Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

To ja też pokażę zimę

Spadł pierwszy śnieg i wszyscy zaczęli robić zdjęcia. Ja nie mogę być gorszy. ;-)

Wczoraj w Reptach (żona przyjechała po mnie z aparatem) niewiele mi wyszło, ale dzisiaj w Szałszy było trochę lepiej:

Zimowa Szałsza

Bluszcz na oknie Krysia w śniegu na Biedronce

Ośnieżony krzaczek Kap...

2 komentarze do wpisu „To ja też pokażę zimę”


Kilka fotek

W piątek wieczorem wybrałem się na spacer. W parku okazało się, że na grobie żołnierzy francuskich palą się już znicze. Uznałem, że mogłoby mi to posłużyć do zabaw z aparatem. Wróciłem się więc po aparat i statyw. I tak chciałem porobić trochę nocnych zdjęć parku. Oto co wyszło:

Światełka u francuskich żołnierzy Poruszone światełka
Bokeh
Alejka w parku jesiennym wieczorem Wieczorem na skraju parku

Wczoraj fotograficznie wyżywała się żonka, a dzisiaj pojechaliśmy, jak co tydzień do Szałszy na konie. Dziewczyny sobie jeździły, a jak poszedłem z aparatem do lasu. A tam ptaszki, motylki, malinki i inne roślinki: :-)

Dzięcioł zielonosiwy Strzyżyk Rusałka pawik Leśne maliny.  W listopadzie?! Trawsko Tak się łamią drzewa

Sarenka niestety uciekła, zanim miałem szansę zrobić jej zdjęcie.

8 komentarzy do wpisu „ Kilka fotek”


Wycieczka do lasu

Dzisiaj się wybraliśmy z rodzinką na jesienną wycieczkę do lasu.

Jesień...

Nie liczyliśmy na wielkie grzybobranie, ale w lesie gdzyby były. Jadalne:

Borowik ceglastopory

... i mniej jadalne: ;-)

Huby

Spotkaliśmy też żółte motylki:

Motylki dwa

... i najróżniejsze roślinki:

Na pieńku Jakieś czerwone owocka

Mimo skromnych oczekiwań wróciliśmy z lasu z wiadrem pełnym grzybów: ;-)

Pełne wiadro grzybów ;)

6 komentarzy do wpisu „ Wycieczka do lasu”


Burze w Gliwicach

[błyskawica]

Zaczęło się w czwartek wieczorem – trochę pomruczało i popadało. Burze były chyba przez całą noc, ale obudziliśmy się dopiero o 6:20 – dokładnie, to obudziły nas jakieś smętne kościelne śpiewy (no cóż, święto jakieś). Wkrótce przestało być słychać śpiewy, bo nadchodziła burza. Błyski, grzmoty, ściana wody za oknem, chwilami sypał grad. Przed naszym blokiem łączyły się dwa potoki, dalej nie było widać...

Gdy się trochę uspokoiło zobaczyliśmy, że na główniejszej ulicy też rzeczka płynie, jak przejeżdżał samochód, to zostawiał za sobą ścianę wody. Później jakby wszystko spłynęło i wyschło, słońce wyszło i na pierwszy rzut oka po burzy dużego śladu nie było... wyszliśmy więc zajrzeć do mieszkania i na działkę teściów (mieliśmy się zaopiekować)...

Już po drodze było widać ślady wody, szczególnie w parku było widać ślady płynących tędy potoków. U teściów wyjrzałem przez okno – tam kiedyś po większych deszczach był zawsze widok na wielkie bajora na łąkach... Teraz w tamtym miejscu stoją centra handlowe, pod którymi robiono porządne odwodnienie... nie spodziewałem się zobaczyć niczego ciekawego. Jednak, przy salonie Norauto zobaczyłem jakby małe jeziorko... postanowiliśmy, że zajrzymy tam po drodze na działkę...

Rzeczywiście, było tam jeziorko. Centrum Norauto stało na wysepce, a wokół pełno wody. Z wody leciały bąbelki... Kawałek dalej drugie, śmierdzące, bajorko. Wydawało ono dziwne sycząco gwiżdżące odgłosy... okazało się, że to studzienki kanalizacyjne pod spodem wsysają tę wodę... Podeszliśmy jeszcze do rzeki, zobaczyć jaki tam poziom wody... niższy niż tych bajorek, ale sporo wyższy niż zwykle. I widać było, że wcześniej wody było jeszcze z pół metra więcej. Kolektor kanalizacji burzowej był prawie całkiem zanurzony – nie dziwne, że odwodnienie dawnych łąk nie dawało rady...

