Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Z pamiętnika kuracjusza – nałogowiec zawsze coś sobie zorganizuje...

Jak co dzień, o 10:00 zarzuciłem laptopa na ramię i poszedłem na netoterapię. Dzisiaj sobota, nie pierwsza w miesiącu, więc biblioteka zamknięta. Poszedłem więc od razu do kawiarenki przy sklepie komputerowym. A tam zamknięte. Na drzwiach jest napisane Czynne: 10-20, w niedziele: 12-20, a dzisiaj o 10:15 zamknięte... :-(

Z odrobiną nadziei udałem się więc do biblioteki... a nóż... niestety, też zamknięte. Że próbować podłączać laptopa w sanatorium ma mały sens już się przekonałem – komórka wykrywa tam tylko szczątki sygnału mojej sieci. Sama komórka w parku odbiera już całkiem nieźle i jabberować można, ale niewiele więcej. Zabieranie laptopa do parku sensu nie ma – bateria nie trzyma dłużej niż pół godziny nie trzyma. Musiałem więc poszukać prądu w zasięgu sieci.

Znalazłem otwartą restaurację z gniazdkiem w ogródku. Spytałem, czy mogę się podłączyć, a gdy po chwili zastanowienia pani pozwoliła, zamówiłem herbatkę i szarlotkę. Tak oto mogę się oddać swojemu nałogowi... :-)

Gdyby jeszcze klawiatura w laptopie mi nie wysiadała...

4 komentarze do wpisu „ Z pamiętnika kuracjusza – nałogowiec zawsze coś sobie zorganizuje...”


The Day The Routers Died...

Kumpel podesłał mi zajebistą piosenkę na YouTube. Szybko wygooglałem też jej tekst (rozumienie tekstu piosenek ze słuchu wciąż mi średnio wychodzi). Polecam wszystkim administratorom sieciowym! :-)

Update: tekstu nie trzeba było googlać, jest na YouTube, dostępny po kliknięciu (lewym przyciskiem myszy!) na "more info". Nie można tam było dać przycisku, zamiast czegoś, co wygląda jak link? To chyba dość normalne, że link próbuję otworzyć w nowej zakładce. Niech żyje usability!

8 komentarzy do wpisu „ The Day The Routers Died...”


Fajnie jest, gdy praca bawi :-)

Ostatnio miałem problemy z cieszeniem się pracą. Właściwie kombinowałem tylko co by robić, żeby nic nie robić i jak dotrwać do weekendu. W końcu jednak klient (czyli szef) sprowadził cztery serwery (dwa Sun Fire i dwa jakieś Supermicro) dla swoich klientów i miałem na tym postawić nasz system. Właściwie to miały być dwie instalacje – dla każdego klienta dwa serwery z których jeden miał zastępować drugi w razie awarii. Czyli miałem zrobić dwa klastry HA (High Availability).

Prawdę mówiąc nie miałem większego pojęcia na ten temat, więc się trochę bałem, czy w ogóle się uda. Na początku więc po prostu postawiłem cztery identyczne serwery. Potem szef zepsuł jedną maszynę Sun Fire i mogłem spokojnie się skoncentrować na budowie jednego klastra :-). Warto zaznaczyć, że wszystkie te maszyny stoją w Amsterdamie, a ja mam do nich dostęp tylko przez sieć: SSH (także do konsoli szeregowych) oraz interfejs WWW do zdalnego wyłącznika zasilania.

Nasz system oparty jest na Xenie, na listach Xena przeczytałem, że do zapewnienia redundancji dobrze mieć DRBD (dla dla replikacji dysków), albo iSCSI lub inne rozwiązanie SAN (jeśli przestrzeń dyskowa miałaby być współdzielona). Wyszło mi na to, że dla nas lepsze będzie DRBD. Zacząłem czytać o DRBD. Dowiedziałem się, że DRBD dobrze byłoby używać wraz z Heartbeatem. To się zabrałem za szykowanie pakiecików...

