Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Mój jest ten kawałek Internetu…

…złe emocje i brudne buty proszę więc zostawić przed drzwiami.

Wycieczka rowerowa do Wisły

Wiosną już trochę pojeździłem na rowerku. Trochę z córką (tak 12-24 km za jednym razem), trochę samemu (20-40 km). W końcu uznałem, że może by pojechać sobie gdzieś dalej… Gdzie? Może do Ustronia, a nawet do Wisły? Jak wrócić? Raczej nie rowerem… pociągiem. O, i nocleg można by na miejscu znaleźć… Plan zaczynał się krystalizować…

Jeszcze w maju naszkicowałem sobie w Vikingu trasę to Skoczowa, licząc że dalej to już jakoś wzdłuż Wisły się pojedzie, kupiłem turystyczną mapę Beskidu Śląskiego do TrekBuddiego, zacząłem kompletować sprzęt: okularki, żeby słonko nie raziło i żeby nie trzeba było wydłubywać sobie tych cholernych komarów z oczu, drugą koszulkę rowerową, jakieś części zapasowe i narzędzia oraz, oczywiście, sakwy. Pojechałem sobie jeszcze do Pławniowic i z powrotem, żeby zobaczyć czy rzeczywiście mam formę i 45 km nie zrobiło na mnie większego wrażenia… no poza potwornym bólem głowy po, pewnie odwodnienie. Innym razem wypróbowałem sakwy (czy da się z tym jeździć) biorąc na wycieczkę z córką, na działkę babci, cztery 1.5l butelki z wodą. Dało się jeździć. Pozostało poczekać na jakiś odpowiedni termin – z pogodą i bez innych planów…

Odpowiedni termin nastał z początkiem wakacji. Zrobiło się wreszcie ciepło, Krysia w sobotę pojechała z babcią na północ… to ja w niedzielę rano wyruszyłem. Plan minimum: dojechać do Skoczowa i tam znaleźć nocleg. Plan maksimum: dojechać do Wisły. Liczyłem na Ustroń.

Najpierw jechałem wypróbowaną już trasą z Gliwic do Nieborowic (czerwony szlak rowerowy na Rudy). Tam na sprawdzoną, ale dotychczas tylko samochodem, trasę do Żor. Do Stanowic bez niespodzianek, potem owszem: droga zamknięta z powodu budowy autostrady. Myślę sobie – z rowerem jakoś przejadę. Niestety, dojechałem do budowy i nie wyglądało zachęcająco. Jednak odbiegała jakaś droga w prawo… sprawdziłem na mapce w telefonie, że tam gdzieś dalej jest jakiś szlak rowerowy we właściwym kierunku. Przejechałem przez jakąś wioskę do tego szlaku, a szlakiem znowu na budowę. Ten fragment budowy jednak okazał się dużo bardziej przejezdny, z czego najwyraźniej okoliczni mieszkańcy korzystali (mimo zakazu). Jeden nawet na moich oczach władował się w drzewo, próbując ominąć szlaban ;-) Dojechałem więc do Szczejkowic i byłem znowu na zaplanowanej trasie.

Do Żor to już była prosta droga. Przez Żory wyznaczyłem sobie trasę w Vikingu według OpenStreetMap. I bardzo dobrze się sprawdziła ta trasa. Musiałem co prawda co chwilę na ten telefon zaglądać, gdzie skręcić, ale raz-dwa i byłem za miastem. W polu pod Krzyżowicami, pod brzózką, zrobiłem sobie przerwę. To była mniej-więcej połowa drogi. Zjadłem, popiłem i pojechałem dalej.

Jadąc dalej zaplanowaną trasą, z drobnymi błędami (czasem mapa z GPSem nie dawały jednoznacznej odpowiedzi gdzie mam skręcić i kilka razy musiałem się kawałek wrócić) dotarłem, za Pawłowicamie, do DK 81. Teraz, z jednej strony, jechało się super tym równym asfaltem, prostą drogą… z drugiej pędzące obok auta i motocykle były trochę wkurzające. Na tej drodze też zdarzyła mi się mała awaria — łańcuch wpadł między przednie zębatki i musiałem się trochę nagimnastykować, żeby go wyciągnąć, ale się udało. Dojechałem do Ochab, tam oczywiście obfociłem koniki dla Iki. Chwilę potem dotarłem do Wisły. Rzeki Wisły, na razie.

