Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Nie pobiorą krwi od geja

Przeczytałem o tym najpierw na gazeta.pl, potem na racjonalista.pl. Pojawił się pomysł, aby gejom zabronić oddawania krwi. Znowu ktoś chce budować kapitał polityczny na ludzkich fobiach...

No bo co pytanie potencjalnych krwiodawców o orientacje seksualną miałoby dać? Ograniczyć pobieranie krwi od osób, które uprawiają ryzykowny seks? Przecież o to krwiodawcy już są pytani. Kwestia orientacji seksualnej nie wnosi tu nic nowego, poza uprzedzeniami. Często zupełnie nie na miejscu – i gej może być prawiczkiem, albo żyć w wieloletnim monogamicznym związku, a nie brak i osób heteroseksualnych uprawiających przygodny seks bez zabezpieczeń.

No i mam też wrażenie, że znowu ktoś odwraca uwagę od istotnych problemów... przecież ostatnio znowu było głośno o osobach zarażonych WZW typu C przez transfuzję krwi, lub przyjęcie produktów krwiopochodnych. WZW, a nie HIV, czy syfilis. A chorobą tą dawcy raczej nie zarazili się podczas gejowskiego seksu – nią łatwiej się zarazić w szpitalu niż podczas seksu (nawet homo). Ale trudno w jakiś spektakularny sposób pokazać jak się walczy ze szpitalnymi zakażeniami... znacznie łatwiej pokazać zagrożenie gdzie indziej, gdzie łatwiej będzie je zwalczyć. Przy okazji można dołożyć tym, których i tak się nie lubi.

42 komentarze do wpisu „Nie pobiorą krwi od geja”


Media publiczne. O co w tym biega?

Oglądam sobie Wiadomości. A tam znowu mrożące krew w żyłach (przynajmniej w założeniu) informacje, że paskudny rząd chce zlikwidować abonament. Tłumaczą jakie to straszne, ale im nie wierzę. W końcu to wersja telewizji, która może utracić źródło łatwej kasy.

W każdym razie, co słyszę o tych planach, to się zastanawiam. Czy obecny abonament ma sens? Czy telewizja publiczna jest potrzebna? Czy w obecnej postaci?

Obecny abonament jest IMHO zupełnie bezsensu. Pomijając jego celowość, to sposób jego ściągania nie gwarantuje niczego poza zamieszaniem. Jak już ma być obowiązkowy, to czemu nie mogą go od abonentów pobierać telewizje kablowe? I ściągalność była by większa i chyba koszty mniejsze... Ale nie, lepiej pogonić ludzi do kolejki... i mieć haka na tym którzy nie płacą (często tylko z tego powodu, że im się po prostu nie chce)...

Druga sprawa, to po co ten abonament. TVP twierdzi, że potrzebują tego, żeby wypełniać jakąś misję. Ale na czym polega ta misja? I czemu akurat TVP i Polskie Radio mają ją wypełniać? Przecież jak ktoś dostaje pieniądze z odgórnego przydziału, to nie będzie się starać, żeby na nie zarobić.

Jeśli rzeczywiście istnieje jakaś misja która jest nam tak potrzebna (w co śmiem wątpić), to czemu nie określić jej konkretnie i nie płacić za to (chociażby z abonamentu), tym, którzy wypełnią ją najlepiej? Niech będą to określone zasady typu: Pokrycie nadajnikami kraju w 90%, Brak reklam w trakcie programu i zamówienia np. Program popularnonaukowy, 1h dziennie, Bajka dla dzieci od lat 3, 30 minut i niech każdy może przedstawić taką ofertę. Może okazałoby się, że Polsat wypadnie lepiej?

Rozumiem, że kiedyś telewizja państwowa finansowana z obowiązkowego (dla posiadaczy odbiorników) abonamentu miała jakiś sens. Wtedy tylko państwo było w stanie zbudować odpowiednią infrastrukturę, a potem trzeba było ją za coś utrzymać. I wtedy, gdy była to jedyna telewizja w kraju, płacili za nią tylko Ci, którzy z niej korzystali.

A teraz? Myślę, że abonament w obecnej postaci służy tylko i wyłącznie sztucznemu umacnianiu TVP1, jednej z wielu telewizji. Uprzywilejowanej jedynie ze względów historycznych. To za mało. Tak wydawane pieniądze muszą w dużej części iść w błoto. Więc zgadzam się, że trzeba coś z tym zrobić... i niekoniecznie jest to zwolnienie emerytów z płacenia abonamentu.

39 komentarzy do wpisu „ Media publiczne. O co w tym biega?”


ISO, ONZ, kto następny?

Dzisiejszy przegląd prasy nie nastawia optymistycznie... ISO przyjęło Office Open XML za standard. ONZ uznało, że Specjalny Sprawozdawca ds. Wolności Słowa ma interweniować, gdy ktoś ośmieli się krytykować czyjeś poglądy religijne (np. prawo do zabijania apostatów, czy kamieniowania cudzołożnic)... Jaka kolejna międzynarodowa organizacja się skompromituje pod wpływem silnego lobby przeciwnego jej założeniom?

