09 maja 2008
21:27:03
|
kategorie:
polityka,
seks,
Przeczytałem o tym najpierw na gazeta.pl,
potem na racjonalista.pl. Pojawił się
pomysł, aby gejom
zabronić oddawania krwi. Znowu ktoś chce budować kapitał polityczny na
ludzkich fobiach...
No bo co pytanie potencjalnych krwiodawców o orientacje seksualną miałoby
dać? Ograniczyć pobieranie krwi od osób, które uprawiają ryzykowny seks?
Przecież o to krwiodawcy już są
pytani. Kwestia orientacji seksualnej nie wnosi tu nic nowego, poza
uprzedzeniami. Często zupełnie nie na miejscu – i gej może być prawiczkiem,
albo żyć w wieloletnim monogamicznym związku, a nie brak i osób
heteroseksualnych uprawiających przygodny seks bez zabezpieczeń.
No i mam też wrażenie, że znowu ktoś odwraca uwagę od istotnych
problemów... przecież ostatnio znowu było głośno o osobach zarażonych WZW
typu C przez transfuzję krwi, lub przyjęcie produktów krwiopochodnych.
WZW, a nie HIV, czy syfilis. A chorobą tą dawcy raczej nie zarazili się
podczas gejowskiego seksu – nią łatwiej się zarazić w szpitalu niż
podczas seksu (nawet homo). Ale trudno w jakiś spektakularny sposób pokazać
jak się walczy ze szpitalnymi zakażeniami... znacznie łatwiej pokazać
zagrożenie gdzie indziej, gdzie łatwiej będzie je zwalczyć
.
Przy okazji można dołożyć tym, których i tak się nie lubi.
23 kwietnia 2008
20:06:48
|
kategorie:
polityka,
Oglądam sobie Wiadomości. A tam znowu mrożące krew w żyłach (przynajmniej
w założeniu) informacje, że paskudny rząd chce zlikwidować abonament. Tłumaczą
jakie to straszne, ale im nie wierzę. W końcu to wersja telewizji, która może
utracić źródło łatwej kasy.
W każdym razie, co słyszę o tych planach, to się zastanawiam. Czy obecny
abonament ma sens? Czy telewizja publiczna jest potrzebna? Czy w obecnej
postaci?
Obecny abonament jest IMHO zupełnie bezsensu. Pomijając jego celowość, to
sposób jego ściągania nie gwarantuje niczego poza zamieszaniem. Jak już ma być
obowiązkowy, to czemu nie mogą go od abonentów pobierać telewizje kablowe? I
ściągalność była by większa i chyba koszty mniejsze... Ale nie, lepiej pogonić
ludzi do kolejki... i mieć haka na tym którzy nie płacą (często tylko z tego
powodu, że im się po prostu nie chce)...
Druga sprawa, to po co ten abonament. TVP twierdzi, że potrzebują tego,
żeby wypełniać jakąś misję
. Ale na czym polega ta misja? I czemu akurat
TVP i Polskie Radio mają ją wypełniać? Przecież jak ktoś dostaje pieniądze z
odgórnego przydziału, to nie będzie się starać, żeby na nie zarobić.
Jeśli rzeczywiście istnieje jakaś misja
która jest nam tak
potrzebna (w co śmiem wątpić), to czemu nie
określić jej konkretnie i nie płacić za to (chociażby z abonamentu), tym,
którzy wypełnią ją najlepiej? Niech będą to określone zasady typu: Pokrycie
nadajnikami kraju w 90%
, Brak reklam w trakcie programu
i
zamówienia np. Program popularnonaukowy, 1h dziennie
, Bajka dla
dzieci od lat 3, 30 minut
i niech każdy może przedstawić taką ofertę. Może
okazałoby się, że Polsat wypadnie lepiej?
Rozumiem, że kiedyś telewizja państwowa finansowana z obowiązkowego (dla
posiadaczy odbiorników) abonamentu miała jakiś sens. Wtedy tylko państwo było
w stanie zbudować odpowiednią infrastrukturę, a potem trzeba było ją za coś
utrzymać. I wtedy, gdy była to jedyna telewizja w kraju, płacili za nią tylko
Ci, którzy z niej korzystali.
A teraz? Myślę, że abonament w obecnej postaci służy tylko i wyłącznie
sztucznemu umacnianiu TVP1, jednej z wielu telewizji. Uprzywilejowanej jedynie
ze względów historycznych. To za mało. Tak wydawane pieniądze muszą w dużej
części iść w błoto. Więc zgadzam się, że trzeba coś z tym zrobić... i
niekoniecznie jest to zwolnienie emerytów z płacenia abonamentu.
