13 września 2007
16:06:06
|
kategorie:
linux,
pld,
praca,
sieci,
Ostatnio miałem problemy z cieszeniem się pracą. Właściwie kombinowałem
tylko co by robić, żeby nic nie robić i jak dotrwać do weekendu. W końcu jednak
klient (czyli szef) sprowadził cztery serwery (dwa Sun Fire i dwa jakieś
Supermicro) dla swoich klientów i miałem na tym postawić nasz system. Właściwie
to miały być dwie instalacje – dla każdego klienta dwa serwery z których
jeden miał zastępować drugi w razie awarii. Czyli miałem zrobić dwa klastry HA
(High Availability).
Prawdę mówiąc nie miałem większego pojęcia na ten temat, więc się trochę
bałem, czy w ogóle się uda. Na początku więc po prostu postawiłem cztery
identyczne serwery. Potem szef zepsuł jedną maszynę Sun Fire i mogłem spokojnie
się skoncentrować na budowie jednego klastra :-). Warto zaznaczyć,
że wszystkie te maszyny stoją w Amsterdamie, a ja mam do nich dostęp tylko
przez sieć: SSH (także do konsoli szeregowych) oraz interfejs WWW do zdalnego
wyłącznika zasilania.
Nasz system oparty jest na Xenie, na listach Xena przeczytałem, że do zapewnienia
redundancji dobrze mieć DRBD (dla dla
replikacji dysków), albo iSCSI lub inne rozwiązanie SAN (jeśli przestrzeń
dyskowa miałaby być współdzielona). Wyszło mi na to, że dla nas lepsze będzie
DRBD. Zacząłem czytać o DRBD. Dowiedziałem się, że DRBD dobrze byłoby używać
wraz z Heartbeatem. To się zabrałem za
szykowanie pakiecików...
Po kilku przeróbkach PLDowych pakietów, po kilku kompilacjach kernela,
Heartbeata i DRBD, w końcu udało mi się coś uruchomić. Najpierw niespecjalnie
to działało, a ja kompletnie nie wiedziałem co sie na moich serwerach dzieje.
Ale po trochu to rozpracowywałem. W końcu usługi się uruchamiały tam gdzie
trzeba, a jak maszynę wyłączyłem, to przeskakiwały
na drugą. Super.
:-)
... ale to wszystko w konfiguracji Heartbeat w wersji pierwszej, która
już podobno nie jest zalecana. No to włączyłem wersję drugą (crm
yes w /etc/ha.d/ha.cf) i zabawa zaczęła się od początku:
wszystko przestało działać, przestałem rozumieć co się dzieje i dalej trzeba
było pakiet heartbeat poprawiać. Ale i to opanowałem i muszę przyznać, że
sprawiło mi to niezłą frajdę. :-)
Ciekawe co jeszcze mogę w tym klastrze poprawić... bo inne rzeczy co
czekają w kolejce, niestety, nie są już takie fascynujące... No cóż, kiedyś
nuda musi wrócić.
No i ciekawe jak te klastry będą się zachowywać w warunkach produkcyjnych...
12 kwietnia 2007
16:51:24
|
kategorie:
oprogramowanie,
pld,
sprzęt,
Żonka ostatnio wspominała, że chciałaby mieć kamerkę internetową. Ja lubię
takie zabawki, więc od razu podchwyciłem pomysł i postanowiłem jej kamerkę
kupić. No to zajrzałem na Allegro co tam mają... cała masa do wyboru... no to
biorę parę z brzegu i Googlam za ich wsparciem w Linuksie. Ciężko to idzie. Nic
na temat wsparcia w Linuksie dokładnie tych urządzeń co znalazłem na Allegro w
Google nie było. Jak
coś znalazłem, co miało wsparcie, to albo tego na Allegro nie było, albo
kosztowało więcej niż byłem w stanie zapłacić. Na Allegro był tak wielki wybór,
że nie sposób było sprawdzić wszystkiego. Podobnie na wygooglanych listach
sprzętu obsługiwanego przez Linuksa. Oczywiście każdy producent chipsetu
zrobił interfejs po swojemu (urządzenia oparte o standard UVC się dopiero
pojawiają i do tych najtańszych nie należą), a który chipset jest w której
kamerce to dopiero po podłączeniu można stwierdzić...
