Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Eksperyment

Wczoraj z żonką przeprowadziliśmy mały eksperyment. Wynik obserwacji: w pewnych zastosowaniach Nutella sprawdza się dużo lepiej niż bita śmietana. ;-)

32 komentarze do wpisu „ Eksperyment”


Popieprzę sobie :-)

Nie pieprzyłem już od trzech tygodni, albo i dłużej. To znaczy, nie całkiem tak. Zdarzały się w tym czasie małe przygody na boku — to popieprzyłem sobie w pracy, to u kogoś w weekend. Ale od trzech tygodni nie popieprzyłem sobie we własnym domu. Ale wreszcie koniec tej udręki! Znów będę pieprzył do woli! I będzie tak ostro, jak dawno nie było! Wreszcie zmieliłem sobie pieprzu i napełniłem, pustą od dłuższego czasu, pieprzniczkę. :-)

8 komentarzy do wpisu „ Popieprzę sobie :-)”


Masakra...

Narzędzia: śrubokręt, młotek, brzeszczot, siekiera i słomka.

  1. Wydłubujemy mu oczy śrubokrętem.
  2. W jedną tak zrobioną dziurę wbijamy słomkę i wydmuchujemy przez nią płynną zawartość.
  3. Robimy nacięcie brzeszczotem, mniej-więcej w środku obiektu.
  4. W nacięcie wkładamy ostrze siekiery, a drugą jej stronę uderzamy młotkiem.
  5. Gotowe! Teraz już można wyjadać smakowity miąższ.

To oczywiście wypróbowana metoda otwierania orzecha kokosowego. :-) Właściwie, to zmodyfikowana wypróbowana metoda — słomki użyłem po raz pierwszy, ale dzięki temu szybciej udało mi się zakończyć operację.

I jeśli ktoś zna jakiś znacznie prostszy sposób, to nie jestem pewien czy chcę go znać... teraz to taka fajna zabawa... ;-)

46 komentarzy do wpisu „ Masakra...”


Integracji ciąg dalszy...

Jak wiadomo, na każdy wyjazd człowiek musi czegoś zapomnieć. Czego ja zapomniałem dowiedziałem się podczas porannej toalety. Najpierw, że nie wziąłem dezodorantu (przed wyjściem z domu wyjąłem go jeszcze tylko na chwilkę z kosmetyczki i tak najwyraźniej został), potem, gdy już miałem piankę na twarzy, że brakuje też maszynki do golenia. W recepcji dowiedziałem się gdzie jest sklep i kupiłem brakujące artykuły (takie jakie akurat były w tym wiejskim sklepiku). Nie, bez pianki na twarzy ;-)

Zdążyłem dotrzeć na śniadanie w miarę na czas, kolega z pokoju się trochę spóźnił, bo wcześniej wyszedł na spacer i trochę za daleko w las poszedł. Przy śniadaniu zaraz obgadano moją koszulkę z pingwinem — szef był w podobnej, tyle, że z logo Microsoft Windows.

Po śniadaniu wsadzono nas do autobusu i pojechaliśmy na wycieczkę. Najpierw godzina jazdy do ruin zamku ogrodzieńskiego na Podzamczu. Tam zwiedzanie zamku, potem pół godziny autobusem na Pustynię, Błędowską oczywiście. Później kolejne dwie ruiny zamków, jeden w odbudowie, jakiś klasztor i pustelnia (ale mi to atrakcja). Do hotelu na obiad dotarliśmy po 17-tej (według wcześniejszego planu miało być o 14-tej). Wszyscy mieli dosyć, a podobno jutro czekają nas podobne atrakcje... Zresztą, jedną z dzisiejszych atrakcji był przewodnik. Straszny gaduła, a gdy odjeżdżaliśmy z Pustyni, to jeszcze nam w autobusie śpiewał — Hej sokoły.

Obiadu też nie podali nam od razu, a jak już podawali to powoli, chyba brali nas na przetrzymanie. W tym czasie na dole zaczynało się jakieś wesele. Weselnicy chyba nawet zjedli nam lody, bo miały być po obiedzie, a nie było. Na terenie hotelu upchnięto dzisiaj trzy imprezy. Jedno wesele, chyba większe niż możliwości hotelu, bo tańce odbywały się także w pomieszczeniu przed recepcją, a stoły z żarciem stały nawet na korytarzach. Poza weselem dwie grupy przy ogniskach (w tym nasza). Ognisko full-wypas z żarciem, piciem i DJem. Taki DJ to potrafi człowieka do ogniska zniechęcić... ciągle tylko jakiś polski hip-hop itp. badziewie. Poza tym cały czas czułem, że nie całkiem tam pasuję, bo wszyscy się raczej w parach zintegrowali. Więc zjadłem co było dobrego (mam nadzieję, że bigosu tym razem ciężko nie odchoruję) i zacząłem się włóczyć po okolicy. Raz mnie z lasu wyciągnęło hasło zapraszamy na karkówkę, potem obszedłem tutejszy staw — Amerikan. Fajnie się tak chodzi nocą po lesie.

W końcu łażenia miałem dość, a przy tym ognisku wysiedzieć nie byłem w stanie (z wyżej opisanych powodów). Więc wróciłem sobie do pokoiku, włączyłem laptopa, komórkę z GPRS i koncert 1.2.3... w TV do zagłuszania dźwięków zza okna. No i tak sobie Jabberuję i Joggeruję — zintegrowałem się z firmą, że hej! ;-) Ale może jeszcze na to ognisko zajrzę...

