Niedawno zapisałem się do plusowej Muzodajni. Strona nie wygląda zachęcająco i wyraźnie brakuje tam moich ulubionych wykonawców, ale muzyki mają sporo i 5zł miesięcznie za 25 utworów (plus cyrograf na co najmniej 8 miesięcy) to całkiem niezła stawka. Dzisiaj np. ściągnąłem sobie całą najnowszą płytę Kasi Kowalskiej i wykorzystałem na to tylko część z tych pięciu złotych. Za CD kupione w sklepie musiałbym zapłacić dużo więcej, a ostatecznie i tak zripowałbym do OGG i MP3 i słuchał przez komputer i telefon.
No więc jest fajnie, można za grosze sobie ściągać legalną muzykę. Jest nawet parę formatów (w opcji, z której korzystam, bez DRM) do wyboru: MP3 128kbit, WMA 128kbit, WMA 256kbit i MP4 128kbit. Można nawet ściągnąć piosenkę we wszystkich formatach, a i tak płaci się raz.
Problem polega na tym, że mnie WMA nie interesuje, a do 128kbit wolałbym się nie ograniczać, jeśli nie muszę. Napisałem więc sobie taki skrypcik wma2mp3:
#!/bin/sh -xe
input="$1"
output="$2"
if [ -z "$output" ] ; then
output="${input%.wma}.mp3"
fi
tmpfile="$output.tmp"
ffmpeg -i "$input" -acodec libmp3lame -ab 192k -f mp3 "$tmpfile"
if [ -e "$output" ] ; then
id3cp "$output" "$tmpfile" || :
fi
mv "$output" "$output.bak"
mv "$tmpfile" "$output"
Skrypt uruchamia się podając nazwę pliku WMA jako argument. Plik ten zostanie przetworzony na MP3 192kbit, mam nadzieję, że z minimalną utratą jakości. Dodatkowo, jeśli już istnieje odpowiedni plik MP3, to tagi ID3 z niego zostaną skopiowane do pliku nowo utworzonego. W ten sposób, jeśli z Muzodajni ściągnę WMA 256 i MP3 128, to z pierwszego biorę muzykę, z drugiego tagi (nie chciało mi się kombinować jak dane o artyście i tytułach wyciągnąć z WMA – łącze mam na tyle szybkie, że mogę sobie ściągać podwójnie).
Ile można siedzieć w domu, chodzić na spacerki i słuchać muzyki z radia
w komórce? Wczoraj więc wybrałem się na koncert Hey w zabrzańskim Wiatraku.
Poprzedni ich koncert bardzo mi się podobał, a i forma już mi pozwala na takie
wypady. Żonka mi nawet pozwoliła wziąć samochód. :-)
Tym razem nie chciałem spędzić godziny w prawie pustym klubie, więc
postanowiłem przyjechać tam trochę po oficjalnej godzinie rozpoczęcia.
Niestety miało to swoje minusy – pod Wiatrakiem nie było już gdzie
zaparkować, więc musiałem kilkaset metrów się przejść. Nie mogłem więc
zostawić kurtki w samochodzie, przez co musiałem jeszcze odstać swoje
w kolejce do szatni przed i po koncercie.
W samym Wiatraku nieco zmieniło się od ostatniego razu. Scena została
przeniesiona na lewą ścianę – jest teraz większa i nie ma kolumny po
środku. Może straciła trochę z klimatu, ale za to jest praktyczniejsza.
Szatnie wylądowały tam, gdzie kiedyś były garderoby. Dla publiczności chyba
też jest teraz odrobinę więcej miejsca.
Sam koncert oczywiście świetny. Na początku przeboje ze starych płyt.
Trochę mnie zaskoczyło jak dobrze je znam, przecież słuchałem tego naście lat
temu. Ale prawie cała publiczność śpiewała z Kasią, mimo, że większość z tych
ludzi chodziła do przedszkola, gdy te utwory powstawały. Teksty (te dobrze
znane, jak i nowe), jak i pełen emocji głos Kasi sprawił, że chwilami łezka
się w oku zakręciła. Reszta zespołu też zapewniła spory kawałek dobrego rocka.
To co po raz kolejny zrobiło na mnie wrażenie, to jak zespół wychodził na
scenę: widać, zagrać porządny koncert, a nie pajacować. Młode zespoły zwykle
ubierają się, malują i zachowują tak, żeby się w ten sposób wyróżnić, a ci
weszli ubrani normalnie (no może z wyjątkiem klawiszowca, pod krawatem
:-)) i po prostu zrobili swoje. I obyli się bez piwa i bez
papierosów na scenie (to akurat grzechy niektórych doświadczonych wykonawców).