Na Allegro i tak nie chciałem tego kupować (w końcu to kot w worku),
uznałem, że wybiorę się do sklepu. Normalnie wziąłbym ze sobą listę
obsługiwanego sprzętu, żeby porównać z tym co jest na półkach. Ale dostępne
listy są olbrzymie... a i tak niekompletne... Poszedłem więc bez listy, parę
popularniejszych nazw zapamiętałem, a w ogóle, to uznałem, że może trafię. I
umówię się ze sprzedawcą, że jak nie uruchomię tego, to zwrócę...
No więc przyszedłem do sklepu. Przerażanie w oczach – chyba z
dziesięć różnych kamerek na półce, żadna nie przypomina niczego o czym
czytałem... No nic, mówię, że chcę kamerkę i nieśmiało dodaję ale taką,
żeby działała pod Linuksem
. A sprzedawczyni, ku mojemu zaskoczeniu, bierze
jedną kamerkę z półki (i to chyba taką, jakiej żonka oczekuje – na
laptopa, z klipsem) i mówi, że ta będzie na pewno działać. Okazało się, że był
tam już jeden klient z takimi wymaganiami, przyszedł z laptopem i na miejscu
sprawdził. Zapytałem jeszcze o parametry, bo kosztowała mniej niż byłem
przygotowany na to wydać. Pani zaproponowała, że może podłączyć do jakiegoś
laptopa i pokazać. Już brała jednego laptopa, ale stwierdziła: Ale ten ma
zainstalowaną tę kurewską... oj, przepraszam... na nim jest ta Vista
.
Kobieta była rzeczywiście przerażona, że jej się takie słowo wymsknęło. Widać
szczerze. :-D
W końcu dała mi jakiegoś laptopa z Windows XP, żebym sobie podłączył i sprawdził.
Taaa... równie dobrze mogłaby mnie posadzić przed sterami helikoptera, żebym
się przeleciał ;-). Ale jakoś sobie w tym egzotycznym systemie, i
to jeszcze z jakimiś dodatkowymi przeszkadzajkami, poradziłem. Kamerka
zadziałała, obraz był zadowalający (przynajmniej jak na tą cenę). Biorę.
Za sterownikami rozglądałem się wcześniej, więc jakiś miałem już w pracy
skompilowany, dla najnowszego kernela PLD AC. Okazało się, że pasuje do tej
kamerki. Załadował się bez problemu i xawtv pokazało obraz. Ale Ekiga
marudziła, że nie może otworzyć urządzenia. Bałem się, że kamerka z Ekigą
niezgodna (może dlatego, że JPEG)... ale okazało sie, że po prostu ten
sterownik to V4L1, a w Ekidze miałem załadowane tylko V4L2. Doinstalowałem
libpw-vide-v4l i ruszyło!
Teraz trochę danych praktycznych:
- Kamerka to:
A4Tech Evo Cam Note
- Sterownik do niej to: gscpav1
(wersja: 20070110)
- Aby
ręcznie
zbudować ten sterownik na PLD Ac trzeba:
Dopiero teraz zobaczyłem, że w repozytorium PLD jest gspca.spec i
się nawet buduje, więc można zapomnieć o tym, co napisałem wyżej i po prostu
zbudować sobie pakiet. Wersja w specu jakby trochę inna, jeszcze nie sprawdzałem czy
działa, najwyżej trzeba by speca nieco poprawić.
Update: Nagrałem mały testowy filmik, żeby pokazać co kamerka może. No, nie do końca pokazuje on co chciałem – podczas nagrywania obraz stracił nieco na jakości, bo nie znalazłem jeszcze sposobu na nagrywanie z tego w optymalnej jakości. Na bezpośrednim podglądzie w spcaview/xawtv/mplayer obraz jest odrobinę lepszy.
02 lutego 2007
22:08:24
|
kategorie:
gry,
linux,
oprogramowanie,
pld,
programowanie,
Niedawno pojawiło się nowe XFCE: 4.4.
Najpierw chciałem to w pracy sobie zainstalować, ale okazało się, że ani tego
nie ma w PLD Ac, ani nie da się w tym Ac zainstalować. Instalacji Th wolałem
nie ryzykować na maszynie która służy mi do pracy... co innego w domu, tam
ostatnio używam jedynie CJC i Firefoksa. Uznałem, że dwie aplikacje jakoś do
działania doprowadzę.
