałem ani
dziś
, ani jutro
do wieczora... upomniałem się więc, bo po cichu liczyłem, że
zabawkę dostanę przed wyjazdem na urlop. W końcu dostałem kolejnego maila:
Date: Mon, 21 Jul 2008 12:26:55 +0200
From: "Sklep bergson.sklep.pl" <sklep@bergson.sklep.pl>
Subject: Potwierdzenie dostepnosci towaru
To: -- mój adres --
Content-type: text/html; charset=iso-8859-2
Kwotę zamówienia ( 92.2 zł ) proszę wpłacić na poniższe konto:
Dane do przelewu:
PPHU Alpros
ul.11-go Listopada 58
05-092 ŁOMIANKI
MBANK
54 1140 2004 0000 3502 4067 6710
Dane banku dla przelewów zagranicznych:
proszę zaznaczać pokrycie kosztów
banku nadawcy bo odbiorcy (my) jest darmo !
IBAN PL54 1140 2004 0000 3502 4067 6710
SWIFT BREXPLPWMBK
TYTUŁ PRZELEWU BEZWZGLĘDNIE MUSI ZAWIERAĆ(w podanej kolejności)
1. nr zamowienia ( xxx/2008 : -- moje dane -- )
2. podanie kosztów wysyłki KOSZT WYSYŁKI ( 4.20 zł )
3.wyraz PRIORYTET jeżeli dopłaciłeś za niego 1 zł
oto przykład:
xxx/2008 koszt wysylki 4.20 zł PRIORYTET
Przesyłkę powinieneś otrzymać w ciągu max 5 dni
Wydrukuj sobie tę stronę jeżeli robisz przelew osobiście ( bank lub poczta)
i zapamiętaj lub zapisz nr. zamówienia ( xxx/2008 : -- moje dane -- )
identyfikuj się nim przy jakiejkolwiek korespondencji .
Na wpłatę czekamy 3 dni , po których zamowienie zostanie anulowane
więc prosimy nie zwlekać.
Jest to konieczność aby żartownisie nie blokowali towaru
który być może ty chcesz kupić
Nr zamówienia: xxx/2008
Zamówienie:
-- moje dane --
-- mój e-mail --
-- mój adres --
=======================================
Nazwa: etui GSM wodoszczelneBOXIT small aqua
Nr katalogowy: BOX 511130S
Rozmiar: ONE SIZE
Cena: 69.00
Nazwa: Klips rowerowyboxit
Nr katalogowy: BOX BIKEADAP
Rozmiar: ONE SIZE
Cena: 19.00
Fajnie, czyli mają towar, mogę płacić, wkrótce przyjdzie... jak dobrze
pójdzie (pod koniec tygodnia wyjeżdżam, najwyżej paczka na poczcie poczeka).
Zaraz zleciłem przelew według instrukcji, wliczają tę złotówkę za priorytet. W
końcu zależy mi na czasie...
Czekałem na jakieś potwierdzenie przyjęcia wpłaty i wysyłki towaru,
a dostałem... drugie potwierdzenie dostępności towaru
... a raczej jego
niedostępności:
Date: Wed, 23 Jul 2008 13:23:56 +0200
From: "Sklep bergson.sklep.pl" <sklep@bergson.sklep.pl>
Subject: Potwierdzenie dostepnosci towaru
To: -- mój adres --
Content-type: text/html; charset=iso-8859-2
zabrakło klipsów rowerowych
wysyłać etui i zwrot wpłaty za klips ?
Nr zamówienia: xxx/2008
[...]
No, jaja se robią! Ale, ja spokojny człowiek jestem, uznajmy, że czasem
może się zdarzyć... Odpisałem tylko, że bez klipsa mi to etui jest na nic i, że
proszę o zwrot całej wpłaty. Odpowiedzi się nie doczekałem. Biedniejszy o te
93 złote pojechałem na urlop. Po powrocie nic się nie zmieniło, więc wysłałem
kolejnego maila...
Od tamtego czasu do wczoraj nie dostałem od nich żadnej odpowiedzi. Parę
razy próbowałem się też dodzwonić na numer podany na stronie, ale tylko
automatyczna sekretarka się zgłaszała. Raz nawet się nagrałem, chociaż nie
lubię, podając numer zamówienia i żądając zwrotu pieniędzy albo wysyłki
towaru.
