Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Mój jest ten kawałek Internetu…

…złe emocje i brudne buty proszę więc zostawić przed drzwiami.

Wiosna Idzie!

Wiosna idzie!

Tym razem miesiąc później niż w zeszłym roku.

11 komentarzy do wpisu „Wiosna Idzie!”


Jak zgubiłem dziecko

Dzisiaj Iwonkę zatrzymało coś w pracy i musiałem odebrać dziecko z przedszkola. Po drodze do domu postanowiłem zrobić małe zakupy, powiedziałem więc Krysi „kupimy jeszcze bułeczki i coś słodkiego” i wszedłem do sklepu. Wydawało mi się, że dziecko weszło ze mną. Wziąłem z półki jakieś soczki, zacząłem się rozglądać za słodyczami… i stwierdzam, że dziecka nie widzę. Rozglądam się po sklepie – nie ma!

Chwilę stałem na środku sklepu z tymi dwoma kartonikami, rozglądałem się nerwowo. W końcu odłożyłem je na półkę i wybiegłem ze sklepu. Rozejrzałem się wzdłuż drogi do domu, zakładając, że Krysia mogła jednak ze mną nie wejść do sklepu i rozpędem pójść dalej sama, ale nie było jej tam. Wróciłem się… i zobaczyłem zapłakane dziecko wychodzące ze sklepu.

– Czemu ty wyszedłeś tak szybko ze sklepu!

– A gdzieś Ty była?

– Ja się tam zawsze mamie chowam!

No mogę sobie to wyobrazić. Pewnie parę razy schowała się, tak jak podczas zabawy w chowanego w domu, więc mama dobrze widziała, gdzie ją szukać. Ale skąd ja to miałem wiedzieć? Siedziała pod takim stolikiem, gdzie się jej nie zobaczy, jak się nie zajrzy. No, fajna zabawa… tylko się strachu oboje najedliśmy. Próbowałem jej potem wytłumaczyć, że tatuś sobie takiego chowania nie życzy, ale nie wiem czy do niej dotarło… Dobrze, że tę kryjówkę już znam.

7 komentarzy do wpisu „Jak zgubiłem dziecko”


Zamach ;)

Żona próbowała mnie zabić… laptopem. Krew się polała. Na szczęście laptopowi nic nie jest. :)

7 komentarzy do wpisu „Zamach ;)”


Nowa zabawka: Samsung SCX-4300

W poprzednim biurze miałem drukarkę i skaner. Tyle, że drukarka tylko stała i kurzyła się w kącie właściwie odkąd się tam wprowadziłem – tusz był zaschnięty, a kupowanie nowego sensu większego nie miało: kosztowałby tyle co nowa drukarka i zasechłby parę tygodni po pierwszym wydruku – rzadko potrzebuję coś wydrukować. Poza tym to był właściwie antyk, miała ponad dziesięć lat i problemy chociażby z pobieraniem kartek.

Ze skanerem sprawa wyglądała nieco lepiej. Też antyk (w podobnym wieku), na SCSI z nietypowym złączem (przy pomocy lutownicy, starej taśmy SCSI, odpowiedniej wtyczki i lutownicy udało mi się to podłączyć do współczesnego kontrolera), ale działa. No może nie za pierwszym razem po uruchomieniu, ale jak się go wyłączyło i włączyło to nawet dało się coś poprawnie zeskanować.

Nie chciało mi się tego złomu zabierać ze sobą przy przeprowadzce. Zadzwoniłem więc do firmy utylizacyjnej, żeby oni to zabrali. Dorzuciłem przy okazji z trzy stare karty muzyczne, dwie graficzne, parę płyt głównych, z trzy karty TokenRing i co tam jeszcze mi się w biurze czy domu walało.

Jak już wspominałem nie potrzebuję dużo drukować. Skanować też nie. Ale dość już miałem proszenia się za każdym razem gdy jednak trzeba było coś wydrukować, albo biegania z dokumentami do punktu Xero (a raczej do pani Reni z biura inżynierskiego na tym samym piętrze), gdy mi jakaś kopia była potrzebna. Postanowiłem więc sobie kupić urządzenie wielofunkcyjne.