Upgrade nie był prosty. Masy rzeczy w repo Th brakuje. Wiele zależności
jest zepsutych. Cała masa pakietów zbudowanych w Ac wymaga X11-*, albo
XFree86-*, których w Th już nie ma (wystarczyłyby zależności od libX*, które
pociągnęłyby odpowiednie pakiety xorg-*). Dodatkowo, żeby nie było za prosto,
mam u siebie pomieszane pakiety 32- i 64-bitowe. Ale jakoś się udało...
Pierwsze co chciałem odpalić, to Xy. W końcu dla nowego XFCE jest ta cała
szopka... Poprzednio używałem 64-bitowego X-serwera i zamkniętych sterowników
ATI. Otwarte nie dawały akceleracji, a zamknięte nie działały, gdy X-serwer był
32-bitowy (generalnie większość systemu mam 32-bitowe), a kernel 64-bitowy (bo
tylko taki pozwala mi odpalać binarki i 32- i 64-bitowe). Teraz chciałem
spróbować z serwerem 32-bitowym i sterownikami Open Source, w końcu między X.org
7.0, a 7.2 coś mogło się zmienić...
Jedno się nie zmieniło – sterownik z X.org wciąż nie rozpoznaje mojej
karty (ATI Technologies Inc RV370 secondary [Sapphire X550 Silent]) i obsługuję
ją dopiero po dodaniu do xorg.conf: ChipId 0x5b60
. Akceleracja 3D też nie
ruszyła, chociaż sterownik DRM w kernelu się załadował i kartę poprawnie
wykrył... logi sugerowały, że znowu może być coś z tymi bitami... Zainstalowałem
więc 64-bitowy X-serwer z 64-bitowymi sterownikami. DRI ruszyło. Rozszerzenie
"Composite" też. Mogłem podziwiać piękną przezroczystość w XFCE. Najpierw
działało to strasznie wolno, ale po poprawieniu paru opcji da się tego używać.
Jednak z OpenGL coś wciąż było nie tak... mimo że glxinfo pokazywało, że
wszystko jest OK i nawet Direct rendering: yes
. To glxgears nie działało.
Znaczy się działało, ale nic nie wyświetlało. Podobnie wszystkie inne aplikacje
3D...
Spróbowałem więc zamkniętych sterowników... musiałem przebudować, bo w Th
były stare, niekompatybilne z nowymi Xami. Nowe się zbudowały, nawet działały,
ale bez akceleracji 3D. Linker dynamiczny nie mógł znaleźć jakiegoś symbolu od
DRI w modułach X-serwera... pewnie te zamknięte binarki nie są zgodne z naszym
buildem X.org... no cóż, tym razem lepiej wypadły sterowniki otwarte.
Wróciłem do otwartych sterowników i spróbowałem jeszcze czegoś:
zainstalowałem 64-bitowe glxgears... i ruszyło. Czyli tym razem, pod 64-bitowym
kernelem, nie tylko X-serwer musi być 64-bitowy, ale i wszystkie aplikacje
OpenGL. Przykre... ale chwilowo mogę z tym żyć. Ostatnio i tak wiele takich
aplikacji nie używam. Właściwie, to tylko StepManię.
Dzisiaj więc postanowiłem sobie skompilować StepManię na 64-bity. Środowisko
do budowania zrobiłem sobie w chroocie z czystym 64-bitowym Th. Zainstalowałem
co StepMania potrzebowała i zacząłem budowanie. Od razu się wykrzaczyło... SM
jest w C++, a C++ ma to do siebie, że kod napisany dla starszego kompilatora
często nie da się skompilować nowszym. W PLD Th mamy GCC 4.2 i to GCC kodu
StepManii nie polubiło. Jednak potrzebnych poprawek nie było dużo i większość
z nich była nawet dla mnie (nie znającego i nie lubiącego C++) oczywista.
W końcu się skompilowało. I nawet dało się uruchomić.
Skompilowana przez mnie StepMania działała, ale tak jakby nie do końca. Nie
dało się wejść do ustawień gry, a rozpoczętej gry nie dało się wygrać. Jak się
poprawnie przeszło
którąś piosenkę, to maszyna puszczała ją od początku.
