03 listopada 2005
20:08:38
|
kategorie:
lajf is brutal,
samochód,
życie,
Rano dojeżdżając do pracy stwierdziłem, że świeci mi się kontrolka zbyt
wysokiej temperatury silnika. Najwyraźniej zaświeciła się już na miejscu.
A wentylator się nie włączył. Znaczy się coś jest popsute. Zacząłem kombinować,
trzy raz wracałem się do samochodu. Włączyłem ogrzewanie kabiny i dmuchawę,
żeby go trochę ochłodzić, ale leciało zimne powietrze. Potem uznałem, że
trzeba by sprawdzić poziom płynu chłodniczego. Przez ścianki zbiorniczka nic nie widziałem,
więc wpadłem na genialny
pomysł, żeby odkręcić kurek i zajrzeć do środka. Odkręciłem
tylko trochę i z sykiem prysnęło na boki. Szybko dokręciłem, ale trochę płynu
uciekło. Na gorący silnik, więc i dymu trochę naprodukowałem...
W firmie wspomniałem kolegom o problemie z samochodem. Przy okazji
dowiedziałem się, że to nie jedyny problem, bo jedno tylne światło mi nie
działa. Potem zająłem się pracą. O dziwo, dzisiaj nawet nie było źle. Gdy
wyszedłem po drugie śniadanie, standardowo po owocka, to rzuciły się
na
mnie ciemne winogrona. Jabłek i bananów miałem chwilowo dość. Wziąłem małą
kiść i mało mnie nie powaliło, gdy usłyszałem cenę, z piekła rodem: 6.66zł
(zwykle kupowałem owoców za 2-3zł). No cóż, raz zaszaleć można. O samochodzie
i o tym, że miałem wziąć pieniądze z bankomatu, zapomniałem.
W końcu nadeszła wyczekiwana 16:00. Zdążyłem sobie przypomnieć
o bankomacie, więc zadzwoniłem do żonki, spytać się ile pieniędzy wziąć. Żonka
przypomniała mi o samochodzie. Wziąłem pieniądze, wróciłem do auta i zajrzałem
pod maskę... Płynu chłodniczego nie było właściwie nic. Wymieniłem jeszcze żarówkę
w tylnej lampie (ciekawe, czy przy tym też coś zepsułem) i zacząłem dzwonić do żony,
do ojca, do znajomych, do mechanika, co z tym chłodzeniem zrobić. Wersje były różne:
nalać wody, spuścić wszytko potem nalać płynu lub wody, dolać płynu.
Najbardziej przekonywała mnie wersja mechanika, który polecił dolać jakiegoś Petrygo
(podobno kompatybilne z tym co mi wlał) i tak, ostrożnie dojechać do niego. Poszedłem więc
na stację po płyn...
Stacja to był Shell, a więc swojskiego Petrygo tam nie było. Ceny tego co
było nie zachęcały, szczególnie, że mogło to po drodze wypłynąć. Do mechanika
się nie dodzwoniłem, więc samodzielnie postanowiłem kupić najtańszą opcję
– wodę destylowaną. Po odejściu paru kroków od stacji, wróciłem się
jeszcze po żaróweczki, żeby mieć zapas po dzisiejszej wymianie.
Wróciłem do samochodu. Ciężko było coś nalać i stwierdzić ile się nalało, bo ciemno.
Więc wpadłem na kolejny genialny
pomysł. Że chwilkę, to mogę sobie
reflektorami poświecić (a wiedziałem, że akumulator mi trochę szwankuje). Dolałem wody,
wsiadam, odpalam... odpalam... nic. Akumulator ma dość. Właściwie mogło mu już
zaszkodzić świecenie przy sprawdzaniu żarówki, albo oświetlenie wnętrza, gdy
grzebałem pod maską. Nie ważne, w każdym razie byłem znowu uziemiony.
Na taki wypadek już się kiedyś przygotowałem i kupiłem kable do
pożyczania
prądu. Tyle, że nie było od kogo pożyczać. W końcu
zadzwoniłem do kumpla, co mieszka w Zabrzu, ale spory kawałek od firmy. Po 15
minutach przyjechał i udało się uruchomić samochód. Dojechałem do Gliwic.
Zostawiłem samochód u mechanika, którego zresztą już nie było, ale syn
(oponiarz) obiecał zaopiekować się gratem. Jutro będzie trzeba pogadać
z mechanikiem co i jak i dowiedzieć się czy/kiedy/co może być z tym zrobione.