Przedwczoraj uznałem, że to już przestało być śmieszne, czy raczej żałosne
i wysłałem mniej miłego maila (pod tytułem Gdzie moje pieniądze?! Bergson
= oszuści?
), z dwóch moich kont pocztowych (jajcus.net i gmail), na
wszelkie adresy e-mail które znalazłem dla Bergson.sklep.pl/Alpros. Załączyłem całą
poprzednią korespondencję. Kolejnym krokiem byłby oficjalny list polecony za
potwierdzeniem odbioru, najeżony paragrafami... albo od razu zgłoszenie na
policję.
Wczoraj jednak dostałem odpowiedź... na mojego maila z szóstego sierpnia (po
powrocie z urlopu):
Date: Thu, 21 Aug 2008 18:49:45 +0200
From: jacek <jacek@bergson.sklep.pl>
Subject: RE: Potwierdzenie dostepnosci towaru
To: -- mój adres --
-----Original Message-----
From: -- mój adres --
Sent: Wednesday, August 06, 2008 10:35 AM
To: Sklep bergson.sklep.pl
Cc: jacek@bergson.sklep.pl
Subject: Re: Potwierdzenie dostepnosci towaru
On Wed, Jul 23, 2008 at 01:23:56PM +0200, Sklep bergson.sklep.pl wrote:
> zabrakło klipsów rowerowych
> wysyłać etui i zwrot wpłaty za klips ?
Nie dostałem odpowiedzi na moją prośbę o zwrot całej wpłaty CZY MOGLBYS WYSLAC MI TEN MAIL Z PROŚBĄ W POSTACI ZAŁĄCZNIKA ?,
ani tego
zwrotu. Czy to znaczy, że klipsy się jednak znalazły i lada dzień
dostanę przesyłkę? Jeśli nie, to proszę o zwrot wpłaty.
Mój numer konta:
xx xxxx xxxx xxxx xxxx xxxx xxxx (Bank PEKAO S.A)
-- mój podpis --
> Nr zamówienia: xxx/2008
[...]
Tak, większość treści, to mój e-mail. Odpowiedź
wciśnięta gdzieś
w środku. Człowiek, który nie umie na e-mail odpowiedzieć bierze się za
interesy w Internecie... straszne. Wspomniany załącznik musiał dostać
z ostanim mailem, a nawet jeśli nie dostał, to miał wszystko, czego
potrzebował, no ale cóż... odpowiedziałem, załączyłem odpowiedniego maila...
Odpowiedzi oczywiście nie dostałem, ale, jakimś cudem, dzisiaj na koncie
pojawił się zwrot mojej wpłaty. Jakbym go dostał od razu, to bym nawet
podziękował... a tak to raczej sobie daruję.
Zamawiając tę obudowę liczyłem się, że zakup może pójść nie tak, ale nie
spodziewałem się aż takich atrakcji. Chciałem tu całość jakoś podsumować...
ale brak mi słów. Na pewno tej firmy nie polecam.
P.S. A wie ktoś może, gdzie taką obudowę, albo coś podobnego dostanę?
12 lipca 2008
10:45:41
|
kategorie:
rodzinka,
seks,
sprzęt,
Leżymy sobie w łóżeczku... zaczynam dobierać się do żonki...
– O, stanął ci! – zauważyła żonka...
– A czemu nie miałby stanąć?
...
– A wiesz... z okazji naszej rocznicy... – żonce najwyraźniej jakiś nieprzyzwoity pomysł przyszedł do głowy – ...moglibyśmy
sobie kupić... taki routerek WiFi?
– To a'propos tej sterczącej antenki?
– Skąd wiesz?!
... i jakoś ta chwilowa zmiana tematu nie zepsuła nam nastroju... wręcz
przeciwnie, seks był znakomity :-)
30 maja 2008
22:10:34
|
kategorie:
oprogramowanie,
sprzęt,
w sieci,
wypoczynek,
zdjęcia,
Chciałem napisać kolejną notkę o mojej zabawce... i zorientowałem się, że
przecież jeszcze nic nie napisałem na ten temat. A więc, od początku...
