Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Weselicho

Wczoraj żony kolega z pracy się ożenił (łączymy się z nim w bólu ;-)). Ślub był kościelny. Pełna ceremonia ze mszą, więc ja się do kościoła nie pchałem, zostałem w samochodzie. Zajrzałem do środka (przez otwarte drzwi) dopiero, gdy żona dała mi znać, że zaczyna się istotna część...

Tak smutnej uroczystości dawno nie widziałem. Porównywalny był chyba tylko pogrzeb babci. Nawet państwo młodzi składali sobie przysięgę tak, jakby się rzeczywiście skazywali na jakieś wielkie nieszczęście do końca życia. Tylko chór ładnie śpiewał... ale też tego śpiewu nie można było nazwać radosnym. Im bardziej się temu przyglądam, tym mniej ten Kościół rozumiem. Powaga powagą, ale to przecież powinna być radosna uroczystość! To już ślub mojej mamy w Urzędzie Stanu Cywilnego był weselszy. Ale i nasz ślub, kościelny, nie był taki drętwy.

Ja i tak miałem łagodniejszą wersję, Ika w kościele spędziła ponad godzinę.

Potem pojechaliśmy na wesele. Tu nastrój był zgoła odmienny. Szczególnie w naszym końcu weselnego stołu. Ja z Iką siedzieliśmy, z niewyjaśnionego powodu, na jednym z końców stołu, przy nas jej (i pana młodego) koledzy z pracy. Chyba dla przyzwoitości posadzono obok nas jeszcze księdza. Chyba nie wiele pomogło, bo nasza grupka dobrze się bawiła i co chwilę wybuchała gromkim śmiechem jeszcze zanim napełniono pierwsze kieliszki, a uświęcone towarzystwo niespecjalnie nas krępowało.

Zabawa rozkręciła się właściwie od samego początku. Jednoosobowa orkiestra dawała radę – facet grał całkiem przyzwoicie, a i potrafił towarzystwo rozbawić. Były tańce, hulanki, swawole... Fajnie było sobie poskakać, popatrzyć na tańczące atrakcyjne dziewczyny, powydzierać się trochę, pożartować, poprzytulać itd. itp...

Dotrwaliśmy do drugiej w nocy, bo, oczywiście, dzisiaj rano Ika wybierała się na konie. No i rano trzeba było dziecko od dziadków odebrać. Inni bawili się do szóstej. Na odespanie imprezy musimy jeszcze poczekać.

12 komentarzy do wpisu „ Weselicho”


Pingwinaria 2007

Czwartek

No to znowu pojechałem na Pingwinaria. Tym razem z żonką. Wyjechaliśmy w czwartek rano, najpierw po gadżety do Ikuśnej firmy, a potem do Krynicy. Po drodze dołączył do nas Ajot. Po niecałych czterech godzinach byliśmy na miejscu.

Po rozpakowaniu poszliśmy (ja i Ika) na obiadek (wyżywienie w Damisie jak zwykle super), a po obiadku na spacer po Górze Parkowej. Na szczycie czynne były zjeżdżalnie (takie metalowe rynny po których się zjeżdża w filcowych workach) i żonka chciała od razu spróbować. No to wykupiliśmy 10 zjazdów (8zł) i poszaleliśmy trochę. Ja nawet dwa razy próbowałem na tej najbardziej stromej... próbowałem po za każdym razem, gdy usiadłem przy krawędzi, to się wycofywałem. ;-)

Po spacerku Ika rozstawiła sklepik z pingwinami, a ja zajrzałem na salę wykładową. Tego dnia nawet udało mi się obejrzeć po części z każdego wykładu. ;-)

Po kolacji i kawałku drugiej części ostatniego wykładu zaczęły się mniej oficjalne części imprezy, czyt. picie. Nie uczestniczyłem w tym zbyt intensywnie, ale spać położyłem się późno. Żonka dołączyła jeszcze później.

Piątek

W piątek okazałem się paskudny i w ogóle, bo obudziłem się o 6:30 i przy okazji obudziłem żonkę. Do śniadania przeleżeliśmy w łóżku (no może nie tylko przeleżeliśmy i nie tylko w łóżku... ;-)). Tego dnia nie byliśmy raczej wyspani. W południe planowany był mój wykład, przed nim planowaliśmy wypad do sauny. Rano więc poszliśmy tylko na mały spacerek na Deptaku pod Górą Parkową. Z sauną ktoś zamieszał tak, żebym ja się nie załapał, ale Ika owszem... No cóż, miałem więcej czasu na przygotowanie się do wykładu.