W końcu dotarłem do domku. Przygotowana była patelnia z boczkiem na jajka
sadzone, ziemniaczki oraz zupka. Uznałem, że najbezpieczniejsza będzie zupka,
gdybym miał coś smażyć, to znowu bym coś spieprzył... Gdy zupka się grzała,
zabrałem się za zmywanie naczyń. Już i tak żonce podpadłem, wypadałoby zrobić coś miłego.
Żonka przyszła, gdy jadłem zupę. Zaraz obejrzała umyte naczynia... Rozwaliłem
Krysi talerzyk... Co za dzień. :-(
14 września 2005
21:25:26
|
kategorie:
samochód,
zdrowie,
Dzisiaj przyszedł czas na zdjęcie szwów. W szpitalu miałem się stawić między 9:00, a 10:00. Po ostatnich przeżyciach myślałem o tym, żeby rano wziąć tabletkę przeciwbólową, coby po drodze do szpitala nie jęczeć z bólu. Okazało się jednak, że od rana czułem się zadziwiająco dobrze. Prochów więc nie wziąłem.
Do szpitala miała mnie zawieźć żonka samochodem. Ale samochód najpierw nie chciał nam otworzyć drzwi na znak dany pilotem, a potem okazało się, że zapalić też nie ma zamiaru. Najwyraźniej akumulator się wyczerpał. Ja raczej do noszenia akumulatora (do ładowania) się nie nadaję, więc żona z mechanikiem będzie musiała jakoś to załatwić, przy okazji może naprawią koło z którego uchodzi powietrze. Tymczasem do szpitala pojechaliśmy taksówką.
Trzeba było poczekać trochę przed salą opatrunkową, co nie było takie złe, zważywszy na kręcące się tam pielęgniarki i stażystkę ;-). W końcu przyszła moja kolej i pielęgniarka (może nie z tych ślicznych, ale i tak sympatyczna) zdjęła mi szwy i zmieniła opatrunek. Nowy opatrunek mogę zdjąć za 2-3 dni. Właściwie nic przy tym nie bolało. Potem odebrałem wypis (wraz z wynikami wszelkich moich badań tam przeprowadzonych) i wróciliśmy taksówką do domu. Po wszystkim byłem trochę bardziej obolały, niż zanim wyszedłem z domu, ale to i tak nic, przy tym co się działo przez ostatnie trzy dni.
Dzisiaj był pierwszy dzień, którego większej części nie przeleżałem. Zabolało mocniej tylko z dwa razy i niezbyt długo. Wybrałem się też na spacer — do parku i z powrotem. Szedłem jak paralityk,
ale wróciłem cały, tylko zmęczony i trochę obolały. O dziwo, najbardziej bolały mnie okolice prawej łopatki — pewnie od prób trzymania się prosto, albo od chodzenia krzywo.
Teraz jestem zmęczony po całym dniu, ale nic nie boli, mimo że dzisiaj żadnej tabletki nie wziąłem. Wyraźnie idzie ku lepszemu. Może w weekend będę mógł się wybrać z dziewczynami na koniki (nie, ja na konia wsiadać nie mam zamiaru)...
P.S. o, wygląda na to, że sprawdzacz pisowni z nowego Google Toolbar działa jak należy :-)
19 lipca 2005
20:19:42
|
kategorie:
samochód,
sieci,
sprzęt,
Dzisiaj znowu dwa razy (raz pod przychodnią, raz pod dworcem PKP)
zahaczyłem zderzakiem o krawężnik. Ten drugi raz to był akurat o ten jeden
raz za dużo i kawał zderzaka mi się odłamał. Nie mógł tak wisieć (to już
będzie zagadka dla mechanika — czy da się to jeszcze poskładać), więc
trzeba było coś z tym zrobić. Ale co to dla mnie? ;-) Wyciągnąłem
z torby zestaw naprawczy, czyli metrowy patchcord zakończony wtykami RJ-45
(chyba nie krosowany) i przywiązałem to jakoś tak, żeby się trzymało. Jutro
tak jeszcze pojadę do pracy, a po południu do mechanika, niech mi przynajmniej
powie czy i co będzie trzeba kupić.
24 marca 2005
22:12:22
|
kategorie:
samochód,
życie,
Już jakiś czas temu dociągnięto autostradę A4 z Wrocławia do Kozłowa, zaraz
pod zachodnią granicę Gliwic. W styczniu (a może to był już luty) otworzyli
odcinek z Katowic do Sośnicy (południowo-wschodnia dzielnica Gliwic). A więc
jest cały długi kawał autostrady od Wrocławia do Krakowa... z małą przerwą
— brakuje kilku-kilkunastu kilometrów koło Gliwic.
