Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Po koncercie

No to byliśmy wczoraj na koncercie tych czterech Pepiczków z Pragi, jak sami siebie nazwali. Było świetnie.

Ich ubiory z czasów prawdziwych Beatlesów wprowadzały właściwą atmosferę jak tylko pojawili się na scenie. Historyczny sprzęt (gitary, wzmacniacze lampowe) dawał to właściwe, charakterystyczne brzmienie. Wykonane przez nich piosenki nie odbiegały bardzo od oryginałów. Do tego niesamowite poczucie humoru lidera zespołu (całkiem dobrze mówiącego po polsku). To wszystko gwarantowało wspaniałą zabawę.

Żonka stwierdziła, że czuła się jakby była na koncercie prawdziwych Beatlesów. Polecam!

Dodaj komentarz do wpisu „ Po koncercie”


Podróbka Beatlesów w Gliwicach

Jutro o 19:30, w gliwickim Parku Chopina mają grać The Beatles Revival. Chyba się wybierzemy. Dobra podróbka może nie być zła, a przynajmniej wykorzystamy tę wyjątkową możliwość wyrwania się gdzieś wieczorem. :-)

1 komentarz do wpisu „ Podróbka Beatlesów w Gliwicach”


Wakacyjnie

No to się wakacjujemy, od półtora tygodnia. Najpierw pojechałem do da.killi na zlot linux@chat.chrome.pl, gdzie siedziałem, od piątkowego popołudnia do niedzielnego przedpołudnia, głównie grając w golfa. Oczywiście musiało być też trochę giczo (jakby tacy linuksiarze wytrzymali tylko łażąc z kijami po trawie), więc zabrałem dwa laptopy, które potem udostępniały sieć (z GPRS, przez irdę do drugiego laptopa, a dalej przez 802.11b) innym użytkownikom sieci.

W niedzielę dołączyłem do rodzinki w Pogorzelicy. Tu sobie wypoczywamy, trochę plażując (pogoda o dziwo nadal dopisuje, chociaż mogłoby być troszkę słoneczniej), trochę spacerując i na inne sposoby marnując czas. Oczywiście laptop jest podłączony (jeden, drugi leży grzecznie w samochodzie), ale udaje nam się korzystać z niego minimalnie – na tyle skutecznie, że dopiero teraz coś na Joggera nastukałem.

Wczoraj był wyjątkowy wieczór – postanowiłem zabrać żonkę na tańce. Oczywiście głównym problemem było dziecko, które trzeba było położyć spać jednocześnie samemu się nie kładąc (a przynajmniej nie zasypiając) – wcześniej zasypiała dopiero gdy rodzice spali, a przynajmniej dobrze udawali. Tym razem nie próbowaliśmy sztuczek, lecz powiedzieliśmy Krysi, że idziemy zaszaleć i uprzedziliśmy dziadków za ścianą o naszych planach. Gdy szykowaliśmy się do wyjścia dziecko nas zaskoczyło ponagleniami: Idźcie już na to miasto. To poszliśmy.

Zabrałem żonkę do ciekawie zapowiadającej się knajpy na świeżym powietrzu – do Sahary. Od 22:00 miał tam grać jakiś zespół (The Black, o ile dobrze pamiętam) i miały być tańce. Wiedziałem, że na początku będzie drętwo, ale bałem się, że później żonki nigdzie nie wyciągnę. Zaraz przy wejściu zaproszono nas do wolnego stolika, pani zapaliła nam świeczkę, żonka zamówiła drinka, ja soczek... W końcu pojawił się zespół i zagrał... ale nie koniecznie to, co moja żonka lubi. To plus drętwa atmosfera na początku chyba całkowicie odebrały jej ochotę do zabawy, niepotrzebnie próbowałem ją na siłę zachęcać... Impreza się rozkręciła, ale myśmy wyszli nie potańczywszy. Bałem się, że okazja w postaci wolnego wieczoru się zmarnowała, jednak humorek żonce szybko wrócił, przespacerowaliśmy się plażą przy księżycu (żona mi tu podpowiada, że zajebistym) i trafiliśmy do knajpki na plaży, gdzie dzieciarnia (teraz mi się wydaje, że to głównie byli tutejsi pracownicy sezonowi, zdaje się, że widziałem tam kelnerkę z naszego ośrodka) bawiła się przy karaoke (wykonanie zbliżone do tego na Pingwinariach, sprzęt prawie identyczny, o ile nie gorszy). Tutaj żonka całkiem odżyła i ostatecznie dobrze się zabawiliśmy. :-)

