20 sierpnia 2006
21:32:08
|
kategorie:
imprezy,
muzyka,
No to byliśmy wczoraj na koncercie tych czterech Pepiczków z Pragi
, jak
sami siebie nazwali. Było świetnie.
Ich ubiory z czasów prawdziwych Beatlesów
wprowadzały właściwą atmosferę jak tylko pojawili się na scenie. Historyczny sprzęt
(gitary, wzmacniacze lampowe) dawał to właściwe, charakterystyczne brzmienie.
Wykonane przez nich piosenki nie odbiegały bardzo od oryginałów. Do tego
niesamowite poczucie humoru lidera zespołu (całkiem dobrze mówiącego po
polsku). To wszystko gwarantowało wspaniałą zabawę.
Żonka stwierdziła, że czuła się jakby
była na koncercie prawdziwych Beatlesów. Polecam!
18 sierpnia 2006
21:23:28
|
kategorie:
imprezy,
muzyka,
rodzinka,
Jutro o 19:30, w gliwickim Parku Chopina mają
grać The Beatles Revival. Chyba się wybierzemy. Dobra podróbka może nie
być zła, a przynajmniej wykorzystamy tę wyjątkową możliwość wyrwania się
gdzieś wieczorem. :-)
16 sierpnia 2006
10:04:15
|
kategorie:
linux,
muzyka,
oprogramowanie,
w sieci,
Wróciłem po urlopie do roboty, chciałem sobie puścić muzyczkę, no to
zajrzałem na Last.FM, co tam nowego.
Okazało się, że wreszcie jest Last.FM Client pod Linuksa. Ściągnąłem,
odpaliłem i wygląda całkiem miło – już na pierwszy rzut oka wydaje się
dużo bogatszy i wygodniejszy od starego Last.FM Playera. Muzyczka gra.
:-) ...trzeba zająć się robotą. :-(
23 kwietnia 2006
13:15:49
|
kategorie:
imprezy,
muzyka,
Wczoraj byłem w Wiatraku na koncercie Renaty Przemyk. Było bosko! Tym
razem nawet akustyk się spisał i było słychać co Renata śpiewa. Przez cały
koncert cała widownia zasłuchana i z uwielbieniem wpatrzona w piosenkarkę. Nie
dziwne, że Renata wydawała się nieco speszona. Już w połowie koncertu zaczęło
mi się robić żal, że to się niedługo skończy, a na kolejny taki będzie trzeba
długo poczekać...
Byłem już dwa razy na jej koncertach. Pierwszy, chyba ponad dziesięć lat
temu, w gliwickim kinie Amok też był niesamowity. Drugi trochę mniej, pewnie
dlatego, że był częścią bardziej masowej imprezy (Nocy Świętojańskiej
przeniesionej z rynku do Teatru Muzycznego). Gdy Renata znowu się pojawi
w okolicy, to pewnie się też wybiorę.
A dzisiaj jeszcze z żonką wybieram się na Kąpielisko Leśne na koncert
Myslovitz. Mam nadzieję, że też będzie fajnie. :-)
23 stycznia 2006
21:12:29
|
kategorie:
lajf is brutal,
muzyka,
Mam już trochę dość dodatkowej roboty za Euro i innych zobowiązań które na
siebie wziąłem, takich jak np. przygotowanie referatu na Pingwinaria.
Chciałbym znowu czuć, że jak tylko skończę pracę to mam czas w którym nic nie
muszę robić, po prostu mogę robić na co mam ochotę. Znalazłby się wtedy czas na
robienie PyXMPP, CJC, czy chociażby pisanie na Joggera
– jest wiele rzeczy które chciałem opisać, a nie miałem kiedy.
Co gorsza, ja wcale tak dużo nie robię, przejmuję się tym ile mam do
zrobienia, marudzę, a robię i tak mniej niżbym mógł. Tyle, że czas w ten sposób
zaoszczędzony marnuję
na kompletne obijanie się. Szkoda mi zabierać się
za swoje pasje, gdy wiem, że powinienem zająć się czymś poważniejszym, a do
zajęcia się tym czymś poważniejszym po kilka godzin dziennie też nie umiem się
zmusić... męczące to i stresujące, nawet jeśli to po prostu lenistwo.
;-)
Przez weekend, od piątku, służbowe komórki nie dawały mi żyć. Ciągle coś
się psuło, albo coś trzeba było sprawdzić. W sobotę musiałem jechać do Zabrza. Dodając do tego
sobotnie porządki i wizytę u mojej mamy (w końcu to babcia Krysi) to w sobotę
do wieczora nic nie mogłem zrobić. A wieczorem wybrałem się na koncert, odstresować się. Czasem
trzeba się oderwać od tych cholernych komputerów...
To był koncert Homo Twist,
w zabrzańskim Wiatraku. Miało się
zacząć o 19:00, zaczęło się o 19:45, najpierw wystąpił support w postaci
jakiegoś młodego poznańskiego zespoły heavy-metalowego. Nawet fajnie grali, ale
w ich występie najlepsze były efekty specjalne, w postaci ichniejszego
perkusisty. Już wyjaśniam... Na sali, a więc zapewne i na scenie, było chłodno.