25 sierpnia 2007
23:08:02
|
kategorie:
polityka,
rodzinka,
Ostatnio dużo szumu jest wokół religii w szkołach i ateizmu. Nie chcę
więcej spamować w komentarzach na cudzych Joggerach, więc co nieco postanowiłem
napisać tutaj. I nie przejmuję się tym, że niektórzy przyczepią mi etykietkę
wojującego ateisty
, uważam, że o swoje przekonania każdy może walczyć.
Jestem ateistą. Sam nie chodziłem na religię od trzeciej klasy podstawówki
– poszedłem na kompromis i zgodziłem się dotrwać do komunii,
przekupiony
obiecanymi prezentami. Rodzice byli niewierzący, posyłali
mnie na religię głównie ze względu na dziadków i żebym nie był
wyalienowany
.
W tamtych czasach zajęcia z religii były prowadzone w salkach
katechetycznych przy kościele. Gdy kończyłem podstawówkę (byłem w ósmej, czy
siódmej klasie) zaczęło się nauczanie religii w szkole. U nas było to o tyle
ciekawie, że w szkole brakło sal, więc żeby uczyć wyższe klasy religii w
szkole, to klasy 1-3 (a może tylko pierwsze) chodziły na wszystkie
zajęcia do salek kościelnych – czy już to nie było odrobinę chore?
W każdym razie pod koniec podstawówki i przez całe technikum ja miałem
wolne, gdy koledzy chodzili na lekcje religii. Zdaje się, że w podstawówce ja
jeden, a w technikum z kolegą Świadkiem Jehowy. Nie czułem się z tego powodu
wyalienowany. Nie czułem żadnej presji kolegów. Czasem z nimi rozmawiałem na
ten temat: jedni mi zazdrościli, inni się dziwili, ale nikt nie okazywał
wrogości. Wcześniej (gdy religii nie wprowadzono jeszcze do szkoły) też nie
miałem żadnych z tym problemów.
Minęło trochę czasu i niedługo (za dwa lata) do szkoły pójdzie moja córka.
Z pewnych względów ochrzczona, ale nie praktykująca
(nie wychowywana po
katolicku, nie brana co niedziele do kościoła). Wie, że są ludzie, którzy
chodzą do kościoła. Czasem babcia lub ciocia jej coś o bozi
czy Jezusie
opowiedzą, ale na razie nic co trzeba by prostować. Wychowujemy ją według
naszych przekonań.
Właściwie dotychczas za bardzo nie przejmowaliśmy się kwestią religii w
szkole. Uznaliśmy, że jak jest nieobowiązkowa i moje doświadczenia pokazały, że
można po prostu nie chodzić, to problemu nie ma. Jednak teraz się okazuje, że
religia to równie poważna rzecz, jak matematyka, czy język polski i do średniej
się wlicza. Co więcej alternatywą dla religii ma być etyka. Na razie w
większości szkół to fikcja, ale podobno to musi się zmienić...
To, że wolałbym, żeby dziecko nie chodziło na religię, wydaje mi się
oczywiste. Biblia to bardzo ciekawy kawałek literatury i kultury, ale nie
uważam, że już małe dziecko musi ją poznawać i uczyć się o niej przez jakieś
dziesięć lat. Po drugie, nie chcę, żeby moje dziecko było uczone dobra jako
czegoś opisanego w jakiejś świętej księdze (której i tak nie można traktować
dosłownie) i nie czynienia zła pod groźbą jakiejś strasznej kary po śmierci.
Chciałbym też, żeby moja córka nauczyła się korzystać w życiu z własnego
rozumu, a nie tylko z wiary w wytyczne wątpliwego pochodzenia.
Zajęcia z etyki nie wydają mi się dobrą alternatywą. Po pierwsze uważam, że
nie stać nas na zatrudnianie nauczycieli i rezerwowanie sal, że jakąś dwójkę
dzieci na szkołę przez jakieś dziesięć lat uczyć etyki. Skąd wziąć tyle
materiału do nauczenia? Czemu tego miałoby być więcej niż matematyki, fizyki,
czy wu-efu?
Po drugie, jaką mam gwarancję, że na tej etyce nie będzie nauczyciel (może
nawet ksiądz, czy katecheta) wciskał dziecku tych samych zasad co na religii? I
to intensywnej, bo to byłyby zajęcia praktycznie indywidualne i to
ukierunkowane na osoby, które mają problemy z wiarą
.
