Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Wyjątkowo aktywny weekend

Nie dość, że wczoraj impreza z tańcami, a dzisiaj konie, to jeszcze dziecko się nauczyło jeździć na rowerku bez bocznych kółek i trzeba za nią biegać... :-)

2 komentarze do wpisu „ Wyjątkowo aktywny weekend”


Konikowo

Dzisiaj, jak co tydzień, pojechaliśmy do Szałszy na konie. Tym razem bez dziecka, a więc mogłem i ja się załapać na jazdę. Dostała mi się Bestia, koń w sam raz dla początkującego. Co najlepsze, to tym razem trafił mi się prawdziwy trening pod okiem instruktora (chociaż wciąż z naciskiem na rekreację), zamiast masz konia i jedź.

Niestety instruktor nadal ma lepsze zdanie na temat moich umiejętności niż ja i nalegał, żebym zagalopował. Zignorowałem tę prośbę, ale poza tym słuchałem wszystkich poleceń (wykonanie ich zależało już nie tylko ode mnie – koń miał czasem swoje zdanie ;-)). Posłuchałem też jak powiedział teraz chwilkę ćwiczebnym. Gdy krzyknął i Bestia galopem naprzód marsz to już koń posłuchał, a mnie pozostało zatrzymać go ;-). Z drugiej strony, nie wykluczone, że w galopie bym sobie spokojnie poradził. Po prostu dzisiaj nie miałem ochoty tego sprawdzać.

Po prawie godzinnej jeździe, większość czasu kłusem, zszedłem przyjemnie zmęczony, ale nawet nie obolały (bardziej obolały byłem wcześniej, po czyszczeniu Bestii). Ale boleć mnie jeszcze będzie... pojutrze.

8 komentarzy do wpisu „ Konikowo”


Wakacyjnie

No to się wakacjujemy, od półtora tygodnia. Najpierw pojechałem do da.killi na zlot linux@chat.chrome.pl, gdzie siedziałem, od piątkowego popołudnia do niedzielnego przedpołudnia, głównie grając w golfa. Oczywiście musiało być też trochę giczo (jakby tacy linuksiarze wytrzymali tylko łażąc z kijami po trawie), więc zabrałem dwa laptopy, które potem udostępniały sieć (z GPRS, przez irdę do drugiego laptopa, a dalej przez 802.11b) innym użytkownikom sieci.

W niedzielę dołączyłem do rodzinki w Pogorzelicy. Tu sobie wypoczywamy, trochę plażując (pogoda o dziwo nadal dopisuje, chociaż mogłoby być troszkę słoneczniej), trochę spacerując i na inne sposoby marnując czas. Oczywiście laptop jest podłączony (jeden, drugi leży grzecznie w samochodzie), ale udaje nam się korzystać z niego minimalnie – na tyle skutecznie, że dopiero teraz coś na Joggera nastukałem.

Wczoraj był wyjątkowy wieczór – postanowiłem zabrać żonkę na tańce. Oczywiście głównym problemem było dziecko, które trzeba było położyć spać jednocześnie samemu się nie kładąc (a przynajmniej nie zasypiając) – wcześniej zasypiała dopiero gdy rodzice spali, a przynajmniej dobrze udawali. Tym razem nie próbowaliśmy sztuczek, lecz powiedzieliśmy Krysi, że idziemy zaszaleć i uprzedziliśmy dziadków za ścianą o naszych planach. Gdy szykowaliśmy się do wyjścia dziecko nas zaskoczyło ponagleniami: Idźcie już na to miasto. To poszliśmy.