To się nazywa profesjonalizm.
Tym razem nie miałem większych problemów ze zrozumieniem tekstów –
albo poprawiła się akustyka lokalu, albo akustyk zrobił lepszą robotę, albo...
przygotowałem swoje uszy muzyką ze słuchawek. Z Wiatrakowych uprzykrzeń
zostało jedno: idioci, a głównie młodociane idiotki, z papierosami... Jak
papierosa przy piwku przy stoliku jeszcze mogę zrozumieć (chociaż też mi się
to nie podoba), to w środku rozbawionego tłumu, gdzie jeden na drugiego wpada,
a i oddychać i tak nie ma czym, palenie jest dla mnie zupełnym idiotyzmem. Do
domu wróciłem śmierdzący.
A teraz mam problem... po takim koncercie chciałoby się płytę kupić
i znowu nie wiem którą...;-)
Dziś, gdy już zebrałem się z łóżka, zjadłem śniadanie itd. wybrałem się,
jak to mam w zwyczaju od wyjścia ze szpitala, na spacerek. Tym razem zacząłem
od wizyty u żonki w firmie, zobaczyć nastroje pointegracyjne. Potem udałem się
w kierunku miasta (centrum znaczy się, na wsi nie mieszkam
;)).
W centrum stwierdziłem, że mogę iść dalej, poszedłem więc w kierunku parku
Chrobrego. Tam wciąż było mi mało, więc ruszyłem śladem dawnej wąskotorówki
(po torach już niewiele zostało) w kierunku Trynku. Przeszedłem obok dużych
ceglanych budynków na Pszczyńskiej (zawsze mnie fascynowały) i postanowiłem
zobaczyć jak teraz wygląda to, co kiedyś było Kopalnią Gliwice. Nawet było co
oglądać: dwa zabytkowe budynki ślicznie odnowione, jakiś trzeci,
nowocześniejszy (czyt. brzydszy) dobudowany i wszystko wygląda jakby było
dopiero co skończone i czekało do oddania. Za budynkami trwały jeszcze jakieś
prace. Kawałek dalej widać jeszcze jakieś resztki ruin zakładu przetwórstwa
węgla (zdaje się, że ileś razy podchodzili do burzenia tego... i chyba wciąż
do końca im nie wyszło). Tablice obwieszczają, że teren ten to Nowe
Gliwice i będzie tu Centrum Edukacyjne. No, słyszałem o takim
projekcie, lata temu. I chyba lata temu miało to już funkcjonować...
Ja oczywiście porównywałem okolicę ze swoimi wspomnieniami – wciąż
był tam plac, z którego wyjeżdżało się na górnicze kolonie, czy inne wczasy
lub wycieczki, a po kopalnianym przystanku wąskotorówki pozostał ledwo ślad.
Spod byłej kopalni udałem sie pod blok w którym kiedyś mieszkałem (mając
1-7 lat). Blok stoi, gdzie stał, ale za nim, zamiast nieużytków, czy, później,
kawałka placu budowy, gęsto zabudowane osiedle. Aż trochę traciłem orientację
idąc dalej tamtędy, gdzie kiedyś bawiłem się w zaroślach.
Po drodze do domu zajrzałem jeszcze do biura, po korespondencję. W sumie
znowu przespacerowałem chyba z dwie godzinki i ładnych parę kilometrów.
Praktycznie przez cały spacer miałem na uszach słuchawki, a w nich
Antyradio (chyba jedyne radio, którego playlista praktycznie w 100% mieści się
w moich upodobaniach, a jednocześnie obejmuje sporą ich część). W momencie gdy
wracałem The White
Stripes kończyło grać Conquest, jedna z piosenek dla jakich
Antyradio tak lubię (i jakie potem jeszcze przez jakiś kołaczą się po
głowie)... Dlatego jak tylko dobrałem się do laptopa, to dodałem ją sobie do
ulubionych w Last.Fm. Przy okazji znalazłem teledysk (mina byka: bezcenna):
No i ostatnio codziennie wybieram sobie jakiś kierunek i idę, gdzie mnie
nogi poniosą. Podziwiam sobie nasze śliczne Gliwice, albo pojawiającą się
w okolicy wiosnę. Słucham sobie przy tym radyjka i fajnie jest... Ale co to
będzie, jak mi się L4 skończy i będzie trzeba uczciwie pracować zamiast
szlajać się po okolicy?... ;-)
Jak chcę po prostu spędzić trochę czasu przy muzyce, to włączam
jakąś płytkę, lub moje
ulubione kawałki na last.fm, wyłączam światło, kładę się, zamykam oczy
i słucham...