Udaliśmy się na działkę. Szliśmy od strony rzeki i widzieliśmy, że te najniżej położone działki są całe zanurzone w wodzie. Od tej strony nie było nawet jak wejść na teren ogrodu. Poszliśmy naokoło... okazało się, że większość działek jest pod wodą. Było nawet widać miejsca, gdzie wybiły studzienki kanalizacyjne (co wyjaśniało zapach). W końcu podeszliśmy do teściowej działki, od góry. Okazało się, że cała stoi w wodzie, ale jako jedna z ostatnich (właściciele działek położonych wyżej mieli więcej szczęścia). No to więcej ogórków już w tym roku nie będzie. :-)

Do domu poszliśmy wałem przy Góry Chełmskiej. Przed pierwszym blokiem facet suszył samochód. Najwyraźniej trzymał go w garażu pod blokiem. Dalsze kilka bloków stało w wodzie, piwnice raczej kompletnie zalane. Kobiety próbowały robić jakiś porządek, a półnadzy faceci w oknach przyglądali się zalanym podwórkom, garażom i komórkom. Tam nie powinno być żadnych zabudowań mieszkalnych... ale cóż, kiedyś jakiś idiota postanowił jednak coś zbudować. A stary wał (pewnie przeciwpowodziowy) teraz tylko pogarsza sprawę zatrzymując wodę w tej niecce.

Przez resztę dnia było gorąco, parno, a chwilami nawet słonecznie. Wybraliśmy się na Jarmark Średniowieczny do Chudowa, ale w tym tłumie w takiej duchocie nie dało się długo wytrzymać. Wieczorem chcieliśmy wybrać się do kina... ale wróciła burza. Postanowiliśmy więc spróbować porobić burzowe fotki szczególnie, że aktualnie mamy do tego całkiem niezłe warunki – Krysia na wakacjach, a jej pokój pusty, bo dopiero co był malowany. Nawet zasłon nie ma – spokojnie można było rozstawić statyw i otworzyć okno z widokiem na burzę.

Jednak, tego wieczora nie udało się nic ciekawego złapać. Jakoś nie chciało błyskać we właściwym miejscu. Do tego bateria w aparacie była prawie rozładowana. Burza przeszła a myśmy poszli spać. Przed snem żona jeszcze poprosiła, żeby ją obudzić, jakby znowu błyskało...

Śniły mi się tornada i wyjazd do Gruzji... w końcu obudziła mnie burza. Budzę Iwonkę mówiąc, że się błyska. A niech się błyska, padła odpowiedź. Widać żonce się dobrze spało i ochota na fotografowanie przeszła... Ja uznałem, że najwyżej sam się pobawię... i jak wtedy nie błysło i nie huknęło! Żonka była pierwsza przy aparacie. :-)

My średnio przytomni, a burza waliła prawie zaraz za oknem. Wszystko razem sprawiało, że nie do końca wiedzieliśmy co się dzieje. Ika wciskała spust migawki, ja jej coś przeszkadzałem... ale chyba się złapało... tak... całe prześwietlone – biały prostokąt tylko. Trzeba było zmienić parametry ekspozycji. Nam zaspanym ciężko było coś konkretnego ustalić, a do tego trzeba było na jakiś czas zamknąć okno, bo padało do pokoju, ale w końcu wyklikałem: czas 1s i ekspozycja -4EV. Z nocno-deszczowego widoku za oknem łapały się tylko światła, błyskawica powinna też się złapać... ale burza już sobie poszła, na drugą stronę. No cóż, poszliśmy znowu spać.

Jakiś czas później znowu obudziła nas nadchodząca burza. Pioruny waliły gdzieś daleko, ale najwyraźniej się zbliżały. Wstaliśmy więc i podeszliśmy do aparatu i okna. Parametry pozostały takie, jak ustawiłem poprzednio i tylko żonka trzymała przycisk spustu migawki... klik, klik, klik...

