Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Głupi Psuja

Rano dojeżdżając do pracy stwierdziłem, że świeci mi się kontrolka zbyt wysokiej temperatury silnika. Najwyraźniej zaświeciła się już na miejscu. A wentylator się nie włączył. Znaczy się coś jest popsute. Zacząłem kombinować, trzy raz wracałem się do samochodu. Włączyłem ogrzewanie kabiny i dmuchawę, żeby go trochę ochłodzić, ale leciało zimne powietrze. Potem uznałem, że trzeba by sprawdzić poziom płynu chłodniczego. Przez ścianki zbiorniczka nic nie widziałem, więc wpadłem na genialny pomysł, żeby odkręcić kurek i zajrzeć do środka. Odkręciłem tylko trochę i z sykiem prysnęło na boki. Szybko dokręciłem, ale trochę płynu uciekło. Na gorący silnik, więc i dymu trochę naprodukowałem...

W firmie wspomniałem kolegom o problemie z samochodem. Przy okazji dowiedziałem się, że to nie jedyny problem, bo jedno tylne światło mi nie działa. Potem zająłem się pracą. O dziwo, dzisiaj nawet nie było źle. Gdy wyszedłem po drugie śniadanie, standardowo po owocka, to rzuciły się na mnie ciemne winogrona. Jabłek i bananów miałem chwilowo dość. Wziąłem małą kiść i mało mnie nie powaliło, gdy usłyszałem cenę, z piekła rodem: 6.66zł (zwykle kupowałem owoców za 2-3zł). No cóż, raz zaszaleć można. O samochodzie i o tym, że miałem wziąć pieniądze z bankomatu, zapomniałem.

W końcu nadeszła wyczekiwana 16:00. Zdążyłem sobie przypomnieć o bankomacie, więc zadzwoniłem do żonki, spytać się ile pieniędzy wziąć. Żonka przypomniała mi o samochodzie. Wziąłem pieniądze, wróciłem do auta i zajrzałem pod maskę... Płynu chłodniczego nie było właściwie nic. Wymieniłem jeszcze żarówkę w tylnej lampie (ciekawe, czy przy tym też coś zepsułem) i zacząłem dzwonić do żony, do ojca, do znajomych, do mechanika, co z tym chłodzeniem zrobić. Wersje były różne: nalać wody, spuścić wszytko potem nalać płynu lub wody, dolać płynu. Najbardziej przekonywała mnie wersja mechanika, który polecił dolać jakiegoś Petrygo (podobno kompatybilne z tym co mi wlał) i tak, ostrożnie dojechać do niego. Poszedłem więc na stację po płyn...

Stacja to był Shell, a więc swojskiego Petrygo tam nie było. Ceny tego co było nie zachęcały, szczególnie, że mogło to po drodze wypłynąć. Do mechanika się nie dodzwoniłem, więc samodzielnie postanowiłem kupić najtańszą opcję – wodę destylowaną. Po odejściu paru kroków od stacji, wróciłem się jeszcze po żaróweczki, żeby mieć zapas po dzisiejszej wymianie.

Wróciłem do samochodu. Ciężko było coś nalać i stwierdzić ile się nalało, bo ciemno. Więc wpadłem na kolejny genialny pomysł. Że chwilkę, to mogę sobie reflektorami poświecić (a wiedziałem, że akumulator mi trochę szwankuje). Dolałem wody, wsiadam, odpalam... odpalam... nic. Akumulator ma dość. Właściwie mogło mu już zaszkodzić świecenie przy sprawdzaniu żarówki, albo oświetlenie wnętrza, gdy grzebałem pod maską. Nie ważne, w każdym razie byłem znowu uziemiony.

