Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Pranie

Plecak, z którym chodzę do pracy, na wycieczki i właściwie wszędzie, gdzie kieszenie mogą mi nie starczyć do noszenia całego bajzlu, był już trochę brudny. Jakiś czas temu wraz z żoną uznałem, że trzeba by go albo wyprać, albo kupić nowy. Postanowiliśmy zacząć od pierwszej, tańszej opcji. No więc parę dni temu żonka mi plecak wyprała...

Do prania trzeba było oczywiście plecak opróżnić, o czym żonka najwyraźniej pamiętała, bo w rogu pokoju pojawiła się kupka z dawną zawartością plecaka: teczka z papierami, jakieś śmieci... i jedna podpaska (wciąż nie rozumiem skąd ona się wzięła w moim plecaku). Niby czegoś brakowało, ale poza wyrzuceniem ewidentnych śmieci nie zajmowałem się bardziej tą stertą... aż do dziś.

Koniec weekendu, więc trzeba było się spakować do pracy. Teczka z papierami – zawsze w torbie była. Ale było tam coś jeszcze, jakaś elektronika przecież. Zaglądam więc do odpowiedniej kieszonki plecaka... i jest. Zwinięta kulka ze słuchawek do telefonu i dwóch pendrive'ów na smyczy PLD Linux. Wszystko czyściutkie, oczywiście. %-)

Rano, po przyjściu do pracy, zaryzykowałem i podłączyłem pendrajwy do komputera. I działają! Oba. Nawet dane są na miejscu. :-)

A więc, jeśli komuś kiedyś się jakiś usb-stick przypadkiem uświni, to polecam pralkę automatyczną. O parametry prania i markę proszku do prania proszę pytać żonę. ;-)

12 komentarzy do wpisu „ Pranie”


Jak kupowałem wodoodporne etui na telefon...

Już wcześniej pisałem o tym, że do turystycznej nawigacji używam telefonu komórkowego i modułu GPS na bluetooth. I nawet zastanawiałem się nad tym, czy można by to jakoś na rowerze zamocować. Moduł GPS nie jest problemem – można go chociażby w kieszeni trzymać, ale ekran telefonu dobrze byłoby widzieć. No, ale jak nawet przymocuję telefon jakoś do roweru, to co jak zacznie padać? Albo jak czymś lub o coś tym telefonem stuknę? Uznałem więc, że o czymś takim mogę zapomnieć... aż znalazłem odpowiedni wątek na forum TrekBuddy.

Obudowa BoxIt wraz z mocowaniem rowerowym spełniłaby moje wymagania. No, kosztuje trochę, ale da się przeżyć. Gorzej, że z dyskusji na forum wynikało, że jedyny dystrybutor tych produktów w Polsce (sklep www.bergson.sklep.pl aka PPHU Alpros) jest nieco podejrzany i ma nie najlepsze podejście do klienta. No ale albo tam, albo nigdzie (no chyba, że gdzieś zagranicą). Postanowiłem zaryzykować...

Najpierw obejrzałem ofertę na Allegro, bo i tam ta firma sprzedaje, a wiadomo, na Allegro zawsze trochę pewniej. Niestety, tam była jedynie duża wersja obudowy (chciałem mniejszą) i nie mieli tam uchwytów rowerowych. Postanowiłem więc kupić w bergson.sklep.pl...

Złożyłem zamówienie. W sumie wyszło 92,20 zł. Wkrótce miałem dostać potwierdzenie zamówienia i dane do wpłaty (numer konta). No i za chwilę dostałem pierwszego maila (pisownia oryginalna, mój adres usunięty):

Date: Thu, 17 Jul 2008 12:36:27 +0200
From: -- mój adres --
Subject: Potwierdzenie przyjęcia zamówienia
To: -- mój adres --

Dziękujemy za złożenie zamówienia
niebawem (dziś lub jutro) otrzymasz potwierdzeniejego przyjęcia
w formie e-mail na adres podany na zamowieniu
wraz z danymi do dokonania przelewu. 
Nie wpłacaj zanim go nie otrzymasz.

No cóż... pełen profesjonalizm. I widać założyli, że nikt nie będzie miał interesu na ten mail odpowiadać. Oczywiście kolejnego maila nie dostałem ani dziś, ani jutro do wieczora... upomniałem się więc, bo po cichu liczyłem, że zabawkę dostanę przed wyjazdem na urlop. W końcu dostałem kolejnego maila:

Date: Mon, 21 Jul 2008 12:26:55 +0200
From: "Sklep bergson.sklep.pl" <sklep@bergson.sklep.pl>
Subject: Potwierdzenie dostepnosci towaru
To: -- mój adres --
Content-type: text/html; charset=iso-8859-2

   Kwotę zamówienia ( 92.2 zł ) proszę wpłacić na poniższe konto:

   Dane do przelewu:

   PPHU Alpros

   ul.11-go Listopada 58

   05-092 ŁOMIANKI
   MBANK
   54 1140 2004 0000 3502 4067 6710

   Dane banku dla przelewów zagranicznych:
   proszę zaznaczać pokrycie kosztów
   banku nadawcy  bo odbiorcy (my) jest darmo !