Już od dawna fascynowała mnie technologia GPS – możliwość
rejestrowania aktualnej pozycji i nawigacji w czasie rzeczywistym do wybranego
punktu. No i obrabianie zebranych danych w komputerze. Bardzo chętnie bym się
czymś takim pobawił... ale jak na zabawkę to było zawsze zbyt drogie.
Turystyczne urządzenia GPS albo bardzo prymitywne, albo drogie. Do gołego
odbiornika musiałbym mieć laptopa albo palmtopa, a samochodowe nawigacje jakoś
mnie nie pociągały specjalnie (drogie i właściwie do użytku tylko
w samochodzie).
Na szczęście sytuacja nieco się zmieniła. Odbiorniki GPS potaniały,
a zmądrzały telefony komórkowe. Więc za niewielkie pieniądze mogłem kupić
sobie odbiornik na Bluetooth, który całkiem sprawnie może być obsłużony przez
mój, też nie najdroższy, telefon komórkowy.
Zabawy
No to co ciekawego można takim zestawem robić. No moim głównym celem było
móc jechać w nieznane i dalej wiedzieć gdzie się jest, żeby móc wrócić.
;-) No i rejestrowanie swoich wycieczek. Gdy szukałem
oprogramowania do swojej zabawki często natykałem się na określenie
geocaching
. Nie wnikałem w to, zakładałem, że to po prostu zbieranie
informacji o tym gdzie się było (wiecie, skojarzenie z cache przeglądarki).
Później okazało się, że bardzo się myliłem...
Geohashing
Skoro ignorowałem geocaching to pierwszą zabawą z GPS którą się
zainteresowałem był geohashing,
wymyślony przez autora popularnego komiksu XKCD w odcinku 426. Po prostu, gdy zobaczyłem ten
obrazek i przeczytałem odpowiadający mu wpis na blagu, to
uznałem, że muszę tego spróbować. Wygląda na to, że jestem jedynym takim
wariatem w Polsce. :-)
Zabawa polega na tym, że dla każdej daty wyznaczane są konkretne
współrzędne geograficzne, dla każdej kratki 1° na 1°. Algorytm
wykorzystuje notowania nowojorskiej giełdy z dnia poprzedniego (lub ostatniego
w którym były dostępne), więc nie można określić przyszłych punktów. Po prostu
znane są współrzędne na dziś lub jutro. W piątek także na weekend (aż do
poniedziałku), ale nic więcej. Zadanie polega na tym, żeby w odpowiednim dniu
trafić w odpowiednie miejsce. W soboty, o 16:00 czasu lokalnego przewidziane
są w tych miejscach spotkania miłośników XKCD, więc teoretycznie można spotkać
się z innymi świrami (o ile tacy są w okolicy).
Ja pierwszy punkt zaliczyłem wczoraj. Trafiłem na stare, opuszczone
i zdewastowane torowisko w Sośnicy. Całkiem interesujące miejsce.
:-)
Geocaching
Gdy zainteresowałem się geohashingiem, to w końcu poczytałem też co to ten
geocaching. No i to też
całkiem fajna sprawa. W skrócie: ludzie robią skrytki z dzienniczkiem
i skarbami
i publikują współrzędne geograficzne. Zadanie polega na
odnalezieniu skrytki i wpisaniu się do dzienniczka. Może być ciekawe.
Zaleta w porównaniu z geohashingiem: jest po co iść, skrytki zwykle są
w interesujących miejscach (można pozwiedzać) i z zasady są dostępne
(geohashing może prowadzić prosto na środek morza, czy do zamkniętej bazy
wojskowej). Jednocześnie wadą jest to samo: wiadomo mniej-więcej czego można
się spodziewać i generalnie skrytki są w znanych miejscach. Miejsca ukrycia
najbliższych skrzynek prawdopodobnie się już kiedyś odwiedziło, przy innej
okazji.
Jutro będę w pobliżu jednej takiej skrytki, to może i swój geocaching
zaliczę. :-)
Geodashing itp.