Dzisiaj przed południem znowu udało nam się pozbyć dziecka – dziadkowie zabrali ją na wycieczkę do Niechorza, więc zaliczyliśmy romantyczny spacer po plaży. Chcieliśmy przy okazji znaleźć plażę dla golasów (stroje kąpielowe są strasznie niepraktyczne), ale nic takiego nie stwierdziliśmy (możliwe, że z powodu pogody). A po południu znowu na koniki (więcej na temat koników u Iki), tym razem ja się dałem wsadzić na grzbiet Blondela. Nawet fajnie było, jeszcze się umiem na koniu utrzymać. :-)

7 komentarzy do wpisu „ Wakacyjnie”


Koncertowo

Wczoraj byłem w Wiatraku na koncercie Renaty Przemyk. Było bosko! Tym razem nawet akustyk się spisał i było słychać co Renata śpiewa. Przez cały koncert cała widownia zasłuchana i z uwielbieniem wpatrzona w piosenkarkę. Nie dziwne, że Renata wydawała się nieco speszona. Już w połowie koncertu zaczęło mi się robić żal, że to się niedługo skończy, a na kolejny taki będzie trzeba długo poczekać...

Byłem już dwa razy na jej koncertach. Pierwszy, chyba ponad dziesięć lat temu, w gliwickim kinie Amok też był niesamowity. Drugi trochę mniej, pewnie dlatego, że był częścią bardziej masowej imprezy (Nocy Świętojańskiej przeniesionej z rynku do Teatru Muzycznego). Gdy Renata znowu się pojawi w okolicy, to pewnie się też wybiorę.

A dzisiaj jeszcze z żonką wybieram się na Kąpielisko Leśne na koncert Myslovitz. Mam nadzieję, że też będzie fajnie. :-)

5 komentarzy do wpisu „ Koncertowo”


Pingwinaria 2006

Wyjechałem w czwartek rano, przed 9:00. Pogoda prześliczna, bardzo przyjemnie się jechało. Po drodze wpadłem jeszcze z misją specjalną do Bochni – żona prosiła, żeby spróbować kupić spodnie, takie same jak ona tam kupiła z trzy lata temu. Sklepik nawet nadal był na miejscu, ale takich spodni to od trzech lat tam nie widzieli... Misja zakończyła się więc klęską. W Bochni zjadłem jeszcze małe drugie śniadanko i pojechałem dalej. Na miejsce dotarłem akurat na obiad, cała droga zajęła mi jakieś cztery i pół godziny.

Gdy zgłosiłem się w recepcji hotelu, to okazało się, że nie ma dla mnie tam miejsca – pani odesłała mnie na drugą stronę ulicy (ciekawe czemu w Damisie już mnie nie chcieli...). Tam był dużo mniejszy, ale też całkiem sympatyczny hotelik. Tyle że bez gniazdek z Internetem. Właściwie to jedyna rzecz do której można było się przyczepić w organizacji całej imprezy, bo dostęp do Internetu był obiecany. Uruchomili niby później jakieś WiFi, ale to już nie to samo, szczególnie, że działało bardzo kiepsko. Na szczęście było podczas Pingwinariów tyle atrakcji, że kiepski dostęp do Sieci bardzo nie doskwierał. Pokój dzieliłem z Tristanem, Bartkiem i jeszcze kimś (od razu przepraszam wszystkich których do końca nie kojarzę/nie pamiętam -- pamięć do ludzi zawsze mi szwankowała :-().