   IBAN  PL54 1140 2004 0000 3502 4067 6710
   SWIFT BREXPLPWMBK



   TYTUŁ PRZELEWU BEZWZGLĘDNIE MUSI ZAWIERAĆ(w podanej kolejności)
   1. nr zamowienia ( xxx/2008 : -- moje dane -- )
   2. podanie kosztów wysyłki  KOSZT WYSYŁKI ( 4.20 zł )
   3.wyraz PRIORYTET jeżeli dopłaciłeś za niego 1 zł

   oto przykład:
   xxx/2008   koszt wysylki 4.20 zł      PRIORYTET

   Przesyłkę powinieneś otrzymać w ciągu max 5 dni

   Wydrukuj sobie tę stronę jeżeli robisz przelew osobiście ( bank lub poczta)
   i zapamiętaj lub zapisz nr. zamówienia ( xxx/2008 : -- moje dane -- )
   identyfikuj się nim przy jakiejkolwiek korespondencji .
   Na wpłatę czekamy 3 dni , po których zamowienie zostanie anulowane
   więc prosimy nie zwlekać.
   Jest to konieczność aby żartownisie nie blokowali towaru
   który być może ty chcesz kupić

   Nr zamówienia: xxx/2008

   Zamówienie:

   -- moje dane --
   -- mój e-mail --

   -- mój adres --

   =======================================

   Nazwa: etui GSM wodoszczelneBOXIT small aqua
   Nr katalogowy: BOX 511130S
   Rozmiar: ONE SIZE
   Cena: 69.00

   Nazwa: Klips rowerowyboxit
   Nr katalogowy: BOX BIKEADAP
   Rozmiar: ONE SIZE
   Cena: 19.00

Fajnie, czyli mają towar, mogę płacić, wkrótce przyjdzie... jak dobrze pójdzie (pod koniec tygodnia wyjeżdżam, najwyżej paczka na poczcie poczeka). Zaraz zleciłem przelew według instrukcji, wliczają tę złotówkę za priorytet. W końcu zależy mi na czasie...

Czekałem na jakieś potwierdzenie przyjęcia wpłaty i wysyłki towaru, a dostałem... drugie potwierdzenie dostępności towaru... a raczej jego niedostępności:

Date: Wed, 23 Jul 2008 13:23:56 +0200
From: "Sklep bergson.sklep.pl" <sklep@bergson.sklep.pl>
Subject: Potwierdzenie dostepnosci towaru
To: -- mój adres --
Content-type: text/html; charset=iso-8859-2

   zabrakło klipsów rowerowych
   wysyłać etui i zwrot wpłaty za klips ?

   Nr zamówienia: xxx/2008

[...]

No, jaja se robią! Ale, ja spokojny człowiek jestem, uznajmy, że czasem może się zdarzyć... Odpisałem tylko, że bez klipsa mi to etui jest na nic i, że proszę o zwrot całej wpłaty. Odpowiedzi się nie doczekałem. Biedniejszy o te 93 złote pojechałem na urlop. Po powrocie nic się nie zmieniło, więc wysłałem kolejnego maila...

Od tamtego czasu do wczoraj nie dostałem od nich żadnej odpowiedzi. Parę razy próbowałem się też dodzwonić na numer podany na stronie, ale tylko automatyczna sekretarka się zgłaszała. Raz nawet się nagrałem, chociaż nie lubię, podając numer zamówienia i żądając zwrotu pieniędzy albo wysyłki towaru.

Przedwczoraj uznałem, że to już przestało być śmieszne, czy raczej żałosne i wysłałem mniej miłego maila (pod tytułem Gdzie moje pieniądze?! Bergson = oszuści?), z dwóch moich kont pocztowych (jajcus.net i gmail), na wszelkie adresy e-mail które znalazłem dla Bergson.sklep.pl/Alpros. Załączyłem całą poprzednią korespondencję. Kolejnym krokiem byłby oficjalny list polecony za potwierdzeniem odbioru, najeżony paragrafami... albo od razu zgłoszenie na policję.