Po kilku przeróbkach PLDowych pakietów, po kilku kompilacjach kernela, Heartbeata i DRBD, w końcu udało mi się coś uruchomić. Najpierw niespecjalnie to działało, a ja kompletnie nie wiedziałem co sie na moich serwerach dzieje. Ale po trochu to rozpracowywałem. W końcu usługi się uruchamiały tam gdzie trzeba, a jak maszynę wyłączyłem, to przeskakiwały na drugą. Super. :-)

... ale to wszystko w konfiguracji Heartbeat w wersji pierwszej, która już podobno nie jest zalecana. No to włączyłem wersję drugą (crm yes w /etc/ha.d/ha.cf) i zabawa zaczęła się od początku: wszystko przestało działać, przestałem rozumieć co się dzieje i dalej trzeba było pakiet heartbeat poprawiać. Ale i to opanowałem i muszę przyznać, że sprawiło mi to niezłą frajdę. :-)

Ciekawe co jeszcze mogę w tym klastrze poprawić... bo inne rzeczy co czekają w kolejce, niestety, nie są już takie fascynujące... No cóż, kiedyś nuda musi wrócić.

No i ciekawe jak te klastry będą się zachowywać w warunkach produkcyjnych...

4 komentarze do wpisu „ Fajnie jest, gdy praca bawi :-)”


Uffff... działa

Okazało się, że wystarczyło: ifdown eth1; ifup eth1. Widać znowu zgłupiała moja super sieciówka na USB... albo switch do którego jest podłączona.

A niedziałanie DNSu, a co za tym idzie i mojego joggera, wynikało z mojej własnej głupoty. W rekordzie SOA miałem bzdurne czasy wpisane i zgodnie z tymi wytycznymi zapasowe serwery DNS zapominały o jajcu.net najpóźniej w godzinę po padzie mojego serwerka. Widać kiedyś chciałem wymusić szybsze odświeżanie strefy, a nie chciało mi się do dokumentacji zaglądać który numerek co oznacza. Zmniejszyłem tymczasowo prawie wszystkie... i tak już zostało. Teraz ustawiłem expire na trzy tygodnie i wreszcie zapasowe serwery nazw powinny spełniać swoją rolę jak należy.

Dodaj komentarz do wpisu „ Uffff... działa”


WiFi w domu, z przygodami oczywiście

Niedawno żonka dostała nowego laptopa. Z różnych ciekawych rzeczy, ten laptop ma, między innymi, WiFi. Karta na chipsecie Prism 2.5 została od kopa rozpoznana przez Linuksa (na początku jako eth0, co przez chwilę powodowało moje wątpliwości w sprawność normalnego portu Ethernet). Szkoda by było tego nie wykorzystać.

W domu mam jeszcze dwie bezprzewodowe karty sieciowe: na PCMCIA i na USB, obie Compex, obie zawsze sprawiały mi problemy, ale przynajmniej dawało się na otwartych sterownikach to jakoś odpalić. Tę na PCMCIA sobie odpuściłem, bo nie będę odpalał innego laptopa i kernela 2.4, żeby sprawdzić czy WiFi u żony działa. Postanowiłem spróbować z tą na USB, od razu podłączając ją do mojego routerka.

Karta jest na chipsecie ATMELa. Zasadniczo są do tego dwa sterowniki: atmelwlandriver i at76c503a (berlios driver). Oba od dawna nie rozwijane. Żadnego z tych sterowników w PLD nie ma (pewnie w żadnej dystrybucji nie ma). Poprzednio tę kartę uruchamiałem na tym pierwszym sterowniku, nawet udawało się do tego PLDową paczkę zbudować i jako-tako to działało. Z drugim też próbowałem, ale bez lepszych rezultatów (innych niż zwis maszyny czy okazały Oops).

Tym razem atmelwlandriver nie udało mi się nawet skompilować – systemu budowania dostosowanego do antycznych kerneli nie umiałem pogodzić z PLDowym kernel-module-build. O dziwo, sterownik z Berliosa, w wersji CVS, skompilował się bez problemów. Co więcej, załadował się na tropku i połączył się z laptopem żonki. Oczywiście konfiguracja nie może być normalna (gdzie router z kartą WiFi robiłby za AP) – karty działają w trybie Ad-Hoc, bo ta na USB trybu master nie umie.

