15 października 2007
18:23:18
|
kategorie:
zdrowie,
Pod koniec zeszłego tygodnia nie udało mi się zastać pani doktor C,
a nocny ból wciąż dokucza. W weekend postanowiłem, że dzisiaj idę do
jakiegokolwiek lekarza, niech wymyśli coś co mi ulży w nocy. Udało się
nawet zastać panią C. Opowiedziałem co i jak, nie bardzo jej się to spodobało
(że w nocy boli), w końcu zapisała mi niebieskie tabletki, które,
w przeciwieństwie do wcześniej branych, można brać i rano i wieczorem.
W pewnym momencie do gabinetu wpadła doktor B mówiąc do C, że ma ją osłuchać
i w ogóle muszą pogadać. Lepsze wrażenie zrobiłaby chyba tylko pielęgniarka
z nabitą strzykawką ;-).
C korzystając z okazji spytała B co tamta sądzi o moim przypadku. B najpierw
stwierdziła, że to na pewno łóżko. Wytłumaczyłem, że mam raczej twardy
materac, a i tak bym się już na podłogę przeniósł, gdyby nie strach, że
z podłogi to już zupełnie rano nie wstanę. W końcu obie uznały, że to typowa
rwa kulszowa (skoro jest lepiej, gdy leżę na plecach z ugiętymi nogami)
i dostałem skierowanie do neurologa. Na "jak najszybciej". Wychodząc życzyłem
C szybkiego powrotu do zdrowia.
Skoro do neurologa mam się udać jak najszybciej, to postanowiłem zacząć od
najbliższego – w szpitalu kilkaset metrów od mojej przychodni. Szpital
pięknie odnowiony. W informacji przy głównym wejściu przemiła pani z uśmiechem
na ustach skierowała mnie do przyszpitalnej poradni (prosto, wyjść przez izbę
przyjęć, w lewo przez podwórko i potem w lewo, wejściem numer cztery)...
No, Europa!
myślę sobie.
W recepcji w poradni smętna paniena, spytana o wizytę u neurologa,
podniosła wzrok znad piłowanych właśnie paznokci i spytała, czy jestem
zarejestrowany. Mówię że nie, w końcu chcę się zarejestrować. No to w tym
roku już nie przyjmujemy. Rejestracja od stycznia.
. No to miejscami chyba
wciąż PRL (a może już IV RP?).
Jak potrzebowałem do chirurga (trzy razy) to też mnie straszono
kilkutygodniowymi, co najmniej, kolejkami, a udawało mi się umówić z dnia na
dzień. Więc uznałem, że i tym razem lepiej trafię. Poszedłem tam, gdzie mam
mieć rehabilitację, pamiętałem, że tam też mają neurologa. No mają i mógłby
mnie przyjąć gdzieś w połowie listopada. Prawdopodobnie, bo akurat im komputer
nie działał, miałem zadzwonić później.
W pracy porozglądałem się za poradniami w Internecie. Ciężko było się
gdzieś dodzwonić, a ze znalezionych informacji wynikało, że w ramach NFZ, to
przed listopadem mogę się nie załapać. Zdecydowałem się pójść
prywatnie
. Wytypowana przychodnia miała nawet fajny interfejs do
rejestracji online (najwyraźniej przez nikogo nie obsługiwany -- wciąż
oczekuję na potwierdzenie terminu) i paskudną stronę WWW (flash w którym
trudno się połapać i gdzie trudno znaleźć właściwy numer telefonu). W końcu
zjawiłem się i zarejestrowałem osobiście. Na jutro o 8:10. Prywatnie
to
się da...
11 października 2007
11:18:27
|
kategorie:
jedzenie,
w sieci,
Głośno ostatnio o tym napoju na Joggerze. Nie dziwne, skoro rozdają go
prawie za darmo. Nie ukrywam, że sam na taki darmowy kilogram liczę...
;-)
Ja Yerba Mate pijam od jakiegoś czasu. Po prostu kiedyś kupiłem sobie 10dag
Yerba Mate Cytrynowa
w sklepiku z herbatkami, gdzie kupuję gunpowder i
inne i zaparzyłem podobnie jak zieloną herbatę. Posmakowało, to kupuję
częściej. Niewiele tego przynoszę w papierowej torebce (tam chyba drogo jest),
więc używam oszczędnie (kilka łyżeczek ziela na jeden raz) i zapewne to co
zaparzam różni się mocno od tradycyjnego naparu. Ale jak zdobędę pokaźną ilość
prawdziwego Yerba Mate, to będę mógł
spokojnie eksperymentować z właściwymi sposobami. A o tych właściwych
sposobach, to pewnie sobie na Yerba Mate
Forum poczytam. A jak mi się spodoba i posmakuje, to ten sklep z Yerba Mate jeszcze na mnie
sporo zarobi. ;-)
P.S. Taki program partnerski
, to ja rozumiem!