Wczoraj jednak dostałem odpowiedź... na mojego maila z szóstego sierpnia (po powrocie z urlopu):

Date: Thu, 21 Aug 2008 18:49:45 +0200
From: jacek <jacek@bergson.sklep.pl>
Subject: RE: Potwierdzenie dostepnosci towaru
To: -- mój adres --

   -----Original Message-----
   From: -- mój adres --
   Sent: Wednesday, August 06, 2008 10:35 AM
   To: Sklep bergson.sklep.pl
   Cc: jacek@bergson.sklep.pl
   Subject: Re: Potwierdzenie dostepnosci towaru



   On Wed, Jul 23, 2008 at 01:23:56PM +0200, Sklep bergson.sklep.pl wrote:

   > zabrakło klipsów rowerowych

   > wysyłać etui i zwrot wpłaty za klips ?



   Nie dostałem odpowiedzi na moją prośbę o zwrot całej wpłaty CZY MOGLBYS WYSLAC MI TEN MAIL Z PROŚBĄ W POSTACI ZAŁĄCZNIKA ?,
   ani tego

   zwrotu. Czy to znaczy, że klipsy się jednak znalazły i lada dzień

   dostanę przesyłkę? Jeśli nie, to proszę o zwrot wpłaty.



   Mój numer konta:

   xx xxxx xxxx xxxx xxxx xxxx xxxx  (Bank PEKAO S.A)



   -- mój podpis --

   >    Nr zamówienia: xxx/2008
   [...]

Tak, większość treści, to mój e-mail. Odpowiedź wciśnięta gdzieś w środku. Człowiek, który nie umie na e-mail odpowiedzieć bierze się za interesy w Internecie... straszne. Wspomniany załącznik musiał dostać z ostanim mailem, a nawet jeśli nie dostał, to miał wszystko, czego potrzebował, no ale cóż... odpowiedziałem, załączyłem odpowiedniego maila...

Odpowiedzi oczywiście nie dostałem, ale, jakimś cudem, dzisiaj na koncie pojawił się zwrot mojej wpłaty. Jakbym go dostał od razu, to bym nawet podziękował... a tak to raczej sobie daruję.

Zamawiając tę obudowę liczyłem się, że zakup może pójść nie tak, ale nie spodziewałem się aż takich atrakcji. Chciałem tu całość jakoś podsumować... ale brak mi słów. Na pewno tej firmy nie polecam.

P.S. A wie ktoś może, gdzie taką obudowę, albo coś podobnego dostanę?

8 komentarzy do wpisu „ Jak kupowałem wodoodporne etui na telefon...”


Romantyzm geeków...

Leżymy sobie w łóżeczku... zaczynam dobierać się do żonki...

– O, stanął ci! – zauważyła żonka...

– A czemu nie miałby stanąć?

...

– A wiesz... z okazji naszej rocznicy... – żonce najwyraźniej jakiś nieprzyzwoity pomysł przyszedł do głowy – ...moglibyśmy sobie kupić... taki routerek WiFi?

– To a'propos tej sterczącej antenki?

– Skąd wiesz?!

... i jakoś ta chwilowa zmiana tematu nie zepsuła nam nastroju... wręcz przeciwnie, seks był znakomity :-)

10 komentarzy do wpisu „Romantyzm geeków...”


Zabawy z GPS-em

Chciałem napisać kolejną notkę o mojej zabawce... i zorientowałem się, że przecież jeszcze nic nie napisałem na ten temat. A więc, od początku...

Już od dawna fascynowała mnie technologia GPS – możliwość rejestrowania aktualnej pozycji i nawigacji w czasie rzeczywistym do wybranego punktu. No i obrabianie zebranych danych w komputerze. Bardzo chętnie bym się czymś takim pobawił... ale jak na zabawkę to było zawsze zbyt drogie. Turystyczne urządzenia GPS albo bardzo prymitywne, albo drogie. Do gołego odbiornika musiałbym mieć laptopa albo palmtopa, a samochodowe nawigacje jakoś mnie nie pociągały specjalnie (drogie i właściwie do użytku tylko w samochodzie).

Na szczęście sytuacja nieco się zmieniła. Odbiorniki GPS potaniały, a zmądrzały telefony komórkowe. Więc za niewielkie pieniądze mogłem kupić sobie odbiornik na Bluetooth, który całkiem sprawnie może być obsłużony przez mój, też nie najdroższy, telefon komórkowy.

Zabawy

No to co ciekawego można takim zestawem robić. No moim głównym celem było móc jechać w nieznane i dalej wiedzieć gdzie się jest, żeby móc wrócić. ;-) No i rejestrowanie swoich wycieczek. Gdy szukałem oprogramowania do swojej zabawki często natykałem się na określenie geocaching. Nie wnikałem w to, zakładałem, że to po prostu zbieranie informacji o tym gdzie się było (wiecie, skojarzenie z cache przeglądarki). Później okazało się, że bardzo się myliłem...

