Urodziny
Dziś mój blog ma urodziny. Piąte (jest niewiele młodszy od całego
joggera)! :-)
Sto lat, sto lat, niech żyje blogasek nam! ;-)
Dziś mój blog ma urodziny. Piąte (jest niewiele młodszy od całego
joggera)! :-)
Sto lat, sto lat, niech żyje blogasek nam! ;-)
Ile można siedzieć w domu, chodzić na spacerki i słuchać muzyki z radia
w komórce? Wczoraj więc wybrałem się na koncert Hey w zabrzańskim Wiatraku.
Poprzedni ich koncert bardzo mi się podobał, a i forma już mi pozwala na takie
wypady. Żonka mi nawet pozwoliła wziąć samochód. :-)
Tym razem nie chciałem spędzić godziny w prawie pustym klubie, więc
postanowiłem przyjechać tam trochę po oficjalnej godzinie rozpoczęcia
.
Niestety miało to swoje minusy – pod Wiatrakiem nie było już gdzie
zaparkować, więc musiałem kilkaset metrów się przejść. Nie mogłem więc
zostawić kurtki w samochodzie, przez co musiałem jeszcze odstać swoje
w kolejce do szatni przed i po koncercie.
W samym Wiatraku nieco zmieniło się od ostatniego razu. Scena została przeniesiona na lewą ścianę – jest teraz większa i nie ma kolumny po środku. Może straciła trochę z klimatu, ale za to jest praktyczniejsza. Szatnie wylądowały tam, gdzie kiedyś były garderoby. Dla publiczności chyba też jest teraz odrobinę więcej miejsca.
Sam koncert oczywiście świetny. Na początku przeboje ze starych płyt. Trochę mnie zaskoczyło jak dobrze je znam, przecież słuchałem tego naście lat temu. Ale prawie cała publiczność śpiewała z Kasią, mimo, że większość z tych ludzi chodziła do przedszkola, gdy te utwory powstawały. Teksty (te dobrze znane, jak i nowe), jak i pełen emocji głos Kasi sprawił, że chwilami łezka się w oku zakręciła. Reszta zespołu też zapewniła spory kawałek dobrego rocka.
To co po raz kolejny zrobiło na mnie wrażenie, to jak zespół wychodził na
scenę: widać, zagrać porządny koncert, a nie pajacować. Młode zespoły zwykle
ubierają się, malują i zachowują tak, żeby się w ten sposób wyróżnić, a ci
weszli ubrani normalnie (no może z wyjątkiem klawiszowca, pod krawatem
:-)) i po prostu zrobili swoje. I obyli się bez piwa i bez
papierosów na scenie (to akurat grzechy niektórych doświadczonych wykonawców).
To się nazywa profesjonalizm.
Tym razem nie miałem większych problemów ze zrozumieniem tekstów – albo poprawiła się akustyka lokalu, albo akustyk zrobił lepszą robotę, albo... przygotowałem swoje uszy muzyką ze słuchawek. Z Wiatrakowych uprzykrzeń zostało jedno: idioci, a głównie młodociane idiotki, z papierosami... Jak papierosa przy piwku przy stoliku jeszcze mogę zrozumieć (chociaż też mi się to nie podoba), to w środku rozbawionego tłumu, gdzie jeden na drugiego wpada, a i oddychać i tak nie ma czym, palenie jest dla mnie zupełnym idiotyzmem. Do domu wróciłem śmierdzący.
A teraz mam problem... po takim koncercie chciałoby się płytę kupić
i znowu nie wiem którą...;-)
Obudziłem się przed szóstą rano. Żonka wstała chwilę po ósmej. Zrobiła mi śniadanko itp, a sama poszła do pracy. Ja zostałem z Krysią, bo dzisiaj przedszkole nieczynne.
Krysia obudziła się jakoś grubo po dziewiątej. Poinformowałem ją, że podobno
ma sobie sama zrobić śniadanko (lambasiki
, masło i nóż czekały gotowe do
posmarowania). Najpierw stwierdziła, że nie chce. Potem, że mi zrobi
śniadanko. Bardzo miło z jej strony, ale ja już zjadłem. W końcu sama sobie
zrobiła: z masełkiem i serkiem z marcheweczką
(czyli z łososiem).
Obejrzeliśmy parę odcinków I co wy na to?
na National Geographic.
Najwyraźniej ją to zainteresowała, nawet stwierdziła, że to bardzo mądry
film
. Zapewne niewiele z tego rozumiała, ale niech właściwe
zainteresowania rozwija. :-) W końcu trzeba było telewizor
wyłączyć, bo ile może dziecko oglądać...