Urządzenia wielofunkcyjne można teraz kupić za mniej niż 300zł. Ale to atramentówki. Teoretycznie opłacalne przy małym przerobie. Ale nie tak małym, jak u mnie. Nie chciałem ryzykować, że mi tusz zaschnie, więc wolałem urządzenie z drukarką laserową. Na kolorze mi tak nie zależy.

Planowałem pójść do centrum handlowego, do sklepu Vobis i tam coś kupić. Taki sprzęt wolę kupić w normalnym pobliskim sklepie. Na stronach Vobis.pl wypatrzyłem najtańsze tam laserowe urządzenie wielofunkcyjne: Samsung SCX-4300. Może nie jest to marka znana z drukarek, ale recenzje w sieci nie zniechęcały, a do tego producent przyznawał się do wsparcia dla Linuksa. W przypadku innych tanich drukarek nie tak łatwo o taki luksus, a bezpośredniej obsłudze PostScript, PCL, czy PDF w tanim urządzeniu można raczej zapomnieć. Postanowiłem, że to właśnie sobie kupię.

Jakoś jednak do sklepu Vobisa było mi nie po drodze. Poza tym, musiałbym to sobie przywieźć do biura... może by więc kupić przez Internet? Vobis.pl okazał się bardzo przyjemnym sklepem internetowym, a ceny nie były tam gorsze niż na Allegro. Zamówiłem więc we wtorek wieczorem drukarkę, papier i kabelek wprost do biura.

Jeszcze w środę, zanim paczka przyszła, zainstalowałem sobie Unified Linux Driver ze strony producenta – niecierpliwy jestem. Instalacja przeszła gładko, urządzenia oczywiście oprogramowanie nie wykryło, ale pozwoliło skonfigurować ręcznie. Nie sądziłem, że to może być takie proste, spodziewałem się problemów później.

Wczoraj kurier przyniósł pudło. Urządzenie okazało się zaskakująco duże, ale całkiem ładne. Pozwoliłem drukarce spokojnie się ogrzać do temperatury pokojowej i dopiero wtedy podłączyłem. Najpierw próba kopiowania – bez użycia komputera. I bez żadnych problemów. Ha, mam wreszcie własną kserokopiarkę! :-)

Potem z komputera. Włączam ten Configurator od Samsunga, wybieram drukarkę, klikam drukuj stronę testową... i drukuje. Bez żadnej dodatkowej konfiguracji. Standardowa strona testowa CUPS. Sprawdziłem jeszcze w OpenOffice – widzi drukarkę, drukuje. Zero problemów.

Pozostał skaner. Wybieram zakładkę skanery w Configuratorze. Nic tam nie ma. Aaa... bo jeszcze się coś drukuję. Po chwili robię to samo i jest skaner. Klikam Properties... i pojawia się GUI do skanowania. Działa, jedyny drobny problem, to że na podglądzie skanu czarno-białej kartki widać jakieś kolory (trochę mnie to zaskoczyło, aż sprawdziłem, czy strona testowa, którą próbowałem zeskanować, nie wydrukowała się w kolorze), ale to tylko podgląd. Skan wyszedł poprawni. Sprawdziłem też skanowanie z poziomu GIMPa z XSane – też żadnych problemów.

Jedyne z czym, moim zdaniem, trochę przedobrzyli, to zamiana standardowego CUPSowego /usr/bin/lpr na symlink do ich interaktywnego odpowiednika. Rozumiem, że to miało poprawić user experience w przypadku programów nie używających cups, tylko wołających lpr, ale sprawiało, że standardowe nieinteraktywne polecenie wymagało uwagi użytkownika i, co więcej, działającej sesji X11. Proste rm /usr/bin/lpr; mv /usr/bin/lpr{.orig,} rozwiązało sprawę.

Zajrzałem na płytkę dostarczoną przez producenta: była tam instrukcja w wielu językach i ten UnifiedLinuxDriver. Windowsy i Maki najwyraźniej biorą sterowniki z innego źródła, pewnie z samej drukarki. Obsługa drukarki pod Linuksem jest także opisana w instrukcji.