Geohashing

Skoro ignorowałem geocaching to pierwszą zabawą z GPS którą się zainteresowałem był geohashing, wymyślony przez autora popularnego komiksu XKCD w odcinku 426. Po prostu, gdy zobaczyłem ten obrazek i przeczytałem odpowiadający mu wpis na blagu, to uznałem, że muszę tego spróbować. Wygląda na to, że jestem jedynym takim wariatem w Polsce. :-)

Zabawa polega na tym, że dla każdej daty wyznaczane są konkretne współrzędne geograficzne, dla każdej kratki 1° na 1°. Algorytm wykorzystuje notowania nowojorskiej giełdy z dnia poprzedniego (lub ostatniego w którym były dostępne), więc nie można określić przyszłych punktów. Po prostu znane są współrzędne na dziś lub jutro. W piątek także na weekend (aż do poniedziałku), ale nic więcej. Zadanie polega na tym, żeby w odpowiednim dniu trafić w odpowiednie miejsce. W soboty, o 16:00 czasu lokalnego przewidziane są w tych miejscach spotkania miłośników XKCD, więc teoretycznie można spotkać się z innymi świrami (o ile tacy są w okolicy).

Ja pierwszy punkt zaliczyłem wczoraj. Trafiłem na stare, opuszczone i zdewastowane torowisko w Sośnicy. Całkiem interesujące miejsce. :-)

Geocaching

Gdy zainteresowałem się geohashingiem, to w końcu poczytałem też co to ten geocaching. No i to też całkiem fajna sprawa. W skrócie: ludzie robią skrytki z dzienniczkiem i skarbami i publikują współrzędne geograficzne. Zadanie polega na odnalezieniu skrytki i wpisaniu się do dzienniczka. Może być ciekawe.

Zaleta w porównaniu z geohashingiem: jest po co iść, skrytki zwykle są w interesujących miejscach (można pozwiedzać) i z zasady są dostępne (geohashing może prowadzić prosto na środek morza, czy do zamkniętej bazy wojskowej). Jednocześnie wadą jest to samo: wiadomo mniej-więcej czego można się spodziewać i generalnie skrytki są w znanych miejscach. Miejsca ukrycia najbliższych skrzynek prawdopodobnie się już kiedyś odwiedziło, przy innej okazji.

Jutro będę w pobliżu jednej takiej skrytki, to może i swój geocaching zaliczę. :-)

Geodashing itp.

Z geozabaw czytałem jeszcze o geodashingu. Trochę podobne do geohashingu – też miejsca są rozmieszczane losowo. Jednak tym razem są to wylosowane punkty na całym świecie ważne przez miesiąc. Pewnie jest jeszcze parę innych takich zabaw.

Moje zabawki

se_gps2.jpg

Odbiornik GPS Navibe GB735

Wybrałem taki, bo to był jeden z najtańszych, od sensownego sprzedawcy na Allegro, na popularnym chipsecie (SiRF Star III) obsługiwanym przez większość oprogramowania, a w zestawie miał ładowarkę samochodową i domową. Był dodany też kod umożliwiający ściągnięcie na próbę programu Wayfinder, ale to niespecjalnie mi się przydało (zniechęcała głównie cena pełnego produktu, ale także to jak mnie program przywitał, gdy chciałem wypróbować).

Urządzenie działa całkiem przyzwoicie, chociaż czasem długo trzeba czekać aż po raz pierwszy ustali pozycję. Przy gorszej pogodzie, to może być i pół godziny, jeśli w ogóle się to uda. Mam wrażenie, że dokładność (czy raczej czułość) mogła by być nieco lepsza (często widzi tylko 3/4 satelity). Ale w praktyce nie sprawiło mi to większych problemów, więc nie mam co narzekać. Bateria wystarcza chyba na jakieś dziesięć godzin. Spokojnie wystarczy na wycieczkę, a na dłuższej trasie samochodem odbiornik może stale być podpięty do ładowarki.

Telefon SE k550i

O telefonie już wspominałem. Dodam tylko, że wydaje się bardzo dobrym wyborem do zabaw z GPSem. Może nie zainstaluję na nim oprogramowania przygotowanego pod Symbiana czy Windows CE może nie zainstaluję, ale i pod Javę znalazłem wszystko czego potrzebuję. Wszystko działa szybko i sprawnie, na karcie pamięci mogę zmieścić praktycznie dowolną ilość map. Przydaje się też wbudowany aparat fotograficzny – wystarczająco dobry, żeby udokumentować swoje wyprawy.