6 komentarzy do wpisu „ Integracji ciąg dalszy...”


Życie niejadka jest ciężkie...

W sobotę na świątecznym obiedzie byłem u mamy. W niedzielę u teściów. Dzisiaj przyszła kolej na ojca. O ile u mamy i u teściowej mogę się przy tej okazji nażreć, to do świątecznych obiadków u taty czuję, delikatnie mówiąc, niechęć. Nie chodzi o to, że kobieta ojca nie umie gotować. Umie i pewnie bardzo dobrze, jednak jej kuchnia jest zupełnie niekompatybilna z moimi upodobaniami...

Odkąd byłem dzieckiem byłem znany z tego, że nie jadam białego i czerwonego, a więc mleka i wszelkich płynnych i większości półpłynnych produktów mleczny oraz wszystkiego co z pomidorów i buraczków. I wciąż kawałek pomidora, czy ketchupu potrafi sprawić, że potrawa jest dla mnie niejadalna. Zupę zabieloną odrobiną śmietany nawet zjem, chociaż wolę taką bez śmietany w ogóle. Ale zupy u taty są pełne śmietany. Zwykle wlewałem w siebie, w wielkich bólach, parę łyżek, żeby nie robić gospodarzom przykrości (potem zwykle źle się czułem przez resztę dnia). Dzisiaj nie dałem rady, po dwóch makaronikach dałem sobie spokój. Tato nawet zrozumiał, zażartował tylko, że następnym razem będzie pomidorowa. Później uśmiech znikł mu z twarzy i spytał się, czy sos pomidorowy zjem. Okazało się, że na drugie jest mięso w sosie pomidorowym... Gospodyni udało się, na szczęście, w miarę uzdatnić mięsko (wyczyścić z sosu) i jednak coś na ten obiad zjadłem. Sałatkę ociekającą śmietaną czy majonezem, sobie darowałem.

I wcale nie lubię tego swojego wybrzydzania... Głupio tak gardzić wszystkim co podadzą, ale zwymiotować zaraz po obiedzie (pewnie przesadzam... ale sam nie jestem pewien), też niebyłoby miło. Nie chcę też sugerować zmiany menu specjalnie dla mnie (co np. teściowie już od dawna praktykują), bo u taty przynajmniej moja żonka ma okazję pojeść sobie takich rzeczy, jaki zwykle przy mnie nie jada...

Po obiedzie, i zabawie samochodzikami, które Krysia dostała od zajączka, znowu wdałem się w dyskusję polityczną z bratem... Zostałem nazwany strasznym radykałem, he he. :-)

11 komentarzy do wpisu „ Życie niejadka jest ciężkie...”


Bo to są pomarańcze z Biedronki

Z trzy tygodnie temu zamknęli mój ulubiony sklepik koło mojej pracy. W Żabkach, obu, od miesiąca chyba remont. Jedyne miejsce w pobliżu firmy, gdzie teraz mogę sobie kupić owoce, to Biedronka. Więc codziennie tam chodzę, wybieram owoce i stoję w tej kolejce... No jeszcze jest jeden sklep, z innej strony, ale nie chce mi się tam chodzić bo jest nie po drodze do krokietów.

Wracając do owoców w Biedronce. Jabłka mają takie, że aż patrzeć na nie nie mogę. Grejpfruty śliczne, ale nie dobre — za gorzkie. Mandarynki paskudne — obierają się tak ciężko jak najgorsze pomarańcze, a do tego strasznie kwaśne. Banany dobre, ale często jeszcze zielone. Za to pomarańcze... pomarańcze przepyszne — słodziutkie i soczyste, a do tego łatwo się obierają. I to za każdym razem gdy kupiłem sobie na drugie śniadanie do pracy.

Wczoraj o tych pomarańczach wspomniałem żonie. Oburzyła się, że się nie podzieliłem. Ja na to, że bałem się, że jak kupię do domu, to mogą się okazać niedobre. Ale pomyślałem, że w końcu, skoro zawsze były dobre, to czemu miałyby nie być kolejnym razem. Co prawda widziałem, że już się kończą, ale jak będą to się kupi, jak nie, to nie.

Dzisiaj więc poszedłem do Biedronki z zamiarem kupna czterech pomarańczy, zamiast jednej. Tym razem nad pomarańczami była nawet kartka promocja, ale pomarańcze wyglądały tak samo jak wczoraj i wcześniej. Może trochę bardziej przebrane, więcej podgnitych (wcześniej tez się trafiały), ale można było znaleźć zupełnie ładne, jak te wcześniejsze. Wybrałem cztery z tych najładniejszych. W pracy wybrałem z nich tę najbrzydszą (wyglądała na lekko podgnitą), żeby się upewnić, że to wciąż to samo. Była, jak zawsze, przepyszna. Pachniało nią podobno potem w całej firmie.

Wieczorem więc w domku obraliśmy sobie jedną. Była jakby zepsuta i właściwie niejadalna. No to drugą... ta strasznie sucha w środku, też nie dało się jeść. Dopiero trzecia okazała się jadalna... ale zupełnie to nie było to co jadałem w pracy... Chyba czasem nie warto przy zakupach myśleć o rodzince... znaczy się, przy zakupach w Biedronce...

A teraz wcinam pyszne jabłuszko, które mi żona obrała. Z osiedlowego warzywniaka. Warzywniaki rządzą! ;-)

6 komentarzy do wpisu „ Bo to są pomarańcze z Biedronki”



Jesteście obserwowani...