Z geozabaw czytałem jeszcze o geodashingu. Trochę podobne do geohashingu
– też miejsca są rozmieszczane losowo. Jednak tym razem są to wylosowane
punkty na całym świecie ważne
przez miesiąc. Pewnie jest jeszcze parę
innych takich zabaw.
Moje zabawki
Odbiornik GPS Navibe GB735
Wybrałem taki, bo to był jeden z najtańszych, od sensownego sprzedawcy na
Allegro, na popularnym chipsecie (SiRF Star III) obsługiwanym przez większość
oprogramowania, a w zestawie miał ładowarkę samochodową i domową. Był dodany
też kod umożliwiający ściągnięcie na próbę programu Wayfinder, ale to
niespecjalnie mi się przydało (zniechęcała głównie cena pełnego produktu, ale
także to jak mnie program przywitał, gdy chciałem wypróbować).
Urządzenie działa całkiem przyzwoicie, chociaż czasem długo trzeba czekać
aż po raz pierwszy ustali pozycję. Przy gorszej pogodzie, to może być i pół
godziny, jeśli w ogóle się to uda. Mam wrażenie, że dokładność (czy raczej
czułość) mogła by być nieco lepsza (często widzi tylko 3/4 satelity). Ale
w praktyce nie sprawiło mi to większych problemów, więc nie mam co narzekać.
Bateria wystarcza chyba na jakieś dziesięć godzin. Spokojnie wystarczy na
wycieczkę, a na dłuższej trasie samochodem odbiornik może stale być podpięty
do ładowarki.
Telefon SE k550i
O telefonie już wspominałem. Dodam tylko, że wydaje się bardzo dobrym
wyborem do zabaw z GPSem. Może nie zainstaluję na nim oprogramowania
przygotowanego pod Symbiana czy Windows CE może nie zainstaluję, ale i pod
Javę znalazłem wszystko czego potrzebuję. Wszystko działa szybko i sprawnie,
na karcie pamięci mogę zmieścić praktycznie dowolną ilość map. Przydaje się
też wbudowany aparat fotograficzny – wystarczająco dobry, żeby
udokumentować swoje wyprawy.
Dodatkowe duperele
Dodatkowe rzeczy jakie dokupiłem do tego zestawu:
- Samochodowy uchwyt na telefon – żeby sprawnie korzystać z nawigacji
samochodowej trzeba mieć wyświetlacz telefonu na widoku. Kupiłem chyba
najtańszy uchwyt, przyczepiany przyssawką do przedniej szyby. Wygląda trochę
tandetnie, ale spełnia swoje zadanie. Problem pojawia się, gdy chcemy
podłączyć ładowarkę (dla mnie to mus), ze względu na nieszczęśliwe położenie
złącza w moim telefonie. Ale i z tą wtyczką jakoś się trzyma, tyle że krzywo.
Jakbym kupił oryginalny uchwyt Sony-Ericsson (kosztujący parę razy więcej), to
nie miałbym takiego problemu.
- Ładowarka do telefonu – gdy korzysta się z nawigacji online, to
konieczność. Mój telefon strasznie żre prąd przy aktywnym połączeniu
z Internetem.
- Rozdzielacz gniazda zapalniczki – dzięki niemu mogę jednocześnie
podłączyć zasilanie telefonu i odbiornika GPS i nie martwić się, że mi któraś
bateria padnie w samochodzie.
Oprogramowanie
NaviExpert
Żeby GPS nie był tylko zabawką, potrzebowałem czegoś co zrobi z niego
prawdziwą nawigację samochodową. Jeszcze przed zakupem rozglądałem się w sieci
za odpowiednim oprogramowaniem i moją uwagę zwrócił NaviExpert. Sam program jest za darmo, ale
nie posiada map. Zamiast tego łączy się przez Internet z serwerem, który
wyznacza trasę i udostępnia mapkę okolicy. Płaci się za tę usługę, można
wykupić abonament na jeden dzień i wypróbować. A jak się spodoba, zapłacić za
rok lub dwa.
Ten sposób działania ma jeszcze dodatkowe zalety: mamy do dyspozycji
aktualną bazę danych o niemiłych niespodziankach na drodze (jak fotoradary),
a podczas wyznaczania trasy mogą być uwzględnione korki w których utknęli inni
użytkownicy.