Konie, w Ochabach Wisła, w Ochabach

Po drugiej stronie kładki była już piękna wyasfaltowana dróżka wzdłuż Wisły, z oznaczonymi szlakami rowerowymi. W szczególności biegnie tamtędy Wiślana Trasa Rowerowa. Plan był taki, żeby tą WTR jechać dalej, do Ustronia lub do Wisły (wersję minimum już odrzuciłem). Plan dobry, ale z wyasfaltowanej dróżki zrobiła się dróżka ziemna, a potem wąska ścieżka. Znaków WTR też od jakiegoś czasu już nie widziałem, stało się jasne, że gdzieś mi „uciekła”. Zerknąłem na mapę i stało się jasne – w Skoczowie nie przejechałem na drugą stronę rzeki, tam gdzie miałem przejechać. Wiedziałem, że szlak przechodzi na drugą stronę, ale właściwe miejsce przeoczyłem.

Co gorsze, ścieżka doprowadziła mnie do ujścia Brennicy i dalej szła w górę tej rzeczki. A ja nie chciałem do Brennej. Widziałem rowerzystów po drugiej stronie Wisły, a mapa po tej stronie żadnej drogi nie pokazywała. Postanowiłem przeprawić się w bród. Przejechałem rowerem przez Brennicę, zdjąłem sakwy, przeniosłem sakwy przez Wisłę, wróciłem po rower i też go przeniosłem. W ten sposób znowu byłem na Wiślanej Trasie Rowerowej. :-)

Dalej, lewym brzegiem Wisły dojechałem do Ustronia. I stwierdziłem, że nie muszę szukać noclegu, wystarczy że coś zjem i mogę jechać dalej. Zjadłem więc „placki z gulaszem” i pojechałem dalej ścieżką rowerową. Znowu się zrobiła z tego droga ziemna w pewnym momencie, ale uznałem, że tak ma być… do momentu gdy dojechałem do ślicznej, wiszącej kładki nad Wisłą, już w Wiśle. Mój szlak przychodził z drugiej strony rzeki. No tak, miałem Wisłę przekroczyć w Ustroniu-Polanie (tak mapa twierdzi). Albo ja jestem ślepy, albo oznakowanie szlaku kiepskie…

W Wiśle już się szlakiem bardzo nie przejmowałem, tylko pojechałem ulicą do centrum. Czas było sobie noclegu poszukać i zorientować się w kolejowym połączeniu do domu. Gdy dojechałem do centrum na liczniku było 94 km… przez chwilę pomyślałem, czy by nie dobić do setki, ale uznałem, że wolę znaleźć nocleg, póki mam jeszcze jakieś siły. Pooglądałem tamtejsze kwatery, wybrałem „Willę”, która mi się najbardziej spodobała z wierzchu i spytałem o nocleg. Był, to tam się zatrzymałem.

Rower pozwolili mi zamknąć w jakieś kanciapie, zamykanej na zamek szyfrowy. Wykąpałem się, przebrałem i poszedłem na miasto. Na stacji kupiłem bilet do domu (ze stacji Wisła Głębce), połaziłem po uzdrowisku, na kolację zjadłem pizzę i wróciłem do pokoju.

W poniedziałek rano czułem, że jeszcze na rower jestem w stanie wsiąść. Super. Zjadłem jakieś śniadanko i pojechałem dalej Wiślaną Trasą Rowerową. Plan był taki: jechać w górę i może przez Przełęcz Kubalonka zjechać do Wisły Głębce na pociąg do domu. Jak daleko nie zajadę, to zawsze mogę zjechać w dół do jakiejś stacji na pociąg.