5 komentarzy do wpisu „ ISO, ONZ, kto następny?”


Dlaczego nie chcę religii (i etyki) w szkole

Ostatnio dużo szumu jest wokół religii w szkołach i ateizmu. Nie chcę więcej spamować w komentarzach na cudzych Joggerach, więc co nieco postanowiłem napisać tutaj. I nie przejmuję się tym, że niektórzy przyczepią mi etykietkę wojującego ateisty, uważam, że o swoje przekonania każdy może walczyć.

Jestem ateistą. Sam nie chodziłem na religię od trzeciej klasy podstawówki – poszedłem na kompromis i zgodziłem się dotrwać do komunii, przekupiony obiecanymi prezentami. Rodzice byli niewierzący, posyłali mnie na religię głównie ze względu na dziadków i żebym nie był wyalienowany.

W tamtych czasach zajęcia z religii były prowadzone w salkach katechetycznych przy kościele. Gdy kończyłem podstawówkę (byłem w ósmej, czy siódmej klasie) zaczęło się nauczanie religii w szkole. U nas było to o tyle ciekawie, że w szkole brakło sal, więc żeby uczyć wyższe klasy religii w szkole, to klasy 1-3 (a może tylko pierwsze) chodziły na wszystkie zajęcia do salek kościelnych – czy już to nie było odrobinę chore?

W każdym razie pod koniec podstawówki i przez całe technikum ja miałem wolne, gdy koledzy chodzili na lekcje religii. Zdaje się, że w podstawówce ja jeden, a w technikum z kolegą Świadkiem Jehowy. Nie czułem się z tego powodu wyalienowany. Nie czułem żadnej presji kolegów. Czasem z nimi rozmawiałem na ten temat: jedni mi zazdrościli, inni się dziwili, ale nikt nie okazywał wrogości. Wcześniej (gdy religii nie wprowadzono jeszcze do szkoły) też nie miałem żadnych z tym problemów.

Minęło trochę czasu i niedługo (za dwa lata) do szkoły pójdzie moja córka. Z pewnych względów ochrzczona, ale nie praktykująca (nie wychowywana po katolicku, nie brana co niedziele do kościoła). Wie, że są ludzie, którzy chodzą do kościoła. Czasem babcia lub ciocia jej coś o bozi czy Jezusie opowiedzą, ale na razie nic co trzeba by prostować. Wychowujemy ją według naszych przekonań.

Właściwie dotychczas za bardzo nie przejmowaliśmy się kwestią religii w szkole. Uznaliśmy, że jak jest nieobowiązkowa i moje doświadczenia pokazały, że można po prostu nie chodzić, to problemu nie ma. Jednak teraz się okazuje, że religia to równie poważna rzecz, jak matematyka, czy język polski i do średniej się wlicza. Co więcej alternatywą dla religii ma być etyka. Na razie w większości szkół to fikcja, ale podobno to musi się zmienić...

To, że wolałbym, żeby dziecko nie chodziło na religię, wydaje mi się oczywiste. Biblia to bardzo ciekawy kawałek literatury i kultury, ale nie uważam, że już małe dziecko musi ją poznawać i uczyć się o niej przez jakieś dziesięć lat. Po drugie, nie chcę, żeby moje dziecko było uczone dobra jako czegoś opisanego w jakiejś świętej księdze (której i tak nie można traktować dosłownie) i nie czynienia zła pod groźbą jakiejś strasznej kary po śmierci. Chciałbym też, żeby moja córka nauczyła się korzystać w życiu z własnego rozumu, a nie tylko z wiary w wytyczne wątpliwego pochodzenia.

Zajęcia z etyki nie wydają mi się dobrą alternatywą. Po pierwsze uważam, że nie stać nas na zatrudnianie nauczycieli i rezerwowanie sal, że jakąś dwójkę dzieci na szkołę przez jakieś dziesięć lat uczyć etyki. Skąd wziąć tyle materiału do nauczenia? Czemu tego miałoby być więcej niż matematyki, fizyki, czy wu-efu?

Po drugie, jaką mam gwarancję, że na tej etyce nie będzie nauczyciel (może nawet ksiądz, czy katecheta) wciskał dziecku tych samych zasad co na religii? I to intensywnej, bo to byłyby zajęcia praktycznie indywidualne i to ukierunkowane na osoby, które mają problemy z wiarą.