Mój wykład to jedyny na którym byłem od początku do końca. Opowiedziałem po kolei jak to pomogłem żonce z nalepkami na paczki, na początku zastrzegając, że to nie jest do końca zrobione tak jak powinno się robić, ale i tak wywołałem małą burzę. Niektórzy byli oburzeni, że takie rzeczy stosuje się w produkcji, inni mnie bronili, że to sprytne i niegłupie rozwiązanie. I dobrze, bo właściwie nie o moje skrypciki chodziło, ale o dyskusję na temat hackerskich rozwiązań. Swój wykład uważam więc za udany. :-). Żonka na mój wykład dotarła gdzieś w połowie, gdy dyskusja się rozpoczynała. Po wykładzie został już tylko wypoczynek.

Po obiedzie pomogłem rozstawić sklepik 403forbidden, a potem zajrzałem na wykłady sponsorów... nie zachwyciły mnie, to poszedłem na basen. Tam się pomoczyłem przez 45 minut, a przy okazji wymasowałem bąbelkami moje obolałe plecy.

Po kolacji było oficjalne świętowanie urodzin PLUGu, a potem panel dyskusyjny na temat otwartych systemów, standardów i oprogramowania. Na początku ciekawy, potem dyskusja zaczęła się kręcić w kółko, to poszliśmy szukać innych rozrywek. Ja np. poszedłem sobie na spacerek po Krynicy. Dowiedziałem się np., że o wpół do jedenastej wieczór lodowisko jest już zamknięte. ;-)

Wracając spotkałem na schodach integrującą się grupkę linuksiarzy, z Panią Prezes na czele. Agusia zażyczyła sobie mojej żony wraz z cyckami, więc poszedłem po Ikę... która już prawie spała w pokoju. No cóż, rano nie dałem jej pospać. Wspólna integracja na schodach nam nie szła, więc poszliśmy spać, wyjątkowo wcześnie jak na Pingwinaria, chyba jeszcze przed północą...

Sobota

W sobotę wstaliśmy o normalniejszej porze (po ósmej) i bardziej wyspani. Po śniadaniu poszliśmy z szefem Iki na mały spacer-zakupy. A potem Srebrną, w sali bilardowej, testowałem sprzęt do StepManii. Były drobne komplikacje, ale ostatecznie udało się dwie (z trzech) maty podłączyć do laptopa Iki tak, że działały i zebrać zestaw piosenek. Przy okazji wzbudziliśmy zainteresowanie wszystkich którzy w tym czasie byli w lub zajrzeli do sali wykładowej.

Przed obiadem (gdy ja testowałem maty) sklepik z pingwinami eksperymentalnie został rozstawiony przed jadalnią. I to okazało się być strzałem w dziesiątkę. Po obiedzie zabraliśmy Prezesa na Górę Parkową, licząc na to, że spuści go się metalową rurą w filcowym worku... ale padało i ślizgawki były zamknięte. Posiedzieliśmy w tamtejszej knajpce i wróciliśmy na dół. Podczas spacerku, mimo pogody, udało się znaleźć ślady wiosny, np. takie:

kaczence.jpg

Podczas kolacji znowu sklepik działał przed jadalnią, a ja zaraz po kolacji poszedłem rozkładać sprzęt na sali. Tam laptop i maty zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Albo któraś z mat nie była wykrywana, albo wykrywane były obie, a działała tylko druga, albo po wykryciu znikały. W końcu, po paru minutach żonglerki wtyczkami USB, gdy już prawie się poddałem, udało się wszystko uruchomić i zaczęła się zabawa.

Najpierw skakałem ja ze Srebrną, żeby pokazać co i jak, potem, najpierw nieśmiało, próbowały inne osoby. Tylko ja, Srebrna, Ika i Agusia mieliśmy jakieś doświadczenie z tą zabawką, dla reszty to była nowość, ale wielu się bardzo spodobała. A ja robiłem za tego co wzbudzał podziw publiczności swoimi popisami. Do mistrzów StepManii mi pewnie daleko, ale w tym towarzystwie chyba rzeczywiście się wybijałem. I miło czuć na sobie pełen podziwu wzrok publiczności. I słyszeć te wszystkie pochwały i zachwyty... Gdyby to jeszcze podziwiały mnie same atrakcyjne kobiety, a nie (w większości) banda facetów... ;-).