Zabrałem żonkę do ciekawie zapowiadającej się knajpy na świeżym powietrzu – do Sahary. Od 22:00 miał tam grać jakiś zespół (The Black, o ile dobrze pamiętam) i miały być tańce. Wiedziałem, że na początku będzie drętwo, ale bałem się, że później żonki nigdzie nie wyciągnę. Zaraz przy wejściu zaproszono nas do wolnego stolika, pani zapaliła nam świeczkę, żonka zamówiła drinka, ja soczek... W końcu pojawił się zespół i zagrał... ale nie koniecznie to, co moja żonka lubi. To plus drętwa atmosfera na początku chyba całkowicie odebrały jej ochotę do zabawy, niepotrzebnie próbowałem ją na siłę zachęcać... Impreza się rozkręciła, ale myśmy wyszli nie potańczywszy. Bałem się, że okazja w postaci wolnego wieczoru się zmarnowała, jednak humorek żonce szybko wrócił, przespacerowaliśmy się plażą przy księżycu (żona mi tu podpowiada, że zajebistym) i trafiliśmy do knajpki na plaży, gdzie dzieciarnia (teraz mi się wydaje, że to głównie byli tutejsi pracownicy sezonowi, zdaje się, że widziałem tam kelnerkę z naszego ośrodka) bawiła się przy karaoke (wykonanie zbliżone do tego na Pingwinariach, sprzęt prawie identyczny, o ile nie gorszy). Tutaj żonka całkiem odżyła i ostatecznie dobrze się zabawiliśmy. :-)

Dzisiaj przed południem znowu udało nam się pozbyć dziecka – dziadkowie zabrali ją na wycieczkę do Niechorza, więc zaliczyliśmy romantyczny spacer po plaży. Chcieliśmy przy okazji znaleźć plażę dla golasów (stroje kąpielowe są strasznie niepraktyczne), ale nic takiego nie stwierdziliśmy (możliwe, że z powodu pogody). A po południu znowu na koniki (więcej na temat koników u Iki), tym razem ja się dałem wsadzić na grzbiet Blondela. Nawet fajnie było, jeszcze się umiem na koniu utrzymać. :-)

7 komentarzy do wpisu „ Wakacyjnie”


Urlopu dzień czwarty

Wczoraj i przedwczoraj realizowałem głównie punkt pierwszy mojego planu urlopowego. Poza tym przed południem zajmowałem się dzieckiem, a wieczorem dłubałem coś dla Holendra. Więc nie było o czym pisać.

Dzisiaj natomiast, wróciłem do punktu drugiego. Tym razem wybrałem się na konie (tak, już nie tylko Ika będzie przynudzać). Na miejscu instruktor stwierdził Pan jest jeżdżący, więc można Panu dać Dakara. Bo Pani się boi.. Ja na konia wsiadałem po raz trzeci (właściwie to miała być druga pełnowymiarowa jazda), a Pani nie dość, że jeździ ode mnie dużo dłużej, to i sporo lepiej. Ja się jednak nie broniłem, żonka o Dakarze mówiła dużo dobrego. Głównie to, że chodzi bardzo chętnie i sam rwie się do galopu. Ja się nie rwę, ale uznałem, że jakoś konia zatrzymam... najwyżej zlecę.

Instruktor pomógł mi osiodłać konia, wpuścił na ujeżdżalnie i pozwolił jeździć. Na początku z 10 minut stępem, co nie było proste, bo Dakar każdy mój ruch w siodle traktował jako sygnał do kłusu, więc parę razy musiałem go wstrzymywać. W końcu przyszedł i czas na kłus. Koń ruszył chętnie... i jak się rozpędził, to dopiero poczułem jak fajnie jest jeździć konno. Poprzedni kłus na Bohunie to nie było to. Dzisiaj też czułem, że jazda kłusem za Bohunem, to dla Dakara powolny spacerek. Kilka razy Dakar ruszył galopem szczególnie, gdy galopowały inne konie. Nie pozwalałem jednak długo cieszyć się mu tą przyjemnością. Dla mnie to chyba jednak trochę za wcześnie. Chociaż... jakoś nie czułem, żebym miał w tym galopie spadać.

W sumie jeździłem jakieś 1.5h (płaciłem za godzinę). Skończyłem gdy już siedzenie mocno protestowało, a koń ze mną robił już co chciał. I nawet bardzo obolały po tym nie jestem, co więcej po jeździe mnie energia rozpierała, aż chciałem żonie te okna umyć ;-). Może rzeczywiście się nauczę jeździć konno...

A teraz coś z zupełnie innej beczki – Holender wysłał do mnie dwie paczki ze sprzętem. Jedna podobno jeszcze w Holandii, a druga już wczoraj była na miejscu, tyle że mnie nie zastała, informacji żadnej nikt mi nie zostawił. Dzisiaj niby znowu krąży (pewnie też mnie nie zastali). Próbowałem dodzwonić się do firmy kurierskiej, ale tylko posłuchałem sobie muzyczki. Może jutro przed południem się uda i jakoś tę przesyłkę upoluję.