Gdy nie było odcinka Katowice-Sośnica, to do Katowic i A4 do Krakowa z
Gliwic (i z A4 z Wrocławia) były conajmniej trzy drogi, w tym tylko jedna
przez centrum miasta i tak często zakorkowana. Teraz każdy komu się kończy
autostrada chce jak najszybciej dojechać do kolejnego odcinka. A jedyna droga
(sensownej długości i dopuszczona do ruchu ciężarówek) z Kozłowa do Sośnicy
wiedzie przez centrum Gliwic... Korki możecie sobie wyobrazić. Ja do pracy na
szczęście jadę starą autostradą
(z definicją autostrady ta droga ma
bardzo niewiele wspólnego), na której ruchu teraz jest niewiele, jednak
odcinek od mojego domu do tej drogi częściowo pokrywa się z tą łatą na
A4
. No cóż... gdy jadę do pracy nie jest jeszcze źle, chwilę postoję na
światłach, przejadę kawałek i jestem na przyjemnej stosunkowo pustej drodze do
Zabrza. Niestety gdy wracam, to już Gliwice są zakorkowane i 30% całego czasu
spędzanego w drodze do domu spędzam na tym nieszczęsnym fragmencie trasy (<5%
całości). Czasem kombinuję jak korek objechać, robiąc sporo więcej kilometrów,
ale czasu oszczędzając niewiele, szczególnie, że np. dzisiaj trafiłem na
kolejny korek, który znów objeżdżałem itd. Kiedyś pojechałem zupełnie na
około, małymi poza głównym ruchem. Dalej, wolniej, ale czas przejazdu podobny.
Wprost nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie wybudują ten brakujący kawałek
A4. Nie po to, żeby tamtędy jeździć (ta autostradowa obwodnica Gliwic
będzie odcinkiem płatnym), ale żeby normalnie do domu dojechać, a nie 15 minut
stać w głupim korku, dwa rzuty berety od własnego bloku.
09 grudnia 2004
18:52:57
|
kategorie:
samochód,
150zł — tyle za naprawienie wydechu i polutowanie baku. Ta druga
usterka wyszła przy okazji (pęknięcie podobno prawie niezauważalne), ale już
wcześniej miałem wrażenie, że benzyna mi się trochę za szybko kończy
(właściwie to jeżdżę na gazie, i na benzynie tylko zapalam). W sumie całkiem
nieźle. Wydech ma podobno długo wytrzymać, ale zbiornik najprawdopodobniej
niedługo znowu zacznie przeciekać — skorodowany. Trudno, będzie trzeba
kiedyś kupić nowy.
08 grudnia 2004
17:55:28
|
kategorie:
samochód,
W pracy poprosiłem kolegę, żeby na to zerknął. Poszedł ze mną, otworzyliśmy
maskę, kazał zapalić. I stwierdził, że nic tam się nie dzieje, po prostu
masz tłumik pęknięty
(ja tam się nie znam, ale czy to sobie nie przeczy?) i
polecił jakiegoś tłumikarza
w Zabrzu. Ja jednak postanowiłem najpierw
zadzwonić do swojego mechanika — Bercika
. Okazało się, że takie
rzeczy też robią. Podałem mu rocznik i model silnika i powiedział, że zamówi
co będzie trzeba, ale te Fiaty to mają różnie
.
Wracałem więc z pracy znacznie głośniej niż zwykle. Zajechałem do
mechanika, kanał był wolny, a tłumik już czekał. Jednak Bercik
od razu
mnie uprzedził, że według katalogu takiego rocznika jak mój, to w ogóle nie
ma. I rzeczywiście tłumik miałem zupełnie inny i tamten zupełnie nie
pasował. Ale to nie wszystko...
Mechanik jak wszedł do kanału i obejrzał co się stało, to powiedział coś w
rodzaju ułała...
(w każdym razie zabrzmiało drogo, bardzo drogo), potem
przez chwile nie mówił nic (mimo, że nawet jego syn, też pracujący w tym
warsztacie, chciał się dowiedzieć, co ciekawego tam ojciec zobaczył). Potem
usłyszałem upalił się przy samym katalizatorze
.
Okazało się, że odpowiednią część mogą na jutro sprowadzić i kosztowałaby
750zł. Dla mnie to trochę dużo, więc skończyło się na tym, że spróbują to
jakoś posztukować — przyspawać jakąś rurę itp. Zobaczymy. W każdym razie
jutro znowu autobusem do pracy. :-(