Ściągnąłem, zapłaciłem za tydzień wypróbowałem. Działało, wykupiłem więc
dłuższy abonament. Blondynka
(NaviExpert mówi tylko głosem kobiecym)
doprowadziła nas już do Krynicy i do Ustronia. Było parę potknięć, ale zdaje
się, że innym produktom też się zdarzają. Ja na zakup nie narzekam.
TrekBuddy
GPS miał być do zabawy... więc potrzebowałem też programu, który przyda mi
się na wycieczkach i który pozwoli mi na wymianę danych GPS z komputerem.
Oglądałem w sieci różne Javowe aplikacje GPS na komórkę. Jedne były zbyt
prymitywne, inne za drogie, a TrekBuddy darmowy i ma właściwie
wszystkie funkcje jakich bym chciał.
Główną funkcją TrekBuddy'ego jest pokazywanie aktualnej pozycji na mapie.
W tym celu trzeba mieć odpowiednio przygotowane mapy. Na szczęście są
narzędzia, które pozwalają taką mapę przygotować, niestety głównie pod Windows
(o nich dalej). Można też gotowe mapy kupić. W Polsce firma
Compass produkuje i sprzedaje takie mapy. Trochę drogo, ale jak próbowałem
samemu papierową mapę zeskanować i przygotować do użytku z TrekBuddy, to
uznałem, że może warto zapłacić.
TrekBuddy pokaże nam także kierunek w którym się poruszamy, wprowadzone
wcześniej punkty nawigacyjne, czy kierunek i odległość do wybranego punktu.
Przebytą trasę może na bieżąco zapisywać w pliku GPX (standard wymiany danych
GPS). Punkty nawigacyjne także trzyma w plikach GPX.
Atlas Creator
TrekBuddy
Atlas Creator to proste narzędzie w Javie przerabiające mapy Google na
atlas TrekBuddy. Niestety dość prymitywne.
Googleak
Podobne narzędzie, ale dużo bardziej zaawansowane. Pozwala także
przetwarzać mapy terenowe, zdjęcia satelitarne, a także mapy z kilku innych
źródeł niż Google. Przy pomocy tego narzędzia można sobie przygotować całkiem
niezły atlas dla TrekBuddy'ego. Niestety, Googleak
jest pod Windows, na szczęście – całkiem dobrze działa teraz w wine.
OziExplorer i skrypty do dzielenia map
Generalnie OziExplorer to jest jakiś komercyjny program pod Windows do
obsługi urządzeń GPS. Mnie jednak interesuje mały wycinek jego
funkcjonalności, dostępny także w wersji demo – kalibracja map. Tak się
składa, że TrekBuddy używa danych kalibracyjnych właśnie w formacie
OziExplorera. Program działa pod wine, niestety nieznośnie powoli.
Udało mi się przy jego pomocy
skalibrować jakąś przedwojenną niemiecką mapę 1:25000 znalezioną w internecie.
Z podobną polską sztabówką, czy własnoręcznie zeskanowaną papierową mapą
turystyczną poszło znacznie gorzej. Przy okazji dowiedziałem się jaka
kartografia, a szczególnie kwestie współrzędnych geograficznych
i odwzorowania, jest skomplikowana...
Skalibrowaną mapę należy jeszcze pociąć i ewentualnie zapakować do atlasu.
Różne narzędzia do tego celu można znaleźć na stronach TrekBuddy.
Na szczęście nie trzeba się samemu w przygotowywanie map bawić.
:-)
Viking
Oprogramowanie na komórkę z GPS-em i mapy do niego to nie wszystko.
Przydałoby się coś, czym można by było sobie planować trasy, a także oglądać
dane zebrane przez nasz zestaw GPS. I fajnie byłoby się obyć bez Windows, czy
wine. Trochę się naszukałem zanim znalazłem coś fajnego, ale w końcu się
udało. Viking to prosta aplikacja
GTK umożliwiająca pracę z mapami (znów z Google itp.) oraz danymi z i dla GPS.
Można wyświetlić sobie mapę wybranej okolicy, na nieść na nie punkty, które
chcemy odwiedzić i wyeksportować do pliku GPX, który załadujemy do komórki.
