Z pamiętnika hipochondryka
Pod koniec zeszłego tygodnia nie udało mi się zastać pani doktor C,
a nocny ból wciąż dokucza. W weekend postanowiłem, że dzisiaj idę do
jakiegokolwiek lekarza, niech wymyśli coś co mi ulży w nocy. Udało się
nawet zastać panią C. Opowiedziałem co i jak, nie bardzo jej się to spodobało
(że w nocy boli), w końcu zapisała mi niebieskie tabletki, które,
w przeciwieństwie do wcześniej branych, można brać i rano i wieczorem.
W pewnym momencie do gabinetu wpadła doktor B mówiąc do C, że ma ją osłuchać
i w ogóle muszą pogadać. Lepsze wrażenie zrobiłaby chyba tylko pielęgniarka
z nabitą strzykawką ;-).
C korzystając z okazji spytała B co tamta sądzi o moim przypadku. B najpierw stwierdziła, że to na pewno łóżko. Wytłumaczyłem, że mam raczej twardy materac, a i tak bym się już na podłogę przeniósł, gdyby nie strach, że z podłogi to już zupełnie rano nie wstanę. W końcu obie uznały, że to typowa rwa kulszowa (skoro jest lepiej, gdy leżę na plecach z ugiętymi nogami) i dostałem skierowanie do neurologa. Na "jak najszybciej". Wychodząc życzyłem C szybkiego powrotu do zdrowia.
Skoro do neurologa mam się udać jak najszybciej, to postanowiłem zacząć od
najbliższego – w szpitalu kilkaset metrów od mojej przychodni. Szpital
pięknie odnowiony. W informacji przy głównym wejściu przemiła pani z uśmiechem
na ustach skierowała mnie do przyszpitalnej poradni (prosto, wyjść przez izbę
przyjęć, w lewo przez podwórko i potem w lewo, wejściem numer cztery)...
No, Europa!
myślę sobie.
W recepcji w poradni smętna paniena, spytana o wizytę u neurologa,
podniosła wzrok znad piłowanych właśnie paznokci i spytała, czy jestem
zarejestrowany. Mówię że nie, w końcu chcę się zarejestrować. No to w tym
roku już nie przyjmujemy. Rejestracja od stycznia.
. No to miejscami chyba
wciąż PRL (a może już IV RP?).
Jak potrzebowałem do chirurga (trzy razy) to też mnie straszono kilkutygodniowymi, co najmniej, kolejkami, a udawało mi się umówić z dnia na dzień. Więc uznałem, że i tym razem lepiej trafię. Poszedłem tam, gdzie mam mieć rehabilitację, pamiętałem, że tam też mają neurologa. No mają i mógłby mnie przyjąć gdzieś w połowie listopada. Prawdopodobnie, bo akurat im komputer nie działał, miałem zadzwonić później.
W pracy porozglądałem się za poradniami w Internecie. Ciężko było się
gdzieś dodzwonić, a ze znalezionych informacji wynikało, że w ramach NFZ, to
przed listopadem mogę się nie załapać. Zdecydowałem się pójść
prywatnie
. Wytypowana przychodnia miała nawet fajny interfejs do
rejestracji online (najwyraźniej przez nikogo nie obsługiwany -- wciąż
oczekuję na potwierdzenie terminu) i paskudną stronę WWW (flash w którym
trudno się połapać i gdzie trudno znaleźć właściwy numer telefonu). W końcu
zjawiłem się i zarejestrowałem osobiście. Na jutro o 8:10. Prywatnie
to
się da...
Śledzenie komentarzy (RSS)
15 października 2007 18:25:32
Jejku… w końcu. Dobrze zrobiłeś, pod koniec roku limity na Kasę Chorych wykorzystane i mało jaki specjalista przyjmuje normalnie.