Ostatni test zleciła mi żona: dała mi linka do kolorowanek z Garfieldem dla naszej córki. Ponad 100 plików GIF. Oczywiście uparłem, się, że załatwię to jakimś skryptem z ImageMagick, na co straciłem sporo czasu. Ale wydrukowałem, na 27 stronach, cztery obrazki na stronę.

Podsumowując: na razie jestem bardzo zadowolony z zakupu, a wsparcie dla Linuksa mnie miło zaskoczyło. Z żadną inną drukarką, czy skanerem jakie miałem okazje konfigurować w Linuksie, nie było mi tak łatwo. Oczywiście, mogłem mieć trochę szczęścia z tym, co aktualnie miałem zainstalowane, ale producent najwyraźniej też się postarał.

12 komentarzy do wpisu „Nowa zabawka: Samsung SCX-4300”


Kolejne zimowe fotki

Zimowa pułapka Krysia w krzakach Prawie jak choinka

13 komentarzy do wpisu „Kolejne zimowe fotki”


Przeprowadzka

W budynku, w którym dotychczas miałem biuro, kiepsko grzali (podobno z dwóch został jeden sprawny kocioł). Czasem, gdy przychodziłem do pracy, termometr na biurku wskazywał około 15°C. Za mało, żeby dało się pracować przy komputerze. Na tę okazję miałem już przygotowany grzejnik. Ale nie tylko ja. Do tego instalacja elektryczna w tym budynku jest chyba w gorszym stanie niż grzewcza… Tak więc, w taki chłodny dzień, około południa wysiadał prąd. UPSa oczywiście też już zdążyłem sobie sprawić, ale niewiele to dawało — UPS starczał na jakieś 40 minut, a zasilanie często wracało dopiero następnego dnia…

Pod koniec grudnia, przy chyba siódmej podobnej awarii, uznałem że dosyć tego i na początku stycznia zacząłem się rozglądać za nowym biurem. Wolne lokale, nieco większe od starego biura, znalazły się w budynku laboratoryjnym pobliskiego Instytutu. Gdy upewniłem się, że mnie na to stać (w końcu więcej tych metrów kwadratowych, a cena za metr minimalnie mniejsza) i że będę tam miał Internet, zdecydowałem się obejrzeć co mają do zaoferowania. Pierwszy pokazany mi pokój był jeszcze bardziej obskurny niż stare biuro. Co najmniej malowanie by się tam przydało. Jednak kolejne pomieszczenia wyglądały coraz lepiej. Aż trafiłem do pokoju 515. Na ścianach ładna tapeta, na podłodze całkiem dobra wykładzina. Jedna ściana zabudowana szafkami. I jeszcze pokój przedzielony ścianką, dzięki czemu mam tam jeszcze taki przedsionek (tato się śmiał potem, że to poczekalnia dla tych tłumów klientów). No po prostu full-wypas i wciąż finansowo w moim zasięgu.

Mógłbym się od razu wprowadzać, ale Instytut to firma państwowa i musi być przetarg. Chętnych więcej nie ma, więc wystarczyło zaoferować cenę wywoławczą, żeby być pewnym wygranej, jednak na rozstrzygnięcie trzeba było poczekać do dwudziestego. Zdecydowałem się i złożyłem kopertę z ofertą.

Pozostał jeszcze jeden problem: umowa najmu na stare biuro przewidywała trzymiesięczny okres wypowiedzenia. Miałem zamiar wynieść się od razu, a płacić za trzy miesiące gdy mnie tam nie będzie nie chciałem. Żeby nie było zbyt prosto, to budynkiem zarządza syndyk, z którym podobno ciężko się skontaktować, a czasu do końca miesiąca niewiele. Skonsultowałem się z pewnym prawnikiem, a ten poradził, żeby wysłać do syndyka pismo z prośbą o rozwiązanie umowy za porozumieniem stron i jeszcze dodać, że brak odpowiedzi w ustalonym terminie (10 dni) uznam za odpowiedź pozytywną. Tak też zrobiłem. W piśmie napisałem też co mi nie pasowało, więc właściwie to było jak reklamacja. Żadna pisemna odpowiedź nie przyszła do dzisiaj.