Perkusista, jak to często bywa, podczas grania się nieco zgrzał. Że był łysy,
to zaraz jego łysa czacha zaczęła lśnić od potu i... się dymić. Dymiło się
z niego co najmniej jak z czajnika gotującego wodę. Jeśli dodać do tego
heavy-metalową muzykę i oświetlenie w postaci czerwonego reflektora
wymierzonego w tę czachę (akurat jeden tak trafił), to efekt był piorunujący
i na dobre rozbawił publikę. Kto tylko miał aparat, to zaraz fotografował to
cudo.
Poznaniacy skończyli po godzinie i po dwudziestominutowej przerwie na scenę
wyszedł Homo Twist. Maleńczuk w okularkach, wyglądał na zmęczonego życiem
inteligenta, ubrany był jak na tamtejszą temperaturę przystało, chyba w dwie
bluzy polarowe (na sali prawie wszyscy w zimowych kurtkach). Na tym tle
basista, Titus wyraźnie się wyróżniał... on miał na sobie koszulkę na
ramiączkach i goły brzuch. Ale podczas koncertu nie padł. %-)
Repertuaru Homo Twist za bardzo nie znam. Lubię Maleńczuka, samo Homo Twist
też mi się dobrze kojarzyło, więc jak zobaczyłem, że jest koncert w Wiatraku,
to się wybrałem. Nie zawiodłem się. Taka muzyka najwyraźniej mi odpowiadała. Niestety,
nagłośnienie na koncercie mniej. Tak jak na koncercie Łez było chyba trochę za głośno,
albo po prostu akustyka w tej sali jest taka kiepska. Trudno było zrozumieć słowa piosenek.
Jednak mimo to, bawiłem się świetnie. Może w nowej siedzibie klubu (obecny
Wiatrak jest przeznaczony do rozbiórki z powodu budowy DTŚ) będzie lepiej.
Jako dodatkową atrakcję można było uznać dwie blondyny tańczące
i obcałowujące się pod sceną, ku uciesze takich zboczeńców jak ja.
;-)
Do domu wróciłem po 23-ciej, śmierdzący paskudnie papierosami. Gdyby nie
ten paskudny papierosowy dym i kiepskie nagłośnienie (przynajmniej jak na moje
uszy), to koncert byłby idealny. Ale i tak było super. Przy kolejnej okazji też
będę się musiał na coś takiego wybrać.
Wracając do marudzenia... w sobote nie zrobiłem więc nic, na zrobienie
czegoś pożytecznego została niedziela. Tym razem nawet udało się tej niedzieli
całkiem nie zmarnować – napisałem sporą część referatu na Pingwinaria
(którego zalecany termin oddania minął 15-go stycznia). Dzisiaj powinienem pisać
to dalej, ale jak widać wolałem naskrobać coś na Joggera... Niestety, unikanie
roboty idzie mi za dobrze... Jutro biorę dzień urlopu, żeby odstawić auto do
mechanika, a siebie do lekarza (w sprawie trzeciego szczepienia przeciwko WZW),
może uda się jeszcze coś do tego referatu dopisać.
23 października 2005
22:52:50
|
kategorie:
lajf is brutal,
muzyka,
rodzinka,
Dzisiaj wybrałem się z żonką na koncert, na Łzy
, w Wiatraku.
Wyszalałem się nieźle. Mimo, że popularny zespół, to zagrali kawał niezłego
rocka. Było super, ale rzeczywiście, troszkę
za głośno.
A teraz trochę pomarudzę...
Niestety, żonka się tak dobrze nie bawiła. Właściwie, w ogóle się nie
bawiła, mimo, że tak na to liczyłem... No cóż... wygląda na to, że jestem skazany
na jeżdżenie na koncerty samemu. :-( W sumie prawie zawsze tak było.
Ma to też swoje zalety, ale trochę smutno zawsze jest, szczególnie gdy się
widzi bawiące się razem pary, czy chociaż grupki przyjaciół... Jednak na dobrym
koncercie zwykle przychodzi taki moment, gdy mijają smutki, zostaję tylko ja i muzyka.
I wbrew wszystkiemu znakomicie się bawię... tyle, że koncert zwykle szybko się
kończy... Podobnie było tym razem.
Ale żonka jest kochana. Nawet dzielnie zniosła dzisiaj moje marudzenie. Dziękuję!
Po powrocie do domu humor prawie mi się poprawił... a tu jeszcze kolejna
nowina... wrrr... nie dość że łapie mnie jesienna depresja i żadnych, powodów
do zmartwień nie potrzebuję, to jeszcze kaczki dorwały się do władzy...
Swoją drogą, jeśli ta jesienna depresja
mi nie odpuści, to nienajlepiej
się Jesień Linuksowa zapowiada...