Po obiedzie (jak w zeszłym roku karmili nas tam porządnie. aż za porządnie ;-)) i odebraniu gadżetów (bardzo praktyczne w tym roku: torba na ramię, multitool i piersiówka) wyciągnąłem psz i jeszcze kogoś (patrz disclaimer powyżej) na mały spacerek, na Górę Parkową. Najpierw próbowaliśmy ścieżką spod samego hotelu, ale po zapadnięciu się po kolana w śniego na samym wstępie postanowiliśmy trzymać się ścieżki dla emerytów. Pogoda dalej dopisywała, więc spacerek był miły, a na górze można było podziwiać widoki. Jednak zaraz trzeba było wracać – nadchodził czas oficjalnego otwarcia Pingwinariów i pierwszych wykładów.

Pierwszy wykład był o tym, jak sobie można dorobić, do zamkniętego programu, przydatną funkcjonalność, za którą normalnie trzeba sporo zapłacić. Drugi, o praktycznie bezużytecznym (IMHO, jak inne podobne inicjatywy), ale rzeczywiście interesującym projekcie Looking Glass. Po wykładach było znowu wielkie żarcie (kolacja) i Tradycyjne, coroczne spotkanie założycielskie RWO – znaczy się, honey opowiedział co ciekawego RWO zrobiło ostatnio, co mu dolega i jak widzi jego przyszłość. Potem było trochę dyskusji na korytarzach i w pokojach i można było iść spać – pierwszej nocy nawet nie tak późno.

Drugi dzień zaczął się tremą – pierwszy wykład należał do mnie. Jakoś jednak zdołałem śniadanko zjeść i na miejsce dotrzeć. Trochę postaliśmy pod drzwiami, bo były problemy z kluczem, ale, że 45 minut to i tak było dla mnie aż za dużo, to się tym zbytnio nie przejąłem. Na wykład przyszło całkiem sporo ludzi, gdy kończyłem, nie było ich wcale mniej. Niczym też we mnie nie rzucano, więc chyba wypadło całkiem nieźle.

Potem były wykłady o OCamlu (kiedyś się tym bawiłem, ale nie przypadł mi do gustu) i o Plone (Zopem się dużo bawię, samym Plone mniej). Może nie dowiedziałem się niczego nowego, czy specjalnie przydatnego, ale wykłady ciekawe. Potem oczywiście znowu żarcie.

Po obiedzie zabrałem Smoka i pojechaliśmy pod Jaworzynę. Ja pojeździć na nartach, Smoku łyknąć świeżego powietrza. Pogoda od rana była nienajlepsza, co jakiś czas trochę popadywało, ale postanowiłem zaryzykować. Szczególnie, że przywiozłem sobie nawet z Gliwic własne buty. Wypożyczyłem więc sprzęt i wjechaliśmy kolejką na górę.

Tam warunki śniegowe świetne, widywałem gorsze w środku sezonu. Moja forma też nie najgorsza -- bez problemu pokonałem jedną trasę bez zatrzymywania po drodze. Zjechałem sobie tam dwa razy, potem zmieniłem trasę. Niestety, zaczęło padać. Dwa razy wjechałem wyciągiem z zaciśniętymi zębami, licząc na to, że pogoda się poprawi, ale w końcu się poddałem i w strugach deszczu zjechałem na dół. A tam... niebo niebieskie, słoneczko wyszło i w ogóle znowu ślicznie... Jednak ja byłem na tyle przemoczony, że nie miałem ochoty próbować kolejnego wjazdu. Oddałem sprzęt i poczekałem na Smoka. W tym roku sobie wiele nie pojeździłem. :-(

Przez poobiednią wyprawę ominął mnie wykład o Eclipse i większość wykładu o Google. Nie zależało mi na żadnym z nich, ale okazało się, że tego o Google warto byłoby sobie posłuchać. Dobrze, że jest nagranie. Po Google był wykład o Gentoo, jednak i to mnie specjalnie nie interesowało, a czułem niedosyt wysiłku fizycznego... więc wybrałem się jeszcze na basen.