Tym razem starałem się dokładnie pilnować szlaku i tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że jest oznaczony beznadziejnie. Nie zgubiłem go, bo wiedziałem którędy idzie (z mapy). Dojechałem do końca Trasy, do Jeziora Czerniańskiego. Na szczęście tego dnia już nie było takiego upału jak w niedziele, bo chyba nie dałbym rady na tych podjazdach. Ale przez ten brak słońca zdjęcia kiepsko wychodziły (ale czy z mojej komórki wycisnąłbym dużo więcej?).

Jezioro Czerniańskie

Do jeziorka nie było tak źle, to jadę dalej… Dojechałem do rezydencji Prezydenta RP (że jestem blisko poznałem po kamerach – śmiesznie takie kamery w lesie wyglądają). Ładne domki… w sumie mógłbym i tam przenocować (a co, stać mnie! ;-)), ale dzień wcześniej bym tam nie wjechał. I ten wjazd dał mi trochę w kość, a powyżej Zameczku było jeszcze gorzej… W końcu jakoś wjechałem na Przełęcz Szarcula. Do pociągu jeszcze trochę czasu było, na stację tylko w dół, to postanowiłem podjechać jeszcze trochę wyżej i „zdobyć jakiś szczyt”. Najłatwiejszym celem (bo nie bardzo pod górkę i dalej asfaltem) wydawało się coś, co na mojej mapce nazywa się „Beskidek” (chociaż inne źródła twierdzą, że Beskidek jest gdzie indziej). Trochę mi się TrekBuddy zaciął i pojechałem troszkę dalej, do schroniska Stecówka. Tam za łączką były jakieś śliczne widoczki, ale gdy chciałem podejść, jakiś facet mnie zatrzymał. „Schronisko zamknięte, kręcą tu film, nie wolno wchodzić”. No trudno.

Rzeczywiście, tłum pod kościółkiem i odgłosy z tamtej strony jakieś niezwykłe. No i ta masa autobusów pod schroniskiem. Podjechałem i przeczytałem na jednym „Ekipa filmowa. Och Karol 2”. O, nawet słyszałem o takim filmie i chętnie obejrzę, gdy już będzie. Wróciłem na ten swój „Beskidek”. Potem w dół, z powrotem do przełęczy Szarcula. O, fajnie się tak zjeżdża! Tylko, jak mam tak zjechać do Głębców, to dziesięć minut i będzie po wszystkim… a do pociągu z dwie godziny jeszcze…

Zerknąłem na żółty szlak idący błotną drogą do góry… A może by i Kubalonkę zdobyć? Nie wszystko musi być asfaltem. To pojechałem tym żółtym szlakiem. Ciężko było, szczególnie te sakwy nie ułatwiały sprawy, chwilami rower po prostu prowadziłem, ale na szczyt się wdrapałem. Warto było – 830 m n.p.m. i widok na Wisłę. A potem zjazd w dół, dalej żółtym szlakiem.

Widok z Kubalonki

Najpierw „kamienisto-błotnista droga” zamieniła się w wąską ścieżkę, ale zjeżdżało się fajnie. Ciekawiej niż asfaltem. :-). Szlak dotarł do jakiejś drogi, żeby znowu odbić w dół. Pojechałem kawałek, ale wróciłem się na tę drogę – wąska ścieżka z luźnych dużych kamieni, to trochę za duży hardcore dla mnie… postanowiłem zjechać jednak tą drogą… Asfalt się szybko skończył, przez chwilę była idąca w dół „zwykła polna droga”, dalej już utwardzona za pomocą takich betonowych płyt z dziurami. Dziury nie były problemem, bo wypełnione ziemią… ale nachylenie drogi. Kto po czymś takim wjeżdża na górę?! Zjeżdżałem powoli, kurczowo trzymając kierownicę i hamulce, cały czas bojąc się, że te sakwy za mną (a właściwie nade mną) zaraz przelecą mi nad głową, a ja z rowerem sturlam się kilkadziesiąt metrów w dół… jednak zjechałem bez upadku. Tylko ręce trochę bolały…

Gdy te atrakcje się skończyły byłem już w Głębcach. Podjechałem do „Zajazdu Głębce” i spytałem, czy można tam wziąć prysznic… pani trochę na początku kręciła nosem, ale w końcu coś załatwiła. Wykąpałem się, przebrałem, zjadłem obiadek (specjalność zakładu – „Świński Zad” – pyszne było) i pojechałem na stację. Pociąg już stał, 15 minut do odjazdu. Około trzy i pół godziny później (pociągi się spóźniały) byłem już w domku.