Na taki wypadek już się kiedyś przygotowałem i kupiłem kable do pożyczania prądu. Tyle, że nie było od kogo pożyczać. W końcu zadzwoniłem do kumpla, co mieszka w Zabrzu, ale spory kawałek od firmy. Po 15 minutach przyjechał i udało się uruchomić samochód. Dojechałem do Gliwic. Zostawiłem samochód u mechanika, którego zresztą już nie było, ale syn (oponiarz) obiecał zaopiekować się gratem. Jutro będzie trzeba pogadać z mechanikiem co i jak i dowiedzieć się czy/kiedy/co może być z tym zrobione.

W końcu dotarłem do domku. Przygotowana była patelnia z boczkiem na jajka sadzone, ziemniaczki oraz zupka. Uznałem, że najbezpieczniejsza będzie zupka, gdybym miał coś smażyć, to znowu bym coś spieprzył... Gdy zupka się grzała, zabrałem się za zmywanie naczyń. Już i tak żonce podpadłem, wypadałoby zrobić coś miłego. Żonka przyszła, gdy jadłem zupę. Zaraz obejrzała umyte naczynia... Rozwaliłem Krysi talerzyk... Co za dzień. :-(

9 komentarzy do wpisu „ Głupi Psuja”


Beznadzieja...

Miałem zamiar tu sobie pomarudzić. Długi wpis jakie moje życie (w aktualnym moim mniemaniu) jest beznadziejne... Ale przeczytałem wpis kogoś innego, kto przeżywa prawdzwą tragedię i wiem, że przecież jestem szczęśliwym człowiekiem. Mam chyba wszystko czego mógłbym chcieć, a nawet więcej...

... tylko skąd te łzy w oczach ...i to zniechęcenie do wszystkiego ...i warczenie na bliskich ...spławianie rozmówców na Jabberze ...czekanie na niewiadomoco...

12 komentarzy do wpisu „ Beznadzieja...”


Po koncercie...

Dzisiaj wybrałem się z żonką na koncert, na Łzy, w Wiatraku. Wyszalałem się nieźle. Mimo, że popularny zespół, to zagrali kawał niezłego rocka. Było super, ale rzeczywiście, troszkę za głośno.

A teraz trochę pomarudzę...

Niestety, żonka się tak dobrze nie bawiła. Właściwie, w ogóle się nie bawiła, mimo, że tak na to liczyłem... No cóż... wygląda na to, że jestem skazany na jeżdżenie na koncerty samemu. :-( W sumie prawie zawsze tak było. Ma to też swoje zalety, ale trochę smutno zawsze jest, szczególnie gdy się widzi bawiące się razem pary, czy chociaż grupki przyjaciół... Jednak na dobrym koncercie zwykle przychodzi taki moment, gdy mijają smutki, zostaję tylko ja i muzyka. I wbrew wszystkiemu znakomicie się bawię... tyle, że koncert zwykle szybko się kończy... Podobnie było tym razem.

Ale żonka jest kochana. Nawet dzielnie zniosła dzisiaj moje marudzenie. Dziękuję!

Po powrocie do domu humor prawie mi się poprawił... a tu jeszcze kolejna nowina... wrrr... nie dość że łapie mnie jesienna depresja i żadnych, powodów do zmartwień nie potrzebuję, to jeszcze kaczki dorwały się do władzy...

Swoją drogą, jeśli ta jesienna depresja mi nie odpuści, to nienajlepiej się Jesień Linuksowa zapowiada...

14 komentarzy do wpisu „ Po koncercie...”


Dałem się pociąć...

Parę miesięcy temu pojawiła mi się pewna wypukłość koło ucha. Nie bolała, ale denerwowała. Parę tygodni temu poszedłem z tym (między innymi) do dermatologa. Lekarka uznała, że to tylko chirurgicznie usunąć można i dała mi skierowanie do chirurga. W zeszły tygodniu poszedłem do tego chirurga — państwowo i wyobraźcie sobie, że zapisano mnie na godzinę a jak przyszedłem nic nie musiałem czekac w kolejce. Chirurg obejrzał, pomacał i stwierdził: Kaszaczek. Do usunięcia. Powiedział to tak, jakby miało mnie to zaskoczyć, abo co. A przecież w celu tego usunięcia tam przyszedłem. Powiedział, że w poniedziałek mam się zgłosić na zabieg i tyle było wizyty.

