Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Powrót na stronę główną

Z pamiętnika hipochondryka

Dawno tu się nie uzewnętrzniałem na temat mojego kręgosłupa. A przecież się dużo działo... przede wyszystkim... wciąż bolało. To właściwie bez zmian. No może z pewną tendencją: mniej gwałtownych bólów przy wstawaniu, czy zmianie pozycji, a więcej ciągłego upierdliwego bólu, tylko czasowo tłumionego przez tabletki. W każdym razie ostatnio nie chodzę, ale raczej kuśtykam... Ale bywało, że bolało bardziej.

Osiemnastego października zacząłem rehabilitację. Przez dziesięć kolejnych dni (pomijając weekend): gimnastyka, Sollux (wygrzewanie pod lampą, prawie jak plaża), laser (pani dziabała mnie po plecach czymś robiącym pik pik) i prądy. Panie rehabilitantki bardzo miłe, a na sali gimnastycznej, o dziwo, spotkałem też jakieś dziewczyny w wieku zbliżonym do mojego (spodziewałem się raczej samych dziadków). Nie zauważyłem jakiejś wyraźnej poprawy po tych zabiegach, ale nie pogorszyło mi się, więc zamówiłem kolejną serię (jeszcze w ramach tego samego skierowania, a w zapasie mam drugie) – zaczynam od 3 grudnia.

Jutro, 22 listopada, o godzinie 17:00 miałem mieć badanie rezonansem magnetycznym, ale w zeszłym tygodniu pani z Koźla zadzwoniła mówiąc, że tego dnia o tej porze nie będą robić badań... i mam się zgłosić dzień wcześniej o 9:00.

Pierwotny plan był taki, że żonka mnie tam zawiezie, ale w międzyczasie zdążyłem jej podpaść na tyle, że stosownym wydawało się znalezienie innego transportu. Wrobiłem w to ojca. ;-) (dzięki tato!)

Dzisiaj rano więc pojechaliśmy. Z Gliwic wyjechaliśmy o nieprzyzwoicie wczesnej porze, t.j. o wpół do ósmej. W tym czasie wieczorna tabletka już przestawała działać, a na łykanie kolejnej było trochę wcześnie. Jednak przez większość trasy dało się żyć. Dopiero gdzieś tak od Kędzierzyna ciężko było mi wysiedzieć. Na miejsce dojechaliśmy na pół godziny przed czasem. Przede mną była tam jakaś pani.

Gdyby nie to, że poszedłem do kibelka, to bym się chyba załapał przed tą panią i przed planowaną godziną zabiegu. Tak to musiałem godzinkę poczekać. Wypełniłem ankietę na temat ewentualnych metalowych części w moim organizmie, o przebytych chorobach i zabiegach, i o tym, czy na pewno jest pewien, że tego chcę. Oddałem zdjęcie RTG, zapłaciłem za kliszę z wynikami (bez dopłaty dają tylko opis i wyniki na CD) i poczekałem na swoją kolej.

W końcu zostałem wywołany. Za drzwiami, po lewej stronie siedziała pani doktor przed trzema dużymi ekranami LCD (już podglądałem wcześniej przez szybkę, jak mózg poprzedniej pacjentki oglądała), z drugiej strony pielęgniarka (czy inna asystentka) przed normalniejszym monitorem i szybą, za którą było pomieszczenie z aparaturą. Na drzwiach do tego pomieszczenia ostrzeżenie o silnym polu magnetycznym i żeby nie wchodzić z metalowymi przedmiotami, bo mogą spowodować poważne obrażenia ciała i uszkodzenia aparatury (przypomniała mi się końcówka drugiej serii Lostów). Mnie poproszono do kabinki, małego pomieszczenia obok (z napisem kabinka na drzwiach), gdzie miałem się rozebrać do koszuli i majtek.

Gdy byłem gotowy, przeszedłem do pomieszczenia z aparaturą i położyłem się na łóżku. Pod nogi wsunięto mi jakieś podkładki, do ręki dostałem zielony przycisk (Jak coś będzie nie tak, to pan to wciśnie, a ja przerwę badanie wyjaśniała pielęgniarka). Potem zamknięto mnie jakąś klatką i wjechałem do maszyny, której kształt ciężko mi tu opisać. Po chwili maszyna zaczęła stukać, potem bzyczeć i buczeć. Nieprzyjemnie dźwięki. Nie dziwię się, że poprzednia pacjentka wychodziła trzymając się za głowę. Potem przerwa, łóżko przesunęło się trochę w głąb maszyny i znowu te odgłosy. Potem znowu przerwa, przesunięcie w drugą stronę i znowu hałasy, nieco inne. Znowu przerwa...

Przyszła pielęgniarka, kazała się nie ruszać i wyjechałem z maszyny. Spytała się, czy zgodziłem się na podanie kontrastu (zgodziłem się, w ankiecie) i zaczęła szukać żyły na moim ramieniu. Odwróciłem się w drugą stronę, co by się niepotrzebnie nie stresować widokiem (mogła być to przecież jakaś olbrzymia strzykawka z przerażającą igła). Prawie nic nie poczułem i po chwili stwierdziłem tylko, że mam założony wenflon. Wjechałem z powrotem do maszyny. Jeszcze trochę hałasów i badanie się skończyło. W sumie siedziałem tam jakieś pół godziny. Jak tylko się ubrałem pielęgniarka zdjęła mi wenflon.