[błyskawica] [błyskawica] [błyskawica]

W sumie przez noc zrobiliśmy jakiś tysiąc zdjęć... ale w końcu się udało! Może nie są to jakieś nadzwyczajne efekty. Trochę ciemno (przy tej ostatniej burzy błyskało trochę słabiej), trochę pozasłaniały niskie chmurki, ale coś jest. :-)

[błyskawica]

Burze mają jeszcze wrócić... może jeszcze coś się trafi.

22 komentarze do wpisu „ Burze w Gliwicach”


Z pamiętnika kuracjusza – czas wolny

Zabiegów mam może dużo, ale czasu wolnego jeszcze więcej. Szczególnie teraz, gdy w planie wszystkie zabiegi mam przed południem i to jeden za drugim. A wolny czas trzeba jakoś spędzić...

Prawie codziennie chodzę więc na netoterapie, a więc z laptopem do biblioteki lub kafejki internetowej (gdy biblioteka zamknięta) podłączyć się na godzinkę z Siecią. Tam zgrywam zdjęcia z komórki i wysyłam na Flickr, poświęcam chwilkę rozpoczętym przed wyjazdem grom Lonturn i Outer Space, trochę pogadam na Jabberze i ściągam artykuły w Google Reader dla trybu offline. Raz byłem na przedstawieniu teatralnym. Zajrzałem też na tutejsze potańcówki, ale tam bawiły się głównie pary babcia + dziadek i jakoś nie widziałem dla tam siebie miejsca. Poza tym to głównie chodzę na samotne spacery. O jednym (o wyprawie na Chełmiec) już pisałem, ale było ich więcej.

Praktycznie codziennie włóczę się po Wzgórzu Gedymina, chyba już każdy jego wierzchołek zdobyłem po kilka razy. Parę razy zrobiłem jakieś większe kółeczko po Szczawnie. W czwartek 12. stwierdziłem, że aktualne współrzędne geohashing dla tej okolicy wypadają w Wałbrzychu, to wybrałem się tam na piechotę – prawie 6 kilometrów spacerku po nieznanej okolicy. Niektórymi dzielnicami Wałbrzycha trochę strach było iść, ale dotarłem na miejsce. No prawie, dokładne współrzędne wypadały gdzieś na łące, na którą musiałbym przejść przez czyjś ogródek, albo zboże... a autobus już czekał. W każdym razie spacerek sobie zaliczyłem. Wróciłem autobusami (pierwszy, taki jaki był, z tego Poniatowa do centrum, drugi już do Szczawna Zdroju).

W sobotę, 14., po obiedzie chciałem się wybrać obejrzeć Książ... ale późno już było dość (a na zwiedzanie podobno sporo czasu potrzeba) i autobus mi uciekł, to wsiadłem do innego autobusu i znowu pojechałem do Wałbrzycha. Zwiedziłem sobie kawałek wracając z centrum do Szczawna na piechotę. Fajny park mają w samym centrum – prawie że dziki las na stromych górkach.

W niedzielę po śniadaniu już żaden autobus mi nie uciekł i pojechałem do Książa. Nie tak całkiem bezinteresownie, czekały tam przecież na mnie dwie skrytki geocache. Za szukanie pierwszego skarbu zabrałem się właściwie zaraz po przyjeździe, na zwiedzanie zamku jeszcze i tak było za wcześnie (jeszcze przed dziewiątą). Bardzo fajny tamtejszy park ze stromymi zboczami. I właśnie tam, w jednej ze skał czekało na mnie pudełeczko. Dopełniłem formalności i udałem się na zwiedzanie zamku.

Przy kasie dowiedziałem się, że na zwiedzanie z przewodnikiem musiałbym poczekać godzinę od kupienia biletu... długo, postanowiłem więc pozwiedzać samemu. Zamek z zewnątrz bardzo ładny, duży... ale w środku jakoś nic nie powaliło mnie na kolana. Teraz to bardziej dwudziestowieczny hotel niż średniowieczna warownia. Do tego we wnętrzach, poza paroma ostatnimi salami, brakowało jakiegokolwiek opisu, więc bez przewodnika nawet nie wiedziałem co oglądam. Ciekawsze były już zamkowe tarasy, tu bez żadnego wyjaśniania widziałem, że ładne. Po drodze strzeliłem sobie trzy razy ze średniowiecznej kuszy (i nawet raz udało mi się trafić w papier z tarczą).