Można by się było zajechać ;-). Podczas kompilacji widziałem
warningi dotyczące, między innymi, strict aliasing rules
, więc
postanowiłem spróbować kompilacji z innymi opcjami. Okazało się, że skrypt
configure StepManii na sztywno ma wpisane -O3
. To już mogło sprawiać
problemy. Zmieniłem na -O2
i dodałem -fno-strict-aliasing
i całość
skompilowałem od nowa. Podczas kompilacji ćwiczyłem sobie na tej niedorobionej
binarce – ciekawie się gra, gdy komputer się czasem zagapi i nie
zauważy
, że się strzałkę wcisnęło na czas. ;-)
Po kilkunastu minutach miałem nową 64-bitową binarkę gotową. I tym razem
działa dobrze. To sobie jeszcze kiedyś poskaczę. :-)
W kolejce czeka zbudowanie GComprisa dla
Krysi, bo stare wyleciało razem z Ac (w Th tego brak).
17 czerwca 2006
21:23:16
|
kategorie:
linux,
pld,
Miesiąc temu opisałem jak
sprytnie skonfigurowałem sobie czytnik kart w moim nowym komputerku. Dzisiaj
chciałem sobie tym sposobem zgrać zdjęcia z karty CF. Wkładam kartę,
robię mount /media/cf... i nie ma takiego katalogu. W fstabie
też żadnej wzmianki o włożonej karcie, mimo że wciąż jest nagłówek: #
This file is edited by fstab-sync - see 'man fstab-sync' for
details
. Chciałem spróbować odpalić fstab-sync ręcznie... ale
nigdzie nie ma czegoś takiego...
Szukam poldkiem po pakietach – nie ma. Zaglądam do hal.spec
i dowiaduję się, że fstab-sync zostało usunięte ze źródeł. Zaglądam do
ChangeLog i dowiaduję się tylko tyle, że zostało usunięte. Ani słowa na temat
dlaczego i co w zamian. Na stronach Hala wyszukiwanie
hasła fstab-sync
nie pokazuje nic.
No pięknie... niech ja jeszcze się kiedyś jakąś ciekawą technologią
zainteresuję... Ciekawe, czy jak skonfiguruję udev, żeby mi robiło symlinki
dla urządzeń czytnika kart, to też to za miesiąc przestanie działać...
28 marca 2006
18:28:29
|
kategorie:
pld,
praca,
Zaczęło się
tak niepozornie... Jednak od tamtego czasu trochę dla tego gościa
zrobiłem... I w sobotę przyleciał do Gliwic z Amsterdamu, specjalnie, żeby
omówić sprawę ewentualnego zatrudnienia mnie na pełen etat... Dzisiaj
aktualnemu pracodawcy złożyłem wypowiedzenie.
Od chyba ośmiu lat pracuję jako administrator w jednej firmie. Robota
administratora zasadniczo mi odpowiada, ale potrafi dać w kość. Szczególnie
dyżurna komórka
jest stresująca, nawet jeśli rzadko dzwoni. Poza tym,
sama firma też mi dała w kość. Nie na tyle, żeby już dawno z niej uciec,
gdziekolwiek indziej, ale wystarczająco, by nie mieć wielu wątpliwości gdy
pojawia się lepsza oferta. Jednak wątpliwości były – najbardziej szkoda
tej całej infrastruktury którą stworzyłem, właściwie od zera –
konfiguracja serwerów, architektura sieci, oprogramowanie/oskryptowanie które
to wszystko napędza...
Bez wątpienia w dotychczasowej pracy wiele się nauczyłem. Zarobki spokojnie
wystarczają na życie na całkiem sensownym poziomie. Mając dostęp do firmowej
infrastruktury mogłem rozwijać swoje pasje, mogłem też wspomóc inne projekty
– np. PLD builderem AMD64 i systemem zgłaszania błędów. Wciąż tam mam
swój JID...
Koledzy obiecali, że zaopiekują się serwerem Jabbera. Infrastruktura PLD
może i też mogłaby zostać, ale, że nikt blisko związany z PLD w firmie nie
zostaje, to pewnie jednak będzie to trzeba gdzieś przenieść. Swoją pocztę
i swoje WWW wyniosłem już dawno. Przeniesienie list dyskusyjnych moich
projektów to tylko kwestia czasu.
Szef moje wypowiedzenie przyjął spokojnie. Najbardziej zaskoczony był
kolega, który nie spodziewał się tak szybkiego awansu. Koleżanki się
zapłaczą... ;-)
Nową pracę zacznę jak mi się skończy okres wypowiedzenia, czyli na początku
lipca, albo wcześniej, jeśli koledzy wcześniej uznają, że poradzą już sobie
sami. Prawdopodobnie doczekam jeszcze pierwszej instalacji światłowodowej
w firmie :-).