08 października 2007
19:24:35
|
kategorie:
zdrowie,
W czwartek wziąłem ostatnie dwie tabletki z poprzedniej serii. Na początku
serii działy niesamowicie – ból w większości przypadków zniknął. Ale
z czasem było znowu coraz gorzej. W zeszłym tygodniu pojawił się nowy problem:
ból w nocy. Bolało nawet gdy leżałem w łóżku, szczególnie, gdy przewracałem
się na drugi bok. Czasem budziło mnie to w nocy. Dziś więc z samego rana
wybrałem się znowu do lekarza rodzinnego (pani doktór C).
Tym razem dostałem nieco inny zestaw leków. Na jednej recepcie witaminę
B1, coś na osłonę żołądka (to samo co poprzednio) i jakiś lek przeciwzapalny
(tym razem w saszetkach, padła też propozycja zastrzyków, ale przychodnia nie
bardzo jest mi po drodze). Na drugą receptę coś rozluźniającego mięśnie, do
łykania przed snem (podobno trochę uspokajające). Jeśli to nie będzie pomagać,
to mam nie zwlekać, tylko znowu się zgłosić, to dostanę skierowanie do
chirurga (podobno może podawać jakoś leki przeciwzapalne prosto na nerw).
Z receptami udałem się w kierunku apteki i mojego biura. 15 minut spaceru,
a noga bolała... W aptece okazało się, że na jednej recepcie (tej z trzema
lekami) brakuje pieczątki i muszę wrócić się do przychodni. Pani zrealizowała
mi drugą receptę, ale powiedziała, że nie radzi mi teraz tego łykać, bo będę
się czuł jak po niezłej imprezie...
Nie czułem się na siłach od razu się wracać, więc zajrzałem do biura żony,
tuż obok apteki. Tam się rozłożyłem zgodnie z zaleceniami lekarza (na wznak na
podłodze, z nogami opartymi na krześle, paskudy zrobiły mi zdjęcie), a żonka
poczytała ulotkę z tego lekarstwa. Niezłe. W sprzyjających okolicznościach
mogę po tym nawet białe myszki widzieć. %-)
Wróciłem się do tej przychodni. Pani w recepcji się zdziwiła, receptę
podbiła i przeprosiła. Wróciłem do apteki po pozostałe leki. Już płacę (kartą,
bo w portfelu pustki), a tu mi się coś nie zgadza... Dostałem same tabletki,
a miały być jakieś saszetki. Mówię kobiecie, a ona na mnie wielkie oczy.
Domyśliłem się, że tego czegoś nie ma w saszetkach. Ja upieram się, że miały
być saszetki, aptekarka spogląda jeszcze raz na receptę i stwierdza, że to
chyba jednak coś innego. Sprawdza jeszcze u koleżanki (która potwierdza, że
tam jest ten lek w saszetkach, a nie 100 innych tabletek). Potem mnie pyta,
czy to na pewno powinno być coś przeciwbólowego/przeciwzapalnego. Potwierdzam.
No więc ona anuluje poprzednią transakcje kartą (nauczony doświadczeniami
z bankomatem zachowuję kwitki) i wydaje mi właściwe leki, niestety droższe.
Zażartowałem, że pani chciała mnie otruć. Ale to podobno było coś na
usunięcie kwasu moczowego
i raczej by nie zaszkodziło. Ale najpewniej
i nie pomogło. Pechowa jakaś ta recepta.
Lek z saszetki cudów nie zdziałał. Cały czas boli, ale już sporo mniej niż
rano. Zobaczymy jakie efekty da ten ekstra drag wieczorem ;-) Na
razie jestem zadowolony, że przynajmniej humor mi dopisuje (wczoraj rano było
z tym kiepsko), pewnie jeszcze po wczorajszym koncercie.
08 października 2007
18:49:07
|
kategorie:
imprezy,
muzyka,
A
więc jednak pozwoliłem sobie na rozpustę i byłem w ten weekend na trzech
koncertach. Po dwóch koncertach z okazji, wcześniej wspomnianego,
Pożegnania Lata
w piątek, wczoraj wybrałem się na, ostatni na Śląsku,
koncert Pidżama Porno.
Prawdę mówiąc nie znam za bardzo twórczości Pidżama Porno, ale w moim
Loved tracks
na Last.FM jakoś znalazło się parę ich piosenek, a więc
najwyraźniej lubię. Jak lubię, to pewnie warto poznać. A jak się zespół
rozwiązuje, to trzeba było i skorzystać z ostatniej okazji wysłuchania na
żywo.
Koncert był w Zabrzu, w Wiatraku,
po letnim remoncie. Pojechałem tramwajem, bo z moją rwą kulszową, to do jazdy
się nie nadaję (nieciekawie by było jakby podczas jazdy złapał mnie ból
uniemożliwiający koncentrację i zdrętwiałaby mi lewa noga). Na szczęście,
godziny koncertu rozsądne i tramwajów w obie strony nie brakowało.
Przed Wiatrakiem czekał już tłum, jakiego jeszcze tam nie widziałem
(bilety wyprzedane już dawno). I znowu poczułem się strasznie staro –
większość to dzieciarnia (a w tę dzieciarnię
mogli się wliczać
i studenci)... ale cóż, dziadek-inwalida też może się czasem wyszaleć.