Dodatkowe duperele

Dodatkowe rzeczy jakie dokupiłem do tego zestawu:

  • Samochodowy uchwyt na telefon – żeby sprawnie korzystać z nawigacji samochodowej trzeba mieć wyświetlacz telefonu na widoku. Kupiłem chyba najtańszy uchwyt, przyczepiany przyssawką do przedniej szyby. Wygląda trochę tandetnie, ale spełnia swoje zadanie. Problem pojawia się, gdy chcemy podłączyć ładowarkę (dla mnie to mus), ze względu na nieszczęśliwe położenie złącza w moim telefonie. Ale i z tą wtyczką jakoś się trzyma, tyle że krzywo. Jakbym kupił oryginalny uchwyt Sony-Ericsson (kosztujący parę razy więcej), to nie miałbym takiego problemu.
  • Ładowarka do telefonu – gdy korzysta się z nawigacji online, to konieczność. Mój telefon strasznie żre prąd przy aktywnym połączeniu z Internetem.
  • Rozdzielacz gniazda zapalniczki – dzięki niemu mogę jednocześnie podłączyć zasilanie telefonu i odbiornika GPS i nie martwić się, że mi któraś bateria padnie w samochodzie.

Oprogramowanie

NaviExpert

Żeby GPS nie był tylko zabawką, potrzebowałem czegoś co zrobi z niego prawdziwą nawigację samochodową. Jeszcze przed zakupem rozglądałem się w sieci za odpowiednim oprogramowaniem i moją uwagę zwrócił NaviExpert. Sam program jest za darmo, ale nie posiada map. Zamiast tego łączy się przez Internet z serwerem, który wyznacza trasę i udostępnia mapkę okolicy. Płaci się za tę usługę, można wykupić abonament na jeden dzień i wypróbować. A jak się spodoba, zapłacić za rok lub dwa.

Ten sposób działania ma jeszcze dodatkowe zalety: mamy do dyspozycji aktualną bazę danych o niemiłych niespodziankach na drodze (jak fotoradary), a podczas wyznaczania trasy mogą być uwzględnione korki w których utknęli inni użytkownicy.

Ściągnąłem, zapłaciłem za tydzień wypróbowałem. Działało, wykupiłem więc dłuższy abonament. Blondynka (NaviExpert mówi tylko głosem kobiecym) doprowadziła nas już do Krynicy i do Ustronia. Było parę potknięć, ale zdaje się, że innym produktom też się zdarzają. Ja na zakup nie narzekam.

TrekBuddy

GPS miał być do zabawy... więc potrzebowałem też programu, który przyda mi się na wycieczkach i który pozwoli mi na wymianę danych GPS z komputerem. Oglądałem w sieci różne Javowe aplikacje GPS na komórkę. Jedne były zbyt prymitywne, inne za drogie, a TrekBuddy darmowy i ma właściwie wszystkie funkcje jakich bym chciał.

Główną funkcją TrekBuddy'ego jest pokazywanie aktualnej pozycji na mapie. W tym celu trzeba mieć odpowiednio przygotowane mapy. Na szczęście są narzędzia, które pozwalają taką mapę przygotować, niestety głównie pod Windows (o nich dalej). Można też gotowe mapy kupić. W Polsce firma Compass produkuje i sprzedaje takie mapy. Trochę drogo, ale jak próbowałem samemu papierową mapę zeskanować i przygotować do użytku z TrekBuddy, to uznałem, że może warto zapłacić.

TrekBuddy pokaże nam także kierunek w którym się poruszamy, wprowadzone wcześniej punkty nawigacyjne, czy kierunek i odległość do wybranego punktu. Przebytą trasę może na bieżąco zapisywać w pliku GPX (standard wymiany danych GPS). Punkty nawigacyjne także trzyma w plikach GPX.

Atlas Creator

TrekBuddy Atlas Creator to proste narzędzie w Javie przerabiające mapy Google na atlas TrekBuddy. Niestety dość prymitywne.

Googleak

Podobne narzędzie, ale dużo bardziej zaawansowane. Pozwala także przetwarzać mapy terenowe, zdjęcia satelitarne, a także mapy z kilku innych źródeł niż Google. Przy pomocy tego narzędzia można sobie przygotować całkiem niezły atlas dla TrekBuddy'ego. Niestety, Googleak jest pod Windows, na szczęście – całkiem dobrze działa teraz w wine.

OziExplorer i skrypty do dzielenia map

Generalnie OziExplorer to jest jakiś komercyjny program pod Windows do obsługi urządzeń GPS. Mnie jednak interesuje mały wycinek jego funkcjonalności, dostępny także w wersji demo – kalibracja map. Tak się składa, że TrekBuddy używa danych kalibracyjnych właśnie w formacie OziExplorera. Program działa pod wine, niestety nieznośnie powoli.