Po zwiedzeniu zamku Książ udałem się żółto-niebieskim szlakiem w kierunku ruin Starego Książa, gdzie miał czekać na mnie kolejny skarb. Szlak jest piękny, wzdłuż wąwozu, wąska ścieżka na urwisku, miejscami przejście mostkami przy pionowych ścianach skalnych. Raczej nie dla kogoś z lękiem wysokości. Rzeka która wyżłobiła ten krajobraz, Pełcznica, brudna, pomarańczowa, zaśmiecona i śmierdząca. Znacznie lepiej prezentowała się z góry, gdzie tylko było słychać jej szum.

Ruiny zamku Stary Książ jak to ruiny, może nie bardzo okazałe, ale mają pewien urok. A niedaleko skrytka ze skarbem. To już trzecia odnaleziona podczas mojego pobytu w Szczawnie. :-) Do uzdrowiska wróciłem na piechotę, dalej żółto-niebieskim szlakiem. Ominął mnie obiad, ale tutejszego obiadu nawet nie szkoda. Zjadłem sobie lepiej Pod Wieżą.

Okazało się, że w czasie, gdy ja sobie tu wypoczywam, pojawiły się nowe skrytki geocache w okolicy. :-) No to załadowałem sobie kolejne cele do komórki i we wtorek wybrałem się do ruin zamku Nowy Dwór. Najpierw musiałem wymyślić jak się tam dostać. Niby to ciągle Wałbrzych, ale daleko od Szczawna... zadupie jakieś. A na mojej mapie nie są pokazane linie autobusowe. Kupiłem więc w Empiku plan miasta... przyjrzałem się zadupiu raz jeszcze... i okazało się, że tam jest Dworzec Główny, a do takiego obiektu znaleźć połączenie autobusowe już łatwo. :-) Z dworca już poprowadził mnie żółty szlak, zresztą, to już było całkiem blisko.

Ruiny mnie trochę zaskoczyły. Pozytywnie. Spodziewałem się czegoś znacznie mniejszego. A tu, co minąłem jeden mur, to moim oczom ukazywał się kolejny. I w jednym z nich było ukryte pudełko. Czwarty skarb znaleziony :-) W zamian za kredki zostawiłem joggerowy długopis, więc jak ktoś chce, to wie gdzie szukać...

To we w miarą bliskiej okolicy została mi jedna skrytka, na Trójgarbie. Tam wybrałem się w czwartek. Prawie siedem kilometrów w jedną stronę. Większość przez pola i łąki, do schroniska Bacówka pod Trójgarbem, dalej świerkowym lasem na górę. W schronisku śmieszny pan przywitał mnie pytaniem spragniony? i dalej o to, czego bym chciał się napić... bo po napoje inne niż piwo (zresztą wybór i tak nie wielki) musiał zejść do piwnicy bo kradną. W ogóle turystów tam niewielu (ja nie spotkałem żadnego, ale podobno pan jedno piwo już tego dnia sprzedał), a ja zostałem uznany za jakiegoś pasjonata. Szlak całkiem przyjemny i nawet niezbyt stromy. Pod koniec towarzyszyło mi osobiste stadko... much. Na górze stał jakiś szałas, pełen śmieci (ech, ci pseudoturyści), jakieś resztki fundamentów nie wiadomo po czym i niewiele więcej. Ze względu na drzewa raczej nie było widoków do podziwiania. Po podejrzeniu wskazówek w sieci (niech żyje EDGE i Opera Mini) szybko odnalazłem skrzynkę. I byłem pierwszy! Mam nawet na to certyfikat. :-) Ze skarbów wybrałem sobie krokomierz. Ze szczytu do Bacówki wracałem nieco innym szlakiem, dalej do Szczawna miałem iść tym samym co w tę stronę... ale po drodze przeoczyłem jakiś zakręt i wróciłem inną drogą. GPS przydał się do orientacji w terenie.

Na razie tyle wycieczek. W najbliższym czasie wybieram się jeszcze na Borową. Skrytki geocache żadnej tam nie ma, ale to najwyższy szczyt Gór Wałbrzyskich, więc jak tu jestem, to wypada zaliczyć. Dzisiaj podobno współkuracjusze organizują jakiegoś grilla na Słonecznej Polanie, zajrzę tam. Poza tym, w parku ma być jakiś koncert – Świętojańska Noc Operetkowa, czy jakoś tak. To też chciałem obejrzeć. Będę więc pewnie kursował między jednym i drugim, żeby ostatecznie znowu skończyć na samotnej włóczędze po Wzgórzu Gedymina...