Po powrocie z wycieczki można sobie do Vikinga wgrać zebrane dane i obejrzeć
którędy się szło, a nawet gdzie jakie zdjęcia się zrobiło (ale to gdyby
robienie zdjęć z poziomu TrekBuddy było praktyczniejsze).
GPSBabel
Czasem może pojawić się potrzeba przekonwertowania jakiś danych do lub
z jakiegoś egzotycznego formatu (nie wszystko umie GPX), albo jakiegoś
przekształcenia danych GPX. Tu przydaje się GPSBabel. Narzędzie to potrafi nie tylko
konwertować między mnóstwem różnych formatów danych GPS, ale ma także
wbudowanych parę przydatnych filtrów. Chcesz się pozbyć ze ścieżki
niedokładnie ustalonych punktów? Chcesz z tysiąca punktów (np. skrytek
geocaching) wybrać te w obrębie kilku kilometrów od wybranego punktu, czy może
po prostu odwrócić kierunek trasy? GPSBabel to załatwi.
Happy Camel
Wspomniałem, że w wycieczkach z GPS-em fajnie jest mieć aparat
fotograficzny. A może by tak w plikach ze zdjęciami zaznaczyć gdzie dokładnie
były one zrobione? To się nazywa geotaging i Wesoły Wielbłąd w tym pomoże.
Wystarczy, że podasz mu zestaw zdjęć i dane z GPS-a (ścieżka) obejmujące czas
w którym zdjęcia były robione, a on powiąże jedno z drugim. Może zapisać dane
geograficzne w metadanych (EXIF) zdjęcia, może stworzyć plik .KMZ dla
GoogleEarth (w którym potem można np. obejrzeć sobie własne zdjęcia na tle
satelitarnych), może nawet wyszukać nazwy miejscowości w pobliżu których
fotografowaliśmy.
Happy Camel ma także
wsparcie dla Flickr, ale tym nie udało mi się jeszcze czegoś sensownego
osiągnąć.
10 kwietnia 2008
19:01:27
|
kategorie:
linux,
sprzęt,
Wczoraj przed wyjściem na spacer zauważyłem, że laptop coś za bardzo szumi
wiatrakami, ale że wychodziłem, to to zignorowałem. Po powrocie próbowałem pracować,
ale strasznie się mulił, a wentylatory wyją. No to zabijam Firefoksa (nie raz
się tak zamulił, po odwiedzeniu jakiejś flashowej strony). Dalej muli. Na topie
na pierwszym miejscu xfce4-battery-plugin
. Pewnie się zawiesił.
Restartuję panel – bez zmian. Wyłączam XFCE. Dalej wyje i muli... No to
wyłączam komputer i włączam ponownie.
Po uruchomieniu cisza i system szybko działa. No to super, problemu nie
ma. Pracuję dalej, ale po chwili, po uruchomieniu Xów i Firefoksa znów zawył
i zamulił. Wybijam co się da i load spada, ale sam top potrafi 15% CPU zużyć.
Najwyraźniej komp nie ma mocy
. Sprawdzam temperaturę, tam gdzie mogę,
wiec tylko w /proc/acpi/thermal_zone/THM/temperature. 45
stopni, a więc praktycznie zimno. A wentylator wyje. Rozglądam się dalej po
ACPI i w /proc/acpi/processor/CPU0/throttling mam: T6:
75%
. No tak, działa na 25% mocy i to przy zegarze przestawionym z 1.8GHz
na 1.2GHz.
Wygląda na to, że włączyły się wszelkie zabezpieczenia przed przegrzaniem.
Ale dlaczego, skoro komputer zimny, z tyłu dmucha też zimnym powietrzem.
W sofcie nic ostatnio nie ruszałem, więc to raczej problem sprzętowy. Nie
spodobało mi się – nie najlepszy czas na umieranie laptopa, jeśli
dopiero co władowaliśmy w niego 300zł na nową matrycę.
Jedyne na co mogłem liczyć to to, że płyta główna i procesor, łącznie
z czujnikami temperatury, są sprawne, tylko gdzieś ciepło nie jest odpowiednio
odprowadzane. Zadzwoniłem do żonki z pytaniem, czy nie może przypadkiem skądś
sprężonego powietrza załatwić. Obiecała spróbować. I przywiozła puszkę.
