Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Z pamiętnika hipochondryka

Pod koniec zeszłego tygodnia nie udało mi się zastać pani doktor C, a nocny ból wciąż dokucza. W weekend postanowiłem, że dzisiaj idę do jakiegokolwiek lekarza, niech wymyśli coś co mi ulży w nocy. Udało się nawet zastać panią C. Opowiedziałem co i jak, nie bardzo jej się to spodobało (że w nocy boli), w końcu zapisała mi niebieskie tabletki, które, w przeciwieństwie do wcześniej branych, można brać i rano i wieczorem. W pewnym momencie do gabinetu wpadła doktor B mówiąc do C, że ma ją osłuchać i w ogóle muszą pogadać. Lepsze wrażenie zrobiłaby chyba tylko pielęgniarka z nabitą strzykawką ;-).

C korzystając z okazji spytała B co tamta sądzi o moim przypadku. B najpierw stwierdziła, że to na pewno łóżko. Wytłumaczyłem, że mam raczej twardy materac, a i tak bym się już na podłogę przeniósł, gdyby nie strach, że z podłogi to już zupełnie rano nie wstanę. W końcu obie uznały, że to typowa rwa kulszowa (skoro jest lepiej, gdy leżę na plecach z ugiętymi nogami) i dostałem skierowanie do neurologa. Na "jak najszybciej". Wychodząc życzyłem C szybkiego powrotu do zdrowia.

Skoro do neurologa mam się udać jak najszybciej, to postanowiłem zacząć od najbliższego – w szpitalu kilkaset metrów od mojej przychodni. Szpital pięknie odnowiony. W informacji przy głównym wejściu przemiła pani z uśmiechem na ustach skierowała mnie do przyszpitalnej poradni (prosto, wyjść przez izbę przyjęć, w lewo przez podwórko i potem w lewo, wejściem numer cztery)... No, Europa! myślę sobie.

W recepcji w poradni smętna paniena, spytana o wizytę u neurologa, podniosła wzrok znad piłowanych właśnie paznokci i spytała, czy jestem zarejestrowany. Mówię że nie, w końcu chcę się zarejestrować. No to w tym roku już nie przyjmujemy. Rejestracja od stycznia.. No to miejscami chyba wciąż PRL (a może już IV RP?).

Jak potrzebowałem do chirurga (trzy razy) to też mnie straszono kilkutygodniowymi, co najmniej, kolejkami, a udawało mi się umówić z dnia na dzień. Więc uznałem, że i tym razem lepiej trafię. Poszedłem tam, gdzie mam mieć rehabilitację, pamiętałem, że tam też mają neurologa. No mają i mógłby mnie przyjąć gdzieś w połowie listopada. Prawdopodobnie, bo akurat im komputer nie działał, miałem zadzwonić później.

W pracy porozglądałem się za poradniami w Internecie. Ciężko było się gdzieś dodzwonić, a ze znalezionych informacji wynikało, że w ramach NFZ, to przed listopadem mogę się nie załapać. Zdecydowałem się pójść prywatnie. Wytypowana przychodnia miała nawet fajny interfejs do rejestracji online (najwyraźniej przez nikogo nie obsługiwany -- wciąż oczekuję na potwierdzenie terminu) i paskudną stronę WWW (flash w którym trudno się połapać i gdzie trudno znaleźć właściwy numer telefonu). W końcu zjawiłem się i zarejestrowałem osobiście. Na jutro o 8:10. Prywatnie to się da...

11 komentarzy do wpisu „ Z pamiętnika hipochondryka”


Czas spróbować prawdziwego Yerba Mate

Głośno ostatnio o tym napoju na Joggerze. Nie dziwne, skoro rozdają go prawie za darmo. Nie ukrywam, że sam na taki darmowy kilogram liczę... ;-)

Ja Yerba Mate pijam od jakiegoś czasu. Po prostu kiedyś kupiłem sobie 10dag Yerba Mate Cytrynowa w sklepiku z herbatkami, gdzie kupuję gunpowder i inne i zaparzyłem podobnie jak zieloną herbatę. Posmakowało, to kupuję częściej. Niewiele tego przynoszę w papierowej torebce (tam chyba drogo jest), więc używam oszczędnie (kilka łyżeczek ziela na jeden raz) i zapewne to co zaparzam różni się mocno od tradycyjnego naparu. Ale jak zdobędę pokaźną ilość prawdziwego Yerba Mate, to będę mógł spokojnie eksperymentować z właściwymi sposobami. A o tych właściwych sposobach, to pewnie sobie na Yerba Mate Forum poczytam. A jak mi się spodoba i posmakuje, to ten sklep z Yerba Mate jeszcze na mnie sporo zarobi. ;-)

P.S. Taki program partnerski, to ja rozumiem!