W nowej pracy też będę trochę adminował, ale nie to ma być moim głównym
zadaniem. Trudno właściwie powiedzieć kim dokładnie będę. Chyba po prostu
developerem
w szerokim tego słowa znaczeniu. W tym programistą, chociaż
tego chciałem uniknąć. Do tego analitykiem, projektantem i czymśtam jeszcze, po
trochu.
Mimo, że płacę mam ustaloną w Euro, to pracować mam tutaj, na miejscu.
Dostanę jakieś malutkie biuro, z biurkiem i komputerem i jakoś będę miał sobie
radzić. Jak szefa dwa razy do roku zobaczę na oczy, to będzie dobrze. Zresztą,
po roku mogę już tej pracy nie mieć, jeśli to przedsięwzięcie nie wypali (co
zapewne będzie w dużej mierze zależało ode mnie). Jednak mam zamiar spróbować
– warunki są, jak dla mnie, jak najbardziej zachęcające.
Klamka zapadła... zobaczymy co będzie dalej...
23 marca 2006
22:23:38
|
kategorie:
linux,
pld,
sprzęt,
Już jakiś czas stwierdziłem, że dysk w moim drewnianym
serwerku Tropku
jest stanowczo za wolny i trzebaby coś z tym zrobić.
Jednocześnie przyszedł czas, żeby wymienić 18GB dysk SCSI (Ultra160, 10000RPM)
w desktopie na coś większego. Na urodziny zebrało mi się trochę gotówki, to
zacząłem zakupy. Kupiłem nowy dysk do desktopu (praktycznie taki sam jak
stary, IBM z tej samej serii, ale 36GB i ze złączem SCA), ustrojstwo do
podłączenia tego dysku, kontroler SCSI do Tropka i pamięć do Tropka (wymiana
dysku, gdy pamięci było tylko 256MB, mogłaby być nie w pełni uzasadniona).
Pamięć kupiłem niewłaściwą, więc wstrzymałem się z dalszymi zakupami do czasu
rozwiązania tego problemu.
Mając dysk (wyciągnięty z desktopa po zamianie na 36GB) i kontroler nie
mogłem tego od razu zamontować w Tropku, bo Tropek ma tylko jedno złącze PCI,
w którym siedzi sieciówka, przez którą nam do domku spływa ten cały Internet...
Mój szatański plan był taki: sieciówkę wymienić na taką na USB, dodatkowo
zaopatrzyć się w adapter USB<->IDE i podłączyć ten powolny dysk IDE na zewnątrz
serwerka. Co się ma te 40GB marnować...
W zeszłym tygodniu udało mi się wreszcie dostać właściwą pamięć do tropka.
Zamontowałem, działa, więc postanowiłem powrócić do wymiany dysku. Zamówiłem na
Allegro kartę sieciową USB i ten adapter USB<->IDE. Przyszły w poniedziałek.
Kartę sieciową podłączyłem od razu -- to nie wymagało specjalnych przygotowań.
Zadziałała całkiem ładnie. Zachęcony tym, postanowiłem jak najszybciej
zamontować i dysk. We wtorek przymocowałem do szafki eleganckie
mocowanie do dysku, a wczoraj miałem dokończyć robotę.
Nie była to banalna operacja. Pierwsza sprawa – trzeba było do
stanowiska pracy
Tropka doprowadzić zasilanie dla zewnętrznego dysku. Do
tego musiałem korki wyłączyć (to trzebabyło zrobić w czasie, gdy żonka nie chce
nic w TV oglądać, ani na komputerze robić) i trochę przy kabelku podłubać (nie
chciałem tam pakować normalnej listwy zasilającej, to miałem za swoje). Potem
pozostało tylko
zamontowac nowy dysk i przegrać istotne rzeczy ze
starego.
Do kopiowania dysku postanowiłem użyć PLD Rescue CD. Wciąż miałem jedno
przygotowane do bootowania przez sieć. Niestety z zabootowaniem tego miałem
sporo problemów. Winnym okazało się zmienione MTU na maszynie serwującej obraz
po TFTP. Po zabootowaniu załadowałem sterowniki kontrolera i dysków SCSI
i usb-storage i zacząłem kopiować partycje: cat /dev/sdb3
> /dev/sda2
. Marnie szło, to zamieniłem to na bardziej przyjazne:
pipemeter < /dev/sdb3 > /dev/sda2
.