Czas na chwilę prawdy... otworzyłem obudowę, przedmuchałem zawartość, ze
szczególnym uwzględnieniem żeberek radiatora przy wentylatorka. Skręciłem,
uruchomiłem i cisza. Piętnaście minut później dalej cisza i wszystko działa
sprawnie. Odpaliłem burnP6, wentylatory się uruchomiły,
/proc/acpi/thermal_zone/THM/temperature sięgnęło 79, ale komputer
dalej działał pełną mocą. Wyłączyłem cpuburna i wszystko wróciło do normy,
wentylatory ucichły. A więc usterka usunięta. Ufff... :-)
31 stycznia 2008
14:53:20
|
kategorie:
sprzęt,
W komentarzu do wpisu
sprzed dwóch miesięcy napisałem, że nie planuję wpisu o moim nowym
telefonie komórkowym. Ale jednak coś napiszę.
Miałem już kiedyś Sony-Ericssona. Służbowego. To był chyba pierwszy model
sprzedawany pod tą marką, ale całkiem przyzwoity. Miał największą
funkcjonalność pośród tych, które miałem wtedy do wyboru (inne nie miały albo
IrDA, albo Bluetooth, albo GPRS... itd.). Największym bajerem był wtedy
aparat. W praktyce zupełnie bezużyteczny (no chyba, że do zgadywania, co mogło
być przed obiektywem w momencie robienia zdjęcia). Ale to były początki
aparatów w telefonach i telefon z niższej półki. Nie dla aparatu go
wybierałem. Pod koniec użytkowania wyszedł kolejny problem: dżojstik
przestawał działać i coraz trudniej było telefonu używać. Ale ogólnie byłem
bardzo zadowolony. Telefon sprawował się bardzo dobrze i przez ponad dwa lata
w moich rękach się nie rozsypał.
Gdy rzucałem tamtą robotę musiałem sobie sprawić nowy telefon. Nie miałem
dużo kasy, nie chciałem się ładować w abonament, pozostało kupić coś taniego.
Żona już miała Samsunga X200, chwaliła go sobie, więc i ja sobie taki
sprawiłem.
Samsung X200 jest ładny, poręczny i praktyczny... ale tylko do rozmów i
SMSów. Przez IrDA dało się może przesyłać pojedyncze kontakty, ale nic więcej.
A nawet przy tym się telefon wykrzaczał. GPRS poprzez IrDA, czy kabel USB po
prostu nie działał. Właściwie poza najbardziej podstawową funkcjonalnością nie
działało nic. Nie mogę powiedzieć, że nie byłem z telefonu zadowolony.
Szczególnie za tą cenę... ale czasem chciałbym coś więcej.
Mając własną firmę i jakieś zyski mogłem już sobie pozwolić na jakiś
abonament. A z tym na zakup lepszego telefonu w promocyjnej cenie.
Zdecydowałem się na to w listopadzie. Abonament najmniejszy (i tak tych 30zł
nigdy nie wydzwonię), to promocyjne ceny nie te najmniejsze. Wybierałem więc
spośród tych tańszych telefonów. Kolega miał SE K750i i sobie chwalił.
Rozejrzałem się więc jak wyglądają inne telefony w podobnej cenie i uznałem,
że też taki sobie kupię. W każdym razie chciałem coś co oprócz dzwonienia i
SMSów będzie miała: GPRS (a Edge i więcej też mile widziane), sensowny aparat
(jak na komórkę, nie musi dorównywać normalnym aparatom), pełną J2ME (coby móc
sensowną przeglądarkę WWW i Jabbera odpalić), kalendarz, notatnik itp. które
będzie można synchronizować z komputerem, player MP3. Chciałem telefon, który
przy okazji sprawdzi się jako prosty aparat i palmtop.
Gdy przyszło do kupowania, okazało się, że nie ma K750i. Jest za to K550i,
podobno jego następca. Uwierzyłem na słowo, że nie może być gorszy i wziąłem
to co było. Potem w sieci poczytałem o różnicach. Generalnie są to podobne
telefony, K750i bardziej sprawdzony i ma ciut lepszy aparat, ale K550i też ma
swoje plusy.