No i jeszcze jedna sprawa. Etyka byłaby dla dziecka wyjątkowo nieatrakcyjna w porównaniu do religii. Zajęcia indywidualne (czy w małych grupach) są z zasady cięższe od grupowych, bo nauczyciel więcej czasu i energii poświęca jednemu uczniowi. Zakładając, że dziecko generalnie nie lubi się uczyć, to chętniej wysiedzi tam, gdzie nauczyciel będzie poświęcał mu mniej uwagi. Poza tym, ksiądz na religii będzie chciał mieć jak najwięcej uczniów, będzie się starał, żeby nikt nie wybrał konkurencyjnej etyki (to byłaby przecież porażka) – jeśli nie będzie w stanie atrakcyjnie i przekonująco prowadzić lekcji, to może po prostu gwarantować lepsze oceny... Z drugiej strony, nikomu nie będzie zależało na tym, żeby ktoś chciał chodzić na etykę...

Zaraz się podniosą głosy, że zamiast religii, czy etyki powinno być jakieś religioznawstwo. A nawet, że lekcje religii powinny tak wyglądać, czy gdzieś tak wyglądają. Ale przecież to nierealne! Kto by miał tego nauczać? Najpewniej księża, albo katecheci. Nawet jeśli nie, to i tak w większości przypadków (jeśli statystyki nie kłamią), ludzie wierzący. Jak głęboko wierzący człowiek może obiektywnie przedstawić różne religie? Skoro wierzy, że jego religia jest prawdą (to chyba dogmat większości wiar), a reszta to tylko wiary innych ludzi, które trzeba szanować, to w jaki sposób miałby pozostać obiektywnym? Uważam, że to byłoby nie w porządku wymagać od głęboko wierzącego człowieka (np. księdza), żeby przedstawiał inne religii na równi swojej.

Jeszcze jedna kwestia: zmuszanie dziecka do chodzenia na religię vs zmuszanie do nie chodzenia. Nie chcę do niczego zmuszać, będzie to trzeba przedyskutować w rodzinnym gronie, biorąc pod uwagę zdanie córki. Jeśli miałaby cierpieć nie chodząc na religię, albo chodząc na etykę, to trudno. Jednak uważam, że to nie w porządku, że w ogóle pojawia się taki dylemat.

Najgorsze, że problem pojawi się prawdopodobnie wcześniej niż kiedyś sądziliśmy. Teraz zajęcia z religii bywają w przedszkolach, Krysia do przedszkola idzie za tydzień. Wyboru przedszkola praktycznie nie ma – miejsc jest tak mało, że nie można wybrzydzać. No cóż, najwyżej w przedszkolu będą jej mówić, że ma być dobra, bo inaczej trafi do piekła, albo się bozia zdenerwuje (czym to się różni od nie rozrabiaj, bo cię porwie Baba Jaga?), a potem my będziemy jej tłumaczyć, że ma być dobra, żeby innym nie sprawiać przykrości. Miejmy nadzieję, że z takiego zamieszania będzie w stanie wyciągnąć właściwe wnioski.

P.S. nie chcę syfu w komentarzach, ani nie liczę na wysokie miejsce w rankingu najbardziej komentowanych, więc ostrzegam z góry, że jak uznam to za stosowne, to komentarze będę usuwał, albo je całkiem zablokuję.

111 komentarzy do wpisu „ Dlaczego nie chcę religii (i etyki) w szkole”


Sejm nie próżnuje

Koalicja się rozsypała, ma się rozstrzygnąć kwestia rozwiązania sejmu, pielęgniarki i lekarze strajkują, jakaś reforma finansów miała być wprowadzana, afera goni aferę, podobno kupa ważnych ustaw czeka na uchwalenie przed rozwiązaniem sejmu... więc sejm nie próżnuje i zajmuje się tym, co przecież najważniejsze: wprowadzono zakaz handlu w święta.

Już pomijając kwestie sensowności takiego zakazu. Czy naprawdę sejm nie ma teraz nic ważniejszego do roboty? Czy zakaz ten ułatwi uchwalenie budżetu na czas? Usprawni przygotowania do Euro 2012? Rozwiąże jakiś palący problem społeczny? Czy coś by się zmieniło, jakby z tą ustawą poczekano parę miesięcy? Nie ma to jak tematy zastępcze...

No i przy okazji się dowiedziałem, że od tego roku jakieś Zielone Świątki są dniem ustawowo wolnym od pracy...

22 komentarze do wpisu „ Sejm nie próżnuje”


Amerykanie są śmieszni c.d.

W Ameryce kolejny skandal. Szkolni bibliotekarze z różnych części USA nie chcą w swoich bibliotekach książki dla dzieci The Higher Power of Lucky Susan Patron, nagrodzonej prestiżową nagrodą. Protestują też rodzice. A wszystko dlatego, że w książce tej pojawia się słowo moszna (jako miejsce w które wąż ugryzł psa)...

Widać, do pewnego wieku, pewne części ciała po prostu nie istnieją, a przynajmniej nie mają nazw... ;-)

10 komentarzy do wpisu „ Amerykanie są śmieszni c.d.”



[szpieg] Jesteście obserwowani...