01 marca 2007
19:15:27
|
kategorie:
jedzenie,
praca,
rodzinka,
W pracy standardowo, porobiłem trochę rano, po jedenastej wybrałem się po
drugie śniadanko i do żonki z owocami. Trochę tam posiedziałem i wróciłem do
biura... trochę popracowałem... i trach. Wszystko się zresetowało. Trochę
zajęło mi odpalenie komputerów ponownie, bo stary IBM robiący za router
uruchamia się dopiero za którymś razem, a i ze swoją workstacją miewam
problemy... W końcu komputery działały i chciałem kontynuować pracę... nic
z tego... sieci nie ma... NO-CARRIER
na interfejsie wyjściowym
routera.
Zadzwoniłem do providera, oni nic nie wiedzą. Nie wiedzieli też, kiedy
spodziewać się naprawy. Uznałem, że nawet jak im się tylko hub zawiesił
z powodu zaniku zasilania, to potrwa zanim ktoś przyjedzie i naprawi.
Postanowiłem znowu przejść się do żonki. Po drodze, na portierni, dowiedziałem
się, że jedna faza wysiadła.
U żonki zapuściłem pinga do biura, co by wiedzieć, kiedy wracać i zająłem
się słodkim lenistwem... nie długo, żonka już mi robotę znalazła: ułożenie
setki faktur w kolejności. Nawet mi się to udało. Pingi do biura wciąż nie
dochodziły, ale przyszedł koniec pracy żonki. Postanowiłem odprowadzić ją
chociaż pod mój biurowiec... jednak tam okazało się, że teraz w biurowcu
w ogóle nie ma prądu, bo to jakaś większa awaria. Rzeczywiście, na pobliskim
skrzyżowaniu nie działały światła.
Czwartek to dzień Krysinych wygibusów
(zajęć w szkole muzycznej),
więc żonka poszła po dziecko, a ja musiałem sobie sam skombinować obiad. Bar
Pod Pierożkiem
, gdzie normalnie bym coś zjadł, był zamknięty (brak
prądu), więc poszedłem do Żabki po jakąś chińską zupkę
... Już miałem
taką kupić, gdy zauważyłem coś innego:
zupy w puszce Pamapol. Były tam
też takie bez pomidorów, więc zainteresowałem się kapuśniakiem
z boczkiem
. Rzut oka na etykietkę wykazał brak jakiś świństw (same
naturalne składniki), więc jak mógłbym nie spróbować. Wziąłem do tego bułkę
i w sumie zapłaciłem 4zł. Całkiem dobry obiadek z tego wyszedł, będę musiał
przetestować inne opcje. :-)
Wygibusów dzisiaj jednak nie było (zgadnijcie... tak, brak prądu), więc po
obiedzie wybraliśmy się na zakupy. W drodze tam i z powrotem przejeżdżałem
przez to skrzyżowanie bez świateł i ruchem kierował tam wtedy policjant. Muszę
przyznać, że robił to bardzo dobrze, było widać, że postawili tam
wykwalifikowanego fachowca, a nie pierwszego lepszego krawężnika
, co
tylko do końca by zablokował ruch, a to rzadkość.
W domu, na szczęście, prąd cały czas działa.
14 grudnia 2006
11:00:25
|
kategorie:
jedzenie,
rodzinka,
Wpis chciałem napisać wczoraj, po powrocie z zakupów, ale jakoś nie
wyszło. Ostatnie różne Joggerowe wspominki sprzed 25 lat znowu mi o tym
przypomniały.
Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś je nazywał Gliwickimi Preclami
, czy
traktował jako lokalną tradycję, ale dla mnie tym właśnie są. Kraków ma
obwarzanki krakowskie
tyle, że można je kupić w każdym większym
mieście. A takich precli jak u nas, sprzedawanych z ulicy, nie widziałem chyba
w żadnym innym mieście. A tu były od zawsze.
Gdy byłem dzieckiem i gdy mama zabierała mnie do miasta (czyt. do centrum)
na zakupy, jeszcze tramwajem nr 2, z Pszczyńskiej, to obowiązkowo musiała
kupić precla pod arkadami na rynku. Tramwaju nr 2 już nie ma, ani śladu po
jego torach, nie ma już neonowego Parysa strzelającego z neonowego łuku do
neonowych literek, nie ma już tańczących neonowych Gracji z parasolkami (to
były dla mnie wtedy symbole gliwickiego centrum)... ale precle zostały, tak jak
Neptun na rynku.
Przez lata, wracając ze studiów, prawie codziennie kupowałem sobie precla,
pod tymi samymi arkadami, na rynku. Teraz, gdy idę przez centrum, to też sobie
nie żałuję. A jak jesteśmy tam z córką, to czasem jej kupujemy ten smakołyk, tak
jak mnie kupowała moja mama.
Gliwickie precle były też powodem niejednej dyskusji... bo są dwie
wytwórnie i dwa podstawowe rodzaje precli. I które są lepsze, gumiaste
(obecnie sprzedawana w plastikowych żółtych budkach), czy te drugie
(sprzedawane z tradycyjnych drewniano-szklanych wózków)? Dla mnie –
gumiaste
. Trochę szczęka przy nich boli, ale ich konsystencja i smak,
to jest właśnie to. Ale już żonka, nie wiedzieć czemu, woli te drugie...
Oprócz tego, że można wybierać spośród gumiastych
i
niegumiastych
, to są one jeszcze posypane różnymi dodatkami do
wyboru: mak, sezam, sól. A Ty, jakiego precla wybierzesz?
19 sierpnia 2006
11:08:11
|
kategorie:
jedzenie,
rodzinka,
Po powrocie z urlopu wybraliśmy się na jakieś zakupy, w końcu coś jeść
w domu trzeba. Żonka wypatrzyła sałatkę pikantną z ogórków. Oczywiście sałatka
zaraz wpadła do koszyka, bo zwykle tylko łagodne były. Żonka, co prawda, zbyt
pikantnych nie lubi, ale widać była gotowa się dla męża poświęcić...
To było przedwczoraj. Od tamtego czasu zdążyliśmy sałatką otworzyć
i stwierdzić, że wcale nie jest taka pikantna. Dzisiaj przy śniadaniu znowu
trochę pomarudziliśmy na ten temat, a ja z ciekawości zerknąłem na etykietę...
Sałatka piknikowa o smaku łagodnym
. A oboje się wkurzamy
na userów, że nie czytają co się do nich pisze... ;-)
21 czerwca 2006
11:29:26
|
kategorie:
jedzenie,
Wreszcie serek topiony się sensownie rozpakowuje. :-) Po tylu
latach męczarni... ;-)
15 kwietnia 2006
20:18:04
|
kategorie:
jedzenie,
rodzinka,
– Krysiu, nie macaj babki. Babek się nie maca!
– Właśnie! Babek się nie maca. Babki się rżnie! Idę po nóż...
14 marca 2006
16:56:48
|
kategorie:
jedzenie,
pierdoły,
seks,
Takie piękne święto dzisiaj
mamy, a żona wita mnie słowami Mięsko masz na obiad, a po loda to sobie
musisz iść do Żabki.
;-)
I nie wiedzieć czemu, opis święta na
polskiej Wikipedii jest na liście stron do usunięcia...