Po basenie kolacja, potem trochę pobawiłem się Internetem (cała sztuka polegała na tym, żeby go tam jakoś złapać) i poszedłem na tradycyjne Karaoke, a więc pijackie wycia w wykonaniu Linuksiarzy. Trochę powyłem razem z nimi, ale w końcu i tego miałem dosyć. Potem krążyłem po hotelu (przyłączając się do różnych zajęć w grupach), na chwile, po 1:00 w nocy, wyszedłem na miasto, potem znowu krążyłem. W sumie do łóżka trafiłem koło 3:00.

Na sobotnie śniadanie udało mi się, mimo wszystko, wstać. Byłem na wszystkich przedobiednich wykładach – o integracji aplikacji przy pomocy Open Adaptora i J-EAI (znowu ktoś obchodził jakieś ograniczenia Symfonii), o środowisku RTAI-Linux (trochę akademickie było, ale nawet ciekawe) i o produktach Novella (są sponsorzy to i marketingu trochę musi być).

Pogoda dalej nie dopisywała i po piątkowych przygodach na narty już nie miałem ochoty. Po obiedzie więc, pokręciłem się po hotelach, pobawiłem Internetem, pogadałem z ludźmi.. i tak do pierwszego wykładu, tym razem HP. Zaczynało się nawet zabawnie, ale właściwie sprowadziło się do tego, jakie to fajne serwery ma HP (z mojego doświadczenia wynika coś innego) i do tego Linux na tym chodzi i można kilkoma kliknięciami zainstalować. Potem było o telefonii IP – potraktowałem to jako wykład obowiązkowy, w końcu to będzie moja nowa robota. Na końcu wykład, czy raczej prezentacja, na którą najbardziej czekałem – o tworzeniu muzyki pod Linuksem. Prezentacja zakończyła się koncertem na trzy instrumenty – gitarę, flet i skrzypce. Na skrzypcach grała sama Pani Prezes.

Po kolacji jakoś nie mogłem znaleźć dla siebie miejsca, więc wyszedłem na miasto. Liczyłem na to, że znajdę jakieś miejsce, gdzie będzie sobie można usiąść, posłuchać dobrej muzyki, a może nawet poszaleć. Poza tym, chciałem sobie trochę pospacerować. Najpierw wszedłem na jakąś górkę z ośrodkami. Strasznie tam cicho było w nocy. Na górze śliczny widok na rozświetloną Krynicę i nawet jakąś muzykę z dołu było słychać. Na dole okazało się, że muzyka leci z głośników wystawionych przez restauracją. Nie zaglądałem jednak na razie do środka, tylko poszedłem dalej.

Na scence na placu zdrojowym jakaś młodzież rozstawiała się z instrumentami. Zainteresowało mnie to, jednak okazało się, że będą śpiewać jakieś religijne pieśni. Postanowiłem się więc przespacerować gdzie indziej – na Górę Parkową. Nie wszedłem wysoko, gdy doszły mnie dźwięki śpiewającej procesji wychodzącej z kościoła. Wyglądało to też malowniczo – tłum ludzi ze świecami, w ciemności. Ja jednak poszedłem dalej. Fajnie się tak idzie na górę, gdy nawet ścieżki pod nogami za bardzo nie widać... Na górze cisza i piękne rozgwieżdżone niebo. Chwilę tam się pokręciłem i wróciłem na dół.

