Z pamiętnika hipochondryka
Po trzech i pół tygodnia leżenia w łóżku jakby coś zaczęło się poprawiać. Przedwczoraj wstałem nie tylko, żeby pójść do łazienki (co było wcześniej wielkim poświęceniem), ale i żeby po prostu się ruszyć i np. postawić wodę na herbatę. Co więcej, po położeniu się znowu, wcale nie czułem się dużo gorzej niż przed wstawaniem (wcześniej każde ruszenie się z łóżka musiałem przez jakiś czas przeboleć).
Wczoraj było jeszcze trochę lepiej. Gdy wieczorem żona poszła puszczać Krysi fajerwerki, ja podszedłem do okna i przez jakiś czas obserwowałem. Także Nowy Rok przywitałem na nogach. Uznałem, że jak dzisiaj tego nie będę musiał odchorować, to mogę spróbować na chwilę wyjść z domu.
No i rano czułem się całkiem nie źle, no, poza bólem głowy (czy noworoczny kac nie mógłby sobie abstynentów odpuszczać?). No i wyszedłem. Trzy piętra w dół, dookoła bloku i trzy piętra w górę. Pod koniec bolało mocno, ale mniej niż bywało. I chwila leżenia wystarczyła do dojścia do siebie.
Czyżby odpuszczało? :-) Oby, bo za tydzień czeka mnie wyjazd
do Bytomia, do neurochirurga.
Śledzenie komentarzy (RSS)
01 stycznia 2008 13:08:04
Trzymam kciuki :)