Połączył się, ale coś za bardzo sieć nie działała. Sprawdziłem tcpdumpem i zobaczyłem ip packet truncated - 4 bytes missing. No fajnie, pewnie sterownik spieprzony. Ale nie wyglądało to na coś, czego nie dałoby się naprawić. Google dużo na ten temat nie miało do powiedzenia. Zajrzałem więc do źródeł i lepiej przyjrzałem się logom. W logach znalazłem: firmware version 1.103.0 #175 (fcs_len 4) . Najpierw spróbowałem starszego firmware'u (ze sterownikiem przyszły dwie wersje), ale to w ogóle nie działało. Pozostało pogrzebać w źródłach. Okazało się, że jest tam kod odpowiedzialny za obcięcie FCS (cokolwiek to jest) z końca ramki. Ten FCS to 4 bajty, z wyjątkiem jednej wersji firmware (jakiejś starej), gdzie ta długość była ustawiona na 0 (z komentarzem, że ta wersja jest głupia i FCS nie doczepia). No to wpisałem 0 na stałe i bingo! Zadziałało :-).

Kolejnym problemem były straty pakietów. W pokoju, gdzie zwykle stoi laptop, 17%. Przeszedłem się z nim po mieszkaniu i w przedpokoju, gdzie powiesiłem nadajnik (kartę USB) było 0%. Ale w przedpokoju nikt pracować nie będzie... Spróbowałem jeszcze przenieść nadajnik (najpierw powiesiłem nad drzwiami, obok dzwona, bo tam się ładnie komponował ;-)), położyłem na drzwiczkach szafki... i w całym domu jest zasięg i 0% strat. Tylko jak to tam na stałe powiesić... próbowałem dwustronną taśmą klejącą, ale odpadało. Ten problem zostawiłem sobie na później.

Na początek teksty robiłem na gołym 802.11b, nawet bez WEP. Oczywiście nie mogło tak zostać. WAP to też żadne zabezpieczenie. O WPA na tych kartach mogłem zapomnieć (tylko 802.11b umieją, a więc WPA na pewno nie). Bawić się w 802.1x+WEP nie widziałem sensu. PPPoE też już przerabiałem w pracy (więc żadne wyzwanie), a do tego też wydawało mi się to mało sensowne w domowej sieci z jednym komputerem. Postanowiłem spróbować IPSec. W końcu tę technologię też trzeba poznać. Dodatkowo chciałem też WEP odpalić z prostym kluczem, po co cokolwiek ułatwiać... ale to nawet nie chciało ruszyć między tymi kartami. Trudno.

Poczytałem o ipsec-tools, poeksperymentowałem, w końcu załapałem jak ten racoon i setkey działają. Okazało się że w takim przypadku jak mój, gdzie nie potrzeba DHCP, czy innej automatycznej konfiguracji, to takie IPSec całkiem dobrze może się sprawdzić.

Gdy już miałem prawie wszystko gotowe, z szyfrowaniem, przygotowanym routingiem, NATem itd... połączenie przestało działać. Karty się nie widziały... przypomniałem sobie, że wcześniej dziecko walnęło drzwiami w tę wiszącą kartę USB... przestraszyłem się, że się rozwaliła. Kilka jej restartów nie pomogło. Rozkręciłem... w środku wyglądało bardzo solidnie i raczej na nienaruszone... postanowiłem sprawdzić jeszcze jedną możliwość – zrestartowałem laptopa (samo ifdown/ifup, czy nawet wyładowywanie modułu nie pomagał)... ruszyło... uff...

Na koniec zamontowałem trochę solidniej nadajnik:

[img:wifi
full-prof]

A teraz żonka siedzi przy laptopiku, bez kabelka i nie narzeka. Wiec chyba jest ok. :-) Tylko czemu zawsze w tą radiówką musi być tyle problemów?...

11 komentarzy do wpisu „ WiFi w domu, z przygodami oczywiście”


Dobra rada

Jeśli ktoś chce mieć pewność co do serwerów DNS to powinien się zastanowić nad hostowaniem głównego i zapasowego nameserwera w zupełnie różnych miejscach. Szczególnie głupio wychodzi, gdy serwer usług działa, a żaden z zewnętrznych serwerów DNS wskazujących te usługi nie.

W tej chwili niedostępne są oba serwery DNS dla domeny jogger.pl. Dla uzależnionych, na przyszłość: IP joggera (stan na dzisiaj) to: 212.14.32.26. Wpisałem do /etc/hosts... pewnie kiedyś będę tego żałował, chyba że będę pamiętał o zakomentowaniu.

8 komentarzy do wpisu „Dobra rada”



[szpieg] Jesteście obserwowani...