Zająłem się trochę standardowym chorobowym zabijaniem czasu przy pomocy laptopika, a trochę przygotowywaniem niespodzianki dla żonki (marnej namiastki prezentu, którego nie byłem jej w stanie kupić). Krysia się zainteresowała tym co robię, to musiałem ją nieco wtajemniczyć. Z zastrzeżeniem, żeby mamie nic nie mówiła. Ogólnie córeczka bawiła się bardzo grzecznie i gotowa była się tatusiem opiekować.
Oczywiście, jak tylko mama przyszła, to jej dziecię oznajmiło, że ma nie
patrzeć na tatusia, bo on robi niespodziankę
. Na szczęście dalszych
szczegółów nie ujawniła.
Dostałem obiadek, moje aniołki popakowały prezenty i wrzuciły pod choinkę,
a potem poszły do dziadków, na wigilijną kolację. Wrócą po bajce
. Ja
dzielnie prezentów nie ruszam (ta, jasne... na samą myśl, jak się po nie
schylam, boli mnie bardziej).
Więc jak na razie spędzam sobie wigilię w łóżku z laptopem, przed
telewizorem. Ruszałem się tyle co do kibelka i na spacer do lasu
(parę
razy do pokoju z choinką i z powrotem, żeby mi całkiem mięśnie nie zanikły).
A najgorsza perspektywa na dziś, to wizyta mojej mamy. Niestety w końcu trzeba
było ją poinformować, że obolały w łóżku leżę (i przez to nie mogę jej
odwiedzić)...
Ogólnie jest nawet całkiem sympatycznie. Przynajmniej część świątecznego
cyrku mnie ominie. :-) Szkoda tylko, że będę musiał ograniczyć
niezdrowe żarcie: ani za bardzo nie jestem w stanie zjeść tyle co zwykle na
święta, ani nie byłby to dobry pomysł, gdy tak ciągle leżę.
Rok temu był świetny Hubertus. Ja, z racji słabych umiejętności, nie brałem
udziału w pogoni za lisem, ale postanowiłem następnym razem to sobie nadrobić.
Za to świetnie się wyszalałem na wieczornej imprezie. W tym roku może być
jeszcze lepiej... :-)
Latem się zorientowałem, że ból w plecach to poważna sprawa i raczej koniki
muszę sobie na jakiś czas odpuścić. Więc nawet, jeśli do Hubertusa będę mógł
wsiąść na konia, to nie zdążę wyćwiczyć formy. :-( Trudno, w tym roku nie pojadę.
Ale być widzem na tej imprezie też jest fajnie. Może porobię zdjęcia żonce na
najpiękniejszym koniu ze stajni. I zawsze pozostaje impreza, tam sobie
odbiję... :-)
Od tamtego czasu zdrowie mi się nie polepszyło. Właściwie to jest gorzej.
Nie tylko nie nadaję się na konia, ale i do tańca. :-( No cóż.
I tak będzie rozrywka na świeżym powietrzu – pooglądam gonitwę,
pokibicuje. A wieczorem na imprezie będę mógł chociaż popatrzeć na bawiące się
dziewczyny. No i trochę mogę się pogibać przy wolniejszych kawałkach. Dziecko
zostanie u dziadków, to zapowiada się ciekawy wieczór. :-)
Dzisiaj piękna pogoda, ale gorzej wyglądają prognozy na jutro. Wszystko
wskazuje na to, że w trakcie gonitwy będzie padało, może nawet lało.
:-( No, może się jakoś uda bieg zorganizować... No i zawsze
pozostaje impreza... :-)
Wieczorem dziecko dostało gorączki. Nie wiadomo, czy do jutra wyzdrowieje.
Dziecka z gorączką raczej dziadkom nie zostawimy, już raz im sprzedała
jakąś zarazę... :-(
Optymizm mi się kończy...
A
więc jednak pozwoliłem sobie na rozpustę i byłem w ten weekend na trzech
koncertach. Po dwóch koncertach z okazji, wcześniej wspomnianego,
Pożegnania Lata
w piątek, wczoraj wybrałem się na, ostatni na Śląsku,
koncert Pidżama Porno.
Prawdę mówiąc nie znam za bardzo twórczości Pidżama Porno, ale w moim
Loved tracks
na Last.FM jakoś znalazło się parę ich piosenek, a więc
najwyraźniej lubię. Jak lubię, to pewnie warto poznać. A jak się zespół
rozwiązuje, to trzeba było i skorzystać z ostatniej okazji wysłuchania na
żywo.
Koncert był w Zabrzu, w Wiatraku, po letnim remoncie. Pojechałem tramwajem, bo z moją rwą kulszową, to do jazdy się nie nadaję (nieciekawie by było jakby podczas jazdy złapał mnie ból uniemożliwiający koncentrację i zdrętwiałaby mi lewa noga). Na szczęście, godziny koncertu rozsądne i tramwajów w obie strony nie brakowało.