3 komentarze do wpisu „ Czas spróbować prawdziwego Yerba Mate”


Z pamiętnika hipochondryka

W czwartek wziąłem ostatnie dwie tabletki z poprzedniej serii. Na początku serii działy niesamowicie – ból w większości przypadków zniknął. Ale z czasem było znowu coraz gorzej. W zeszłym tygodniu pojawił się nowy problem: ból w nocy. Bolało nawet gdy leżałem w łóżku, szczególnie, gdy przewracałem się na drugi bok. Czasem budziło mnie to w nocy. Dziś więc z samego rana wybrałem się znowu do lekarza rodzinnego (pani doktór C).

Tym razem dostałem nieco inny zestaw leków. Na jednej recepcie witaminę B1, coś na osłonę żołądka (to samo co poprzednio) i jakiś lek przeciwzapalny (tym razem w saszetkach, padła też propozycja zastrzyków, ale przychodnia nie bardzo jest mi po drodze). Na drugą receptę coś rozluźniającego mięśnie, do łykania przed snem (podobno trochę uspokajające). Jeśli to nie będzie pomagać, to mam nie zwlekać, tylko znowu się zgłosić, to dostanę skierowanie do chirurga (podobno może podawać jakoś leki przeciwzapalne prosto na nerw).

Z receptami udałem się w kierunku apteki i mojego biura. 15 minut spaceru, a noga bolała... W aptece okazało się, że na jednej recepcie (tej z trzema lekami) brakuje pieczątki i muszę wrócić się do przychodni. Pani zrealizowała mi drugą receptę, ale powiedziała, że nie radzi mi teraz tego łykać, bo będę się czuł jak po niezłej imprezie...

Nie czułem się na siłach od razu się wracać, więc zajrzałem do biura żony, tuż obok apteki. Tam się rozłożyłem zgodnie z zaleceniami lekarza (na wznak na podłodze, z nogami opartymi na krześle, paskudy zrobiły mi zdjęcie), a żonka poczytała ulotkę z tego lekarstwa. Niezłe. W sprzyjających okolicznościach mogę po tym nawet białe myszki widzieć. %-)

Wróciłem się do tej przychodni. Pani w recepcji się zdziwiła, receptę podbiła i przeprosiła. Wróciłem do apteki po pozostałe leki. Już płacę (kartą, bo w portfelu pustki), a tu mi się coś nie zgadza... Dostałem same tabletki, a miały być jakieś saszetki. Mówię kobiecie, a ona na mnie wielkie oczy. Domyśliłem się, że tego czegoś nie ma w saszetkach. Ja upieram się, że miały być saszetki, aptekarka spogląda jeszcze raz na receptę i stwierdza, że to chyba jednak coś innego. Sprawdza jeszcze u koleżanki (która potwierdza, że tam jest ten lek w saszetkach, a nie 100 innych tabletek). Potem mnie pyta, czy to na pewno powinno być coś przeciwbólowego/przeciwzapalnego. Potwierdzam. No więc ona anuluje poprzednią transakcje kartą (nauczony doświadczeniami z bankomatem zachowuję kwitki) i wydaje mi właściwe leki, niestety droższe. Zażartowałem, że pani chciała mnie otruć. Ale to podobno było coś na usunięcie kwasu moczowego i raczej by nie zaszkodziło. Ale najpewniej i nie pomogło. Pechowa jakaś ta recepta.

Lek z saszetki cudów nie zdziałał. Cały czas boli, ale już sporo mniej niż rano. Zobaczymy jakie efekty da ten ekstra drag wieczorem ;-) Na razie jestem zadowolony, że przynajmniej humor mi dopisuje (wczoraj rano było z tym kiepsko), pewnie jeszcze po wczorajszym koncercie.

6 komentarzy do wpisu „ Z pamiętnika hipochondryka”


Koncertowa rozpusta

A więc jednak pozwoliłem sobie na rozpustę i byłem w ten weekend na trzech koncertach. Po dwóch koncertach z okazji, wcześniej wspomnianego, Pożegnania Lata w piątek, wczoraj wybrałem się na, ostatni na Śląsku, koncert Pidżama Porno.

Prawdę mówiąc nie znam za bardzo twórczości Pidżama Porno, ale w moim Loved tracks na Last.FM jakoś znalazło się parę ich piosenek, a więc najwyraźniej lubię. Jak lubię, to pewnie warto poznać. A jak się zespół rozwiązuje, to trzeba było i skorzystać z ostatniej okazji wysłuchania na żywo.

Koncert był w Zabrzu, w Wiatraku, po letnim remoncie. Pojechałem tramwajem, bo z moją rwą kulszową, to do jazdy się nie nadaję (nieciekawie by było jakby podczas jazdy złapał mnie ból uniemożliwiający koncentrację i zdrętwiałaby mi lewa noga). Na szczęście, godziny koncertu rozsądne i tramwajów w obie strony nie brakowało.

Przed Wiatrakiem czekał już tłum, jakiego jeszcze tam nie widziałem (bilety wyprzedane już dawno). I znowu poczułem się strasznie staro – większość to dzieciarnia (a w tę dzieciarnię mogli się wliczać i studenci)... ale cóż, dziadek-inwalida też może się czasem wyszaleć.

