Show them to me
Wreszcie jakaś piosenka i teledysk z przesłaniem. ;-D
Edit [2007-10-20]: powyższy link nie działa, ale znalazłem inny, działający: Show them to me
Wreszcie jakaś piosenka i teledysk z przesłaniem. ;-D
Edit [2007-10-20]: powyższy link nie działa, ale znalazłem inny, działający: Show them to me
Żona pojechała sprzedawać pingwiny do Krakowa. Więc ja zostałem sam z Krysią i musiałem sam zadbać o rozrywki dla dziecka...
Jakiś czas temu odkryłem, że przejeżdżając niecałe 3km od domu, przez niezbyt ruchliwą okolice, wyjeżdża się właściwie za miasto. Co więcej, przez pola biegnie tam szlak rowerowy. Wcześniej myśleliśmy, że bez bagażnika rowerowego do samochodu, to Krysi na żadną fajną rowerową wycieczkę nie zabierzemy, bo co to za atrakcja jazda po mieście? A jednak.
Dziś więc postanowiłem wypróbować trasę z Krysią (tydzień temu sam się tamtędy przejechałem: do Łan Wielkich i z powrotem). Zapakowałem jakieś picie do torby, założyliśmy kaski, wyciągnąłem rowerki i pojechaliśmy. Najpierw pod Żabkę po coś słodkiego na drogę, a potem w nieznane (przynajmniej dla Krysi).
Na tym kawałku nie było wyznaczonych ścieżek rowerowych a i chodników czasem brakowało, musiałem więc miejscami jechać z pięciolatką po jezdni. Nawet szybko załapała, że należy jeździć prawą stroną i ładnie się krawędzi jezdni trzymała. Jechała przede mną, więc mogłem ją pilnować i nie narzucałem swojego tempa. Gdy wyjechaliśmy na polną drogę dawałem jej większą swobodę, ale dalej grzecznie się trzymała prawej strony.
Krysia dzielnie pedałowała. Dopiero przed Kozłowem (jakieś 6km od domu) zaczęła coś wspominać o zmęczeniu. Dojechaliśmy do zabudowań. Tam była ławeczka, jakaś kapliczka i nawet jakiś wóz-cukiernia (niestety zamknięta). Ale to nic. Najlepsza atrakcja była po drugiej stronie ulicy: kucyki. Ktoś na ogródku miał hodowlę kuców. Kilka dużych i ze trzy źrebaczki! Śliczne, szkoda, że nie wzięliśmy aparatu...
Obejrzeliśmy koniki, zjedliśmy batoniki wypiliśmy soczek/wodę
i postanowiliśmy wracać. Widać było, że Krysia już trochę zmęczona
i troszkę zaczynała marudzić. Zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę po drodze na
trawce, pobawiliśmy się zielskiem i jechaliśmy dalej. Nagle widzę znajomą
twarz... mówię cześć
, słyszę odpowiedź cześć
i znajoma
twarz
jedzie dalej... no cóż, widać znowu mi się pomyliło (zawsze miałem
problemy z rozpoznawaniem twarzy)... ale jednak... Ciotka się zorientowała
i zawróciła. Tak jak mi się wydawało, to była matka chrzestna Krysi. Okazało
się, że właśnie wybrała się na rowerową wycieczkę ze swoim innym
chrześniakiem, Olkiem. I właściwie, to powinni też już wracać, więc wracaliśmy
razem. W Krysię nagle wstąpiły nowe siły – już nie była zmęczona, ale
dzielnie goniła Olka (parę lat od niej starszego). Prędkość nam się z 7 km/h
zwiększyła do 11. :-)
Odprowadziliśmy ciotkę prawie pod jej blok i już spokojnie wróciliśmy do
domku. Tam zrobiłem
(odgrzałem) obiadek, nawet dwudaniowy. Potem
zdychałem (jakoś mnie to wszystko zmęczyło, a do tego strasznie rozbolała mnie
głowa), a dziecko nawet bardzo mnie nie męczyło.