Udało mi się przy jego pomocy skalibrować jakąś przedwojenną niemiecką mapę 1:25000 znalezioną w internecie. Z podobną polską sztabówką, czy własnoręcznie zeskanowaną papierową mapą turystyczną poszło znacznie gorzej. Przy okazji dowiedziałem się jaka kartografia, a szczególnie kwestie współrzędnych geograficznych i odwzorowania, jest skomplikowana...

Skalibrowaną mapę należy jeszcze pociąć i ewentualnie zapakować do atlasu. Różne narzędzia do tego celu można znaleźć na stronach TrekBuddy.

Na szczęście nie trzeba się samemu w przygotowywanie map bawić. :-)

Viking

Oprogramowanie na komórkę z GPS-em i mapy do niego to nie wszystko. Przydałoby się coś, czym można by było sobie planować trasy, a także oglądać dane zebrane przez nasz zestaw GPS. I fajnie byłoby się obyć bez Windows, czy wine. Trochę się naszukałem zanim znalazłem coś fajnego, ale w końcu się udało. Viking to prosta aplikacja GTK umożliwiająca pracę z mapami (znów z Google itp.) oraz danymi z i dla GPS. Można wyświetlić sobie mapę wybranej okolicy, na nieść na nie punkty, które chcemy odwiedzić i wyeksportować do pliku GPX, który załadujemy do komórki. Po powrocie z wycieczki można sobie do Vikinga wgrać zebrane dane i obejrzeć którędy się szło, a nawet gdzie jakie zdjęcia się zrobiło (ale to gdyby robienie zdjęć z poziomu TrekBuddy było praktyczniejsze).

GPSBabel

Czasem może pojawić się potrzeba przekonwertowania jakiś danych do lub z jakiegoś egzotycznego formatu (nie wszystko umie GPX), albo jakiegoś przekształcenia danych GPX. Tu przydaje się GPSBabel. Narzędzie to potrafi nie tylko konwertować między mnóstwem różnych formatów danych GPS, ale ma także wbudowanych parę przydatnych filtrów. Chcesz się pozbyć ze ścieżki niedokładnie ustalonych punktów? Chcesz z tysiąca punktów (np. skrytek geocaching) wybrać te w obrębie kilku kilometrów od wybranego punktu, czy może po prostu odwrócić kierunek trasy? GPSBabel to załatwi.

Happy Camel

Wspomniałem, że w wycieczkach z GPS-em fajnie jest mieć aparat fotograficzny. A może by tak w plikach ze zdjęciami zaznaczyć gdzie dokładnie były one zrobione? To się nazywa geotaging i Wesoły Wielbłąd w tym pomoże. Wystarczy, że podasz mu zestaw zdjęć i dane z GPS-a (ścieżka) obejmujące czas w którym zdjęcia były robione, a on powiąże jedno z drugim. Może zapisać dane geograficzne w metadanych (EXIF) zdjęcia, może stworzyć plik .KMZ dla GoogleEarth (w którym potem można np. obejrzeć sobie własne zdjęcia na tle satelitarnych), może nawet wyszukać nazwy miejscowości w pobliżu których fotografowaliśmy.

Happy Camel ma także wsparcie dla Flickr, ale tym nie udało mi się jeszcze czegoś sensownego osiągnąć.

18 komentarzy do wpisu „ Zabawy z GPS-em”


Jak naprawiłem sobie wczoraj laptopa

Wczoraj przed wyjściem na spacer zauważyłem, że laptop coś za bardzo szumi wiatrakami, ale że wychodziłem, to to zignorowałem. Po powrocie próbowałem pracować, ale strasznie się mulił, a wentylatory wyją. No to zabijam Firefoksa (nie raz się tak zamulił, po odwiedzeniu jakiejś flashowej strony). Dalej muli. Na topie na pierwszym miejscu xfce4-battery-plugin. Pewnie się zawiesił. Restartuję panel – bez zmian. Wyłączam XFCE. Dalej wyje i muli... No to wyłączam komputer i włączam ponownie.

Po uruchomieniu cisza i system szybko działa. No to super, problemu nie ma. Pracuję dalej, ale po chwili, po uruchomieniu Xów i Firefoksa znów zawył i zamulił. Wybijam co się da i load spada, ale sam top potrafi 15% CPU zużyć. Najwyraźniej komp nie ma mocy. Sprawdzam temperaturę, tam gdzie mogę, wiec tylko w /proc/acpi/thermal_zone/THM/temperature. 45 stopni, a więc praktycznie zimno. A wentylator wyje. Rozglądam się dalej po ACPI i w /proc/acpi/processor/CPU0/throttling mam: T6: 75%. No tak, działa na 25% mocy i to przy zegarze przestawionym z 1.8GHz na 1.2GHz.