No i jeszcze jedna sprawa. Etyka byłaby dla dziecka wyjątkowo nieatrakcyjna
w porównaniu do religii. Zajęcia indywidualne (czy w małych grupach) są z
zasady cięższe
od grupowych, bo nauczyciel więcej czasu i energii
poświęca jednemu uczniowi. Zakładając, że dziecko generalnie nie lubi się
uczyć, to chętniej wysiedzi tam, gdzie nauczyciel będzie poświęcał mu mniej
uwagi. Poza tym, ksiądz na religii będzie chciał mieć jak najwięcej uczniów,
będzie się starał, żeby nikt nie wybrał konkurencyjnej etyki (to byłaby
przecież porażka) – jeśli nie będzie w stanie atrakcyjnie i przekonująco
prowadzić lekcji, to może po prostu gwarantować lepsze oceny... Z drugiej
strony, nikomu nie będzie zależało na tym, żeby ktoś chciał chodzić na etykę...
Zaraz się podniosą głosy, że zamiast religii, czy etyki powinno być jakieś
religioznawstwo. A nawet, że lekcje religii powinny tak wyglądać, czy gdzieś
tak wyglądają. Ale przecież to nierealne! Kto by miał tego nauczać? Najpewniej
księża, albo katecheci. Nawet jeśli nie, to i tak w większości przypadków
(jeśli statystyki nie kłamią), ludzie wierzący. Jak głęboko wierzący człowiek
może obiektywnie przedstawić różne religie? Skoro wierzy, że jego religia jest
prawdą (to chyba dogmat większości wiar), a reszta to tylko wiary innych ludzi,
które trzeba szanować, to w jaki sposób miałby pozostać obiektywnym? Uważam, że
to byłoby nie w porządku wymagać od głęboko wierzącego człowieka (np. księdza),
żeby przedstawiał inne religii na równi swojej.
Jeszcze jedna kwestia: zmuszanie dziecka do chodzenia na religię vs
zmuszanie do nie chodzenia. Nie chcę do niczego zmuszać, będzie to trzeba
przedyskutować w rodzinnym gronie, biorąc pod uwagę zdanie córki. Jeśli miałaby
cierpieć nie chodząc na religię, albo chodząc na etykę, to trudno. Jednak
uważam, że to nie w porządku, że w ogóle pojawia się taki dylemat.
Najgorsze, że problem pojawi się prawdopodobnie wcześniej niż kiedyś
sądziliśmy. Teraz zajęcia z religii bywają w przedszkolach, Krysia do
przedszkola idzie za tydzień. Wyboru przedszkola praktycznie nie ma –
miejsc jest tak mało, że nie można wybrzydzać. No cóż, najwyżej w przedszkolu
będą jej mówić, że ma być dobra, bo inaczej trafi do piekła, albo się
bozia
zdenerwuje (czym to się różni od nie rozrabiaj, bo cię porwie
Baba Jaga
?), a potem my będziemy jej tłumaczyć, że ma być dobra, żeby innym
nie sprawiać przykrości. Miejmy nadzieję, że z takiego zamieszania będzie w
stanie wyciągnąć właściwe wnioski.
P.S. nie chcę syfu w komentarzach, ani nie liczę na wysokie miejsce w
rankingu najbardziej komentowanych, więc ostrzegam z góry, że jak uznam to za
stosowne, to komentarze będę usuwał, albo je całkiem zablokuję.
24 sierpnia 2007
14:24:45
|
kategorie:
polityka,
Koalicja się rozsypała, ma się rozstrzygnąć kwestia rozwiązania sejmu,
pielęgniarki i lekarze strajkują, jakaś reforma finansów miała być wprowadzana,
afera goni aferę, podobno kupa ważnych ustaw czeka na uchwalenie przed
rozwiązaniem sejmu... więc sejm nie próżnuje i zajmuje się tym, co przecież
najważniejsze: wprowadzono
zakaz handlu w święta.
Już pomijając kwestie sensowności takiego zakazu. Czy naprawdę sejm nie ma
teraz nic ważniejszego do roboty? Czy zakaz ten ułatwi uchwalenie budżetu na
czas? Usprawni przygotowania do Euro 2012? Rozwiąże jakiś palący problem
społeczny? Czy coś by się zmieniło, jakby z tą ustawą poczekano parę
miesięcy? Nie ma to jak tematy zastępcze...
No i przy okazji się dowiedziałem, że od tego roku jakieś Zielone Świątki
są dniem ustawowo wolnym od pracy...
23 lutego 2007
09:39:20
|
kategorie:
książki,
polityka,
seks,
W Ameryce kolejny skandal. Szkolni bibliotekarze z różnych części USA nie
chcą w swoich bibliotekach książki dla dzieci
The Higher Power of Lucky
Susan Patron, nagrodzonej prestiżową nagrodą. Protestują też rodzice. A
wszystko dlatego, że w książce tej pojawia się słowo moszna
(jako
miejsce w które wąż ugryzł psa)...
Widać, do pewnego wieku, pewne części ciała po prostu nie istnieją, a
przynajmniej nie mają nazw... ;-)