Jeden spacer dziennie to oczywiście dla Krysi za mało, po Teleekspresie
trzeba było zapewnić inne atrakcje. Skorzystałem z tego, że w ten Weekend
w Gliwicach jest Grająca
Starówka i zabrałem małą do miasta. Jak tam dotarliśmy, to się jeszcze nic
nie zaczęło, więc na początku obejrzeliśmy tylko wszystkie sceny. W końcu
zatrzymaliśmy się pod sceną rockową
, gdzie zaczynał się pierwszy
koncert. Po dwóch piosenkach Krysia stwierdziła, że trochę za głośno grają
(rzeczywiście chyba lekko przesadzili tam z nagłośnieniem). Przeszliśmy na
scenę Jazzową. Tam była zupełnie inna muzyka, a przede wszystkim cichsza.
Krysia stwierdziła, że jej się podoba. Zostalibyśmy może dłużej, gdyby nie
okazało się, że to dopiero próba techniczna i właściwie na razie nic więcej
tam nie było.
Trafiliśmy na scenę Teatru Muzycznego. Tam odbywało się małe
przedstawienie przeplatane piosenkami, głównie (a może tylko?) Czesława
Niemena. Jeśli te młode piosenkarki to aktorki Teatru Muzycznego, to może czas
się trochę odchamić ;-)? Postaliśmy tam i posłuchaliśmy z 45
minut i Krysia stwierdziła, że chce do domu. Ja bym mógł na tej Grającej
Starówce i do końca siedzieć, ale cóż... czas wracać.
Krysia zjadła kolację, obejrzała bajkę na DVD (bo na dobranockę się
spóźniliśmy) i zaraz idzie spać. Żonka już też zdążyła wrócić. Dzień można
uznać za udany. :-)
Od jakiegoś czasu miałem ochotę wybrać się na jakiś koncert. Niestety
ciężko było coś ciekawego w okolicy znaleźć. Zobaczyłem, że w wiatraku 23-go
lutego ma grać Artrosis. Nazwa kompletnie mi nic nie mówiła, ale że Last.fm twierdziło, że to coś podobnego do
Closterkellera, to uznałem, że można spróbować. Tydzień temu jeszcze
ściągnąłem dwie ich piosenki, żeby upewnić się, że to nie jakaś kaszana.
Stwierdziłem że ujdzie, a to wystarczyło, żeby na koncert sie dalej wybierać.
Tak bardzo się wybierałem, że na miejscu byłem trochę
za wcześnie.
Dzień wcześniej. Coś mi się pomieszało i ubzdurałem sobie, że koncert jest
w czwartek. ;-)
Po tej wpadce zacząłem mieć wątpliwości, czy chcę na ten koncert. Ale uznałem, że jak nie pójdę, to będę żałował, że nie wykorzystałem okazji, żeby się zabawić. Więc wczoraj znowu pojechałem i tym razem trafiłem na koncert.
Przed Artrosis grały dwa inne zespoły. I już pierwszy, Landscape Of Souls
zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Taki mroczny metal. Tekstów w ogóle nie
dało się zrozumieć, ale za to klimacik był fajny. Drugim zespołem był
Lilith, grali znacznie
łagodniej, wokalistka trochę przypominała mi trochę Korę z wczesnego Manaamu,
ale klimat rzeczywiście nieco bardziej gotycki
. Podobało mi się, mogli
by pograć trochę dłużej... ale w końcu jeszcze miała zagrać gwiazda
wieczoru.
W końcu przyszedł czas i na Artrosis. Rzeczywiście grali podobnie do Closterkellera. Wokalistka niezwykle sympatyczna, zespół miał świetny kontakt z publicznością. A muzyka, gdy już się wczułem w klimat, super. Grali dłużej niż poprzednicy, ale mnie i tak było mało...
Oprócz muzyki na koncercie było coś jeszcze. Pewna śliczna blondyna chyba
mnie podrywała... albo to mi się tylko ubzdurało... w każdym razie było bardzo miło.