Chciałem zwijać laptopa o jedenastej, ale w końcu impreza trwała chyba do drugiej w nocy. Niektórzy z nowicjuszy zdążyli nawet całkiem nieźle to opanować. Niektórzy (honey i mmazur) próbowali nawet mnie albo Ikę zamęczyć... Może trochę się im udało, bo jeszcze czuję zakwasy...

Niedziela

W niedzielę znowu udało się pospać (całe szczęście, jak byśmy dojechali?), ale cztery dni imprezowania i tak robiły swoje. Przy śniadaniu sklepik został rozstawiony po raz ostatni. Potem sauna (koedukacyjna). Tym razem i ja się załapałem. To działa! Po saunie czułem się znacznie bardziej zdatny do podróży niż wcześniej. Potem pakowanie i jazda. Znowu robiłem za pasażera, bo na razie żona kluczyków do auta mi nie daje (auto jest jeszcze na ubezpieczeniu teścia, jak by coś się stało, to mnie teść by zabił, a Ikę najwyżej opieprzy). Po drodze chcieliśmy zjeść obiad... nie było prosto, bo na drodze (bardzo malowniczej, polecam!) od Nowego Sącza do Mszany Dolnej nie wypatrzyliśmy żadnej knajpy. Dopiero w Mszanie jakąś pizzerię, z wierzchu nieciekawą. Ale pizza była pyszna.

W domku byliśmy około 16:30. Porządnie zmęczeni, ale trzeba było jeszcze przetrwać wieczór z dzieckiem... Ika padła zanim przyszedł czas kąpieli Krysi, ale ja jakoś sobie poradziłem. Ocknęła się, gdy Krysia zadawała mi poważne pytanie: Co zrobisz z mamusią, gdy będziesz ścielił łóżko?, a więc problem się sam rozwiązał. Chwilę po położeniu Krysi myśmy już też spali.

12 komentarzy do wpisu „ Pingwinaria 2007”


Po kolejnym koncercie, 11 lat młodszy :-)

Od jakiegoś czasu miałem ochotę wybrać się na jakiś koncert. Niestety ciężko było coś ciekawego w okolicy znaleźć. Zobaczyłem, że w wiatraku 23-go lutego ma grać Artrosis. Nazwa kompletnie mi nic nie mówiła, ale że Last.fm twierdziło, że to coś podobnego do Closterkellera, to uznałem, że można spróbować. Tydzień temu jeszcze ściągnąłem dwie ich piosenki, żeby upewnić się, że to nie jakaś kaszana. Stwierdziłem że ujdzie, a to wystarczyło, żeby na koncert sie dalej wybierać. Tak bardzo się wybierałem, że na miejscu byłem trochę za wcześnie. Dzień wcześniej. Coś mi się pomieszało i ubzdurałem sobie, że koncert jest w czwartek. ;-)

Po tej wpadce zacząłem mieć wątpliwości, czy chcę na ten koncert. Ale uznałem, że jak nie pójdę, to będę żałował, że nie wykorzystałem okazji, żeby się zabawić. Więc wczoraj znowu pojechałem i tym razem trafiłem na koncert.

Przed Artrosis grały dwa inne zespoły. I już pierwszy, Landscape Of Souls zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Taki mroczny metal. Tekstów w ogóle nie dało się zrozumieć, ale za to klimacik był fajny. Drugim zespołem był Lilith, grali znacznie łagodniej, wokalistka trochę przypominała mi trochę Korę z wczesnego Manaamu, ale klimat rzeczywiście nieco bardziej gotycki. Podobało mi się, mogli by pograć trochę dłużej... ale w końcu jeszcze miała zagrać gwiazda wieczoru.

W końcu przyszedł czas i na Artrosis. Rzeczywiście grali podobnie do Closterkellera. Wokalistka niezwykle sympatyczna, zespół miał świetny kontakt z publicznością. A muzyka, gdy już się wczułem w klimat, super. Grali dłużej niż poprzednicy, ale mnie i tak było mało...