Wyniki miały być gotowe za 2-3h. Mogliśmy czekać, przyjechać kiedy indziej, albo zapłacić za kuriera, który dostarczyłby je do Gliwic w piątek. Uznałem, że skoro już tyle czekałem i tyle jechałem, to chcę mieć wyniki jak najszybciej. Tato nie miał nic przeciwko. Poszliśmy na miasto. Chcieliśmy wstąpić do jakiejś kawiarni (za zimno na spacery, szczególnie, że byliśmy ubrani na podróż samochodem), znaleźliśmy jakąś restaurację. Zamówiliśmy ciasto i herbatę/kawę. Tam przesiedzieliśmy trochę czasu, do szpitala wróciliśmy po 1.5h. I po chwili były wyniki.

Opis badania dość długi (a nie tylko dwa słowa, jak w opisie do RTG), lekarka znalazła: wyrównaną lordozę lędźwiową (ale to chyba powinni lekarze już wcześniej gołym okiem widzieć, albo chociażby na RTG), niewielkie zmiany zwyrodnieniowo-wytwórcze na krawędziach trzonów kręgowych i w tych trzonach (cokolwiek to jest), jakieś symptomy zmian degeneracyjnych no i przepuklinę jądra miażdżystego (tego się spodziewałem po doszkoleniu się w Internecie), która powoduje, między innymi, krytyczne zwężenie kanału korzeniowego lewego. No to chyba znaleziono źródło bólu. Tę przepuklinę nawet sam byłem w stanie na kliszach zobaczyć, jeszcze zanim rozszyfrowałem gdzie dokładnie jest L5-S1. Dobrze, że przynajmniej żaden nowotwór nie wyszedł, bo i czymś takim mnie straszyła jedna lekarka.

Zaraz po odebraniu wyników ruszyliśmy do Gliwic. Mój kręgosłup od razu zaprotestował, przypominając mi o tabletce. Droga powrotna była ciężka, ale i tak kazałem się odstawić pod biuro. Miałem ambicje jeszcze dzisiaj trochę popracować. Jednak ambicja szybko przeszła, jak usiadłem przy biurku. No cóż, po takie podróży chyba lepiej było wrócić do domy i odpocząć na leżąco.

Za tydzień, we wtorek, wizyta u neurologa. Ciekawe co powie na wyniki badania i jakie leczenie zaproponuje. Wybiorę się też do swojej pani doktór pierwszego kontaktu, bo była zainteresowana moimi wynikami (byłem u niej po dokładkę gdy skończyły mi się leki zapisane przez neurologa). Ciąg dalszy pewnie nastąpi...


Komentarze

Arietta

21 listopada 2007 18:17:14

Ło jesssuuu
Grunt, że diagnoza jest, jak trzeba i teraz tylko…. siły, wytrwałości i zdrowia.

lemiel

21 listopada 2007 18:17:38

A po kontraście nic Ci nie było/jest?

Jajcuś

21 listopada 2007 18:25:06

A co mogło by mi być? Rozumiem, że wenflon był po to, jakby mnie mieli od razu po kontraście ratować, ale jakieś późniejsze efekty też są możliwe? Właściwie, to ciekawe co to za świństwo mi wstrzyknęli…

silnoreki

21 listopada 2007 18:50:38

No to wynik z rezonansu masz praktycznie identyczny z wynikiem mojej żony.

Kasia

21 listopada 2007 20:27:13

tu lajkonik: a co mogło być po kontraście?

Krystek

21 listopada 2007 21:21:01

Chyba nic?

Jajcuś

21 listopada 2007 21:26:03

Krystek: oj, marny ten artykuł. Nawet nie pisze do czego te przykładowe kontrasty (sole jodu/baru w rezonansie magnetycznym AFAIK raczej się nie przydają).
Ja zdążyłem doczytać, że bywają problemy w przypadku badań rentgenowskich z kontrastem, bo sole jodu powodują uczulenia. Kontrasty stosowane w badaniach MRI są podobno mniej szkodliwe. Ale najwyraźniej ryzyko ewentualnej reakcji uczuleniowej jest brane pod uwagę.

Krystek

21 listopada 2007 21:27:15

No bo To jest tylko zalążek artykułu związanego z medycyną. Jeśli potrafisz, rozbuduj go. ;)

lemiel

21 listopada 2007 23:25:31

Mój tata był w takim stanie, że myśleliśmy, że go za chwilę pożegnamy… Poprawiło się, ale to już nie jest to samo…

Dodaj nowy komentarz

Dostępne jest formatowanie Textile

Podpis:
Treść:
Strona WWW (opcjonalnie):
Wpisz kod:code
 
 

Śledzenie komentarzy (RSS) TrackBack URI


[szpieg] Jesteście obserwowani...