Damska część dzieciarni miejscami wydała się od razu nieco starsza, jak
tylko zrzuciła wierzchnie ciuszki. Cała masa dekoltów ukazujących, nieprzyzwoicie
młode biusty (może o swoje stare serce też powinienem się martwić?). Większość
takich przypadków jednak w myślach kwitowałem: podobałaby mi się... jakieś
piętnaście lat temu
. Uff... przynajmniej mój gust pod prokuraturę nie
podpada... ale za to trudniej go na takich imprezach zaspokoić.
;-)
Sam koncert dość mocno się różnił od sobotnich. Zamiast akustycznych
ballad, czy bluesów, ostrzejsza rąbanka. Publiczność przy tym też dużo
aktywniej się bawiąca. Ja się ograniczałem do lekkiego kiwania -- skakanie,
nie mówiąc o pogo, to już nie na moje zdrowie. Ale bawiłem się nieźle.
Bawiłbym się jeszcze lepiej, gdybym znał te piosenki, tak jak większość na
sali... ale cóż, nie znałem. Dobrze, że tym razem chociaż trochę tekstów dało
się zrozumieć i czasem kawałek refrenu mogłem z innymi wykrzyczeć.
Atmosfera była bardzo gorąca. W przenośni i dosłownie. Niektóre dziewczyny
rozbierały się do staników, sądząc po opływającym je pocie, nie tylko ze
względu na ewentualny ekshibicjonizm. Po koncercie z wyjścia się po prostu
dymiło, jak z otwartych drzwi do sauny. Ale mało kto narzekał –
praktycznie wszyscy się po prostu świetnie bawili.
Sprytnie odebrałem swoje rzeczy z szatni na ostatnim bisie tak, że ominęła
mnie kolejka i zdążyłem na pierwszy tramwaj po koncercie. Dotarłem do domku
o całkiem sensownej porze, zdążyłem nawet jeszcze jakieś pieczywo kupić. I nie
śmierdziałem tym razem papierosami (polar był zamknięty szczelnie w plecaku
w szatni, a na sali, w tym tłoku, tylko paru kompletnych idiotów paliło)...
ale wciąż końmi, po porannej wizycie w Szałszy. ;-)
08 października 2007
15:32:43
|
kategorie:
lajf is brutal,
natura,
zdrowie,
Piersi kurczaka – tylko na tyle może liczyć
cierpiący człowiek w potrzebie. :-( Tylko dlatego, że żonaty. Co
za ograniczone, opętane przez stereotypy społeczeństwo! ;-)
Na szczęście, na żonkę mogę cały czas liczyć. Okłady działają –
przynoszą ulgę (i radość), ale w pełni na moje dolegliwości nie pomagają.
Byłem u wielu lekarzy, łykam najróżniejsze prochy... niewiele pomaga. Chciałbym
więc spróbować podwójnej dawki sprawdzonej, naturalnej metody... i co? I nic...
zero zrozumienia... trzy propozycje... a w każdej tylko te piersi z
kurczaka... ;-(
;-)
06 października 2007
21:55:51
|
kategorie:
imprezy,
muzyka,
w sieci,
Jakiś czas temu, Last.fm, wśród rekomendowanych imprez pokazał
mi koncert Voo Voo z Trebunimi
Tutkami w Gliwicach. Przyjąłem do wiadomości, ale się nie wybierałem.
W niedzielę jadę przecież na Pidżama
Porno. Dwa koncerty w jeden weekend to byłaby przecież rozpusta...
Tydzień temu byliśmy na zakupach w C.H. Arena. Tam rzucił się na mnie
plakat Kolegów
na tablicy Gliwickiego Teatru Muzycznego –
Maleńczuk z Waglewskim mieli zagrać w Ruinach Teatru. Zaraz po powrocie do
domu sprawdziłem w internecie szczegóły. Okazało się,
że jest to część imprezy pod nazwą Pożegnanie Lata
, tak samo jak
wspomniany koncert Voo Voo. Bilet na oba koncerty kosztował 30zł (na samych
kolegów 25zł), więc po prostu nie mogłem nie wybrać się na oba.
Jeszcze raz zajrzałem na Last.fm, okazało się, że drugi koncert też tam
był, tylko automat mi go nie podpowiedział. Przy okazji znalazłem drobne
nieścisłości (między innymi jeśli chodzi i miejsce koncertu). Co mogłem
poprawiłem ręcznie, resztę przekazałem w komentarzu dla moderatorów.
Zareagowali szybko, po dwóch godzinkach koncerty były już w Ruinach.
No i wczoraj byłem na tych koncertach. Najpierw Trebunie Tutki pokazały,
że Polska ma też dobrego folka. Potem dołączyło się Voo Voo i pokazało, że
takie eksperymenty i zabawa muzyką to jest to, co lubią najbardziej. Całkiem
przyjemny ten pierwszy koncert. A drugi był po prostu rewelacyjny!
:-). Koledzy MM i WW zagrali piękny akustyczny koncert –
rocka, bluesa i pomiędzy. Przy okazji słodko sobie dogryzali (jaki to
Waglewski stary i jak to Maleńczuk na gitarze grać nie umie). Chyba sobie
kupię płytę.