Poszedłem do tej restauracji, gdzie grała muzyka. Okazało się, że to tylko tak na wabia. W środku nic ciekawego, nawet tej muzyki co ją słychać na zewnątrz. Kawałek dalej zajrzałem do jakiegoś klubu, ale byczek na bramce dał mi grzecznie do zrozumienia, że nie mam tam czego szukać. Chyba rzeczywiście, bo jakaś smarkateria tam była. Wstąpiłem więc tylko do całodobowego sklepu i kupiłem trójpak – dwie paczki chipsów i kolę. Tak zaopatrzony wróciłem do hotelu.

Do hotelu się dosłownie wtoczyłem, przy wejściu dobrze bawiła się grupka Pingwiniarzystów, którzy zaraz zaczęli zaglądać co to ja mam w tej torbie i czym to mogę być taki nawalony... mnie najwyraźniej wystarczy wsadzić nos do dwóch knajp ;-). Dołączyłem do tej imprezki i dalej razem bawiliśmy się jak przystało na jakiś licealistów, a nie dorosłych ludzi, budząc przerażenie u obsługi. Ale dobrze, za młodu to ja byłem grzeczny chłopczyk, czas nadrabiać zaległości. ;-) Spać poszedłem chwilę przed 4:00.

W niedziele, jakimś cudem, też udało mi się na śniadanie wstać. Po śniadaniu się spakowałem i poszedłem na ostatni wykład – prezentację i pogadankę o podpisach elektronicznych (bardzo interesujące). Po wykładzie właściwie to już tylko wsiadłem w samochód i pojechałem do domu. Po drodze, przez Limanową, mogłem jeszcze trochę popodziwiać śliczne widoki, nawet pochmurna pogoda (poprawiła się dopiero, gdy połowę drogi miałem za sobą) bardzo w tym nie przeszkadzała.

Z całych Pingwinariów jestem bardzo zadowolny. Szkoda tylko, że tak krótko i że żonki ze sobą nie zabrałem. Może następnym razem się uda.

11 komentarzy do wpisu „ Pingwinaria 2006”


Pingwinaria, dzień drugi...

Dzisiaj będzie krócej...

Rano śniadanie, znowu się nażarłem. Potem wyprawa, tym razem w towarzystwie, na Górę Parkową i główny deptak. Po spacerze chwilka oddechu i przygotowania do prezentacji. Po krótkich problemach udało się odpalić laptopa kolegi wraz z rzutnikiem, jeszcze 2 minuty przed czasem. Wtedy dała o sobie znać trema (a już się dziwiłem, co tak spokojnie do tego podchodzę)... i musiałem biegiem wylecieć z sali konferencyjnej, do mniejszego pomieszczenia obok ;-). Zdążyłem jednak na czas. Publiczność dopisała i chyba nawet nikt nie wyszedł w trakcie, a na końcu nie zostałem obrzucony niczym poza pytaniami na temat prezentacji. Było więc OK.

Potem obiadek (jak zwykle solidny), i kolejne wykłady. Ten o funktorach z C++ darowałem sobie po chwili, ten język zupełnie mnie nie pociąga, a te funktory to dla mnie nic nowego, mimo że nie wiedziałem że to się tak nazywa. Najlepiej wypadł wykład o palmtopach.

Po kolacji, chwilę posiedziałem w stołówce, a potem w pokoju, żeby się uleżało i poszedłem na basen. Basen czynny do 20:00, więc nie ma rady — trzeba pływać z kolacją. Później trafiłem na towarzystwo wybierające się do Żabki po napoje. Skoro nie miałem nic lepszego do roboty, to poszedłem z nimi. A teraz imprezujemy...

Impreza wygląda tak, że osiem osób siedzi w dwuosobowym pokoiku, z sześcioma laptopami i czasem coś popija (ja wodę na zmianę z kolą, inni bardziej tradycyjne napoje). Dyskusje o wszystkim, ale słownictwo i skojarzenia wciąż branżowe. Poza tym, każdy stuka coś tam na swoim laptopie. No cóż, nie ma to jak Gicza impreza... fajnie jest :-).

11 komentarzy do wpisu „ Pingwinaria, dzień drugi...”



Jesteście obserwowani...