Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Z pamiętnika hipochondryka

W sobotę byłem nawet na dwóch krótkich spacerkach. Wieczorem po tym tylko trochę bardziej bolało. Wczoraj i dzisiaj już nie wychodziłem na spacery, żeby się nie przeciążać przed wyprawą do Bytomia.

No więc pojechałem dzisiaj do tego neurochirurga. Ojciec odsunął i położył mi do tego siedzenie i jechało się całkiem przyjemnie. Bałem się, że podróż będzie bolesna, ale bolało tylko przez pierwszą chwilę, zanim nie przyzwyczaiłem się do nietypowej pozycji. Okazało się, że pod podanym adresem jest gabinet lekarski, różnych specjalności, gdzie w poniedziałki przyjmuje umówiony neurochirurg. Byłem trochę przed czasem, więc posiedziałem trochę w poczekalni (dobrze, że już siedzieć umiem).

Pan doktor pierwsze co zrobił, to zbadał moje plecy. Chciał je zobaczyć, a większości wcześniejszych lekarzy jakoś widok moich gołych pleców nie interesował. Nie dziwne więc, że doktor sam od razu stwierdził, że mam wyrównaną lordozę, którą wcześniej wykazało dopiero badanie rezonansem... Tu punkt dla neurochirurga.

Kolejne parę punktów zdobył wyjaśniając dokładnie na czym polega schorzenie i pokazując co i jak na zdjęciach MRI. Część tego sam wcześniej wyczytałem, coś tam mi wcześniej lekarze powiedzieli, ale jednak ten doktor wytłumaczył mi najwięcej.

W ogóle mówił on bardzo dużo, czasem trochę zbaczając z tematu (głównie w kierunku jak to sprawnie działa amerykańska służba zdrowia, gdzie żaden lekarz nie pozwoli sobie na błąd, bo czekałby go sąd). W pewnym momencie zacząłem go trochę poganiać, bo ciężko mi było siedzieć...

Przedstawił mi dwie możliwości leczenia: Pierwsze, to leczenie zachowawcze. A więc bezwzględne leżenie w łóżku, cztery tygodnie minimum. Może pomóc, ale nie musi. Często pomaga, ale może to trwać i z trzy miesiące. Leżeć miałbym w pozycji, w której nie boli. Jak spytałem się, co, gdy nie ma takiej pozycji, odparł, że wtedy trzeba łykać leki przeciwbólowe. Ogólnie niechętny jest lekom, bo po pierwsze trują, bo drugie wyłączają sygnał ostrzegawczy. No ale cóż... bez leków mnie boli gdy leżę, niezależnie od pozycji...

Druga opcja to leczenie operacyjne. I nie żadne mało inwazyjne, których zresztą już i tak nie robią, bo było wiele powikłań. Nawet jakby jeszcze robili, to się nie kwalifikuję, bo przepuklina zbyt duża. Byłby to więc chirurgiczne usunięcie dysku. Dokładniej mikrochirurgiczne, bo na neurochirurgi robią to z jakimś cholernie drogim sprzętem, znaczy się mikroskopem chirurgicznym itp. Dzięki temu nacięcie jest minimalne i rehabilitacja szybka. Na ortopedii podobno nie mają takiego sprzętu i przez to analogiczna operacja robiona przez ortopedów jest dużo poważniejsza. No cóż, dla mnie to przekonujący argument w kwestii neurochirurdzy kontra ortopedzi.

Leżeć już swoje odleżałem. Prochy łykam od pół roku, boli mnie jeszcze dłużej. Myślę, że czas na radykalne posunięcie i chyba się zdecyduję na ten zabieg.

O dziwo, zabiegi robione są właściwie na bieżąco i jak w tym tygodniu się zdecyduję, to może już w przyszłym mógłbym być operowany. Jakby dobrze poszło, to nawet kwietniowe Pingwinaria wydają się realne...:-)

14 komentarzy do wpisu „ Z pamiętnika hipochondryka”


Z pamiętnika hipochondryka

Po trzech i pół tygodnia leżenia w łóżku jakby coś zaczęło się poprawiać. Przedwczoraj wstałem nie tylko, żeby pójść do łazienki (co było wcześniej wielkim poświęceniem), ale i żeby po prostu się ruszyć i np. postawić wodę na herbatę. Co więcej, po położeniu się znowu, wcale nie czułem się dużo gorzej niż przed wstawaniem (wcześniej każde ruszenie się z łóżka musiałem przez jakiś czas przeboleć).

Wczoraj było jeszcze trochę lepiej. Gdy wieczorem żona poszła puszczać Krysi fajerwerki, ja podszedłem do okna i przez jakiś czas obserwowałem. Także Nowy Rok przywitałem na nogach. Uznałem, że jak dzisiaj tego nie będę musiał odchorować, to mogę spróbować na chwilę wyjść z domu.

No i rano czułem się całkiem nie źle, no, poza bólem głowy (czy noworoczny kac nie mógłby sobie abstynentów odpuszczać?). No i wyszedłem. Trzy piętra w dół, dookoła bloku i trzy piętra w górę. Pod koniec bolało mocno, ale mniej niż bywało. I chwila leżenia wystarczyła do dojścia do siebie.

Czyżby odpuszczało? :-) Oby, bo za tydzień czeka mnie wyjazd do Bytomia, do neurochirurga.

7 komentarzy do wpisu „ Z pamiętnika hipochondryka”



[szpieg] Jesteście obserwowani...