Wygląda na to, że włączyły się wszelkie zabezpieczenia przed przegrzaniem. Ale dlaczego, skoro komputer zimny, z tyłu dmucha też zimnym powietrzem. W sofcie nic ostatnio nie ruszałem, więc to raczej problem sprzętowy. Nie spodobało mi się – nie najlepszy czas na umieranie laptopa, jeśli dopiero co władowaliśmy w niego 300zł na nową matrycę.

Jedyne na co mogłem liczyć to to, że płyta główna i procesor, łącznie z czujnikami temperatury, są sprawne, tylko gdzieś ciepło nie jest odpowiednio odprowadzane. Zadzwoniłem do żonki z pytaniem, czy nie może przypadkiem skądś sprężonego powietrza załatwić. Obiecała spróbować. I przywiozła puszkę.

Czas na chwilę prawdy... otworzyłem obudowę, przedmuchałem zawartość, ze szczególnym uwzględnieniem żeberek radiatora przy wentylatorka. Skręciłem, uruchomiłem i cisza. Piętnaście minut później dalej cisza i wszystko działa sprawnie. Odpaliłem burnP6, wentylatory się uruchomiły, /proc/acpi/thermal_zone/THM/temperature sięgnęło 79, ale komputer dalej działał pełną mocą. Wyłączyłem cpuburna i wszystko wróciło do normy, wentylatory ucichły. A więc usterka usunięta. Ufff... :-)

9 komentarzy do wpisu „ Jak naprawiłem sobie wczoraj laptopa”


Mój SE K550i

W komentarzu do wpisu sprzed dwóch miesięcy napisałem, że nie planuję wpisu o moim nowym telefonie komórkowym. Ale jednak coś napiszę.

Miałem już kiedyś Sony-Ericssona. Służbowego. To był chyba pierwszy model sprzedawany pod tą marką, ale całkiem przyzwoity. Miał największą funkcjonalność pośród tych, które miałem wtedy do wyboru (inne nie miały albo IrDA, albo Bluetooth, albo GPRS... itd.). Największym bajerem był wtedy aparat. W praktyce zupełnie bezużyteczny (no chyba, że do zgadywania, co mogło być przed obiektywem w momencie robienia zdjęcia). Ale to były początki aparatów w telefonach i telefon z niższej półki. Nie dla aparatu go wybierałem. Pod koniec użytkowania wyszedł kolejny problem: dżojstik przestawał działać i coraz trudniej było telefonu używać. Ale ogólnie byłem bardzo zadowolony. Telefon sprawował się bardzo dobrze i przez ponad dwa lata w moich rękach się nie rozsypał.

Gdy rzucałem tamtą robotę musiałem sobie sprawić nowy telefon. Nie miałem dużo kasy, nie chciałem się ładować w abonament, pozostało kupić coś taniego. Żona już miała Samsunga X200, chwaliła go sobie, więc i ja sobie taki sprawiłem.

Samsung X200 jest ładny, poręczny i praktyczny... ale tylko do rozmów i SMSów. Przez IrDA dało się może przesyłać pojedyncze kontakty, ale nic więcej. A nawet przy tym się telefon wykrzaczał. GPRS poprzez IrDA, czy kabel USB po prostu nie działał. Właściwie poza najbardziej podstawową funkcjonalnością nie działało nic. Nie mogę powiedzieć, że nie byłem z telefonu zadowolony. Szczególnie za tą cenę... ale czasem chciałbym coś więcej.

Mając własną firmę i jakieś zyski mogłem już sobie pozwolić na jakiś abonament. A z tym na zakup lepszego telefonu w promocyjnej cenie. Zdecydowałem się na to w listopadzie. Abonament najmniejszy (i tak tych 30zł nigdy nie wydzwonię), to promocyjne ceny nie te najmniejsze. Wybierałem więc spośród tych tańszych telefonów. Kolega miał SE K750i i sobie chwalił. Rozejrzałem się więc jak wyglądają inne telefony w podobnej cenie i uznałem, że też taki sobie kupię. W każdym razie chciałem coś co oprócz dzwonienia i SMSów będzie miała: GPRS (a Edge i więcej też mile widziane), sensowny aparat (jak na komórkę, nie musi dorównywać normalnym aparatom), pełną J2ME (coby móc sensowną przeglądarkę WWW i Jabbera odpalić), kalendarz, notatnik itp. które będzie można synchronizować z komputerem, player MP3. Chciałem telefon, który przy okazji sprawdzi się jako prosty aparat i palmtop.