Spodziewałem się, że na początku nowy telefon, z nowym interfejsem
użytkownika, będzie mnie wkurzał. Ale nie. Właściwie wszystko od początku było
dla mnie intuicyjne i bardzo mi się spodobało. Nie było się do czego
przyczepić. Wręcz jest to pierwszy telefon, który zachowuje się tak, jakbym
oczekiwał (np. kasowanie SMSów klawiszem "C", a nie przez ciągłe wciskanie
"OK").
Problemem okazała się na razie jedynie synchronizacja z komputerem. Nie
z powodu słabości telefonu, ale raczej oprogramowania dostępnego pod Linuksem.
No cóż, na to przyjdzie mi jeszcze poczekać. Ale i tak jest o niebo lepiej niż
z Samsungiem.
Prawdziwy test telefon przeszedł gdy zaniemogłem i w grudniu, z powodu
ataku dyskopatii musiałem leżeć plackiem w łóżku. Na początku nie czułem się
na siłach nawet skorzystać z laptopa. A telefon można obsługiwać jedną ręką.
Dobrze, że wcześniej zainstalowałem sobie Bombusa (klienta Jabbera) i Operę
Mini (przeglądarkę WWW. Wbudowana jest dość prymitywna) oraz zakupiłem
Pakiet internetowy 50MB
za 8zł netto. Dzięki temu miałem kontakt ze
światem i leżenie mogłem sobie umilić rozmowami przez Jabbera i czytaniem
blogów. Telefonik sprawił się świetnie jako taka namiastka komputera.
Przydał się też w szpitalu, gdzie oprócz namiastki komputera, spełniał
funkcję radia. Odtwarzacza MP3 jeszcze nie przetestowałem, bo nie dorobiłem
się jeszcze karty pamięci (chorując tak, że nie bardzo mogę pracować i
zarabiać, staram się ograniczać mniej pilne wydatki).
Niestety, w szpitalu wyszła pewna słabość tego sprzętu, a raczej jego
oprogramowania. Parę razy, gdy miałem odpalonego Jabbera i WWW, po prostu mi
się zrebootował
. Raz straciłem przez to już prawie gotowy wpis na
Joggera (dlatego w końcu odpuściłem sobie pisanie ze szpitala). Nie zdarza
się to często, ale może być przykre. Pozostaje liczyć na to, że pojawi się
uaktualnienie oprogramowania, które poprawi ten błąd.
W każdym razie telefon mnie zadziwiał. To po prostu mały komputerek, w
którym można mieć uruchomionych kilka aplikacji jednocześnie (u mnie radio,
jabber i WWW) i wygodnie z nich wszystkich korzystać. Działa nawet proste
cut&paste
pozwalające przenosić URLe z jabbera do przeglądarki i w
drugą stronę. Brak pełnej klawiatury QWERTY oraz myszki jest odczuwalny, ale
mimo to urządzenie jest całkiem wygodne w użyciu.
Nie wspomniałem jeszcze o aparacie. Rzeczywiście jest już sensowny (w
porównaniu do mojej poprzedniej komórki z aparatem), robi zdjęcia porównywalne
z tymi, z naszej starej cyfrówki. Spokojnie wystarczy, gdy się chce coś
pstryknąć, a nie wzięło się ze sobą porządnego aparatu. Zdjęcie z poprzedniego
wpisu zostało zrobione właśnie tym telefonem. A w szpitalu użyłem go, żeby
obejrzeć swoją bliznę po operacji. :-) Oczywiście chyba każdy
współczesny cyfrowy kompakt zrobi dużo lepsze zdjęcia, ale przecież kupowałem
tani telefon, a nie aparat. A fajnie mieć zawsze przy sobie coś, do robienia
zdjęć.
No więc, jeśli ktoś mnie pyta, czy jestem zadowolony z zakupu, to szczerze
mogę odpowiedzieć, że tak. Czy nie mam żadnych zastrzeżeń? No jedno, że się
czasem wysypuje na aplikacjach w Javie... no ale cóż, komputery już tak
miewają... Samsung się potrafił wysypać po odebraniu wizytówki przez IrDA.