Żona twierdzi, że takie słuchanie w ciemności jest nienormalne. Naprawdę?
Kumpel podesłał mi zajebistą piosenkę na
YouTube. Szybko wygooglałem też jej
tekst (rozumienie tekstu piosenek ze słuchu wciąż mi średnio wychodzi).
Polecam wszystkim administratorom sieciowym! :-)
Update: tekstu nie trzeba było googlać, jest na YouTube, dostępny po kliknięciu (lewym przyciskiem myszy!) na "more info". Nie można tam było dać przycisku, zamiast czegoś, co wygląda jak link? To chyba dość normalne, że link próbuję otworzyć w nowej zakładce. Niech żyje usability!
08 października 200718:49:07|
kategorie:
imprezy,
muzyka,
A
więc jednak pozwoliłem sobie na rozpustę i byłem w ten weekend na trzech
koncertach. Po dwóch koncertach z okazji, wcześniej wspomnianego,
Pożegnania Lata w piątek, wczoraj wybrałem się na, ostatni na Śląsku,
koncert Pidżama Porno.
Prawdę mówiąc nie znam za bardzo twórczości Pidżama Porno, ale w moim
Loved tracks na Last.FM jakoś znalazło się parę ich piosenek, a więc
najwyraźniej lubię. Jak lubię, to pewnie warto poznać. A jak się zespół
rozwiązuje, to trzeba było i skorzystać z ostatniej okazji wysłuchania na
żywo.
Koncert był w Zabrzu, w Wiatraku,
po letnim remoncie. Pojechałem tramwajem, bo z moją rwą kulszową, to do jazdy
się nie nadaję (nieciekawie by było jakby podczas jazdy złapał mnie ból
uniemożliwiający koncentrację i zdrętwiałaby mi lewa noga). Na szczęście,
godziny koncertu rozsądne i tramwajów w obie strony nie brakowało.
Przed Wiatrakiem czekał już tłum, jakiego jeszcze tam nie widziałem
(bilety wyprzedane już dawno). I znowu poczułem się strasznie staro –
większość to dzieciarnia (a w tę dzieciarnię mogli się wliczać
i studenci)... ale cóż, dziadek-inwalida też może się czasem wyszaleć.
Damska część dzieciarni miejscami wydała się od razu nieco starsza, jak
tylko zrzuciła wierzchnie ciuszki. Cała masa dekoltów ukazujących, nieprzyzwoicie
młode biusty (może o swoje stare serce też powinienem się martwić?). Większość
takich przypadków jednak w myślach kwitowałem: podobałaby mi się... jakieś
piętnaście lat temu. Uff... przynajmniej mój gust pod prokuraturę nie
podpada... ale za to trudniej go na takich imprezach zaspokoić.
;-)
Sam koncert dość mocno się różnił od sobotnich. Zamiast akustycznych
ballad, czy bluesów, ostrzejsza rąbanka. Publiczność przy tym też dużo
aktywniej się bawiąca. Ja się ograniczałem do lekkiego kiwania -- skakanie,
nie mówiąc o pogo, to już nie na moje zdrowie. Ale bawiłem się nieźle.
Bawiłbym się jeszcze lepiej, gdybym znał te piosenki, tak jak większość na
sali... ale cóż, nie znałem. Dobrze, że tym razem chociaż trochę tekstów dało
się zrozumieć i czasem kawałek refrenu mogłem z innymi wykrzyczeć.
Atmosfera była bardzo gorąca. W przenośni i dosłownie. Niektóre dziewczyny
rozbierały się do staników, sądząc po opływającym je pocie, nie tylko ze
względu na ewentualny ekshibicjonizm. Po koncercie z wyjścia się po prostu
dymiło, jak z otwartych drzwi do sauny. Ale mało kto narzekał –
praktycznie wszyscy się po prostu świetnie bawili.
Sprytnie odebrałem swoje rzeczy z szatni na ostatnim bisie tak, że ominęła
mnie kolejka i zdążyłem na pierwszy tramwaj po koncercie. Dotarłem do domku
o całkiem sensownej porze, zdążyłem nawet jeszcze jakieś pieczywo kupić. I nie
śmierdziałem tym razem papierosami (polar był zamknięty szczelnie w plecaku
w szatni, a na sali, w tym tłoku, tylko paru kompletnych idiotów paliło)...
ale wciąż końmi, po porannej wizycie w Szałszy. ;-)