Dzisiaj się więc zgłosiłem. Pani kazała mi się położyć na stole, wycelowała we mnie lampę i przemyła kaszaczka. Przyszedł chirurg, nie żałował sobie alkoholu, nawet stwierdził bez gorzały dzisiejsza medycyna nie funkcjonuje. Na szczęście nie stosował tego doustnie, ale do przemywania miejsca operacji. Jeszcze strofował asystentkę, że za słabo polewa. W końcu wyciął co było do wycięcia i zaszył. Nic nie czułem poza ukłuciem igły ze znieczuleniem i potem lekkimi pociągnięciami i przyciśnięciami. Za to bardzo dobrze słyszałem np. pieniącą się wodę utlenioną — w końcu cięli mnie zaraz obok ucha.

W środę mam się zgłosić do zmiany opatrunku (opatrunek == zwykły plaster, w tym przypadku), a w przyszły poniedziałek do zdjęcia szwów. Miałem się też zaopatrzyć w środki przeciwbólowe, bo w końcu mam dziurę w policzku i może boleć. Rzeczywiście, tak godzinę po zabiegu, trochę bolało. Łyknąłem dwa Ibupromy i jak na razie jest dobrze. W porównaniu do usuwania ósemki taka operacja to sama przyjemność. ;-)

Niestety poza wizytą u chirurga nie jest dzisiaj tak miło. Okazało się znowu, że jestem paskudnym mężem i znowu zostałem skutecznie zdołowany. :-( Aby się trochę pozbierać poszedłem na miasto... powłóczyłem się po centrum, w kawiarence zjadłem sobie deser Sułtański z gałką lodów czekoladowych, poszwędałem się na peronach na dworcu, kupiłem tabliczkę czekolady (60% kakao, mniam) i zacząłem dalej się włóczyć w kierunku domu. Jak byłem prawie na miejscu, to deszcz mnie zagonił do najbliższej bramy. Brama prowadziła do knajpy. Knajpa (4art przy Wieczorka w Gliwicach) okazała się całkiem sympatyczna. Z głośników leciał blues. Kupiłem więc sobie kolę z cytrynką (albo mam wrażenie, albo barman nie potraktował mnie całkiem poważeni) i usiadłem. Sączyłem sobie tę kolę, przegryzałem resztkami czekolady i słuchałem bluesa. Chyba lubię bluesa...

W końcu wróciłem do domu, już trochę uspokojony (oaza spokoju, jeśli wiecie o co mi chodzi ;-)), a życie musi potoczyć się dalej...

Dodaj komentarz do wpisu „ Dałem się pociąć...”


Lepiej...

Nawet szybko się dzisiaj pozbierałem. Chyba jednak robię jakieś postępy... :-)

1 komentarz do wpisu „ Lepiej...”


I znowu dałem plamę

I znowu nie stanąłem na wysokości zadania. Znowu zachowałem się nie tak jak trzeba, znowu potem chciałem uciec i znowu usłyszałem chociaż raz byłbyś mężczyzną!. Jak widać to mi nie wychodzi. Wielomiesięczne próby dojścia (bo nie powrotu) do normalności nie wiele dają...

A może ktoś zna jakiś dobry kurs jak zostać prawdziwym mężczyzną? Cześć dotyczącą seksu mam raczej opanowaną, w stopniu conajmniej dostatecznym, ale najwyraźniej mam duże problemy z całą resztą (co pewnie i ten wpis potwierdza)...

Idę poczytać książkę, o bajkach i czarownicach — to pewnie też babskie/dziecinne zajęcie...

29 komentarzy do wpisu „ I znowu dałem plamę”



Jesteście obserwowani...