Gdy przyszło do kupowania, okazało się, że nie ma K750i. Jest za to K550i, podobno jego następca. Uwierzyłem na słowo, że nie może być gorszy i wziąłem to co było. Potem w sieci poczytałem o różnicach. Generalnie są to podobne telefony, K750i bardziej sprawdzony i ma ciut lepszy aparat, ale K550i też ma swoje plusy.

Spodziewałem się, że na początku nowy telefon, z nowym interfejsem użytkownika, będzie mnie wkurzał. Ale nie. Właściwie wszystko od początku było dla mnie intuicyjne i bardzo mi się spodobało. Nie było się do czego przyczepić. Wręcz jest to pierwszy telefon, który zachowuje się tak, jakbym oczekiwał (np. kasowanie SMSów klawiszem "C", a nie przez ciągłe wciskanie "OK").

Problemem okazała się na razie jedynie synchronizacja z komputerem. Nie z powodu słabości telefonu, ale raczej oprogramowania dostępnego pod Linuksem. No cóż, na to przyjdzie mi jeszcze poczekać. Ale i tak jest o niebo lepiej niż z Samsungiem.

Prawdziwy test telefon przeszedł gdy zaniemogłem i w grudniu, z powodu ataku dyskopatii musiałem leżeć plackiem w łóżku. Na początku nie czułem się na siłach nawet skorzystać z laptopa. A telefon można obsługiwać jedną ręką. Dobrze, że wcześniej zainstalowałem sobie Bombusa (klienta Jabbera) i Operę Mini (przeglądarkę WWW. Wbudowana jest dość prymitywna) oraz zakupiłem Pakiet internetowy 50MB za 8zł netto. Dzięki temu miałem kontakt ze światem i leżenie mogłem sobie umilić rozmowami przez Jabbera i czytaniem blogów. Telefonik sprawił się świetnie jako taka namiastka komputera.

Przydał się też w szpitalu, gdzie oprócz namiastki komputera, spełniał funkcję radia. Odtwarzacza MP3 jeszcze nie przetestowałem, bo nie dorobiłem się jeszcze karty pamięci (chorując tak, że nie bardzo mogę pracować i zarabiać, staram się ograniczać mniej pilne wydatki).

Niestety, w szpitalu wyszła pewna słabość tego sprzętu, a raczej jego oprogramowania. Parę razy, gdy miałem odpalonego Jabbera i WWW, po prostu mi się zrebootował. Raz straciłem przez to już prawie gotowy wpis na Joggera (dlatego w końcu odpuściłem sobie pisanie ze szpitala). Nie zdarza się to często, ale może być przykre. Pozostaje liczyć na to, że pojawi się uaktualnienie oprogramowania, które poprawi ten błąd.

W każdym razie telefon mnie zadziwiał. To po prostu mały komputerek, w którym można mieć uruchomionych kilka aplikacji jednocześnie (u mnie radio, jabber i WWW) i wygodnie z nich wszystkich korzystać. Działa nawet proste cut&paste pozwalające przenosić URLe z jabbera do przeglądarki i w drugą stronę. Brak pełnej klawiatury QWERTY oraz myszki jest odczuwalny, ale mimo to urządzenie jest całkiem wygodne w użyciu.

Nie wspomniałem jeszcze o aparacie. Rzeczywiście jest już sensowny (w porównaniu do mojej poprzedniej komórki z aparatem), robi zdjęcia porównywalne z tymi, z naszej starej cyfrówki. Spokojnie wystarczy, gdy się chce coś pstryknąć, a nie wzięło się ze sobą porządnego aparatu. Zdjęcie z poprzedniego wpisu zostało zrobione właśnie tym telefonem. A w szpitalu użyłem go, żeby obejrzeć swoją bliznę po operacji. :-) Oczywiście chyba każdy współczesny cyfrowy kompakt zrobi dużo lepsze zdjęcia, ale przecież kupowałem tani telefon, a nie aparat. A fajnie mieć zawsze przy sobie coś, do robienia zdjęć.

No więc, jeśli ktoś mnie pyta, czy jestem zadowolony z zakupu, to szczerze mogę odpowiedzieć, że tak. Czy nie mam żadnych zastrzeżeń? No jedno, że się czasem wysypuje na aplikacjach w Javie... no ale cóż, komputery już tak miewają... Samsung się potrafił wysypać po odebraniu wizytówki przez IrDA.

16 komentarzy do wpisu „ Mój SE K550i”



Jesteście obserwowani...