2 komentarze do wpisu „Z pamiętnika kuracjusza – czas wolny”


Z pamiętnika kuracjusza – wyprawa na Chełmiec

Chełmiec to szczyt górujący nad tutejszym krajobrazem. Samotna góra z masztem telewizyjnym i wielkim białym krzyżem na szczycie. Tam też znajdować się miała skrzynka geocaching OP0060. Jeszcze przed wyjazdem do sanatorium postanowiłem, że muszę się tam wybrać. Tutaj jednak się okazało, że czas na wycieczki jest ograniczony (w tygodniu ciągle są zabiegi), a do tego nie powinniśmy wybierać się na takie wyprawy bez pozwolenia lekarza.

Wczoraj przed obiadem mieliśmy badania. Spokojny o wynik badania i nauczony, że głównym zaleceniem dla mnie było dużo chodzić spytałem lekarza o pozwolenie. Ten powiedział, że jak nie będę odczuwał przy tym żadnych dolegliwości z kręgosłupa to mogę. Tylko mam uważać.

Zaraz po obiedzie więc zmieniłem buty (sandały nie koniecznie się nadawały), zapakowałem kurtkę do plecaka, założyłem czapeczkę (słonko przygrzewało), uruchomiłem GPS, kupiłem wodę i wybrałem się na wyprawę niebieskim szlakiem. Według tabliczki na szczyt miałem 1,5h drogi, a do kolacji 4h czasu.

Początek mimo, że dość płaski, był męczący, bo w słońcu. Minąłem Szczawieński cmentarz na wzgórzu, przeszedłem przez jakieś peryferia Wałbrzycha i dotarłem do lasu. Przez las szło się bardzo przyjemnie. Spotkałem sarenkę i leśną myszkę. Potem zrobiło się trochę stromiej. Doszedłem do jakiejś drogi którą szlak prowadził łagodnie wzdłuż stromej skarpy po lewej... aż na drzewie pojawiła się strzałka w lewo. Ten fragment szlaku raczej nie był przewidziany dla kuracjuszy, ale ja się dzielnie wdrapywałem. Na drodze zauważyłem trójkę innych kuracjuszy. Spojrzeli na mnie i postanowili iść dalej drogą (nie dziwię się im). W końcu wdrapałem się na szczyt. Już z końcówki szlak widok był śliczny.

Na szczycie, oprócz krzyża i masztu telewizyjnego stoi jeszcze murowana wieża (trochę ruina). Na wejściu karteczka, że w weekend co pół godziny wpuszczają turystów. O 15:20 drzwi się otworzyły i wyszła grupka, spytałem się, kiedy będzie można wejść, okazało się, że już. To wszedłem. Za 4zł mogłem zobaczyć prześliczny widok. Na Wałbrzych, Szczawno-Zdrój, Ślężę, Śnieżkę i dużo więcej. Na Śnieżce jeszcze biało.

Wieżą opiekują się, społecznie, tutejsi krótkofalarze. Na szczycie masa anten (część pewnie amatorska, a część operatorów komórkowych itp., pewnie zarabiają na utrzymanie wieży).

Gdy schodziłem z wieży pod nią była już ta trójka, co wybrała drogę. Siedzieli tam, gdzie spodziewałem się znaleźć skarb więc kręciłem się w kółko, zanim nie poszli. Potem przeszukałem okolicę. Skrzynka była jednak gdzie indziej. Do tego zupełnie na wierzchu. Pewnie ktoś niewtajemniczony przypadkiem znalazł i porzucił. Dopełniłem formalności, wziąłem klamerkę z kwiatkiem, zostawiłem nalepkę z pingwinem i schowałem pudełko porządniej. Potem mogłem wracać.

Po drodze trochę pokropiło, ale za bardzo mnie nie zmoczyło. Zdążyłem wrócić 15 minut przed kolacją – w dobrym humorze i zadowolony z wyprawy. O dziwo, dzisiaj nawet nie jestem bardzo obolały. Trzeba sobie wymyślić kolejny cel. Pod Książem są trzy skrzynki...

7 komentarzy do wpisu „ Z pamiętnika kuracjusza – wyprawa na Chełmiec”



Jesteście obserwowani...