Update: paczka dotarła, jeszcze dzisiaj, przed 21:00. :-)

6 komentarzy do wpisu „ Urlopu dzień czwarty”


Na koniku...

Dzisiaj, jak co niedzielę, pojechałem z dziewczynami do Szałszy na konie. Pogoda była zupełnie niezachęcająca (mgła i lejący deszcz), ale instruktor zapewnił, że jest gdzie jeździć, bo hala (kryta ujeżdżalnia) przygotowana.

Na miejscu pogoda wyglądała jeszcze paskudniej niż przez okno, ale na hali konie już jeździły, tylko dwa stały w stajni. Gdy najspokojniejszy, Bohun, się zwolnił, to posadziliśmy na niego Małą i zrobiliśmy kilka kółeczek. Później żonka wsiadła na poważniejszego (większego i chętniejszego do biegania) konia – Neskę i zaczęła swoją jazdę.

Ja w tym czasie pilnowałem Krysi, która zresztą całkiem dobrze się sama bawiła w słomie, a poza tym pomogłem założyć czapsy na pewne zgrabne nóżki i kilka razy trzymałem dziewczynom konia (gdy się przesiadały, albo miały dość). Bałem się, że z Krysią zmarzniemy, gdy Ika będzie jeździć, ale na hali było ciepło i całkiem przyjemnie. Gdy tak stałem z Bohunem, gdy żona kończyła, to stwierdziłem, że może bym w końcu i ja na konia wsiadł. Przez ostatnie parę miesięcy się wstrzymywałem, bo miałem przepuklinę, a po operacji lekarz przez trzy miesiące (czyli gdzieś tak do Mikołaja) zabronił mi uprawiania sportu. Zdecydowany byłem tym bardziej, że dziewczynom, które jechały z Iką, szło raczej nienajlepiej i na ich tle duża kompromitacja mi dziś nie groziła.

Oczywiście okazało się, że, mimo oglądania jeździectwa od pół roku, nie bardzo wiedziałem co z tym koniem zrobić – jak wsiąść, jak usiąść, jak trzymać wodze. Ale nawet jakoś udało mi się Bohuna (znanego z perfekcyjnych umiejętności stania w miejscu) wystartować i stępem okrążać halę, nie pozwalając koniowi na skróty. Ale stępem to nic ciekawego, trzeba było kłusem spróbować. Do tego już konik nie był taki chętny, więc żonka musiała dać mu przykład i biegała koło nas wokół hali. ;-) Z bacikiem w ręce, bo sam przykład to mogłoby być za mało.

Na początku kłusa obiłem sobie tyłek, ale w końcu zaczęło mi nawet to anglezowanie wychodzić. A i żona nie musiała biegać, bo Bohun zaczął mnie słuchać. Może dlatego, że już miałem bacik w ręce (ale raczej go nie używałem). Tak sobie jeździłem, to kłusem, to, dla odpoczynku, stępem. Koń, który podobno jest wyjątkowo leniwy i raczej początkujących jeźdźców nie słucha, był całkiem posłuszny. Poza paroma wyjątkami: zatrzymywał się, gdy inny koń go doganiał i gdy pojawiał się instruktor (to drugie tym dziwniejsze, że zwykle bywało na odwrót). No i pod koniec jazdy zaczął mieć humory. Ale i ja już się przy tym kłusie nie upierałem.

W sumie pojeździłem jakieś 45 minut (norma dla początkujących to pół godziny). Ku mojemu zaskoczeniu zszedłem o własnych siłach, niespecjalnie obolały i całkiem sprawny. Czyżby moja fatalna forma nie była taka fatalna? Po jeździe miałem konia odprowadzić do stajni i rozsiodłać. I znowu się okazało, iż mimo, że naoglądałem się tego sporo, to nie bardzo wiedziałem co z tym koniem tam zrobić ;-). Koleżanka odrobinę pomogła i nie było źle.

Będę musiał zacząć regularnie jeździć. To może być całkiem zabawne, a jakiś sport, dla odmiany od kilkunastogodzinnego siedzenia przy komputerze, na pewno mi się przyda.

No to jeździ ika, jeździ smoku, zacząłem jeździć ja... Kto następny? ;-)

15 komentarzy do wpisu „ Na koniku...”



[szpieg] Jesteście obserwowani...