:-) Poczułem się jakieś jedenaście lat młodszy... to wtedy prawie
z każdego koncertu wychodziłem z jakąś fajną dziewczyną...
8 komentarzy do wpisu „ Po kolejnym koncercie, 11 lat młodszy :-)”
Poezja sama w sobie zwykle do mnie nie dociera. To tylko zbiór słów ładnie ułożonych. Nie czuję tego. Co innego poezja z muzyką... muzyka może mnie otworzyć na poezję tak, że każde słowo czuję całym sobą. To jest jakieś przeżycie. Sama muzyka, w przeciwieństwie do samej poezji, działa podobnie, ale to jeszcze nie to samo, co muzyka z odpowiednim tekstem.
Oczywiście muzyka muzyce nie równa, tak jak poezja poezji. Tradycyjna
poezja śpiewana
mimo, że zwykle mi się podoba, nie wzbudza wielkich
emocji. Widać gruboskórny i potrzebuję coś mocniejszego. Dlatego już dawno
polubiłem Świetliki. Ponure teksty Marcina Świetlickiego, recytowane przez
niego samego, są wręcz wbijane we mnie idealnie dopasowaną, ciężką muzyką.
To robi wrażenie.
Jak tylko zobaczyłem, na last.fm, że w Gliwicach, w Spirali, mają grać Świetliki, uznałem, że muszę tam być. Co prawda, w tym tygodniu wybierałem się na Homo Twist (dwa koncerty to byłaby nadmierna rozpusta) i w czwartki mam z żonką lekcje tańca, to jednak Świetlików sobie odpuścić nie mogłem. W końcu jeszcze nigdy nie byłem na ich koncercie i nie wiadomo kiedy w okolicy będzie kolejny.
No więc wczoraj byłem na tym koncercie. Już po pierwszej piosence upewniłem się, że nie mogłoby mnie na nim nie być. Akustyka w Spirali zrobiona dużo lepiej niż w Wiatraku, gdzie ostatnio bywałem na koncertach i wyraźnie słychać było każde słowo Świetlickiego, każdą gitarę z osobna i wszystko razem jak należy. To były dwie godziny świetnej muzyki. Dawno tak dobrze nie wydałem dziesięciu złotych. Chyba będzie trzeba wydać jeszcze parę, na płytę.
Niestety, główny feler takich imprez w Spirali doskwierał nie mniej niż w
Wiatraku. Dym papierosowy. Znowu wróciłem cały śmierdzący. A chyba najbardziej
kopcił Świetlicki – papieros po papierosie, gdy mu zabrakło, dał 20zł
publiczności, żeby mu kolejną paczkę kupili. Trochę mi go szkoda, zapewne go
to szybko wykończy. Po śmierci pewnie będzie sławny... ale szkoda go będzie.
Swoją drogą, to trochę obleśny typ. Ale jednocześnie dość sympatyczny. No
cóż... artysta... ;-)
Odpaliłem sobie ścieżkę dźwiękową z filmu The Doors
... Czemu już
nikt nie tworzy takiej muzyki? Ten nastrój... to brzmienie, szczególnie
organów... mmmmniam.
No to byliśmy wczoraj na koncercie tych czterech Pepiczków z Pragi
, jak
sami siebie nazwali. Było świetnie.
Ich ubiory z czasów prawdziwych Beatlesów wprowadzały właściwą atmosferę jak tylko pojawili się na scenie. Historyczny sprzęt (gitary, wzmacniacze lampowe) dawał to właściwe, charakterystyczne brzmienie. Wykonane przez nich piosenki nie odbiegały bardzo od oryginałów. Do tego niesamowite poczucie humoru lidera zespołu (całkiem dobrze mówiącego po polsku). To wszystko gwarantowało wspaniałą zabawę.
Żonka stwierdziła, że czuła się jakby była na koncercie prawdziwych Beatlesów. Polecam!
Jesteście obserwowani...