Okazało się, że w tym RescueCD chyba coś skopane były sterowniki
usb-storage i po przekopiowaniu kilkudziesięciu MB dysk znikał
z systemu. Podłączyłem więc dysk do desktopa i tam skopiowałem zawartość tej
jedynej "normalnej" partycji, czyli /boot. Potem przez SSH poszło
na Tropka. Bez problemu i się nawet zamontowało. Ale samo /boot
systemu nie czyni... Pozostałe systemy plików były w LVM, na partycji
/dev/sdb3. No więc robię lvscan
i nie ma.
vgscan
... nie ma. file -s /dev/sdb3
...
data
. Zamiast phisical volume
LVM są jakieś śmieci. Super...
W tym momencie przypomniałem sobie o backupie. Przecież do backupów sobie
kupiłem nagrywarkę DVD i skonfigurowałem Baculę. I nawet jakiś backup Tropka
miałem... ostatni z początku lutego. Zawsze lepiej niż nic. Ale czemu nie
wpadłem na to, żeby zrobić świeży backup przed eksperymentowaniem
z dyskami???
Z backupu najpierw odzyskałem metadane LVM. Przy pomocy
pvcreate
i vgcfgrestore
udało mi się je
odtworzyć. Znowu zobaczyłem wszystkie wolumeny, większość z nich dała się też
bez problemu zamontować. Poza jednym... root
. No to e2fsck
...
kupa. e2fsck -B 8193
... kupa... przypomniałem sobie, że tam miałem
akurat XFS, a nie EXT3... No to xfs_repair
... przeszło. Montuję... i mam
jeden katalog lost+found
z masą niezidentyfikowanych katalogów i plików.
Jeden z katalogów udało się zidentyfikować jako /etc, inny jako nasze obrazki
do Joggerów. No to najważniejsze są, reszta w miarę aktualna w backupie.
Skopiowałem to /lost+found gdzie indziej, założyłem filesystem od nowa (tym
razem EXT3), odzyskałem zawartość z tego lutowego backupu, pojedyncze pliki
uaktualniłem ręcznie, lub przekopiowałem z lost+found i właściwie serwerek
można było uruchomić. Było jeszcze parę drobnych komplikacji ale w końcu Tropek
ruszył na swoim miejscu. Mogliśmy iść spać...
...ale nie mogliśmy zasnąć. Nowy
dysk okazał się stanowczo za
głośny. Żonka zdecydowała, że trzeba go na noc wyłączyć i rano nie włączać,
żeby nie stresować teściowej. Byłem więc dzisiaj do wieczora bez poczty. Może
i dobrze, bo w pracy też się nieźle pokaszaniło (tym razem nie moja sprawka),
więc mi roboty nie brakowało.
Po pracy ruszyłem do Praktikera poszukać jakiś materiałów do wyciszenia
maszyny. Kupiłem jakieś samoprzylepne filcowe ślizgi
do mebli, jakieś
gumowe (tak myślałem, okazało się, że z twardego plastiku) nóżki
, trochę
śrubek i podkładek. W domu zacząłem kombinować. Rozwierciłem dziury, sanki
przykręciłem do obudowy poprzez filc. Podobnie dysk do sanek. Do tego zrobiłem
dziurę w klapie, żeby się domykała, mimo odstającego złącza SCSI. Dziurę od
zewnątrz też obudowałem filcem. Chyba jest trochę lepiej. Przekonamy się jak
wyłączymy desktopa i pójdziemy spać...
Po postawieniu tropka na miejsce zabrałem się za naprawianie tego, co
jeszcze było zepsute. Okazało się, że praktycznie wszystkie nasze ostatnie
obrazki z Joggerów zostały zniszczone. To co znalazłem w lost+found
to
śmiecie. Poza tym wielkich strat nie widzę... Dobrze że żona ostatnio w dobrym
humorze...
Update: Nie sugerujcie się zbytnio tym desktop
... to tylko zastosowana tutaj nazwa kodowa dla naszej maszynki, która do postawienia na biurko się średnio nadaje ;-). Komputer ten znany jest także jako duży
, albo nic
.