Przed Wiatrakiem czekał już tłum, jakiego jeszcze tam nie widziałem
(bilety wyprzedane już dawno). I znowu poczułem się strasznie staro –
większość to dzieciarnia (a w tę dzieciarnię
mogli się wliczać
i studenci)... ale cóż, dziadek-inwalida też może się czasem wyszaleć.
Damska część dzieciarni miejscami wydała się od razu nieco starsza, jak
tylko zrzuciła wierzchnie ciuszki. Cała masa dekoltów ukazujących, nieprzyzwoicie
młode biusty (może o swoje stare serce też powinienem się martwić?). Większość
takich przypadków jednak w myślach kwitowałem: podobałaby mi się... jakieś
piętnaście lat temu
. Uff... przynajmniej mój gust pod prokuraturę nie
podpada... ale za to trudniej go na takich imprezach zaspokoić.
;-)
Sam koncert dość mocno się różnił od sobotnich. Zamiast akustycznych ballad, czy bluesów, ostrzejsza rąbanka. Publiczność przy tym też dużo aktywniej się bawiąca. Ja się ograniczałem do lekkiego kiwania -- skakanie, nie mówiąc o pogo, to już nie na moje zdrowie. Ale bawiłem się nieźle. Bawiłbym się jeszcze lepiej, gdybym znał te piosenki, tak jak większość na sali... ale cóż, nie znałem. Dobrze, że tym razem chociaż trochę tekstów dało się zrozumieć i czasem kawałek refrenu mogłem z innymi wykrzyczeć.
Atmosfera była bardzo gorąca. W przenośni i dosłownie. Niektóre dziewczyny rozbierały się do staników, sądząc po opływającym je pocie, nie tylko ze względu na ewentualny ekshibicjonizm. Po koncercie z wyjścia się po prostu dymiło, jak z otwartych drzwi do sauny. Ale mało kto narzekał – praktycznie wszyscy się po prostu świetnie bawili.
Sprytnie odebrałem swoje rzeczy z szatni na ostatnim bisie tak, że ominęła
mnie kolejka i zdążyłem na pierwszy tramwaj po koncercie. Dotarłem do domku
o całkiem sensownej porze, zdążyłem nawet jeszcze jakieś pieczywo kupić. I nie
śmierdziałem tym razem papierosami (polar był zamknięty szczelnie w plecaku
w szatni, a na sali, w tym tłoku, tylko paru kompletnych idiotów paliło)...
ale wciąż końmi, po porannej wizycie w Szałszy. ;-)
Jakiś czas temu, Last.fm, wśród rekomendowanych imprez pokazał mi koncert Voo Voo z Trebunimi Tutkami w Gliwicach. Przyjąłem do wiadomości, ale się nie wybierałem. W niedzielę jadę przecież na Pidżama Porno. Dwa koncerty w jeden weekend to byłaby przecież rozpusta...
Tydzień temu byliśmy na zakupach w C.H. Arena. Tam rzucił się na mnie
plakat Kolegów
na tablicy Gliwickiego Teatru Muzycznego –
Maleńczuk z Waglewskim mieli zagrać w Ruinach Teatru. Zaraz po powrocie do
domu sprawdziłem w internecie szczegóły. Okazało się,
że jest to część imprezy pod nazwą Pożegnanie Lata
, tak samo jak
wspomniany koncert Voo Voo. Bilet na oba koncerty kosztował 30zł (na samych
kolegów 25zł), więc po prostu nie mogłem nie wybrać się na oba.
Jeszcze raz zajrzałem na Last.fm, okazało się, że drugi koncert też tam był, tylko automat mi go nie podpowiedział. Przy okazji znalazłem drobne nieścisłości (między innymi jeśli chodzi i miejsce koncertu). Co mogłem poprawiłem ręcznie, resztę przekazałem w komentarzu dla moderatorów. Zareagowali szybko, po dwóch godzinkach koncerty były już w Ruinach.
No i wczoraj byłem na tych koncertach. Najpierw Trebunie Tutki pokazały,
że Polska ma też dobrego folka. Potem dołączyło się Voo Voo i pokazało, że
takie eksperymenty i zabawa muzyką to jest to, co lubią najbardziej. Całkiem
przyjemny ten pierwszy koncert. A drugi był po prostu rewelacyjny!
:-). Koledzy MM i WW zagrali piękny akustyczny koncert –
rocka, bluesa i pomiędzy. Przy okazji słodko sobie dogryzali (jaki to
Waglewski stary i jak to Maleńczuk na gitarze grać nie umie). Chyba sobie
kupię płytę.
Jesteście obserwowani...