Oprócz muzyki na koncercie było coś jeszcze. Pewna śliczna blondyna chyba mnie podrywała... albo to mi się tylko ubzdurało... w każdym razie było bardzo miło. :-) Poczułem się jakieś jedenaście lat młodszy... to wtedy prawie z każdego koncertu wychodziłem z jakąś fajną dziewczyną...

8 komentarzy do wpisu „ Po kolejnym koncercie, 11 lat młodszy :-)”


Świetliki

Poezja sama w sobie zwykle do mnie nie dociera. To tylko zbiór słów ładnie ułożonych. Nie czuję tego. Co innego poezja z muzyką... muzyka może mnie otworzyć na poezję tak, że każde słowo czuję całym sobą. To jest jakieś przeżycie. Sama muzyka, w przeciwieństwie do samej poezji, działa podobnie, ale to jeszcze nie to samo, co muzyka z odpowiednim tekstem.

Oczywiście muzyka muzyce nie równa, tak jak poezja poezji. Tradycyjna poezja śpiewana mimo, że zwykle mi się podoba, nie wzbudza wielkich emocji. Widać gruboskórny i potrzebuję coś mocniejszego. Dlatego już dawno polubiłem Świetliki. Ponure teksty Marcina Świetlickiego, recytowane przez niego samego, są wręcz wbijane we mnie idealnie dopasowaną, ciężką muzyką. To robi wrażenie.

Jak tylko zobaczyłem, na last.fm, że w Gliwicach, w Spirali, mają grać Świetliki, uznałem, że muszę tam być. Co prawda, w tym tygodniu wybierałem się na Homo Twist (dwa koncerty to byłaby nadmierna rozpusta) i w czwartki mam z żonką lekcje tańca, to jednak Świetlików sobie odpuścić nie mogłem. W końcu jeszcze nigdy nie byłem na ich koncercie i nie wiadomo kiedy w okolicy będzie kolejny.

No więc wczoraj byłem na tym koncercie. Już po pierwszej piosence upewniłem się, że nie mogłoby mnie na nim nie być. Akustyka w Spirali zrobiona dużo lepiej niż w Wiatraku, gdzie ostatnio bywałem na koncertach i wyraźnie słychać było każde słowo Świetlickiego, każdą gitarę z osobna i wszystko razem jak należy. To były dwie godziny świetnej muzyki. Dawno tak dobrze nie wydałem dziesięciu złotych. Chyba będzie trzeba wydać jeszcze parę, na płytę.

Niestety, główny feler takich imprez w Spirali doskwierał nie mniej niż w Wiatraku. Dym papierosowy. Znowu wróciłem cały śmierdzący. A chyba najbardziej kopcił Świetlicki – papieros po papierosie, gdy mu zabrakło, dał 20zł publiczności, żeby mu kolejną paczkę kupili. Trochę mi go szkoda, zapewne go to szybko wykończy. Po śmierci pewnie będzie sławny... ale szkoda go będzie. Swoją drogą, to trochę obleśny typ. Ale jednocześnie dość sympatyczny. No cóż... artysta... ;-)

25 komentarzy do wpisu „ Świetliki”


Jesień Linuksowa tuż tuż...

Jesień Linuksowa już za trzy tygodnie. 105 osób zapisanych, ale na razie tylko 54 potwierdzonych. Na liście tylko jedna kobieta. :-( Dobrze, że żona nie z tych co się czują bardzo źle w roli rodzynka. A'propos żona... są w tym Lewinie Kłodzkim jakieś konie? ;-)

Tym razem szykuje się bezstresowy odpoczynek – mój wykład przegrał w wyborach, pewnie dlatego, że zapomniałem umieścić słowa hacking w tytule. ;-) Może to i lepiej.

Ktoś jeszcze się wybiera?

30 komentarzy do wpisu „ Jesień Linuksowa tuż tuż...”


Wyjątkowo aktywny weekend

Nie dość, że wczoraj impreza z tańcami, a dzisiaj konie, to jeszcze dziecko się nauczyło jeździć na rowerku bez bocznych kółek i trzeba za nią biegać... :-)

2 komentarze do wpisu „ Wyjątkowo aktywny weekend”



[szpieg] Jesteście obserwowani...