W końcu nadszedł dwudziesty stycznia. Dwudziestego pierwszego zadzwoniłem do Instytutu z pytaniem jak tam mój przetarg… nijak – przewodnicząca komisji chora, rozstrzygnięcie będzie dnia następnego, sekretarka się ze mną skontaktuje, „ale innych ofert nie było, więc ma Pan to biuro”.

Następnego dnia, w czwartek, nikt się nie skontaktował. Zadzwoniłem w piątek i dowiedziałem się, że komisja dalej chora, ale jak chcę, to mogę się wprowadzać. Poszedłem tam, pogadałem z komendantem straży, odebrałem klucz i obejrzałem sobie biuro raz jeszcze. Następnie poszedłem do starego biura i zacząłem się pakować. Na poniedziałek po południu zamówiłem sobie transport. Trochę popakowałem w weekend, a resztę w poniedziałek.

Żeby było śmieszniej, to tydzień wcześniej się pochorowałem, w poprzedni poniedziałek miałem 39°C stopni gorączki, a plany przeprowadzki niespecjalnie się podobały mojemu lekarzowi. Ten tydzień przeleżałem w łóżku, ale do końca wyleczyć się nie zdążyłem. Mimo to miałem zamiar do końca miesiąca przeprowadzkę dokończyć.

Gdzieś w tym czasie (nie pamiętam, czy piątek, czy poniedziałek), ku mojemu zaskoczeniu, zadzwonił syndyk. Powiedział, że pismo dotarło, ale nie byli w stanie odpowiedzieć o czasie, bo dotarło po dwunastu daniach (polecony priorytet). Powiedział, że na taki tryb rozwiązania umowy się zgadzają, wyślą pisemną odpowiedź (wciąż jeszcze nie dotarła), a ja po prostu mam zdać pokój przed końcem miesiąca.

W poniedziałek gdy już wszystko spakowałem pozostało mi poczekać na transport. Kierowca i tato (dzięki!) pomogli mi przenieść najcięższe rzeczy (przede wszystkim biurka i UPS), ja ponosiłem te mniejsze. W starym biurze zostawiłem wciąż podłączone komputery (żebym mógł pracować z domu dopóki nie będę miał netu w nowej lokalizacji) i parę pudeł.

Przez kolejne dni do południa zajmowałem się dzieckiem (nie dość, ze ja chory i Krysia chora, do dziadkowie też i musiała zostać w domu), a potem sprzątaniem i rozpakowywaniem w nowym biurze. W czwartek Krysia poszła już do przedszkola, to mogłem już od rana się urządzać w nowym biurze. Przez ten tydzień więc umyłem okno (okazało się strasznie brudne) i szafki (masakra: pół centymetrowa warstwa kurzu i gruzu), rozpakowałem rzeczy, przyniosłem resztę ze starego biura, porobiłem zakupy (nowe pieczątki, jakieś kabelki, zaciskarkę) itp. Bardzo męczący był to tydzień.

Najbardziej czekałem aż będę miał tam Internet. W końcu w piątek, po szesnastej dotarli do mnie tamtejsi informatycy i udało się to uruchomić. Łącze bardzo fajne, ale niestety wylądowałem za korporacyjnym firewallem Instytutu. Co prawda, administrator otworzył wszystkie porty o które prosiłem, ale zamiast oczekiwanych trzech publicznych adresów IP dostałem tylko jeden, a sam firewall pewnie sprawi jeszcze jakieś problemy.

Właściwie mogę już pracować w nowym biurze. Zostało mi jeszcze połazić po urzędach, uaktualnić moje dane w banku i u operatora telefonii komórkowej no i dostać wreszcie tę umowę najmu, szczególnie, że bez tego w Urzędzie Skarbowym nowego adresu nie przyjmą. A potem może wreszcie wrócę do poprzedniego tempa, trochę odpocznę i wykuruję się do końca.

A oto fotki nowego lokum:

Biurowiec, widok od ul. Sobieskiego W nowym biurze

16 komentarzy do wpisu „Przeprowadzka”