Podsumowując… 95 km z Gliwic do Wisły, potem jeszcze trochę po górach. Wszystko z ciężkimi sakwami, na niekoniecznie idealnym do tego rowerze. Chyba całkiem nieźle jak na kogoś, kto prawie całe życie spędza przed komputerem :-)

Całą trasę „nagrałem” swoim GPSem i powoli zacząłem uzupełniać OpenStreetMap tymi danymi… drobiazgi i niedokładnie, ale zawsze coś…

5 komentarzy do wpisu „Wycieczka rowerowa do Wisły”


Kandydaci

Pojutrze wybory… i nawet nie mam wielkich wątpliwości na kogo zagłosować. Na pewno nie na tzw. „faworytów”. Jeden, w kampanii naprawdę się starał, ale jednak nie jest to osoba którą chciałbym widzieć na tym stanowisku. Wystarczy już że jego brat obrażał mnie regularnie w oficjalnych wystąpieniach. Nie chcę prezydenta niektórych (tzw. „prawdziwych”) Polaków.

Drugi, traktowany jako jedyna alternatywa, po prostu przez całą kampanię pracował nad tym, żeby na niego nie głosować. Wpadki, popisy niekompetencji, głupie tłumaczenie się „nie mówiliśmy tego co mówiliśmy” zamiast konsekwentnej obrony swoich poglądów… Te dziecinne fochy przy okazji debaty. Że nie w takiej formie, że nie w tej telewizji itd. itp. Na społeczne zapytanie o istotne dla tego urzędu sprawy nie raczył udzielić odpowiedzi mimo, że jako Marszałek Sejmu powinien mieć w tej sprawie wiele do powiedzenia. Inni kandydaci nie mieli z tym problemu. Ale może już mu koledzy podpowiedzieli, że lepiej jak nic nie mówi, bo znowu by niekompetencja wyszła?

Kolejny jest pajac Napieralski. Laluś i lanser w jednej osobie. I te jego „diamenciki”… fuuj... Z pozostałych jeszcze tylko Pawlaka można było brać pod uwagę…

I rzeczywiście Pawlak okazał się najbardziej godny uwagi. Jako jedyny, podczas tej kampanii, u mnie nie tracił, a zyskiwał. Daleko mu do idealnego kandydata, ale przynajmniej nie robił z siebie idioty i przynajmniej wspominał o istotnych sprawach. Podobnie jak Napieralski dużo wspominał o „nowych technologiach”, tyle że Pawlak co nieco o tym wie i traktuje to jako poważny element gospodarski, a nie tylko jako metodę lansowania się u młodzieży.

Najbardziej denerwuje mnie te, że wszyscy podchodzą do tych wyborów, jakby chodziło tylko o wybór między Kaczyńskim i Komorowski. Przecież Komorowski nie zaprezentował kompletnie nic. Gdyby go w tej stawce nie było, to sądzę że Kaczyńskiemu dużo głosów by to nie dało. Wydaje my się, że kupa ludzi zagłosuje na Komorowskiego tylko dlatego, żeby nie głosować na Kaczyńskiego… Ale czemu w takim razie akurat na Komorowskiego?! Przecież w wyborach prezydenckich nawet nie mają żadnych podstaw teorie „zmarnowanego głosu”. Od tego jest druga tura, żeby zagłosować na „mniejsze zło”, gdy już nic lepszego nie zostało… Nie mieści mi się w głowie, że to „faworyt”… ale pewnie ludzie głosują na partię, a nie na człowieka.

Komentarze wyłączone do wpisu „Kandydaci”