Damska część dzieciarni miejscami wydała się od razu nieco starsza, jak tylko zrzuciła wierzchnie ciuszki. Cała masa dekoltów ukazujących, nieprzyzwoicie młode biusty (może o swoje stare serce też powinienem się martwić?). Większość takich przypadków jednak w myślach kwitowałem: podobałaby mi się... jakieś piętnaście lat temu. Uff... przynajmniej mój gust pod prokuraturę nie podpada... ale za to trudniej go na takich imprezach zaspokoić. ;-)

Sam koncert dość mocno się różnił od sobotnich. Zamiast akustycznych ballad, czy bluesów, ostrzejsza rąbanka. Publiczność przy tym też dużo aktywniej się bawiąca. Ja się ograniczałem do lekkiego kiwania -- skakanie, nie mówiąc o pogo, to już nie na moje zdrowie. Ale bawiłem się nieźle. Bawiłbym się jeszcze lepiej, gdybym znał te piosenki, tak jak większość na sali... ale cóż, nie znałem. Dobrze, że tym razem chociaż trochę tekstów dało się zrozumieć i czasem kawałek refrenu mogłem z innymi wykrzyczeć.

Atmosfera była bardzo gorąca. W przenośni i dosłownie. Niektóre dziewczyny rozbierały się do staników, sądząc po opływającym je pocie, nie tylko ze względu na ewentualny ekshibicjonizm. Po koncercie z wyjścia się po prostu dymiło, jak z otwartych drzwi do sauny. Ale mało kto narzekał – praktycznie wszyscy się po prostu świetnie bawili.

Sprytnie odebrałem swoje rzeczy z szatni na ostatnim bisie tak, że ominęła mnie kolejka i zdążyłem na pierwszy tramwaj po koncercie. Dotarłem do domku o całkiem sensownej porze, zdążyłem nawet jeszcze jakieś pieczywo kupić. I nie śmierdziałem tym razem papierosami (polar był zamknięty szczelnie w plecaku w szatni, a na sali, w tym tłoku, tylko paru kompletnych idiotów paliło)... ale wciąż końmi, po porannej wizycie w Szałszy. ;-)

11 komentarzy do wpisu „ Koncertowa rozpusta”


Piersi kurczaka

Piersi kurczaka – tylko na tyle może liczyć cierpiący człowiek w potrzebie. :-( Tylko dlatego, że żonaty. Co za ograniczone, opętane przez stereotypy społeczeństwo! ;-)

Na szczęście, na żonkę mogę cały czas liczyć. Okłady działają – przynoszą ulgę (i radość), ale w pełni na moje dolegliwości nie pomagają. Byłem u wielu lekarzy, łykam najróżniejsze prochy... niewiele pomaga. Chciałbym więc spróbować podwójnej dawki sprawdzonej, naturalnej metody... i co? I nic... zero zrozumienia... trzy propozycje... a w każdej tylko te piersi z kurczaka... ;-(

;-)

16 komentarzy do wpisu „ Piersi kurczaka”


Koncertowe pożegnanie lata

Jakiś czas temu, Last.fm, wśród rekomendowanych imprez pokazał mi koncert Voo Voo z Trebunimi Tutkami w Gliwicach. Przyjąłem do wiadomości, ale się nie wybierałem. W niedzielę jadę przecież na Pidżama Porno. Dwa koncerty w jeden weekend to byłaby przecież rozpusta...

Tydzień temu byliśmy na zakupach w C.H. Arena. Tam rzucił się na mnie plakat Kolegów na tablicy Gliwickiego Teatru Muzycznego – Maleńczuk z Waglewskim mieli zagrać w Ruinach Teatru. Zaraz po powrocie do domu sprawdziłem w internecie szczegóły. Okazało się, że jest to część imprezy pod nazwą Pożegnanie Lata, tak samo jak wspomniany koncert Voo Voo. Bilet na oba koncerty kosztował 30zł (na samych kolegów 25zł), więc po prostu nie mogłem nie wybrać się na oba.

Jeszcze raz zajrzałem na Last.fm, okazało się, że drugi koncert też tam był, tylko automat mi go nie podpowiedział. Przy okazji znalazłem drobne nieścisłości (między innymi jeśli chodzi i miejsce koncertu). Co mogłem poprawiłem ręcznie, resztę przekazałem w komentarzu dla moderatorów. Zareagowali szybko, po dwóch godzinkach koncerty były już w Ruinach.

No i wczoraj byłem na tych koncertach. Najpierw Trebunie Tutki pokazały, że Polska ma też dobrego folka. Potem dołączyło się Voo Voo i pokazało, że takie eksperymenty i zabawa muzyką to jest to, co lubią najbardziej. Całkiem przyjemny ten pierwszy koncert. A drugi był po prostu rewelacyjny! :-). Koledzy MM i WW zagrali piękny akustyczny koncert – rocka, bluesa i pomiędzy. Przy okazji słodko sobie dogryzali (jaki to Waglewski stary i jak to Maleńczuk na gitarze grać nie umie). Chyba sobie kupię płytę.

9 komentarzy do wpisu „ Koncertowe pożegnanie lata”



[szpieg] Jesteście obserwowani...